Czy kiedyś było fajniej?
(wzdycha) Nie. Im dłużej siedzę w latach 90., tym głębiej wchodzę w ten ciemny las i widzę, że nie było. Na moim profilu bardzo się staram nie romantyzować tamtych czasów. Wręcz przeciwnie, na prostych przykładach próbuję pokazywać trudności, które na każdym kroku napotykaliśmy. Ostatnio moja obserwatorka, która sprzedaje stare mieszkania, trafiła w jednym na sterty gazet. Zrobiła mi zdjęcia gazetek z supermarketu Geant – do dziś nie wiem, jak to się wymawia – z 1998 roku. No i pierwsza myśl: o kurde, ale było tanio! Ale gdy sprawdzisz, ile wynosiła średnia krajowa, to stwierdzasz: o cholera, ale było drogo*. I tak jest z każdym tematem. Zaczynasz drążyć w latach 90. i każdorazowo docierasz do bagna.
Jako dorośli wspominamy dzieciństwo z sentymentem. Ale gdy niedawno w centrum Warszawy zgwałcono i zamordowano 20-letnią Lizę, pomyślałam, że to historia żywcem z lat 90. Że dzisiaj takie rzeczy już się nie dzieją.
Ja pamiętam, że jak szłam na studia do Warszawy, to głośno było o tym, że na warszawskim przystanku zginął starszy człowiek, bo nie dał komuś dwóch złotych. Babcia mnie wtedy przestrzegała: „Dziecko, ty musisz zawsze mieć kilka monet w kieszeni. Żebyś się wykupiła, jak ktoś się do ciebie przyczepi". W e-booku zawarłam historię, która pokazuje, jak w latach 90. było z poczuciem bezpieczeństwa. Gdy mój dziadek jechał na operację wszczepienia bajpasów na Śląsk, babcia uszyła sobie specjalny pas. Włożyła do niego gotówkę na łapówkę dla lekarza, a całość schowała pod stanikiem. Dlaczego? Bo miała jechać pociągiem. Dziadek był kolejarzem, wciąż opowiadał historie z PKP i wszyscy mieliśmy z tyłu głowy, że w tych pociągach trzeba przyszykować się na najgorsze.
Kolejny przykład: noworoczne wydanie "Teleexpressu" z 1998 roku. Jesteśmy w nowym roku, powinniśmy się cieszyć, a prezenterka z grobową miną wylicza, jak straszne rzeczy miały miejsce w noc sylwestrową: w Nowej Soli facet wyszedł odpalić petardę i dostał nożem od bandy wyrostków, para wracała z balu i została pobita kijami bejsbolowymi, ludzie bili się gdzieś przez dwie godziny i wielu trafiło do szpitala. Pamięć tak działa, że wybieramy rzeczy miłe i zaciera się szerszy obraz.
Jako dzieci oglądaliśmy też chyba więcej reklam niż strasznych wiadomości. A reklamy bardzo napędzały dziecięcą ekscytację codziennością. Wciąż o czymś marzyliśmy.
Było tak, jak mówisz. Również dlatego, że na rynku wciąż pojawiało się coś nowego. Mnie napędzały reklamy zabawek przed sobotnim blokiem "Walt Disney przedstawia". W liście do Świętego Mikołaja kierowałam się zasadą sky is the limit i poprosiłam o coś z listy: lalka Barbie, domek dla lalki, Furby, gra "Operacja", puzzle Pocahontas, rower górski... Dostałam skarpetki, majtki, piżamę i puzzle ze "101 dalmatyńczyków". I to był mój ostatni list do Mikołaja. Marzyłam też o urodzinach w McDonaldzie, a Mr. Proper z kolczykiem w uchu podobał mi się fizycznie, więc o nim fantazjowałam.
Skąd u ciebie fascynacja latami 90.?
