Rozmowa
'Rozpacz zabiera jasność myślenia. Wyłącza racjonalność' (fot. shutterstock.com)
'Rozpacz zabiera jasność myślenia. Wyłącza racjonalność' (fot. shutterstock.com)

Telewizja BBC zrealizowała film dokumentalny "Bad Influencer: The Great Insta Con" o influencerce Belle Gibson, która twierdziła, że zwalczyła raka mózgu tlenoterapią i dietą wolną od cukru i glutenu. Później okazało się, że nigdy nie chorowała na raka, natomiast mnóstwo chorych jej uwierzyło. 

Więcej o reportażu BBC można przeczytać tutaj.

W ludziach jest bardzo duża potrzeba wiary w cuda. Próbujemy wyjaśnić sobie sytuacje ekstremalnie trudne.  

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie i niezawodne przepisy kulinarne - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

A kiedy lekarz mówi, że już nic nie da się zrobić, to jest największe ekstremum.

To prawda. Wtedy najczęściej chorzy i ich bliscy zaczynają rozmyślać o tych wszystkich niby prostych rzeczach, których już nie zdążą zrobić. Pojawia się rozpacz, która zabiera jasność myślenia. Wyłącza racjonalność. Proszę zobaczyć: człowiek z natury dąży do komfortu. Chcemy wierzyć, że złe sytuacje ominą nas i naszych bliskich. 

'Są ludzie, którzy chcą mieć poczucie, że zrobili wszystko. Tyle że czasem to ''wszystko' oznacza bieg za czymś, co nie istnieje. Oraz męczy pacjenta' (fot. shutterstock.com)

A kiedy dzieje się coś tak strasznego, zewsząd pojawiają się informacje, że jeśli zdobędziemy a to wilkakorę, a to jad skorpiona, to oszukamy śmierć.  

I część osób tak bardzo nie może pogodzić się z tym, że ich bliski odejdzie, że ten ich wspólny czas się tak bardzo skraca, że uznają, iż sposobem okazywania miłości jest właśnie bieganie po znachorach i przywożenie przeróżnych specyfików. Niestety, w ten sposób utwierdzają siebie i osobę chorą w braku akceptacji tego, co się dzieje. A akceptacja nie oznacza, że się poddajemy, lecz skupiamy uwagę, aby najlepiej przeżyć czas, który jest nam wspólnie dany.  

Akceptacja jest też ostatnim etapem żałoby. Strasznie to jest trudne do osiągnięcia! 

Dlatego kiedy rozmawiam z ludźmi, którzy wpadają w pułapkę bezgranicznej rozpaczy i sięgają po "cudowne metody leczenia", zawsze powtarzam, że ich rozumiem. Bardzo delikatnie im pokazuję, że ja wiem, że oni chcą jak najlepiej. Tylko że istnieje ryzyko, że ten jedyny, ostatni czas, który mają do przeżycia z osobą chorą, może im bezpowrotnie uciec. Przeoczą bardzo ważne chwile! Gdyby te wszystkie "cudowne specyfiki" działały, to rodziny moich kolegów lekarzy oraz mój tata pewnie nie umarliby na raka.  

To jest doskonale racjonalny argument. Tylko że sama pani powiedziała, że rozpacz wyłącza racjonalność. 

Tak. I są ludzie, którzy chcą mieć poczucie, że zrobili wszystko. Tyle że czasem to "wszystko" oznacza bieg za czymś, co nie istnieje. Oraz męczy pacjenta. Bywa, że chorzy nie mają odwagi powiedzieć tego bliskim. Ale nam, w szpitalu, mówią. 

Co mówią? 

Że już mają dosyć. Że wiedzą, że kiedy wrócą do domu, zacznie się "leczenie" u różnych guru, a oni nie chcą zranić swoich bliskich odmową. Choć są też tacy chorzy, którzy do końca wierzą, że znajdzie się jakaś mikstura, która spowoduje cud i będą żyć. Patrzą na swoje dziecko, małego tuptusia, i myślą: jeszcze trochę, jeszcze chwilę, jeszcze chociaż kilka miesięcy. Bardzo trudno zabrać takiej osobie nadzieję. Oczywiście czym innym jest przypadek, kiedy chory człowiek szuka możliwości leczenia w profesjonalnych ośrodkach medycznych na świecie.    

To tak jak z Korą, która mówiła o tym, że w Polsce wiele leków dostępnych za granicą nie jest dostępnych. Ale ja pytam o przypadki nieuleczalne. 

Niektórzy ludzie potrafią się z tym zmierzyć. Potrzebują spokoju, czułości, miłości, bycia razem i łapania ostatnich chwil. Ale u innych informacje o cudach trafiają na podatny grunt. Kilka lat temu działał na Ursynowie człowiek, który tytułował się profesorem. Sprzedawał fiolki ze specyfikiem, który miał działać na raka – dzienna dawka kosztowała 250 zł. Tam nie można było się dostać tak po prostu z ulicy. Stworzona została cała otoczka, że tego jest tak mało i że jak pani dostała informację o tych fiolkach, to jest szczyt szczęścia.  

