Rodzina
Od lat grudniowe sondaże różnego rodzaju pokazują, że Boże Narodzenie to jedna z najbardziej stresujących sytuacji w roku (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl)
Od lat grudniowe sondaże różnego rodzaju pokazują, że Boże Narodzenie to jedna z najbardziej stresujących sytuacji w roku (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl)

Wszystkie te małe zdrady
Co roku obserwuję to samo: przychodzi grudzień i kobiety wpadają w drżenie. Oto bowiem zbliżają się święta i w ich życiu nadciąga kumulacja: wszystkie zwykłe obowiązki trzeba pogodzić z jasełkami w szkole dzieci, wymyślaniem prezentów, kupowaniem wszystkiego, czego potrzeba do wigilijnych potraw, a przede wszystkim z koniecznością spotykania się z rodziną. Od lat grudniowe sondaże różnego rodzaju pokazują, że Boże Narodzenie to jedna z najbardziej stresujących sytuacji w roku. W ogóle mnie to nie dziwi. Trzy dni świąt to bowiem czas, w którym jak nigdy szwy zaczynają trzeszczeć, a prawda o rodzinie wyć w pawlaczu, gdzie lubimy ją upychać na całą resztę roku.*

Tradycja nakazuje, by było pięknie: bliscy ludzie siedzą przy wielkim stole, życząc sobie jak najlepiej, a blask choinki wzmaga naturalne rodzinne ciepełko. Sęk w tym, że posadzenie tych ludzi przy stole tak, by nikt się z nikim nie pożarł, jest na ogół problematyczne, życzy się nam bynajmniej nie tego, czego same byśmy chciały, lecz czego chce dla nas mamusia, a "ciepełko" między członkami tego posiedzenia wywołują na ogół złośliwość, bierna agresja albo otwarte awantury. Nigdy tak jak w grudniu nie czujemy w trzewiach, że z naszą rodziną jest coś nie tak, choć przez cały rok zawsze uzbiera się trochę pomniejszych przykładów.

Patrząc na grudniowe zbiorowe szaleństwo, gdy te same osoby, które w sondażach deklarują, że rodzina jest świętością i najważniejszą rzeczą w życiu, dostają amoku, gdy mają się z nią podzielić opłatkiem, od razu przypominam sobie różne historie, które znam z bliższego lub dalszego otoczenia. Mojej koleżance, gdy była w liceum, matka mówiła, że musi się uczyć, bo z takim nosem raczej nikogo nie znajdzie. Innej mojej koleżance z kolei matka powtarzała, że nie musi się uczyć, bo za kapitał ma urodę, i niech tylko znajdzie bogatego męża, a będzie w życiu ustawiona. Znajomej utrzymującej się całe swoje dorosłe życie z pisania ojciec, któremu podesłała jeden ze swoich właśnie opublikowanych tekstów, powiedział, że w jego wieku musi starannie wybierać, czemu poświęca czas, więc do lektury wybiera tylko rzeczy dobre, dlatego jej tekstu nie przeczyta. Znam domy, w których starszy brat dostał na start mieszkanie i samochód, a młodszy został z niczym i nikt nigdy, poza nim samym, nie widział w tym problemu. Moja babka nigdy nie zgadzała się na nic, o co prosiła moja matka, ale zawsze robiła wszystko, czego chciała rok młodsza siostra matki.

Gdy zbliżają się święta, w życiu kobiet nadciąga kumulacja: wszystkie zwykłe obowiązki trzeba pogodzić wymyślaniem prezentów, kupowaniem wszystkiego, czego potrzeba do wigilijnych potraw, a przede wszystkim z koniecznością spotykania się z rodziną (Fot. Marcin Stępień / Agencja Wyborcza.pl)

Dookoła pełno jest kobiet, które w swoich rodzinach były na różne sposoby zdradzane. Nie wierzono w ich możliwości, wiecznie je krytykowano, nie udzielano wsparcia w krytycznych momentach. Bywa, że rodzice nas zaniedbywali, nigdy nie próbowali nas naprawdę poznać i zrozumieć albo przeciwnie: byli nadopiekuńczy, dusili i nie dawali dorastać po swojemu. Nie ma miesiąca, żebym nie słyszała, że czyjaś matka albo ojciec ciśnie na ślub kościelny czy chrzest dziecka, nierzadko szantażując zawałem, wydziedziczeniem czy bogini jedna wie czym jeszcze.

