Biografie
Królowa Elżbieta II, Londyn 2007 (shutterstock.com)
Królowa Elżbieta II, Londyn 2007 (shutterstock.com)

Najcięższą chwilą dla królowej był zapewne wywiad Oprah Winfrey z Meghan i Harrym, a chyba najboleśniejszy w nim był zarzut rasizmu w rodzinie Windsorów. Jeden z najbardziej znanych biografów Windsorów, Christopher Andersen, przypomina ten moment w niedawnej książce Brothers and Wives. Dysponujący autorytetem i źródłami na dworze autor nie waha się podać takiej wersji faktów, która rzuca cień na dwór, ale przede wszystkim na parę Meghan–Harry.*

7 marca 2021 roku 60 milionów widzów na świecie wysłuchało rewelacji książęcej pary. Czego tam nie było? Rewelacje, że Meghan zaszczuta przez media chciała popełnić samobójstwo, ale uratował ją Harry, organizując wyjazd (co było melodramatyczną wersją zdarzeń: Meghan była w ciąży w depresji i musiała wyjść z choroby bez pomocy bezdusznego pałacu, który uznał, że stać ją na psychiatrę z Harley Street). Padły też zarzuty, że Karol odciął Harry’ego (notabene multimilionera przed czterdziestką) od pomocy finansowej, co akurat było wierutnym kłamstwem, bo książę Walii dorzucił trzy miliony dolarów na ochronę syna i jego żony.  

Królowa Elżbieta II i książę Filip z wizytą w Edynburgu (shutterstock.com)

Było też coś, co chyba szczególnie dobiło sędziwą królową. Otóż Harry (najwyraźniej za namową Meghan) zaatakował frontalnie rodzinę królewską, twierdząc, że utrzymywały się w niej obawy przed kolorem skóry Archiego. Była to w dużym stopniu insynuacja, tym bardziej że para nie ujawniła personaliów dworskiego "rasisty". Andersen, który niewątpliwie jest biografem przyjaznym Meghan i Harry’emu (lub neutralnym), pisze bez ogródek, że tajemniczym Windsorem z wywiadu Oprah był sam książę Karol. Według Andersena książę zaczął takie mało taktowne rozważania w obecności Kamili przy śniadaniu w rezydencji Clarence House (w listopadzie 2017 roku).  

"Chłopski filozof"**

Był to z pewnością nie wyraz rasizmu księcia, który przyjaźni się z wieloma ludźmi różnych kultur i ras, lecz rezultat nieco zramolałej ciekawości (i gadatliwości) ekscentrycznego 70-latka zastanawiającego się, jaki kolor skóry może mieć dziecko mulatki. "Dziecko będzie z pewnością piękne" – powiedziała wtedy, zmieniając temat, Kamila. Zdanie wypowiedziane przez księcia zostało jednak podsłuchane, zapewne przez służbę. Żyło własnym życiem, dając początek fali pałacowych plotek. 

Rzekome wątpliwości Karola trafiły do "ludzi w szarych garniturach" – doradców Karola i królowej. Niewiele trzeba było czasu, by o sprawie dowiedział się Harry, który zrozumiał to jako obawę przed zbyt brązową karnacją skóry jego dzidziusia i wpadł w furię. "Byłem zaszokowany" – przyznawał Harry w rozmowie z Oprah, nie wyjawiając, kto był autorem spekulacji. Zapewne jednak odbył rozmowę z ojcem, który – jak sugeruje Andersen – wyjaśnił mu, że chodziło o niewinne pogaduszki dziadków. "Chyba grzeszysz tu nadwrażliwością" – powiedział Karol synowi prosto w twarz. Harry jest jednak pod tak przemożnym wpływem "planety Meghan", że nie mógł tych plotek potraktować inaczej niż śmiertelnie poważnie. 

Oczywiście, że Karol zachował się jak słoń w składzie porcelany – widział, jakie problemy z adaptacją na dworze i w Wielkiej Brytanii przeżywa Meghan i kochający ją Harry. Karol jest jednak "chłopskim filozofem" (choć on zapewne wolałby tytuł "księcia filozofa") i rzucił przy śniadaniu ową feralną uwagę, wpędzając ukochaną "firmę" w kolejny niepokojący kryzys. Nie bez powodu Elżbieta ma tak sceptyczny stosunek do swojego syna. Monarchini, mimo 90 lat na karku, zachowuje dość trzeźwy osąd. W reakcji na wywiad Oprah Elżbieta II zapowiedziała śledztwo na dworze, choć mogła być przekonana, że zjawisko rasizmu jest tam sprawą marginalną. Insynuacja Harry’ego i  Meghan w rozmowie z Oprah była szyta grubymi nićmi. Parę miesięcy później słynna dziennikarka zrezygnowała ze znajomości z parą książęcych celebrytów. Poczuła się przez nich oszukana (teraz Oprah podobno pomaga Harry’emu i Meghan w kryzysie w ich relacji).  