Wiedza tajemna! Jak teoria spiskowa: dostępna tylko dla nielicznych? 

Tak jest. Jedna pacjentka wiedziała, że umiera. Poszła do tego człowieka i usłyszała, że co ona zrobiła, że mogła przyjść wcześniej i nie brać "tej chemii, tego wszystkiego". Choć on "oczywiście ją teraz wyleczy". Pani zmarła.

Spotkałam tego sprzedawcę w domu mojego umierającego pacjenta. Wlewał choremu zawartość fiolki do ust. A jego rodzina, wykształceni ludzie, siedziała w drugim pokoju. Miałam poczucie, że jestem w jakimś matriksie. Ten "profesor" miał później czelność przyjść na pogrzeb.

Zeznawałam w jego sprawie w sądzie. Został skazany. A ja dostawałam pogróżki… 

Pogróżki?! 

Że jak nie przestanę dementować informacji o "cudownych metodach leczenia", to coś tam mi się stanie. Było, minęło. Zostawmy to.  

Wspomniała pani, że rodzice tamtego pacjenta byli dobrze wykształceni. 

Po jakimś czasie przyszli do mnie – z ogromnym żalem, że będąc w rozpaczy, w obliczu straty jedynego dziecka stali się podatni na pranie mózgu. Tak to określili.

Faktycznie, w takiej sytuacji na umysł człowieka można wpłynąć w przemożny sposób. Proszę zobaczyć, jakie na rynku się pojawiają poradniki. W stylu: jak wyleczyć raka pozytywnym myśleniem. Jeśli pacjentowi to pomaga lepiej żyć, to dobrze, ale jeśli wpada w przerażenie: nie myślałem pozytywnie, stresowałem się i sam się doprowadziłem do choroby!, wtedy jestem na autora takiej publikacji wściekła. Co w takim razie zrobiły dzieci, które mają dwa miesiące i chorują na raka?

To, o czym dziś rozmawiamy, to jest temat rzeka, a oferowane pacjentom "cuda" naprawdę mogą im szkodzić. Przyszli do mnie kiedyś rodzice młodego mężczyzny, którego ktoś leczył falami prądu, a przecież to może przynieść więcej szkody niż pożytku. Zapytałam rodziców pacjenta, czy rozmawiali o tym pomyśle z lekarzem prowadzącym.  

Rozmawiali?  

Nie. Byli bardzo poruszeni, czuli się winni. A to również byli wykształceni ludzie, więc widzi pani: wykształcenie niekoniecznie pozwala być odpornym na obietnicę cudów.

Dramatów jest tak wiele. Dwudziestokilkulatka miała wyobrażenie, że lekarze chcą ją zabić. "Leczyła się" u kogoś w Poznaniu, kto "otwierał jej trzecie oko". A miała już wtedy przerzuty! Nie mam zgody na to, że ktoś dla zysku skazał młodą kobietę na śmierć i osierocenie dziecka.  

A miała szansę się wyleczyć?  

Na pewno mogła dać sobie szansę na leczenie oparte na badaniach naukowych. Ona porzuciła konwencjonalne metody pod wpływem tego guru, który jej "udowodnił", że chemia ją zabije. Zapytała mnie: "Na pewno pani myśli, że jestem głupia. Jest pani na mnie zła?". Miałam wrażenie, że do niej zaczynało wtedy docierać, co sobie zrobiła, i projektowała na mnie swoje uczucia. A była już na takim etapie, że w szpitalu nic nie można było jej zaoferować poza leczeniem objawowym.  

Dr n. med. Mariola Kosowicz, psycholożka kliniczna, psychoterapeutka oraz szefowa Poradni Zdrowia Psychicznego w Narodowym Instytucie Onkologii w Warszawie (for. Archiwum prywatne)

Co jej pani odpowiedziała? 

Że po prostu wybrała pewną drogę, której się już teraz trzyma, i cokolwiek ja bym myślała na ten temat, to już nie ma znaczenia. Jej guru na tamtym etapie jeszcze "otwierał jej następne oko". Rozumie pani? 

Ja akurat to rozumiem. Byli tacy, którzy przekonywali mojego męża, że się z raka mózgu wyleczy lewatywami z kawy. Patrząc na chłodno, można się tylko roześmiać, ale w takich sytuacjach jest inaczej. To odbiera spokój, czy rzeczywiście – jak pani mówiła – zrobiłem wszystko. Jest też inne ryzyko: może nie kawa, ale różne specyfiki mogą wejść w interakcję z chemioterapią. Lekarka na oddziale opowiadała mi o przypadku pacjentki, która trafiła na OIOM, ponieważ tak zadziałała tajemnicza indiańska herbatka!  

