Rozmowa
Pod wpływem szarlatanerii część chorych rezygnuje z leczenia. 'Na przykład z chemioterapii' (Fot. Dominik Gajda / Agencja Wyborcza.pl)
Pod wpływem szarlatanerii część chorych rezygnuje z leczenia. 'Na przykład z chemioterapii' (Fot. Dominik Gajda / Agencja Wyborcza.pl)

Podczas gdy Jerzy Zięba porównuje chemioterapię do cyklonu B, pan porównuje szarlatanerię do walki z piramidami finansowymi.

Na rynku finansowym mamy banki, które działają w ramach prawa bankowego, oraz szemrane firmy, które oferują złote góry. Analogicznie w sektorze ochrony zdrowia są osoby, które wykorzystują trudną sytuację pacjentów – a czasami także brak wiedzy – i próbują zajmować się diagnozowaniem oraz leczeniem chorób, narażając ich życie i zdrowie.

Sprzedając nadzieję.

Często niestety tak. Niektóre z tych propozycji przekraczają granice absurdu, jak np. metoda, która polega na tym, że mamy komputer z różnego rodzaju kabelkami, które podpina się do ciała pacjenta, co rzekomo ma go uleczyć "własnym sygnałem elektromagnetycznym".

Autoterapia, tak?

Autouzdrawianie, które aktywuje się dopiero za pomocą tego drogiego urządzenia! W ten sposób leczony miałby być np. autyzm. Za godzinę takiej terapii pani życzy sobie 600 zł.

A tutaj (Bartłomiej Chmielowiec pokazuje plik, w którym znajdują się m.in. zrzuty ekranów z ofertami terapii) jest pan, który nie jest lekarzem, ale w mediach społecznościowych nazywa siebie "doktorem" i oferuje leczenie wszelkiego rodzaju chorób, ze szczególnym uwzględnieniem autoimmunologicznych oraz nowotworów.

Znamienne jest to, że osoby, o których rozmawiamy, oprócz tego, że zajmują się doradzaniem i diagnozowaniem, zawsze mają w ofercie również sprzedaż różnego rodzaju specyfików. Bardzo drogich specyfików! O, proszę, tu mamy fiolkę z suplementem za 400 zł.

Kto szuka pomocy szarlatanów? 'Najczęściej osoby najciężej chore' (Fot. Dominik Gajda / Agencja Wyborcza.pl)

To, co brzmi absurdalnie, wręcz niewinnie, może mieć tragiczny finał: w 2017 roku na karę więzienia skazano szarlatana z Nowego Sącza, który doradził rodzicom półtorarocznej dziewczynki, by karmili ją wyłącznie rozwodnionym kozim mlekiem. W ten sposób miała się wyleczyć z atopowego zapalenia skóry. To dziecko zmarło.

Życie straciła także chora na raka kobieta, która uwierzyła w celebrytę z X, który oferuje protokół chelatacyjny, czyli niesprawdzoną metodę terapeutyczną skupiającą się na eliminacji metali ciężkich, znajdującą zastosowanie w leczeniu wielu chorób cywilizacyjnych, począwszy od autyzmu, przez choroby autoimmunologiczne, na nowotworach kończąc. Chora posłuchała jego rady i zaprzestała terapii konwencjonalnej. O tragedii poinformowała nas jej córka.

O tym, podobnie jak o wielu innych przypadkach, zawiadamiam prokuraturę, dlatego że zgodnie z art. 58 Ustawy o zawodzie lekarza osoba, która diagnozuje i leczy bez uprawnień, podlega odpowiedzialności karnej. Problem polega jednak na tym, że regularnie spotykamy się z niemocą ze strony prokuratury. Sprawy są umarzane z uwagi na brak znamion popełnienia przestępstwa. My to skarżymy do sądu. Sprawy ciągną się latami.

Domyślam się, że "cudowne terapie" są sprzedawane w białych rękawiczkach. Szarlatani wiedzą, jak to robić bezpiecznie, by móc się wyłgać przed prokuratorem.

A kto szuka pomocy szarlatanów? Najczęściej osoby najciężej chore, często terminalnie. Powiedzenie, że tonący brzytwy się chwyta, ma tu swoje uzasadnienie. Nikt, kto nie był w tak dramatycznej sytuacji, nie może sobie nawet wyobrazić, jakie myśli kłębią się wtedy w głowie.

Człowiek chce wierzyć w cuda.

