Historia
Targowisko na przejściu granicznym Leknica - Bad Muskau, 1995. Zdjęcie ilustracyjne (Fot. Wojciech Druszcz / Agencja Wyborcza.pl)
Targowisko na przejściu granicznym Leknica - Bad Muskau, 1995. Zdjęcie ilustracyjne (Fot. Wojciech Druszcz / Agencja Wyborcza.pl)

Prezydent Karol Nawrocki przekonuje, że prace nad zmianą konstytucji są konieczne. Zapowiedział powołanie zespołu, który ma przyjrzeć się niemal  każdemu rozdziałowi obecnej ustawy zasadniczej. Można podejrzewać dlaczego?

Dyskusja o nowej konstytucji to dyskusja o nowym początku. Prezydent Nawrocki ma najwyraźniej przekonanie, że III RP dożywa swoich ostatnich dni i czas na stworzenie nowej formy państwowości. Przy okazji może chcieć wykorzystać to do poszerzenia własnych prerogatyw. Pamiętajmy jednak, że nasza konstytucja jest daleka od ideału. Po trzech dekadach gołym okiem widać, że przydałoby się ją przynajmniej znowelizować.

Dlaczego ustawa zasadnicza jest tak ważna?

Bo jest wyrazem filozofii myślenia o polityce i o wspólnocie, o naszych najważniejszych wartościach. Konstytucja to także ramy, w których mieści się całość naszego życia państwowego. Określa między innymi to, czy różne opcje polityczne muszą znaleźć porozumienie, czy też np. prezydent o silnym mandacie demokratycznym będzie niemal jednoosobowo ponosił odpowiedzialność za kierunek, w którym zmierza Polska.

Karol Nawrocki. Zdjęcie ilustracyjne. (Fot. Robert Kowalewski / Agencja Wyborcza.pl)

Prawa strona sceny politycznej chce zmienić konstytucję właściwie od dnia jej powstania. Dlaczego?

Zapewne dlatego, że ta konstytucja jest synonimem III RP. Jest owocem kompromisu elit postkomunistycznych z jedynie częścią obozu postsolidarnościowego, na dodatek pod patronatem Aleksandra Kwaśniewskiego. Dawni komuniści współtworzący nowy porządek? To dla prawicy bardzo trudne do przełknięcia. Jednocześnie ta frustracja miała pewne podstawy. Ugrupowania prawicowe nie wzięły udziału w pracach nad projektem konstytucji, która została uchwalona w 1997 roku. Myślę, że to jest podstawą kolejnych prób rewizji ustawy zasadniczej.

A ile w tym prawdy, że prawica została wykluczona z pracy nad konstytucją?

Żeby odpowiedzieć na to pytanie, musimy się cofnąć w historii o kilka lat.

Bardzo proszę.

Na konstytucję czekaliśmy bardzo długo, co też wiele mówi o Polsce tamtego czasu. Na początku lat 90. pomysły na to, jak ma wyglądać ustrój w Polsce mieli wszyscy. Swoje broszury na ten temat wydawała Solidarność, PSL, liberałowie, postkomuniści, prawica… To był taki moment historyczny, w którym zmiany ustrojowe zachodziły wprost z dnia na dzień. W kwietniu 1989 roku przywrócono Senat i urząd prezydenta, zlikwidowane po II wojnie światowej. W grudniu 1989 r. zniknęła PRL, w jej miejsce pojawiła się III RP, a biały orzeł na czerwonym tle odzyskał koronę. Zarazem panowało przekonanie, że ówczesny parlament – wybrany w wyborach kontraktowych, tylko częściowo demokratycznych – nie ma legitymacji, żeby uchwalić konstytucję.

Dyskusji o konstytucji jednak nie zawieszono.

Kolejny Sejm i Senat zostały wybrane jesienią 1991 roku, już w wyborach w pełni demokratycznych. Sęk w tym, że wtedy nie obowiązywały progi wyborcze. W efekcie do Sejmu weszli członkowie aż 29 ugrupowań. Trudno im było sformować stabilny rząd, a co dopiero mówić o uchwalaniu konstytucji, gdy kluczową kwestią było pytanie, czy ustrój Polski powinien być parlamentarny czy prezydencki.

Z dalszymi pracami nad konstytucją trzeba było poczekać na stabilną większość. Sejm I kadencji został rozwiązany przedterminowo. No ale po wyborach w 1993 roku okazało się, że z kolejnym Sejmem też jest problem.

Sejm II kadencji. (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl)

Jaki?