Taką właśnie sytuację mieliśmy z młodą kobietą chorującą na raka jajnika. Pojawiły się powikłania i wtedy ona i jej mąż się przyznali, że jednocześnie zażywa "cudowny lek", czyli te fiolki po 250 zł. Lekarz powiedział jej mężowi: "Jeśli to wyleczy pańską żonę, to ja panu dodam jeszcze 250 zł!". Kiedy później o tym rozmawialiśmy, ten lekarz mówił, że czuł się bezradny: "Staram się zrozumieć takie zachowania, ale przecież my mogliśmy jej pomóc!". 

Dla niej również medycyna konwencjonalna miała ratunek?  

Tak. Nie wiedzieliśmy, czy żyłaby jeszcze 10, czy 15 lat, ale zanim pojawiły się powikłania, była możliwość przedłużenia życia. Jeśli ktoś nosi hubę drzewną w kieszeni, to mało mu ta huba zaszkodzi, ale przy przyjmowaniu doustnym specyfików bywały straszne historie. Przecież przy chemioterapii nie można nawet jeść na przykład…

..grejpfrutów! 

Tak. Również sprzedawane w aptece zioła mogą wchodzić z chemioterapią w interakcje.

Na moich oczach umierali ludzie! A ich rodziny, by kupować te przeróżne specyfiki, sprzedawały auta, majątki, zapożyczały się. Potem widziałam ich dramat, kiedy zostawali w poczuciu winy.

A kilka lat temu zobaczyłam na szybie jednej z aptek ogłoszenie, że gdzieś w Warszawie odbędzie się spotkanie, w trakcie którego będzie sprzedawany dżem na raka!  

Dżem na raka?! 

Nie mogłam uwierzyć. Oczywiście ludzie mają prawo wyboru, jak i gdzie chcą się leczyć. Niemniej jednak warto rozmawiać z lekarzem o każdej metodzie, którą chcemy wprowadzić do swojego leczenia, i pytać, czy sobie nie zaszkodzimy. Nawet głośna metoda dożylnych wlewów z witaminy C, które – na marginesie – nie jest leczeniem, może bardziej zaszkodzić, niż pomóc. Czasami osoba chora potrzebuje zupełnie innego rodzaju wsparcia.   

Uśmierzenia bólu, włączenia leczenia antydepresyjnego. 

Trzeba pamiętać, że jakakolwiek pomoc, nawet konwencjonalna, nie powinna mieć znamion uporczywej terapii i prowadzić do poważnych problemów fizycznych i psychicznych, między innymi depresji. Niestety, dość często traktujemy osoby chore, jakby nie miały nic do powiedzenia w sprawie swojego zdrowia i życia. A przecież to ich zdanie jest najważniejsze. Dlatego warto pytać chorego, czy na pewno zgadza się na zażywanie jakichś substancji. Nie naciskać, nie manipulować emocjami: "Mógłbyś dłużej żyć".

Miałam pacjentkę, u której choroba była bardzo zaawansowana. Nasi lekarze ocenili, że nie można jej leczyć przyczynowo, tylko objawowo. Jej rodzice zdecydowali się jednak opłacić amputację kolejnych kończyn w klinice za granicą. Kiedy potem zobaczyłam tę kobietę, to już nie było życie, ale wegetacja. Z całym szacunkiem dla wszystkich bliskich, ale czasem się zastanawiam: czy pomagają tej chorej osobie, czy sobie? 

Ale to właśnie my zostaniemy po śmierci bliskich, targani rozterkami, czy zrobiliśmy wszystko, by ich ratować. 

To naturalne, że kiedy zabraknie osoby bliskiej, myślimy, co by było, gdyby… Z upływem miesięcy, lat zaczynamy widzieć problem inaczej, to nie znaczy, że obiektywnie, i bywa, że na długie lata zostajemy w poczuciu winy. Niestety, czasu nie cofniemy, możemy jednak wyciągnąć wnioski.   

Po prostu zawierzyć medycynie? To daje spokój? 

Pracowałam z kobietą, która miała niespełna 30 lat i bardzo zaawansowaną chorobę. Wcześniej wszyscy jej mówili, że ma uczulenie na gluten, a w organizmie intensywnie rozwijał się rak. Zbagatelizowała pewne rzeczy, ale człowiek najczęściej jest mądry po szkodzie. Przychodziła do mnie załamana. Bała się odbierać telefony od rodziców. Była mokra ze stresu, ponieważ oni naciskali na "leczenie" u guru w Lublinie, a ona i jej mąż tego nie chcieli. 

Czy ta kobieta leczyła się w szpitalu? 

Tak. A kiedy zmarła, jej rodzice obwinili jej męża o tę śmierć.  