A sprzedające obietnice tych cudów osoby mają bardzo dobre umiejętności manipulacyjne! Potrafią się prezentować i budzić zaufanie! W dodatku sztuczna inteligencja pozwala preparować pseudonaukowe materiały, za pomocą których można stworzyć własną legendę. Za pomocą ChatuGPT można napisać artykuł pseudonaukowy, który będzie wyglądał kropka w kropkę jak z pisma naukowego, bo sztuczna inteligencja wymyśli nawet fikcyjne przypisy i literaturę do tego steku bzdur. We współczesnym świecie naprawdę trudno się rozeznać, co jest fake newsem, a co rzetelną wiedzą.

Zawiadomienie do prokuratury w sprawie inżyniera, od którego zaczęła pani rozmowę, złożyłem już w 2018 roku.

Za co konkretnie?

Za całokształt. Sprawa toczy się przed sądem.

Szósty rok!

Jedyne, co mogę robić, to zawiadamiać prokuraturę w sprawie tych oszustów. I robię to. Złożyłem zawiadomienie w sprawie i tego pana, i tego, i tej pani. (Chmielowiec pokazuje konkretne oferty z internetu). A jednocześnie piszę projekt ustawy i rozmawiam z minister zdrowia o rozszerzeniu uprawnień RPP.

Dlaczego tak późno? Sytuacja, w której rzecznik praw pacjenta nie ma możliwości interweniowania w sprawie osób, które żerują na szukających ratunku chorych ludziach, jest – delikatnie mówiąc – niepoważna.

Projekt ustawy rozszerzającej uprawnienia Rzecznika Praw Pacjenta skierowałem do ministra Łukasza Szumowskiego w 2018 roku, ale sprawa utknęła w resorcie, nie było zielonego światła dla jej procedowania. W 2022 roku skierowałem projekt do ministra Adama Niedzielskiego, prace się toczyły, jednak ostatecznie propozycja nie uzyskała akceptacji.

Teraz prowadzimy dialog z minister Izabelą Leszczyną, która podziela moje przekonanie, że wzmocnienie kompetencji RPP jest niezbędne. Potrzebujemy analogicznych narzędzi, jakie mają inne działające w naszym kraju instytucje kontrolne, chociażby Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Chodzi o to, by kary administracyjne, o których pani wspomniała, groziły nie tylko placówkom medycznym, które oferują terapie niezgodne z wiedzą medyczną, jak np. ILADS – wieloletnie leczenie boreliozy antybiotykami, które kosztowały już życie jednego człowieka – ale także szarlatanom. Nie może być taryfy ulgowej wobec takich nadużyć.

Jerzy Zięba podczas manifestacji antyszczepionkowców (Fot. Patryk Ogorzałek / Agencja Wyborcza.pl)

Dzięki temu mógłby pan nakładać kary administracyjne wynoszące do pół miliona złotych.

A może milion? Dwa? Prezes UOKiK może nałożyć do 2 mln zł kary. Wciąż nad tym debatujemy. Myślę jednak, że i pół miliona miałoby potężną moc odstraszającą, zwłaszcza gdybyśmy mieli możliwość nakładania jej dopóty, dopóki dana osoba nie zaprzestałaby działalności. Nakładam pół miliona raz, ale człowiek dalej robi swoje? Nakładam kolejną karę.

Kiedy już będę miał takie uprawnienia, jestem pewien, że w ciągu roku poradzimy sobie z wysypem osób żerujących na chorych. Kara musi mieć efekt odstraszający i mrożący! W takiej sytuacji szarlatan trzy razy się zastanowi, czy prowadzenie takiej działalności będzie mu się opłacało.

Wrócę do inżyniera od chemioterapii i cyklonu B. W środowisku zbudował markę, wydał kilka książek, organizuje kongresy. Jak rzuca hasło, że chemioterapia jest jak cyklon B, niesie go to wśród jego wyznawców, bo to się wszystko zasadza na teorii spiskowej pod tytułem: przemysł farmaceutyczny wmawia ludziom nieistniejące choroby po to, by mieć zysk z drogich leków, które w dodatku są trucizną.

Dlaczego te osoby grupują się wokół siebie? Cel jest oczywisty: im więcej wprowadzą fake newsów i dezinformacji, tym więcej uda im się pozyskać osób, które będą finansowały ich biznes. Bo pamiętajmy, że tu nie ma żadnych przekonań. Osoby, o których rozmawiamy, podważają sprawdzone terapie, szczepionki, wiedzę lekarzy etc. nie dla idei. Na końcu chodzi wyłącznie o biznes.