Nie było w nim prawie żadnych ugrupowań prawicowych. Złośliwiec powie, że prawica wyeliminowała się z parlamentu na własne życzenie: w wyborach w 1993 roku, wprowadzono po raz pierwszy progi wyborcze. Prawicowe partie, skłócone ze sobą, wystartowały bardzo licznie. W efekcie większość nie zdobyła wymaganego minimum pięciu procent głosów. Około jedna trzecia wszystkich głosów została oddana na partie, które nie miały reprezentacji parlamentarnej. To spotęgowało sukces zwycięskich SLD i PSL. Później prawica argumentowała, że skład Sejmu nie jest reprezentatywny, co nie było zupełnie bezzasadne, ale jednak został on wybrany demokratycznie i miał pełne prawo zajmować się konstytucją.

Kto ostatecznie pisał konstytucję 1997 roku?   

Sojusz Lewicy Demokratycznej i Polskie Stronnictwo Ludowe – ugrupowania postkomunistyczne oraz dwie partie związane z dawną opozycją antykomunistyczną: Unia Wolności i Unia Pracy. Zawiązał się taki nieformalny sojusz ugrupowań, które dążyły do tego, żeby nowa konstytucja powstała.

Da się krótko przedstawić agendę każdego z tych ugrupowań?

W największym uproszczeniu można powiedzieć, że SLD chciał nieco wzmocnić pozycję premiera (ergo: nie wzmacniać prezydenta), lecz zarazem nie dokonywać żadnych ustrojowych rewolucji. Działacze ze stażem w PZPR dobrze czuli się w gęstwinie niejasnych przepisów i obyczajów rodem z PRL. PSL postulowało wzmacnianie pozycji wsi i samorządów. Ludowcy czuli się tam mocni i to zresztą leżało w ich partyjnym interesie. Unia Wolności proponowała Polskę liberalną i wolnorynkową, jej koszmarnym snem było wzmacnianie opiekuńczej i prosocjalnej roli państwa. Przychodziło jej to tym łatwiej, że czuła się reprezentantem przedsiębiorczych ludzi sukcesu. Z kolei Unii Pracy zależało na zwiększaniu zabezpieczeń socjalnych i próbach nawiązywania do prospołecznej spuścizny Solidarności. Ryszardowi Bugajowi i spółce marnie to jednak wyszło.

W dyskusji nad konstytucją nie brakowało też trzeciego sektora, który reprezentowała choćby Fundacja Batorego czy Liga Kobiet Polskich, optująca za prawami reprodukcyjnymi kobiet. Z drugiej strony Kościół katolicki wzywał m.in. do wzmocnienia ochrony życia poczętego. Po latach słabiej widoczne jest jednak to, że na pierwszy plan wysuwała się gra polityczna o rozmaite cele krótkoterminowe.

Poza sejmem jednocześnie powstawał projekt "obywatelski".

Obywatelski z nazwy, bo w rzeczywistości projekt prawicowy, tworzony pod auspicjami Solidarności. Jego twarzą został Marian Krzaklewski, ówczesny lider Solidarności, człowiek z ambicjami zjednoczenia prawicy pod swoim przewodnictwem, a w przyszłości objęciem urzędu prezydenta.

Marian Krzaklewski (w niebieskiej koszuli). Zdjęcie ilustracyjne. (Fot. Eliza Oleksy / Agencja Wyborcza.pl)

Czy pomiędzy tymi projektami były duże różnice?

Były, ale dotyczyły głównie kwestii symbolicznych, a nie stricte prawnych. Spore kontrowersje na przykład budził artykuł 90. z projektu sejmowego, stanowiący część obecnie obowiązującej konstytucji, który pozwalał w określonych warunkach na scedowanie niektórych uprawnień państwowych na organizację międzynarodową. W domyśle, przede wszystkim na Unię Europejską. Wielu polityków prawicy protestowało energicznie, argumentując, że nie możemy ograniczać naszej suwerenności.

Najbardziej skupiano się na tym, czy w konstytucji będzie invocatio dei, czyli odwołanie się do Boga, jak będzie brzmiała definicja małżeństwa, czy w konstytucji rozstrzygniemy kwestię aborcji i czy można ograniczać władzę rodziców, powołując się na dobro dziecka. Generalnie projekt "obywatelski" dawał również silniejszą władzę prezydentowi i dowartościowywał samorządy, ale gros różnic leżało w akcentowaniu wartości. To były sprawy dla Polaków bardzo ważne, dotyczyły tego, w jaki sposób widzimy i opowiadamy Polskę, ale co do zasady nie odbyła się jednak dyskusja o niuansach ustrojowych.