Matki – bo to najczęściej one – pewnego dnia wyciągają weksle, pukają w nie palcem: "To ja się tak dla ciebie poświęciłam, a ty co?", i żądają spłaty. Na przykład we wnukach, których córki nie chcą dostarczyć. Albo w cotygodniowych wizytach na niedzielnym obiedzie. Kobiety non stop są kierowane przez rodziny, jakby wciąż były małymi dziewczynkami. Chcesz wrócić do pracy po macierzyńskim? Wjeżdża teściowa: "I co, będziesz zarabiać tyle, że ledwie starczy na żłobek, zamiast pobyć z maleństwem? Ja z synkami spędziłam pięć lat w domu". Chcesz przyjąć awans, który wiąże się z wyjazdami? Wjeżdżają rodzice: "Jak ty to sobie wyobrażasz? Będziesz ZOSTAWIAĆ męża i dzieci?". Chcesz napisać doktorat? "A po co ci doktorat? Zupełnie już nie będziesz miała czasu dla domu". I tak dalej. Nic dziwnego, że dla wielu z nas Wigilia to najgorszy dzień w roku.

Chodzi mi o to, że tak się nie da żyć. Można iść przez tę dżunglę oczekiwań, dawnych małych i dużych zdrad i zadr miesiąc po miesiącu, ale nie sposób w tym być sobą i wzrastać. Po prostu: nie rośnie się w imadle. Dobra wiadomość jest taka, że o ile nie mamy żadnego wpływu na to, w jakiej rodzinie się urodzimy, o tyle mamy ogromny wpływ na to, jak będziemy w niej funkcjonować jako dorosłe osoby. Na przykład na to, jakimi będziemy matkami.

Instynkt macierzyński jak lep

Macierzyństwo w dobie mediów społecznościowych to piekło. Swego czasu przeczytałam w "New York  Timesie" serię felietonów na ten temat i pamiętam konstatację, że mamy dziś najbardziej zestresowane pokolenie rodziców w historii. O ile jeszcze kilkanaście lat temu w nasze rodzicielstwo wtrącić mogła się zaledwie niegrzeczna ciotka, przemądrzała koleżanka i wścibska sąsiadka, o tyle dzisiejsi rodzice są dosłownie bombardowani komunikatami, jak należy zajmować się dziećmi. Oczywiście najbardziej dostaje się matkom, bo mimo równouprawnienia jakoś tak wciąż się dzieje, że dzieci uważa się za przytroczone na amen do matek.

Zaczyna się od opowieści o instynkcie macierzyńskim. Jego istnienia nie potwierdza nauka ani historia. Jeszcze w XIX wieku bogate panie powszechnie oddawały niemowlęta mamkom i nianiom, zajmowały się więc nimi z doskoku, a chłopki i robotnice – wiadomo – nie miały czasu, siły i możliwości chuchać i dmuchać na dzieci. Albo się w surowych warunkach uchowało, albo nie. Po zmarłych niemowlakach nikt specjalnie nie płakał, a jeśli którąś matkę zżerał żal, nie było przestrzeni, by go pokazać, ani nikogo, kto by ją w tym wsparł.

Dla wielu osób podzielenie się opłatkiem i wysłuchanie składanych przez rodzinę życzeń jest najtrudniejszym momentem wigilijnej kolacji (Fot. Dominik Gajda / Agencja Wyborcza.pl) , Iluminacje świąteczne w Szczecinie na Zamku Książąt Pomorskich (Fot. Cezary Aszkiełowicz / Agencja Wyborcza.pl)

Instynkt macierzyński to coś, co upowszechniło się w dyskursie wraz z pojawieniem się dzieciństwa, które w formie nam dziś znanej jest dość młodym wynalazkiem ludzkości. Mam na myśli to, że dość późno wpadliśmy na koncept, że małemu człowiekowi należy się opieka i czułość, że dziecko jest kimś więcej niż tylko rękoma do pracy i że być może pierwszy etap życia człowieka powinien być możliwie wolny od trosk, przemocy i kłopotów. W potocznej narracji, mimo nurtu macierzyństwa bez lukru, który szczęśliwie odbrązawia macierzyństwo, uważa się, że instynkt jednak powinien się pojawić. Jego brak jest anomalią, nawet jeśli nie nazywa się tego głośno. Kobieta powinna poczuć niewysłowioną radość i bliskość z dzieckiem, jak tylko ono wydostanie się z jej brzucha na świat. Potem zaś powinna bez wahania porzucić swoje plany, ambicje i marzenia, bez żalu zostać w domu trzy lata, choćby wcześniej interesował ją cały złożony świat.