Złożyło się na to kilka rzeczy. Pierwsza: jestem jedynaczką, oboje rodzice pracowali, ale nie chodziłam do placówek wychowawczych, opiekowali się mną dziadkowie. Śmieję się, że dorastałam w traumalandzie, karmiona opowieściami o wojnie i jak to dziadek nie miał butów, a babcia dzieliła cukierka na cztery części. Lubię kombatanckie opowieści.
Druga rzecz: pochodzę z małej miejscowości. Żyliśmy w niej trochę jak Reymontowscy chłopi – według kalendarza świąt i wydarzeń: wesel, komunii, pogrzebów. Zwłaszcza przygotowania do wesel to było coś magicznego, bo kobiety zbierały się w przybudówce, piekły ciasta, kroiły sałatki i opowiadały niestworzone rzeczy. Z kuzynami i kuzynkami biegaliśmy między nimi i to chłonęliśmy.
Trzecia: mam deficyt fotograficzny dzieciństwa, prawie zero zdjęć, wyrwa w życiorysie. Nie dlatego, że nie mieliśmy aparatu – bo mieliśmy starego zenita i ojciec pstrykał nim zdjęcia jak głupi – tylko wszystkie klisze przepadły. Tata miał kumpla, który pracował w ciemni, oddał mu klisze do wywołania, żeby było taniej, i tyle je widzieliśmy. Jest mi z tego powodu bardzo przykro i mam potrzebę archiwizacji przeszłości. Głównie wspomnień, ale czasem szukam artefaktów. Ostatnio kupiłam sobie taki plecaczek na szyję z troczkami, jaki zabierało się na szkolne wycieczki. Jak coś sobie wymyślę, to poruszę niebo i ziemię i to znajdę.
Jest jeszcze czwarta rzecz: pokolenie milenialsów postrzegam jako szczególne. Urodziliśmy się w czasach komuny, dorastaliśmy w dzikim kapitalizmie, zaliczyliśmy rewolucję cyfrową. Już brzmię jak stara baba, ale uważam, że doświadczyliśmy czegoś wyjątkowego.
Zgadzam się z tobą. Życie na przełomach jest dane nielicznym.
Pamiętam, jak na wakacjach oglądałam serial "Podróż za jeden uśmiech". Zagrali w nim Henryk Gołębiewski jako Poldek i Filip Łobodziński jako jego kuzyn Janusz. I Poldek wyobrażał sobie, jakie to by było super, gdyby istniały telefony z anteną i można by było do kogoś zadzwonić. Kompletne science fiction! Gdy miałam zajawkę na oglądanie Viva 2, to moim największym marzeniem było wideo na żądanie. Dziś mamy YouTube, serwisy streamingowe. Nasze dziecięce marzenia zostały zrealizowane.
Ja marzyłam o składanym do walizki pojeździe, którym George Jetson latał do pracy.
Może tego akurat nie ma – jeszcze – ale w sieci są memy pokazujące, jak wiele rzeczy przewidzieli Jetsonowie: edukację domową, roboty sprzątające, pracę z domu na laptopie.
Powiedziałaś o weselach. Podczas weselnych przygotowań można było podsłuchać m.in., jak kobiety – szyfrem, bo dzieci obok, ale jednak swobodnie – rozmawiają o seksie. Na weselu mojej ciotecznej siostry sala była udekorowana kondomami, bo ktoś je kupił zamiast balonów.
(śmiech) U mnie aż tak pikantnie nie było. Aczkolwiek rodzice zabierali mnie na wesela, bo byłam bardzo grzeczna. Oczywiście dzieci na weselach udawały dorosłych – "paliliśmy" słone paluszki jak papierosy i piliśmy oranżadę jak wódkę. Potem tacy nacukrzeni biegaliśmy po sali z balonami. A jak już robiło się bardzo późno, byliśmy wymęczeni, to przecież nikt nas nie odprowadzał do domów, tylko rodzice zestawiali krzesła, kładli na nich dzieci i przykrywali marynarkami. Ostatnia moja obserwatorka opisała, jak rodzice o niej zapomnieli. Dopiero organizatorzy wesela się zorientowali, że dziecko śpi na krzesłach. W ogóle rodzicielstwo lat 90.... Wiele osób potrzebuje po nim terapii.
