Tłumaczył, że ta krew, co ją wykrztuszał, to martwe komórki rakowe. Guz złuszczający się dzięki kiszonej miksturze żywokostu, nagietka, buraków, jemioły, bratka, łopianu, czosnku i huby. Zygmunt Bielka mu zapisał takie leczenie. Superspecjalista z Prywatnego Ośrodka Badawczego Organicznych Substancji Leczniczych i Zwalczania Chorób Nowotworowych.*
Za butelkę pobierał po pięć tysięcy złotych. Na to między innymi szły pieniądze ze zbiórek organizowanych w Polsce na leczenie ojca.
Superspecjalista zabraniał kontaktu z innymi lekarzami. Ojciec mu wierzył. Że niesamowitego geniusza uleczy inny niesamowity geniusz, że będzie pierwszym człowiekiem na ziemi, którego wyleczy kiszony burak. Jakoś mnie to nie dziwi. Zagadką jest dla mnie, dlaczego wierzyli w to inni.
Według prokuratury superspecjalista zarobił na kiszonce prawie dwa miliony złotych. Dostał siedem lat więzienia.
Ojciec dwa lata żył z rakiem i z wiarą, że kiszonka działa. Czasem, kiedy dostawał ataku, zamykał się w łazience. Weszłam tam raz z jedną z dziewczynek, tą jedenastoletnią. Ojciec się położył, a myśmy zmywały ze ścian zacieki krwi. Chciałyśmy pomóc.
***
Wino wstrzykiwał sobie prosto w otwór w brzuchu. Nie zataczał się potem ani nic, tylko chodził weselszy, rozluźniony. Obiady też jadał inaczej. Alicja wieszała butelkę na wieszaku, a obiad skapywał przez rureczkę tam, gdzie trzeba, do żołądka. Ojciec nie narzekał na te posiłki. Ale na mnie już tak. Po blisko dwóch tygodniach się mną zmęczył. Powiedział, że jestem tłusta, leniwa i interesowna.
Wszystko dlatego, że pokłóciłam się o jakiś bzdet z dziewczynkami. Alicja z ojcem spodziewali się, że będę dla nich idealną nianią, a ja nie miałam wcześniej do czynienia z małymi dziećmi. Może im dokuczyłam, może byłam naburmuszona, jak to piętnastolatka. W każdym razie miałam się wynosić, pojechać na obóz konny lub gdzieś daleko, ale nie na obiecany Eurotrip, gdyż ojciec uznał, że jest zbyt chory, a ja – tłusta, leniwa, interesowna, o czym już wspominałam.
Nie chciałam na żaden obóz. Miałam spędzić to lato z bliskimi. Pojechałam do Krakowa do cioci, która była kochana i nie wyrzucała dzieci z domu. Dużo u niej jadłam i dużo płakałam. Najbardziej – kiedy miałam odwiedzić rodzinę znajomych z Wrocławia. Bałam się, że oni też się mną znudzą i każą wynosić.
Lot powrotny do Australii miałam z Gdańska, więc musiałam do nich wrócić, do ojca i Alicji. Starali się być mili. Opalone dziewczynki zapraszały mnie do zabawy. Ojciec wykupił im wakacje w Grecji, miały świetne humory.
Na lotnisko zawiozła mnie Alicja. Ojciec nie miał ochoty lub siły, lub jedno i drugie. Powiedziałam "pa" i nawet próbowałam go przytulić, ale wyszło to jakoś koślawo. Zanim wyszłam, odwróciłam się, żeby jeszcze kiwnąć na pożegnanie, ale gdzieś już sobie poszedł.
Obejrzałam się za to na stolik kawowy, na ramkę, z której zniknęło moje zdjęcie. Ojciec zdjął je, kiedy byłam u cioci. Do zdobionej muszelkami ramki wstawił portrety dziewczynek. Wyjaśnił mi potem, że nie zasługiwałam, żeby tam być.
***
Po moim powrocie mama zapytała, czy ojciec nie dołożyłby się do auta dla mnie. W Australii bez auta się nie da, sam mnie przecież uczył jeździć, jest ojcem – wytaczała wszystkie argumenty. Oburzył się.
Jeszcze w Gdańsku pożyczyłam od niego na prezent dla Alicji z okazji Dnia Matki. Przecież dziewczyna ojca to jak druga mama. Kupiłam jej torebkę z beżowej skóry.