'Osoby, które umierają, najczęściej bardzo się martwią o to, co będzie, jak już ich zabraknie' (fot. shutterstock.com)

Słyszałam historie wdów, które to samo słyszą od swoich teściów. Dlaczego to robią? By przerzucić swoją rozpacz?  

Przerzucić przede wszystkim niemoc i żal o to, co się stało. To jest niekończąca się żałoba. Proszę zobaczyć, że są też kobiety, które 10 lat po rozwodzie ciągle opowiadają o tym, "jak on mógł mnie zostawić". Były mąż już sobie dawno ułożył życie, a ona swoje niszczy. 

Złorzeczy. 

Tak samo robią osoby, które nie radzą sobie ze stratą. I szukają wroga. Myślałam wtedy, jak wielką teściowie tego mężczyzny musieli mieć w sobie niezgodę na śmierć dziecka, w jak wielkiej zostali nienawiści do Boga, do świata, że aż musieli w jej mężu znaleźć wroga. I zniszczyć wszystko. Ze śmiercią ich córki poumierały inne, wartościowe rzeczy, na przykład ich relacja z wnuczką, która w związku z oskarżeniami, że "tata zabił mamę", była znerwicowana i zalękniona. 

A proszę mi powiedzieć, póki ta para przychodziła do pani, to co pani mówiła temu mężczyźnie?  

Że jak będzie rozmyślać bez końca o tym, co stanie się po śmierci żony, to straci bezpowrotnie każdy dzień, który trwa. A moment, który trwa, jest bezcenny, nieodwracalny, bezpowrotny.  

Pomogło mu to wtedy cieszyć się życiem? 

Większości osób pomaga. Tamto małżeństwo zrobiło jeszcze razem dużo rzeczy! On ją na przykład zabrał na 15 minut do teatru. Miała przerzuty do kości, była obolała, ale to było jej marzenie, więc poszli. Przychodzili do nich przyjaciele. Były spotkania w ogrodzie. A pod koniec dostałam wiersz, który napisała. O tym, jaką wszyscy możemy zrobić sobie straszną krzywdę, nie widząc, jak krótkie i kruche jest życie. 

Jak pani pomaga umierającym?  

Osoby, które umierają, najczęściej bardzo się martwią o to, co będzie, jak już ich zabraknie. To jest naturalne. Przekazuję im zawsze swoją myśl, że nie wiem, co dzieje się po śmierci, ale na pewno wiem, że kiedy mnie już nie będzie na tym świecie, to nie będę już miała na nic wpływu. I dlatego powinnam myśleć, co mogę zrobić, gdy tu jestem.

To, co pani mówi, jest niby takie proste, a jednocześnie tak głęboko mądre. Co zrobiła kobieta, której rodzice oskarżyli potem jej męża o jej śmierć?  

Napisała listy do swojej córki. Na każde kolejne jej urodziny, aż do ukończenia 18 lat. 

Historia jak z filmu. Na pewno bezcenne jest to, że ona, jej mąż i córka mieli czas. Być może gdyby biegali od jednego guru do drugiego, to na te wspólne chwile by go zabrakło. 

Absolutnie się pod tym podpisuję. Nie chcę oceniać ludzi, którzy są w rozpaczy, którzy łapią się wszystkiego, żeby przetrwać. Ocenie podlegają osoby, które wykorzystują cierpienie innych ludzi. 

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie i niezawodne przepisy kulinarne - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

Dr n. med. Mariola Kosowicz. Psychoonkolog - psychoterapeuta, kieruje Poradnią Zdrowia Psychicznego w Narodowym Instytucie Onkologii im. Marii Skłodowskiej - Curie Państwowym Instytucie Badawczym w Warszawie. W pracy klinicznej specjalizuje się w terapii pacjentów chorych przewlekle.  Prowadzi autorskie warsztaty i zajęcia edukacyjne z radzenia sobie w chorobach przewlekłych. Autorka wielu prac i artykułów naukowych. Prowadzi wykłady dla personelu medycznego z komunikacji i przeciwdziałania wypaleniu zawodowemu. W prywatnej praktyce specjalizuje się w pracy z parami w kryzysie i osobami w depresji.

Anna Kalita. Absolwentka politologii na Uniwersytecie Wrocławskim, dziennikarka. Współpracowała m.in. z "Gazetą Wyborczą" Wrocław, "Dziennikiem Polska Europa Świat" i "Dziennikiem Gazetą Prawną" oraz "UWAGĄ!" TVN. W 2016 roku nominowana do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za materiał "Tu nie ma sprawiedliwości" o krzywdzie chorych na Alzheimera podopiecznych domu opieki, a w 2019 roku do Nagrody im. Teresy Torańskiej za teksty o handlu noworodkami w PRL. Kontakt do autorki: anna.kalita@agora.pl.