O tym też jest cała seria memów: jak to możliwe, że przeżyliśmy lata 90.?
Moja mama mnie urodziła, jak miała 21 lat. Dziś to niemalże nastoletnia ciąża. Nasi rodzice byli bardzo młodzi, nie mieli przygotowania, sami mieli trudne dzieciństwo, bo ich rodzice pamiętali jeszcze wojnę. Ja nie mam wielkich traum, byłam puszczona samopas, musiałam się ogarnąć i wiedzieć, czego chcę. Jednocześnie nikt mi niczego nie narzucał.
Mogłoby się wydawać, że wszyscy pamiętamy z lat 90. to samo, ale tak nie jest.
Byłam w szoku, gdy na studiach zeszło właśnie na temat wesel i moi znajomi wychowani w miastach zrobili wielkie oczy: "Ale jak to? Ja byłam pierwszy raz na weselu w wieku 16 lat. To nie jest impreza dla dzieci!" I może faktycznie pewnych scen dzieci nie powinny oglądać, bo często one były jak z "Wesela" Smarzowskiego. Być może dlatego ten film jest takim hitem i się nie starzeje, bo ktoś tutaj dotarł do sedna sprawy. Oczywiście Smarzowski trochę wyostrzył obraz, ale ja to pamiętam: wszyscy pijani, istne szaleństwo. Jako dziecko patrzysz bezkrytycznie na takie rzeczy. Mnie to nie skrzywdziło, wręcz przeciwnie, cieszę się, że mogłam uczestniczyć w tamtych weselach, bo uważam, że to też jest nasza historia i coś, co nas ukształtowało. Widzę, że przestajemy się wstydzić wiejskich korzeni. I dobrze.
Ty się wstydziłaś?
Tak, miałam problem z przyznaniem się, że jestem z prowincji. Starałam się to ukrywać, ale dokonałam "coming outu" i dziś wręcz uważam, że moje pochodzenie to duża wartość. Na profilu i w e-booku podkreślam, że jestem z prowincji i taki jest mój punkt widzenia. W e-booku są też historie osób, które dorastały w miastach, i one gdzieniegdzie się różnią, ale jednak clue jest takie, że żyliśmy podobnym życiem. Uniwersum milenialskie obowiązywało bez względu na to, skąd jesteś. I nawet ekonomia nie miała tu zbyt wiele do powiedzenia. Oglądaliśmy to samo, czytaliśmy to samo i teraz mamy prawie takie same wspomnienia.
Też jestem ze wsi, ale miałam w mieście ciocie, siostry mamy. Wydarzeniem roku był dla mnie tygodniowy wyjazd na wakacje do Olkusza. Ciocia zabierała mnie do księgarni, gdzie mogłam sobie wybrać jedną książkę, chodziłyśmy też na plac zabaw z karuzelą z blaszanych rurek. Olkusz to było dla mnie miasto modelowe.
Ja w czasach gimnazjalnych jeździłam do kuzynki do Lublina, wtedy w mojej opinii miasta wielkich możliwości. Z kuzynką miałyśmy rytuał: szłyśmy do empiku, do restauracji Sphinx, później na ciuchowe zakupy. Przez tydzień żyłam jak bohaterka serialu o nastolatkach. (śmiech)
Największym luksusem w życiu mojej rodziny były niedzielne wypady raz na jakiś czas do Pizza Hut w Katowicach. Stał tam istny cud – samoobsługowy bar sałatkowy. Przy naszym stoliku padało sakramentalne: "To kto dziś robi sałatkę?", i każdy chciał, ale to była też wielka odpowiedzialność – przynieść dużo i wszystkim dogodzić, bo miseczka była jedna. Obserwowałam chwiejące się kopce, jakie budowali inni klienci, i palisady z ziemniaków podwyższające brzegi miski. Dziś powiedzielibyśmy "straszna wiocha", ale wtedy chyba nikt tak nie czuł.