Zapomniałam o tej pożyczce, on nie. Wyrzucił tej pierwszej mamie, jak mnie wychowała i jak śmie prosić o kasę, skoro ja mu wiszę.
Chodziło o sto złotych. Na torebkę dla jego dziewczyny.
Zatrudniłam się w McDonaldzie. Napisałam mu maila, że pieniądze oddam z pierwszej wypłaty. I jeszcze "cześć" i "do widzenia".
To była moja ostatnia wiadomość do ojca.
***
Wróciłam dziesięć kilogramów grubsza. Ciocia z Krakowa karmiła mnie na otarcie łez, a płakałam naprawdę sporo.
Wstydziłam się iść do szkoły. Częścią naszego mundurku była spódnica za kolano. Inne uczennice ją skracały, tylko ja zostawiłam tak po babciowemu, że sięgała łydki. Mama też mówiła, że mam mocne nogi i lepiej nie skracać. Miała dobre intencje, wiem. Ale ja czułam się gorsza od innych, z tłustymi kolanami, udami, wszystkim. Ubrana tak, żeby się ukryć, a nie jak inne dziewczyny. Dziś, gdybym była na miejscu mamy, powiedziałabym córce: "Zakładaj, co chcesz, jesteś cudowna, piękna". Ale to były inne czasy. Inne wychowanie.
Tłusta, leniwa, interesowna – może mama obawiała się, że ktoś jeszcze o mnie tak pomyśli. Ja byłam pewna, że robią to wszyscy.
Tłustość uwidoczniała się szczególnie na tle Yvette, przyjaciółki ze szkoły. Bałam się, że i ona mnie porzuci, uzna za leniwą, interesowną.
Parę razy poszłam na spotkanie ze szkolną psycholog. Uczyła mnie metod, jak się nie przejmować, co myślą o mnie inni. Żeby zamknąć się w kulce, kiedy dzieci mi dokuczają. Nie pozwalać złym słowom dotrzeć do mojego wnętrza. Tłusta, leniwa, interesowna. Jej metoda nie zadziałała.
Yvette była śliczna, fantastycznie się uczyła, chłopaki za nią szalały. Byłam jej grubym przydupasem. Marzyłam, żeby pozostać nim jak najdłużej.
Aż się pogryzłyśmy. Jej facet zrobił coś, żeby ją wkurzyć, i ona rzeczywiście się wkurzyła, ale na mnie. Nie pamiętam tej kłótni dokładnie, ale to, co stało się potem, już tak.
Mama pojechała do Adelajdy – najbliższego dużego miasta, 2500 kilometrów na wschód – żeby zrobić rekonesans w sprawie mieszkań. Było tam taniej niż w Perth. Kiedy ojciec żył, raz na ruski rok, ale jednak, jakieś alimenty płacił. Jego śmierć pogrążyła nas finansowo.
Tej nocy byłam więc w domu sama. Tłusta, gruba, interesowna, biedna, pokłócona z Yvette.
***
Leki trzymałyśmy w plastikowym koszyczku w kuchni, głównie przeciwbólowe. Zjadłam ich całe opakowanie. Nie pytajcie dlaczego, nie wiem. Jakby ktoś wyczyścił mi głowę ze wszystkich myśli. Było we mnie to nieogarnialne nic i potrzeba, żeby ono trwało. Nie miałam planu, listów pożegnalnych, przemyśleń. Działałam jak automat. Ile było tych tabletek, tyle łyknęłam. A potem zadzwoniłam po kumpla. Nie miało to sensu, teraz widzę. Ale wtedy nie musiało.
Przyjechał spanikowany. Kazał mi się wyrzygać. Całą noc pilnował, żebym nie zadławiła się tymi rzygami. Następnego dnia zgłosił to szkolnej psycholog, która z kolei poinformowała mamę. Zrobiło się zamieszanie, zabrano mnie do szpitala. Ponieważ mama nie zdążyła jeszcze wrócić, nauczycielka przywiozła mi do szpitala szczoteczkę do zębów, koszulę nocną i czekoladki.
Zastanawiam się, dlaczego zrobiłam wtedy to, co zrobiłam: zeżarłam te tabletki i zadzwoniłam po kumpla.