Im dłużej jestem matką – a, zaznaczę, jestem kobietą nastawioną do swojego macierzyństwa entuzjastycznie i bardzo się w nim spełniam – tym częściej myślę, że wkręcanie nas w instynkt macierzyński jest jeszcze jednym sposobem, by trzymać kobiety za twarz, spłaszczać ich naturę, wpuszczać w koleiny, z których trudno się im będzie wydostać. Wedle tzw. norm społecznych instynkt ma powodować, że kobieta, po pierwsze, chce mieć dziecko, po drugie, z radością się dla niego poświęca, po trzecie, zrobi dla niego wszystko. To totalny – za przeproszeniem – kanał, bo "wszystko" nie istnieje, choćby dlatego, że dla każdej z nas oznacza coś innego. Narracja o tym, że nikt nie zajmie się dzieckiem tak jak matka, wzięła się stąd, że zajmowanie się nim jest trudne, więc cała masa ludzi od zawsze nie chciała się dziećmi zajmować. Z punktu widzenia władzy jest to też drogie, więc lepiej oczekiwać, że matki będą odwalały tę robotę za darmo, zamiast tworzyć drogie przedszkola i żłobki.

Złapane w poczucie winy kobiety, zajęte dziećmi oraz dowodzeniem, że posiadają instynkt, nie mają głupich pomysłów takich jak nauka, kariera, pasje. Dzięki temu nie kradną dóbr tego świata innym, zostaje więcej do podziału dla tych, którzy dziećmi się nie zajmują. Co ciekawe, jednocześnie lubimy powtarzać powiedzonko o wiosce, której potrzeba, by wychować dziecko. Tylko że idea instynktu wyklucza się z ideą wioski. Ta ostatnia mówi przecież, że dziecko powinno być otoczone wieloma ludźmi, że dobrze robi mu towarzystwo różnych osób, mnogość doświadczeń i różnorodność postaw, co wprost oznacza, że matka nie jest całym światem i nie ma nim być. Znów coś stało się z logiką, prawda?

Natalia Waloch, autorka książki 'Bo NIE. Zacznij odmawiać i żyć po swojemu' (Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Wyborcza.pl)

Moje dzieci były wyczekane i zaplanowane. Mimo różnych przypadłości uwielbiałam być w ciąży, oba porody wspominam świetnie, z radością dwukrotnie zostałam na macierzyńskim, i syna, i córkę długo karmiłam piersią. Po odchowaniu syna wracałam do redakcji nakarmiona społecznym przekazem o zdekoncentrowanej, wiecznie martwiącej się matce, która nie jest w stanie skupić się na pracy. A tu od pierwszego dnia nic. Tylko frajda z roboty. Tak jest do dziś. Gdy nadchodzi godzina, kiedy mam ruszyć po dzieciaki do szkoły, cieszę się na spotkanie z nimi i idę naprawdę szybko. Ale nigdy, przenigdy myślenie o dzieciach nie przeszkodziło mi w pisaniu artykułów. Jestem jeszcze w normie czy już nie? Prawda jest taka, że macierzyństwo jest procesem, i to skomplikowanym. Tak jak nie każda miłość zaczyna się od piorunów i motyli w brzuchu, tak nie każda relacja matki z dzieckiem jest wyrzutem oksytocyny i endorfin zaraz po porodzie. I nie każda kobieta chce iść przez życie tylko jako matka.

*Publikujemy fragment książki Natalii Waloch "Bo NIE. Zacznij odmawiać i żyć po swojemu", która ukazała się 23 października 2024 roku nakładem Wydawnictwa Agora.