Wspomniał pan o suplementach, jakie sprzedają. Pacjent słyszy, że nie wystarczy, jak sobie kupi "zwykłe" witaminy w aptece. Bo tamte są byle jakie, nie działają. Potrzebne są te wyprodukowane przez nich. O wiele droższe. Podważana jest wiara człowieka w normalne produkty, które mu oferuje system w aptece.

A które są sprawdzone i dopuszczone do obrotu. Powtarzam: na końcu jest to zawsze biznes. Ostatecznie nie chodzi o nic innego jak tylko o wydrenowanie kieszeni pacjenta.

Kiedy mój mąż chorował na glejaka, zadzwonił do niego facet i powiedział: "Jak mi pan da 4 tys. euro, to wyleczę pana miłością przez telefon". Od dr Marioli Kosowicz, psychoonkolożki z warszawskiego Centrum Onkologii, usłyszałam o chorej na raka pacjentce, która zawierzyła człowiekowi, który miał ją uleczyć, otwierając jej trzecie oko. Można powiedzieć: pod warunkiem, że nie zrezygnuję z leczenia i nie będę przyjmowała niczego, co mi może zaszkodzić, to mogę sobie wierzyć we wszystko, bo mi to nie zaszkodzi. Problem w tym, że część osób rezygnuje z leczenia.

Na przykład z chemioterapii. W przestrzeni wirtualnej co chwila pojawia się nowa idea. Teraz np. mamy "modę" na nacinanie skóry, pod którą wkłada się ziarno ciecierzycy i zaszywa, czego konsekwencją jest stan zapalny!

Swego czasu jadło się muchomory!

To wszystko stanowi realne zagrożenie dla życia i zdrowia. Wspomniała pani o szamanie z Nowego Sącza. Kozie mleko może brzmieć niewinnie, a przecież ostatecznie umarła mała dziewczynka.

Załóżmy, że dostanie pan uprawnienia i – jak pan mówi – w rok rozgoni to towarzystwo. Pytanie: co z tymi wszystkimi ludźmi, którzy im uwierzyli? Którzy nie szczepią dzieci i uważają, że chemioterapia to trucizna?

Edukacja zdrowotna! Powinna ona przebiegać w dwóch wymiarach – przede wszystkim edukacji dzieci i młodzieży. Jest gotowy projekt rozporządzenia dotyczący podstawy programowej, który wprowadza ten przedmiot już w przedszkolu. To niezwykle istotna inicjatywa Ministerstwa Edukacji Narodowej, Ministerstwa Zdrowia i Ministerstwa Sportu.

Godzina lekcji w tygodniu od przedszkola do końca szkoły średniej?

Tak zakłada projekt MEN.

A drugi wymiar – cykliczna edukacja dla dorosłych. To się już dzieje, mamy przecież kampanie społeczne, są też m.in. plany uruchomienia przez Ministerstwo Zdrowia platformy edukacyjnej, której bylibyśmy jednym ze współpartnerów.

To jest też kwestia odpowiedzialności mediów, żeby nie zapraszać takich osób jak pewien samozwańczy audiolog, który był częstym gościem telewizji śniadaniowych, choć nie miał kompletnie żadnych uprawnień.

Problem w tym, że szarlatani nie potrzebują zaproszenia do telewizji śniadaniowej. Media społecznościowe pozwalają samemu wykreować się na autorytet. Siedzi facet w samochodzie, wyciąga smartfon i nagrywa na żywo filmik. Zaczyna prawić na temat chorób tarczycy, jodu, a ludzie mu wierzą.

Część z osób, o których rozmawiamy, to są popularni influencerzy i celebryci. Gra toczy się o dużą stawkę. Spółki wspominanego inżyniera osiągały wielomilionowe przychody.

Na jakim etapie jest projekt wzmocnienia uprawnień RPP?

Zgodnie z zapowiedziami pani minister Izabeli Leszczyny plany są takie, żeby na początku pierwszego kwartału 2025 roku rozpoczął się proces legislacyjny. Jestem przekonany, że ustawę poprze nie tylko koalicja rządząca, ale i największy klub posłów opozycji.

'Zgodnie z zapowiedziami pani minister Leszczyny plany są takie, żeby na początku pierwszego kwartału 2025 roku rozpoczął się proces legislacyjny' (Fot. Dawid Żuchowicz / Agencja Wyborcza.pl)

Przeciw będą Konfederaci?

Jeżeli posłowie z tego klubu zapraszają do Sejmu osoby, które opowiadają absurdy na temat szczepień, można się tego spodziewać.