Jakie miało to konsekwencje?

Zabrakło refleksji, na ile poszczególne zapisy są ze sobą spójne i czy można je wykorzystywać do obchodzenia prawa. Przykładowo – organizację i tryb postępowania w Trybunale Konstytucyjnym określa ustawa – a nie konstytucja. I tak powstaje ryzyko huśtania całym systemem prawa – co boleśnie odczuwamy dziś.

Michał Przeperski (Pola Starczyńska.)

Ostatecznie udało się wypracować kompromis?

Tak, ale w łonie ugrupowań pracujących nad projektem sejmowym. Dobrym przykładem jest preambuła. SLD argumentował, że Polska jest państwem świeckim, więc w konstytucji nie powinny się znajdować odniesienia do Boga. Bardziej konserwatywni politycy Unii Wolności nalegali z kolei, by było dokładnie odwrotnie. Stanęło na wersji pośredniej: "Wszyscy obywatele Rzeczypospolitej, zarówno wierzący w Boga […] jak i nie podzielający tej wiary, a te uniwersalne wartości wywodzący z innych źródeł…". Taką preambułę zaproponował ostatecznie Tadeusz Mazowiecki. Nota bene o jego udział w pracach i o jego aprobatę zabiegał Aleksander Kwaśniewski, któremu zależało na tym, by projekt uzyskał jak największe poparcie.

Innym przykładem kompromisu zawartego w trakcie prac parlamentarnych jest zwrot z artykułu 20. konstytucji o tym, że "społeczna gospodarka rynkowa" jest podstawą ustroju gospodarczego Polski. Unii Wolności bardzo zależało na tym, żeby podkreślić wolnorynkowe zasady panujące w III RP, podczas gdy SLD i PSL chciały silniejszej roli państwa w gospodarce. Wyjściem okazało się nawiązanie do tradycji ordoliberalnej, swoistej "trzeciej drogi" między liberalizmem a etatyzmem.

Konstytucja liczy ostatecznie 243 artykuły…

I nie ma co kryć, jest strasznie przegadana. Pojawienie się w niej szczegółowych przepisów dotyczących Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, Rady Polityki Pieniężnej czy mniej szczegółowych odnośnie Rzecznika Praw Dziecka lub Rady Dialogu Społecznego było elementem targu politycznego. Dziś już widać, że chyba dalibyśmy sobie radę bez nich. Wpisywanie kolejnych treści do konstytucji ma na celu ich utrwalenie. Gdybyśmy zapisali w konstytucji expressis verbis, że złoty polski jest walutą w Polsce i nie może być innej, to stanowiłoby to zaporę przed przyjęciem euro. Tylko czy konstytucja powinna pełnić taką właśnie rolę? Może raczej powinna być bardziej ramowa, tak jak Konstytucja USA? To samo w sobie jest warte dyskusji.

Ten kompromisowy charakter projektu nie przeszkadzał Krzaklewskiemu mówić o "bolszewickiej konstytucji".

Akcja Wyborcza Solidarność, czyli sojusz prawicowych partii pod przywództwem Krzaklewskiego, robiła co mogła, by Sejm wybrany w 1993 roku nie głosował nad konstytucją. Z prostego powodu: tych prawicowych partii w Sejmie nie było.

Z kolei SLD starał się trochę przekonywać, że dla nowej konstytucji nie ma alternatywy. Była to karta dobrze znana Polakom. "Nie ma alternatywy dla planu Balcerowicza", "nie ma alternatywy dla likwidacji twojego zakładu". Ciekawa rzecz, że w 1997 roku to zagranie się nie udało.

Wybrzmiało za to – może po raz pierwszy w III RP – że alternatywa jest. Charyzmatyczna postać prawicy, Jan Olszewski, powtarzał: "Proszę państwa, mamy działające przejściowe przepisy, nie dajcie się zastraszyć", a Kwaśniewski zręcznie zbijał tę argumentację: "Chcemy przegłosować konstytucję, żeby ustabilizować sytuację w Państwie. Konieczności nie ma. Ale będzie lepiej, jeśli to zrobimy teraz". Patrząc z perspektywy czasu, trudno znaleźć inny moment w dziejach III RP w którym znalazłaby się większość zdolna skutecznie przegłosować ustawę zasadniczą.

Ale frekwencja w referendum przekroczyła ledwo 42 procent. 