Mnie czasem rodzice zabierali do zamojskiej pizzerii, a raczej „pizzerni". (śmiech) Podawano tam dania inspirowane pizzą – placki drożdżowe z pieczarkami i serem. W ofercie była jeszcze pizza z kapustą kiszoną i z kiełbasą oraz "pizza rozpustna", której nikt z naszej rodziny nie odważył się zamówić. "Pizzernia" mieściła się w lochu Twierdzy Zamość, wszystko było w czarnej glazurze, kręcił się wiatraczek, grała RMF-ka. Jadłam pizzę, piłam soczek z kartonika i czułam się po prostu fantastycznie.
Czy masz swoją ulubioną historię z lat 90.? Myślisz o tamtych czasach i od razu ta scena wyświetla ci się w głowie?
Całą masę. Jedną z moich ukochanych jest historia z kioskiem Ruchu. Znowu kolejowa! Rodzice mojej kuzynki byli właścicielami kiosku na stacji kolejowej w naszej miejscowości. Czasami sprzedawała w nim moja kuzynka, starsza ode mnie i superatrakcyjna. Zapraszała mnie do środka. Wyobraź to sobie! I ten zapach... Marzę o tym, żeby ktoś wymyślił perfumy o zapachu kiosku – miks papierosów, dezodorantów, farby drukarskiej, plastiku, bo w kiosku było mydło i powidło. Siedziałyśmy tam jak królowe, podjeżdżali chłopcy na góralach, popisywali się, muzyczka grała, pociągi przyjeżdżały, odjeżdżały. Testowałyśmy każdy kolor lakieru do paznokci i pryskałyśmy dezodoranty do nakrętek. To nas zgubiło. Bajeczne życie skończyło się po dwóch tygodniach, gdy klienci zaczęli się skarżyć, że dezodoranty są wypryskane, a lakiery zaschnięte. Dostałyśmy opieprz, bana na kiosk i się skończyło.
Wypędzone z raju.
Ale co przeżyłyśmy, to nasze.
Mówisz o odczarowywaniu lat 90., ale "Sentymenty" raczej je celebrują, a twój e-book jest bardzo zabawny.
Dostaję bardzo dużo wiadomości o tym, że ktoś jednego wieczoru przegląda cały mój profil, czyta te posty i czuje się dobrze. Od czasów pandemii widzę renesans nostalgii. Dlaczego? Bo nostalgia to plasterek na codzienne smutki. Gdy rzeczywistość jest trudna, łatwiej wracać do czegoś, co już przeżyliśmy, co było uporządkowane, pod kontrolą. Mamy o latach 90. książki reporterskie i naukowe, a chyba nie było pozycji, która pokazałaby je w sposób popularno-rozrywkowy. Ja bardzo chciałam zrobić rozrywkową książkę, po przeczytaniu której dobrze się poczujesz. Chciałam dać ludziom radość.
Ale "Sentymenty" na Instagramie to nie jest miejsce gloryfikacji lat 90. Sama tych czasów specjalnie nie oceniam, ale daję moim obserwatorom przestrzeń do wymiany myśli. Pod postami są bardzo cenne dyskusje, analizy, krytyka.
Na Instagramie masz ponad 200 tys. obserwujących. O czym dyskutują najgoręcej?