Czy to był krzyk o pomoc? Żeby ktoś mnie w końcu zobaczył? Nie pamiętam takich myśli. Tylko to, że wciąż było mi wszystko jedno. Rzeczy działy się wokół mnie, chodzili ludzie, byli zmartwieni albo zdenerwowani. Przyjechała mama, roztrzęsiona. Coś tam do mnie mówiła. Myślałam: "Okej, jest ci źle. Ale mnie też".
Terapeutka ze szpitala poprosiła, żebym odegrała scenkę, jak rozmawiam sama ze sobą sprzed dziesięciu lat, z dzieciakiem. Usadziła "nas" na krzesłach naprzeciwko siebie, poprosiła mnie o powiedzenie tej młodszej, dlaczego jest fajna i na co zasługuje.
Kategorycznie odmówiłam.
***
Nikt wtedy nie wiedział o tej najważniejszej rzeczy.
***
To był udany skecz. Grałam w nim żonę przygotowującą obiad wielkanocny. Perfekcjonistkę, której nic nie wychodzi. Miało być lekko, zabawnie. Wyszło nawet śmieszniej niż na próbach. Kiedy układałam na stole czekoladowe jajo, ścisnęłam je za mocno i pokruszyło się na całą podłogę. Stałam nad tym rozsypanym jajem, publiczność chichotała. Pomyślałam o ojcu. Jak nie ja, bo zwykle na scenie nie istnieje dla mnie świat poza. Nie ma prywatności, nie ma mnie. Jest zadanie do wykonania.
Strasznie nie chciałam odwoływać tego spektaklu, choć wiedziałam, że Glenn by zrozumiał.
– Wyszło super – powiedział czulej niż zwykle. – Ale wiesz… nie musiałaś.
– Miałam odwołać?
– Wszyscy byśmy cię wsparli.
Nie byłam pewna, czy wszyscy. Bo co obchodzi publiczność, że mój ojciec umarł?
Dowiedziałam się w nocy, kilka godzin przed spektaklem. Obudziłam się, jeszcze zanim zadzwonił telefon. Czekałam na coś. Potem znajoma sekwencja zdarzeń: odzywa się telefon, mama człapie ze swojej sypialni. Chyba też nie spała, bo odebrała niemal natychmiast. Przejęty głos, jak wtedy, gdy ojciec dzwonił z wyrzutami lub błaganiem. I choć tym razem to nie on dzwonił, wciąż o nim był ten telefon. "Alu – usłyszałam głos mamy – jeżeli możemy coś zrobić…" i tak dalej.
Wyszłam z sypialni.
– Nie żyje?
– Nie żyje.
– Aha.
Wróciłam do siebie. Usiadłam na łóżku. Pomyślałam: i co ja mam teraz zrobić?
***
Mama powiedziała, że powinnam być na pogrzebie. Przyjaciele pożyczyli na bilet, dla mamy już nie starczyło kasy. Poleciałam sama. Właściwie to nie ja, tylko jakaś inna ona, inna Pati. Tamta Pati przyjmowała kondolencje, dawała się ściskać, mówiła "dzień dobry" i "dobrze was widzieć". Nie płakała, bez przesady, ale była obecna. Ja tylko patrzyłam.
Zatrzymałam się u Alicji. Nie wspominam źle tego pobytu. Masa ludzi, masa rzeczy do załatwienia, bo to były właściwie trzy pogrzeby. Najpierw kremacja w Gdańsku. Do sali, gdzie spoczywał, weszliśmy jako drudzy, po Alicji z dziewczynkami. Mój starszy brat przyrodni Kosma i ja. Mniej ważni.
Potem była msza w katedrze. Ojciec przed śmiercią się nawrócił. Ponoć. W każdym razie przyjął chrzest, ale czy był tego wszystkiego w pełni świadomy, nigdy się nie dowiemy. Choć może tak, może ochrzcił się, żeby sprawić Alicji przyjemność, bo Alicja była wierząca.
Kilka dni później odbył się państwowy pogrzeb na Powązkach. Odrealniony. Za urną szły tłumy ludzi znanych, mniej znanych. Wielu trzymało świeczki w nawiązaniu do tekstu Murów.