W 1997 roku byliśmy zmęczeni chaosem przemian, rozczarowani polityką, bardzo zapracowani i zmartwieni przyszłością. Codzienność absorbowała bardziej niż polityczne emocje. Stawiam tezę, że duża część społeczeństwa była apolityczna, co miało swoje głębokie korzenie sięgające jeszcze końca lat 80.

Mam poczucie, że w maju 1997 roku i tak udało się z Polaków coś wykrzesać, a  frekwencja nie świadczy o porażce tego projektu. W tamtej rzeczywistości po prostu tyle osób angażowało się w politykę. No i pamiętajmy – większość, która przegłosowała konstytucję, nie była oszałamiająca. 53 procent poparcia przy 42 procentach frekwencji. Konstytucja z 1997 r. nie miała silnej legitymacji. Ale to po prostu było maksimum tego co osiągalne.

Referendum konstytucyjne z 1997 roku. Zdjęcie ilustracyjne. (Fot. Eliza Oleksy / Agencja Wyborcza.pl)

Ci, którzy poszli na referendum mieli poczucie doniosłości chwili?

Myślę, że nie. Przed głosowaniem z kancelarii prezydenta Kwaśniewskiego rozesłano do Polaków kilka milionów kopii konstytucji – ale choćby z sond ulicznych emitowanych ówcześnie w mediach jasno było widać, że Polacy raczej ich nie przeczytali. Moim zdaniem głosowali za swoją partią, a nie za konkretnymi rozwiązaniami prawnymi. W oparciu o swoje badania postawiłbym tezę, że data 1997 kojarzy się raczej z powodzią tysiąclecia, niż z uchwaleniem konstytucji.

Konstytucja weszła w życie w październiku 1997 roku.

Jej przyjęcie ustabilizowało życie polityczne w późniejszych latach. Zakończyło prowizorkę prawną, która istniała w Polsce od 1989 roku i symbolicznie zamknęło okres przejściowy pomiędzy PRL-em i czymś nowym. Ważny był sam fakt, że kompromis został wypracowany i przyjęty przez większość Polaków. Nowa ustawa zasadnicza stworzyła też prawną podstawę do wejścia do Unii Europejskiej.

Na pewno nie była to konstytucja idealna. I nadal nie jest. Sam pomysł, by po 30 latach doprecyzować niektóre kwestie – choćby co do podziału kompetencji w polityce zagranicznej – wcale mnie nie dziwi. Wiemy już przecież nieźle, co w tej konstytucji nie działa. Niepoprawnie wierzę, że możliwe jest odłożenie na bok interesów partyjnych, by o tym rozmawiać – pomimo tego, że dotychczasowe doświadczenie uczy, że jest zupełnie odwrotnie.

Mówiłeś, że Polacy w 1997 nie znali konstytucji i w większości nie czuli, że to ich sprawa. Myślisz, że dziś byłoby inaczej?

Polska AD 2025 to kraj intensywnych politycznych emocji. Nowa konstytucja wyniesie je na kolejny poziom, zwłaszcza jeśli będzie realizowała głównie postulaty jednej ze stron wewnątrzpolskiego sporu. Może też jednak stanowić owoc szerokiego kompromisu, tworzący ramy dynamicznego rozwoju na kolejne dziesięciolecia. Chcemy czy nie, konstytucja to sprawa nas wszystkich.

Michał Przeperski. Doktor historii, pracownik Instytutu Historii PAN oraz rzecznik prasowy Muzeum Historii Polski. Specjalizuje się w dziejach Europy Środkowej w XX wieku, zwłaszcza w procesach transformacji politycznej i społecznej. Autor m.in. książek " Dziki Wschód. Transformacja po polsku 1986-1993", "Nieznośny ciężar braterstwa. Konflikty polsko-czeskie w XX wieku" i "Mieczysław F. Rakowski. Biografia polityczna". Laureat nagrody „Nowych Książek" dla najlepszej książki (2017), a w roku 2021 Nagrody Naukowej tygodnika „Polityka", Nagrody Specjalnej Fundacji Identitas oraz Nagrody KLIO.

Jan Rybicki. Laureat pierwszej edycji programu "Polska Stories", obecnie na stałe w weekend.gazeta.pl. Wcześniej publikował swoje reportaże m.in. w "Dużym Formacie" i "Tygodniku Powszechnym". Lubi słuchać, jak ludzie mówią. Kontakt: jan.rybicki@grupagazeta.pl

Zobacz wideo