Chyba najwięcej reakcji i komentarzy wywołał fragment "Ballady o lekkim zabarwieniu erotycznym", serialu dokumentalnego autorstwa Ireny i Jerzego Morawskich. Rzecz dzieje się na początku lat dwutysięcznych, przed wstąpieniem Polski do Unii Europejskiej. Jest o tym, jak działały agencje towarzyskie angażujące do pracy dziewczyny pod przykrywką kariery w modelingu. Dziewczyny z bardzo biednych rodzin, głównie ze Śląska. Scenariusz zawsze jest taki sam – zaczyna się od występów na dyskotekach, walk w kisielu, makaronie. Później zwykle trafiają do Italii, gdzie rozbierają się w klubach, a często kończy się handlem żywym towarem. Mózgiem całej operacji był Czarek Mończyk, charakterystyczny gość z warkoczykiem. "Balladę" wyprodukowano w 2003–2004 roku i ona otwiera oczy na to, w jakim miejscu wtedy byliśmy – jak wysokie było bezrobocie i na co decydowali się ludzie, nie mając żadnych perspektyw po skończeniu szkoły.
Lata 90. to były też czasy wyrastania wielkich fortun.
Jeden z kolegów opowiedział mi historię, która znalazła się w e-booku, o tym, jak chłopak z jego klasy pojechał na wycieczkę zagraniczną do Tunezji. Jego tata był "biznesmenem". Chłopiec przywiózł z Tunezji daktyle dla całej klasy. Nikt nie wiedział, co to jest i jak to się je, a lot samolotem był dla dzieciaków porównywalny z lotem na księżyc. Ktoś, kto przeczytał tę historię w e-booku, napisał do mnie, bo okazało się, że chodził z tym chłopakiem do jednej klasy i pamiętał te daktyle.
Psychologowie zastanawiają się, skąd się bierze nostalgia, i często pada diagnoza, że jest ona efektem zagubienia w codzienności. Nostalgię za latami 90. bardzo silnie odczuwają dziś zetki, czyli pokolenie, które nie może ich zbyt dobrze pamiętać.
Ostatnio zapytałam koleżankę z pracy, która jest typową zetką, o co chodzi z tą miłością zetek do najntisów? Powiedziała, że czuje się wręcz niewolniczką nostalgii. Najbardziej zazdrości nam normalności w kontaktach międzyludzkich. Jej pokolenie z własnej woli rezygnuje nawet z randkowania – ogląda stare komedie, widzi, jak to kiedyś wyglądało, i ma dość Tindera.
Czy jest coś z lat 90., za czym dziś tęsknisz?
Najbardziej tęsknię za możliwością odłożenia telefonu, zapomnienia o nim i odcięcia się od świata wirtualnego. Jestem skrajnie przebodźcowana i łapię się na tym, że lepiej pamiętam rzeczy z 1999 roku niż sprzed roku. I bardzo często czuję się samotna. Tęsknota łapie mnie też nagle na widok bardzo przyziemnych rzeczy, np. w związku z trwającym Euro kupiłam mojej trzyletniej córce czapeczkę z daszkiem z logo mistrzostw, ale tych… z 1998 roku we Francji. Córka z tą czapeczką z charakterystycznym niebieskim kogucikiem się nie rozstaje.
*Przeciętne miesięczne wynagrodzenie w latach 90. (przed denominacją) wynosiło: 1 029 637 zł w 1990 r. i 3 995 000 w 1993 r. W 1994 r. nastąpiła denominacja złotego w stosunku 10 000:1. W 1995 r. przeciętne miesięczne wynagrodzenie Polaków stanowiło 702,62 zł, a w 1999 r. było to 1706,74 zł [Dane ZUS].
Agnieszka Wróbel. Rocznik 1987. Prowadzi na Instagramie profil Sentymenty, na którym kolekcjonuje wspomnienia i stara się otwierać w głowach obserwujących dawno zamknięte szufladki. Czasem łapie się na myśli, że urodzeni na przełomie lat 80. i 90. żyli tym samym życiem.
Paulina Dudek. Rocznik 1984. Dziennikarka, redaktorka, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Twórczyni cyklu mikroreportaży wideo "Zwykli Niezwykli" i współautorka "Pomocnika dla rodziców i opiekunów nastolatków". Nagrodzona Grand Video Awards, nominowana do Grand Press. Kontakt do autorki: paulina.dudek@agora.pl