Królowa Elżbieta II odwiedza Liverpool (shutterstock.com)

Królowa mogła tylko liczyć, że będzie to ostatni taki "występ" jej wnuka, kolejnego mężczyzny Windsorów po Edwardzie VIII i Karolu, który znajduje się pod wpływem kobiety zasługującej zdaniem wielu na miano femme fatale Windsorów. Było inaczej. Harry w kwietniowym wywiadzie dla NBC wygłupił się, mówiąc, że przyjechał, bo troszczy się o bezpieczeństwo babci.

Księżna z Kalifornii

Miała być Dianą 2.0, wersją bez kolców, bulimii i histerii. Była dużo starsza i dojrzalsza. Wiedziała, w co się ładuje. Cały czas miała wsparcie kochającego i zafascynowanego nią męża (w tym samym okresie małżeństwa z Dianą Karol chował się w toalecie, by świntuszyć z Kamilą). Królowa była pod wrażeniem nowej przybyszki w rodzinie. Kolor skóry Meghan był atutem – Elżbieta dobrze wie, że XXI wiek to nie czas na rasizm w jakiejkolwiek wersji, nawet light.  

Wręcz przeciwnie, to epoka "Black Lives Matter", promocji rasowej różnorodności i bezwzględnej "ślepoty" na kolor skóry, której brytyjskie dzieci są uczone od szkoły podstawowej. Elżbieta II przyjaźni się (o ile królowa może mieć przyjaciół) z wieloma czarnoskórymi politykami i duchownymi. Rasizm jest dla niej wręcz szokującym nonsensem. W końcu Brytyjczycy to społeczeństwo kolorowe, a monarchię kocha wielu przedstawicieli rozmaitych ras. Elżbieta II zdawała więc sobie świetnie sprawę, że Meghan to szansa na pozyskanie dla monarchii sympatii młodego pokolenia. Była więc uprzedzająco miła dla świeżo upieczonej księżnej z Kalifornii. Szefowa "firmy" wiązała z nią wielkie nadzieje, a interes monarchii jest dla królowej, zwolenniczki realpolitik, bezwzględnym nakazem rozumu i serca.  

Podczas jednej z pierwszych imprez szczodrze obdarowana tytułem księżnej Sussex Meghan gwarzyła z królową jak z najlepszą koleżanką. Monarchini nie zauważała nikogo wokół i starała się jak najcieplej przyjąć żonę ukochanego wnuka w rodzinie niesłynącej z otwartości wobec "obcych". Skutek mógł być odwrotny do zamierzonego. Meghan zaczęła wzbudzać zazdrość. Zapewne także ze strony księżnej Kate, której gwiazda nagle przybladła. 

Maszyna masarska monarchii

Choć Meghan nie jest ulubioną postacią autora tej biografii (i tuzina innych), to trudno nie zrozumieć jej szoku i trochę jej nie współczuć. Gwiazdka hollywoodzkiego serialu była pewna, że swoim czarem i sprytem owinie wokół palca królową. To jej się prawie udało. Meghan była także pewna, że uda jej się to, co nie powiodło się za życia Dianie: zmieni zasady funkcjonowania zmurszałej monarchii, wprowadzając na wokandę politykę i ideę woke – przebudzenia do pojęcia powszechnej sprawiedliwości na miarę XXI wieku. Tego było stanowczo za wiele, bo monarchia ma być dla wszystkich: lewicy, prawicy i środka, a nie dla liberalnych "lewaków". 

Królowa Elżbieta II z małżonkiem księciem Filipem (shutterstock.com)

Najgorsze było pragnienie trzecie – Meghan, niczym próżna księżniczka, chciała się przejrzeć w lusterku Windsorów, by jej powiedziało, że jest najmądrzejsza i najpiękniejsza na świecie. Co to, to nie! – powiedziało lusterko, prosząc, by ustawiła się w szeregu, tak jak inni członkowie "firmy", podporządkowała się i salutowała jej szefowej Elżbiecie II. Każdy, kto wchodzi do rodziny Windsorów, wpada tak jak młodziutka Diana w maszynę masarską monarchii (dotyczy to szczególnie kobiet, choć nie tylko, o czym mógłby zaświadczyć mąż księżnej Małgorzaty).  

Musi poświęcać całe dnie nudnym oficjalnym wizytom, nauczyć się bizantyjskiego protokołu pałacu Buckingham i uważać na każde słowo. Życie nowego Windsora to pasmo poświęceń. Wcześniej czy później wykańczających psychicznie. Jak pisze w swojej książce Johann Hari, dworzanie nazywają ten proces "karmieniem bestii". Sam Hari mówi o formowaniu bezkształtnej parówki w dworskiej maszynie masarskiej.  

"Jednym z kluczowych argumentów przeciwko monarchii jest to, że naraża swoich członków na zupełnie niedopuszczalny poziom monitoringu i ingerencji w ich życie ze strony mediów" – dodaje autor "God Save the Queen?" 