Świec tysiące palili mu, znad głów unosił się dym;
Śpiewał, że czas, by runął mur…
Oni śpiewali wraz z nim: (…)1
Nawet się wzruszyłam. Tyle osób przyszło, tyle płakało. Atmosfera była podniosła. Jakbym grała w filmie, bo i faktycznie filmowały nas ekipy telewizyjne. Podczas kremacji odwrotnie – zdziwiłam się, że nas tam tak mało. Tylko babcia z dziadkiem, dzieci i najbliżsi znajomi. Kiedy pojawił się facet z kamerą, wszyscy się oburzyli, że jak tak można. Ja nie miałam zdania. Zajmowała mnie trumna. Przerażała. Początkowo była otwarta. Ojciec leżał w prążkowanym garniturze. Prawie nigdy w garniturach nie chodził, ale może śmierć jest ostatnią szansą na odrobinę elegancji. Na szyi miał apaszkę. Nie mogłam znieść, że tak leży. Nie rozpoznawałam w nim ojca. On cały się składał z ruchu, gestów, ze swojej prezencji. Był jak drapieżne zwierzę, narzucał się światu, zagarniał przestrzeń. Dwadzieścia lat później spotkam kogoś podobnego, ale wtedy był jedyny w swoim rodzaju. I ten ktoś leżał i nie żył.
Dotknęłam trumny dopiero, kiedy ją zamknięto. Oderwałam rękę, jakby mnie sparzyła.
***
Ludzie wyłapywali mnie w tłumie, mówili: "Boże, ja ciebie znam". W Australii nikt nie pamiętał małej Pati. Nie znali historii dziadków, babek, rodzinnych anegdot i nie wiedzieli, jak się potrafiłam uśmiechać. Jakby mi ktoś pokazał, że tu są moje korzenie, znacząca przeszłość.
Stypę urządziliśmy U Fukiera, w restauracji pani Magdy Gessler w Warszawie. Było dużo jedzenia, wspominków i "tak mi przykro, kochanie". Trochę nie chciałam tego słuchać, a trochę wzruszały mnie kondolencje od znajomych, których w większości nie pamiętałam. I fakt, że oni pamiętali mnie.
Pani Magda nakrzyczała na zespół, który grał nie w tym momencie, co trzeba. Mnie się podobało, jak grali. Kto grał. Jeden z nich – Michał – śpiewał z taką charyzmą i zaangażowaniem. Interpretował piosenki ojca lepiej niż ojciec. Oczywiście nic takiego nie powiedziałam na głos. Krążyłam tylko między gośćmi, uśmiechałam się, skubałam pyszności z talerza, ale niezbyt łakomie, byłam w końcu córką w żałobie. Czułam, że dobrze wykonuję zadanie. Że jestem grzeczną dziewczynką.
Przypisy:
1 Jacek Kaczmarski, Mury [w:] Jacek Kaczmarski, Między nami…, op. cit.
*Publikujemy fragment książki "Niewygodna" Patrycji Volny (Wydawnictwo Agora). Książka dostępna w wersji papierowej https://bit.ly/niewygodna_ks oraz e-booku i audiobooku (czyta Aleksandra Popławska): https://bit.ly/Niewygodna_publio.
Patrycja Volny (ur. 1988) – aktorka i wielojęzyczna artystka. Urodziła się w Monachium, dorastała w Perth w zachodniej Australii, po ukończeniu Szkoły Filmowej im. L. Schillera w Łodzi na wydziale aktorskim wyjechała do Francji. Na scenie zaczęła występować jako ośmiolatka, najpierw w sztukach teatralnych, później w filmach. Po ukończeniu studiów aktorskich w Łodzi i warsztatów w National Institute of Dramatic Arts w Sydney oraz West Australian Academy of Performing Arts, pracowała z najbardziej uznanymi polskimi reżyserkami i reżyserami, m.in. z Agnieszką Holland ("Pokot", "Obywatel Jones"), Kasią Adamik ("1983", Netflix) i Władysławem Pasikowskim ("Kurier"). Występuje też gościnnie w serialach, ostatnio w roli Lotty w "Stuleciu Winnych". Jest certyfikowaną nauczycielką języka angielskiego, angażuje się też w edukację teatralną dzieci i młodych dorosłych. Mama córki, przyjaciółka zwierząt, obywatelka świata.