Poza tym pojawi się argument: wolność gospodarcza! Każdy może sprzedawać i kupować, co chce. Zdrowie też.

To jest źle rozumiana wolność gospodarcza. Ja rozumiem, że ona kończy się tam, gdzie zaczyna się zdrowie i życie człowieka. Wolność gospodarcza tak, ale nie kosztem zarabiania na życiu i zdrowiu człowieka.

Ale koalicję ma pan po swojej stronie, więc przepisy powinny zostać uchwalone. Kiedy wejdą w życie?

Byłbym bardzo zadowolony, gdyby stało się to do końca pierwszego kwartału 2025 roku.

Prócz biznesmenów, o których rozmawiamy, są też chociażby szeptunki. Co z nimi?

Jeżeli ktoś zajmuje się diagnozowaniem chorób i ordynowaniem leczenia, to nie ma żadnej różnicy pomiędzy szeptunkami a osobami, o których już rozmawialiśmy. Leczysz bez uprawnień? To jest szarlatanizm.

Nie zrobi pan wyjątku dla szeptunki, pod której chatką ustawia się kolejka osób, które słyszały o cudach, jakie zdziałała? Ta osoba od dziada pradziada pomaga, bo ma ponadnaturalne moce! Zakaże jej pan pomagania sąsiadom?

Uważam, że powinniśmy być konsekwentni. Ta pani zajmuje się dokładnie tym samym co wspomniany pan inżynier.

Ale może nie bierze za to pieniędzy? Nie sprzedaje specyfików.

Nie ma znaczenia. Jeżeli diagnozuje i leczy choroby, nie mając uprawnień, łamie prawo.

Oczywiście jest konieczność ustalenia priorytetów. Ja i mój zespół jesteśmy racjonalni, dlatego w pierwszej kolejności wzięlibyśmy się za tych, którzy są największym zagrożeniem, czyli tych, którzy docierają do największej grupy osób i wpływają na jej zachowania.

Nowa moda? 'Pod skórę wkłada się ziarno ciecierzycy'. Wcześniej m.in jadło się muchomory (Fot. Władysław Czulak / Agencja Wyborcza.pl)

Czyli za wspomnianych celebrytów i biznesmenów.

To jest priorytet. Wierzę, że kara będzie miała charakter odstraszający i spowoduje, że sytuacja  diametralnie się poprawi.

Jedna rzecz to walka z szarlatanerią, druga – brak ludzkiego podejścia do chorych w publicznym systemie ochrony zdrowia. Część osób, które zawierzają cudownym terapiom, robi to nie dlatego, że ma śmiertelną diagnozę, ale dlatego, że po prostu zderzyła się z bezdusznością. Lekarz tylko coś odburknie pod nosem, a człowiek myśli: jak mógł mnie tak potraktować?! Tymczasem szarlatan się pochyli, wysłucha, obieca, że będzie dobrze.

Jest miły!

A to jest ważne!

Absolutnie tak! Jedną z przyczyn popularności szarlatanerii jest niedoskonałość naszego systemu ochrony zdrowia. Nie mam co do tego wątpliwości.

Jak człowiek się zderzy – zwłaszcza czołowo – z systemem, wtedy trochę zaczyna rozumieć, dlaczego ten miły biznesmen obiecujący cuda zarabia miliony.

Kiedy jako pacjent idę do placówki ochrony zdrowia, zawsze przeprowadzam przy okazji swoisty audyt. Na skutek moich wizyt wszczęliśmy kilkanaście postępowań wyjaśniających.

Rzecznik Praw Pacjenta Bartłomiej Chmielowiec (Fot. Dawid Żuchowicz / Agencja Wyborcza.pl)

Udaje się panu być incognito?

O, wiele razy tak było! I w przychodniach, i szpitalach.

Co się działo w przychodni?

A chociażby to, że nie sposób się było dodzwonić, a odebranie dokumentacji medycznej to była prawdziwa "ścieżka zdrowia".

A w szpitalu?

Wycięto mi czerniaka, który na szczęście był na tyle niegroźny, że nie trzeba było stosować ani radio-, ani chemioterapii, ale miałem się zgłosić na badania krwi. Ustawiłem się w kolejce. Obrazek taki: są drzwi, na których wisi kartka, że badania są przeprowadzane między 8.00 i 10.00, a przed tymi drzwiami czeka około 50 osób. Starszych, schorowanych. Ja tam byłem najmłodszy.

Jak to na onkologii. A część osób przyjechała pociągiem z innych miast.