Zobacz wideo Królowa Elżbieta II opublikowała swojego pierwszego posta na Instagramie

I to powinniśmy Meghan rzeczywiście przyznać: nie musiała tego znosić, jeśli nie chciała. Z jednym zastrzeżeniem – w roku 2017 nie mogła nie wiedzieć, co ją czeka. Weszła do gry, by po jakimś czasie uznać, że po zdobyciu sławy i tytułu księżnej chce się wycofać, obolała od tępych ciosów bezdusznych Windsorów. Wygląda to trochę na sztuczny scenariusz dość kiepskiego filmu, który napisała po cichu, w tajemnicy przed zapatrzonym w nią mężem, sama aktorka Meghan. I na to nie powinniśmy się nabierać, bo postąpiła chyba nie do końca uczciwie, dbając dość cynicznie o własny PR epoki social mediów, a nie o lojalność wobec rodziny, zamkniętej i chłodnej, ale dla niej wyjątkowo otwartej i ciepłej. 

Biograf i były dworski korespondent Irving zwraca w swojej książce uwagę na kluczowy moment psychologiczny, który musiał doprowadzić do "Megxitu", jak zaczęto nazywać wyjście z rodziny Windsorów książęcej pary. "Meghan i Harry nie umieli utrzymać fikcji, że oto dzięki nim monarchia zostanie zreformowana w nowy światły sposób na modłę XXI wieku" – pisze nestor dworskich biografów i korespondentów. To godziło w rozbuchane ambicje państwa Sussex. Jako winnych książęca para wskazała oczywiście brytyjskie media, coraz bardziej im niechętne. 

Kiedy we wrześniu 2019 roku, bez konsultowania tego z królową, Harry i Meghan wytoczyli procesy kilku gazetom (chodziło o użycie prywatnego listu do ojca Markle, który on sam pokazał mediom, oraz o włamania do skrzynek głosowych), stało się jasne, że prowadzą własną politykę wewnątrz "firmy", która ma przecież tylko jednego szefa. 

Krucjaty przeciwko tabloidom to dla Windsorów ryzykowna operacja, bo choć są oni zabawką w rękach żurnalistów wątpliwej proweniencji, dzięki nim utrzymuje się zainteresowanie rodziną królewską. Walka z mediami dla royalsów to trochę podcinanie gałęzi, na której siedzą, i takie operacje zdarzają się rzadko (przeciwko gazecie francuskiej, która w 2012 roku pokazała zdjęcia jego żony topless, wystąpił książę William, ale uczynił to za zgodą babci królowej). 

Elżbieta II uchodzi za osobę pogodną (shutterstock.com)

Konfrontację z mediami Meghan i Harry ogłosili na koniec bardzo udanej podróży do RPA. Media przeżywały okres powrotu ciepłych uczuć do książęcej pary – Meghan umiała się pokazać jako inteligentna i dynamiczna bojowniczka o prawa kobiet i wykorzenienie rasizmu. Do czasu niefortunnego wywiadu dla prywatnej telewizji brytyjskiej ITV w RPA, w którym księżna Sussex zaczęła narzekać na rodzinę królewską, układy na chłodnym dworze i knowania cynicznych brytyjskich mediów.  

Meghan przypomniała, że przed ślubem jej przyjaciele ostrzegali ją, że "brytyjskie tabloidy zniszczą jej życie". "Wiesz, my czegoś takiego nie mamy w Ameryce" – mówiła jakoś bez przekonania Meghan zaprzyjaźnionemu dziennikarzowi. Było to jedno z tych zdań klisz, kalek, które księżna wygłasza, jakby grała w filmie i odklepywała fragment swojej roli, której się pilnie wyuczyła (ktoś znający media na świecie mógłby ją spytać, jak agresywne bzdury wypisują o Windsorach brukowce z supermarketów w USA i Australii). 

 Na koniec udanego afrykańskiego wyjazdu okazało się znów, że państwo Sussex są zapatrzeni w siebie i niedojrzali. Harry ciągle wspominał śmierć matki, jej trauma wracała. Tyle tylko że było to dla niego zbyt trudne, by spojrzeć prawdzie w oczy – Diana bawiła się statusem celebrytki, igrała z mediami, a jej wypadek spowodował pijany kierowca, a nie pościg paparazzich, którzy zostali gdzieś daleko z tyłu. Do tego Diana nie miała zapiętych pasów bezpieczeństwa – inaczej z dużym prawdopodobieństwem by przeżyła. Zatem zdanie, że media zabiły Dianę, jest tak samo prawdziwe, jak fałszywe. 

*Fragmenty książki Marka Rybarczyka "Elżbieta II. Ostatnia taka królowa". Książka do kupienia w Publio >>>
**Śródtytuły pochodzą od redakcji

Marek Rybarczyk - publicysta "Newsweeka", znawca kultury i historii Wielkiej Brytanii, wieloletni dziennikarz radia BBC, korespondent "Gazety Wyborczej" w Londynie, komentator Radia TOK FM, radiowej Trójki i TVN24.