A na korytarzu nie ma żadnej ławki! Byłem na miejscu o 7.00 i nie wiedziałem: zrobię te badania czy nie? Tempo jest ślimacze. Pracuje jedna pielęgniarka.

W dodatku obrażona na wszystkich.

Przeciążona pracą.

Ale jest wkurzona, więc chory człowiek ma poczucie, że jest petentem i że jej przeszkadza.

Jest wkurzona. Sama wypełnia dokumentację medyczną i sama pobiera tę krew. Absurd. Mnie się udało zdążyć.

A przed tymi, którym się nie udało zdążyć do 10.00, zamknięto ten pokój?

Tak było. Po naszej kontroli sytuacja się zmieniła. Dziś jest czynne dotąd, aż ostatnia osoba ma pobraną krew. A na korytarzu jest ławka.

O bezduszności moglibyśmy mówić dużo. Kiedy z mężem czekaliśmy na kontrolę na onkologii, w korytarzu był przeciąg, opóźnienie wielogodzinne, chorzy byli wywoływani numerkami, a potem lekarka powiedziała: "Ja tu rozganiam tłum!".

Bardzo łatwo jest się usprawiedliwiać: mamy za mało pieniędzy i za mało lekarzy. Nieprawda. To nie jest takie oczywiste! Jeżeli przyjeżdżamy na zbadanie sytuacji do placówki psychiatrycznej dla dzieci, bo dostaliśmy skargę, że pani ordynator powiedziała do nastoletniego chłopca: "Jesteś nieudacznikiem. Nawet zabić się nie potrafisz…"

Zobacz wideo Teorie spiskowe wokół szczepień. "To tragikomiczne"

Co proszę?!

W obecności matki tego chłopca! Rozmawiamy z personelem i słyszymy: "Pani ordynator jest wypalona, powinna sobie dać spokój z wykonywaniem tego zawodu, bo krzywdzi pacjentów i mobbinguje też nas". "A gdzie znajdę dyrektora?" – pytam. "Od dwóch lat go nie widzieliśmy". To jak możemy w ogóle mówić o zarządzaniu w takiej placówce?

Od tego jest dyrektor! To on informuje i egzekwuje od personelu, jakie są standardy, jak w jego placówce należy traktować chorych.

Anatolij Kaszpirowski promuje w stolicy swoją książkę. Rok 1998 (Fot. Arkadiusz Ścichocki / Agencja Wyborcza.pl)

Kiedy pan chorował onkologicznie i bał się, co będzie, nie zdarzyło się, że bliższy czy dalszy znajomy powiedział: "Słuchaj, Bartek, tak po ludzku byś się zainteresował taką cudowną metodą"…

Nie. (śmiech) Nikt mi niczego nie proponował. Może nikt się nie odważył? Natomiast wiem, że w szerokim środowisku moich znajomych zdarza się powątpiewanie w to, że był covid, oraz w skuteczność szczepionek.

Nie chcemy myśleć o naszych złych nawykach: siedzącym trybie życia, nadmiarze cukru, papierosów, alkoholu itd. Wygodniej jest uznać, że nic, co nam się przydarza, nie jest naszą winą, powiedzieć: "To przez szczepionkę!". Takie wyparcie jest chyba u ludzi dość naturalne.

Teorie spiskowe to nie tylko polski fenomen. W USA antyszczepionkowiec Robert F. Kennedy otrzymał nominację na sekretarza Departamentu Zdrowia i Opieki Społecznej.

Tamtejsze społeczeństwo ma inklinacje do tworzenia największych teorii spiskowych, począwszy od tego, jakoby człowiek nigdy nie wylądował na Księżycu. Edukacja, edukacja i jeszcze raz edukacja! Tylko ona nas może uratować.

Ale wie pani, ja nie jestem czarnowidzem. Gdybyśmy się cofnęli o 30 lat, zobaczylibyśmy, że pół Polski siedzi przed telewizorem i słucha, jak Anatolij Kaszpirowski mówi: "Adin, dwa…". Od tamtego czasu zrobiliśmy duży krok do przodu. I wierzę, że będzie tylko lepiej.

Bartłomiej Chmielowiec. Rzecznik praw pacjenta, radca prawny, wcześniej dyrektor w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji. Pracował też w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów i Biurze Rzecznika Finansowego. Urząd Rzecznika Praw Pacjenta sprawuje od 30 października 2017 r.

Anna Kalita. Fascynują ją ludzie i ich historie oraz praca, która pozwala jej te historie opowiadać. Kontakt do autorki: anna.kalita@agora.pl.