Historia
Michał Przeperski, autor książki 'Dziki Wschód' (Fot. Pola Starczyńska)
Michał Przeperski, autor książki 'Dziki Wschód' (Fot. Pola Starczyńska)

Mówisz o Polsce przełomu lat 80. i 90. "dziki wschód". Dziki dosłownie czy w przenośni?

Dosyć dosłownie. Choć zarazem metafora łapie najważniejsze cechy okresu: brak bezpieczeństwa, brak struktur państwa i jednocześnie poczucie wielkich możliwości, tworzenia się czegoś nowego. Na Dzikim Zachodzie z perspektywy amerykańskich osadników budowano od zera, a u nas "pionierstwo" było związane z gniciem i rozpadem starej rzeczywistości. Ale reszta się zgadza – jest brutalność, zmiana, są ludzie zdobywający i tracący fortuny, jest sporo bólu i tragedii… i wielka mitologia, która daje podstawę współczesnej polskiej państwowości. 

"Dziki wschód" zaczął się jeszcze w PRL-u, przed wyborami czerwcowymi?

Tak. Rok 1989 jest fetyszyzowany w polskiej historii. Oczywiście oznacza zmiany, wielkie polityczne nadzieje, ale jednocześnie – z perspektywy codziennego życia – 1989 rok nie różni się specjalnie od poprzednich lat.

A jednak łatwo sobie wyobrazić taki podział: szary PRL, marazm i apatia społeczna. Lata 90.: kolorowe, szybkie, niebezpieczne.

Tylko że to bzdura. Przecież społeczeństwo było to samo. Nie zmieniło się po wyborach czerwcowych jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

W takim razie na chwilę zapomnijmy o tym, że 1989 rok jest z dzisiejszej perspektywy absolutnie przełomowy, i spójrzmy na lata 1986–1993 jako na jeden świat. Co go charakteryzuje?

Te daty są oczywiście umowne. Katastrofa w Czarnobylu z 1986 roku uwidacznia w Związku Radzieckim potrzebę głębszych zmian, to owocuje reformami Gorbaczowa, a one pozwalają na zmiany w naszym kraju. To tym istotniejsze, że w tym samym czasie załamują się nad Wisłą nastroje społeczne. A w 1993 roku sytuacja w Polsce zaczyna się stabilizować. Ot, choćby system bankowy zaczyna się normalizować, z wolna przestaje być oczywistością, że za udzielenie kredytu trzeba dać łapówkę. Zostaje wprowadzony podatek VAT. Instytucje państwa zaczynają krzepnąć.

'Społeczeństwo było to samo. Nie zmieniło się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki'. Zdjęcie ilustracyjne (Fot. Wojciech Druszcz / Agencja Wyborcza.pl)

Ale pomiędzy 1986 i 1993 rokiem jest masa ciągłości. Co charakteryzuje świat pomiędzy tymi datami? Na przykład poczucie braku bezpieczeństwa. Ekonomicznego i fizycznego.

To lata 90. kojarzą się z mafią i strzelaninami na ulicach.

Lata 90. przyniosły zamachy bombowe i przestępczość zorganizowaną, ale schyłkowy PRL też był krajem niebezpiecznym. Plagą były kradzieże samochodów i części samochodowych. Czemu? Między innymi dlatego, że nie dało się np. legalnie dostać opon. Można było tylko kupić na czarnym rynku albo ukraść – to drugie wypadało taniej. 

W ostatnich latach PRL-u było coraz łatwiej paść ofiarą brutalnego przestępstwa. W lipcu ‘88 ofiarą mordu padł wybitny socjolog prof. Jan Strzelecki. Wydawało się pierwotnie, że to władze zemściły się na niepokornym uczonym, ale okazało się, że to był mord bandycki. Dokonało go dwóch robotników, którzy z nudów, szukając zaczepki, pieniędzy na alkohol, dokonywali bardzo brutalnych pobić w centrum Warszawy. W końcu zabili człowieka. I to była sytuacja typowa: takich napadów było coraz więcej i więcej.

Gwiazda PRL-owskiej milicji Jan Płócienniczak na wizji został zapytany o wzrost przestępczości. Odpowiedział, że milicja po prostu fizycznie nie ma żadnej możliwości, żeby zajmować się tymi sprawami. Przyznał, że będzie gorzej! Czy to nie jest totalny dziki wschód? Co w takiej sytuacji ma zrobić obywatel?

Jako złodziej na pewno poczułbym się zachęcony.

Biorąc pod uwagę statystyki przestępczości, złodzieje na pewno poczuli się zachęceni. W 1995 roku popełniono 80 proc. przestępstw więcej niż w 1989.

To z jednej strony była kwestia demoralizacji społeczeństwa, a z drugiej – upadku państwa. Ono faktycznie implodowało. Okres transformacji to czas potwornej słabości instytucji państwowych.

Po 1989 roku była to wręcz programowa słabość.

Tak. I nietrudno to zrozumieć. Popularny był pogląd, że wszystko, co robi państwo, wychodzi do chrzanu. Milicjant, który miał cię bronić, pozwolił, żeby cię okradli. Jak wysłałeś dziecko na kolonię, to wróciło z salmonellą albo czerwonką. W państwowej stołówce po podłodze biegały karaluchy. Uznaliśmy wtedy, że jeśli taka jest jakość państwa, to niech go będzie jak najmniej.

Tylko że pod koniec PRL-u państwa już faktycznie nie było w wielu obszarach. W sferze deklaracji komuniści byli bardzo ambitni. Ale w okresie, który opisuję, państwo się wycofywało, nie było w stanie zagwarantować niczego. Nie tylko w obszarze bezpieczeństwa. Autentyczna historia ze schyłku PRL-u: wysyłasz do szpitala na operację matkę, ale bandaże oraz nici chirurgiczne musisz załatwić sam. Bo nie ma. Każdy musi zadbać o siebie.

'Obawy Polaków o przyszłość materialną były ogromne'. Zdjęcie ilustracyjne. (Fot. Fotokon/ Shutterstock)

Mówiłeś o bezpieczeństwie ekonomicznym.

Tak. Społeczeństwo transformacji, przed i po 1989, było spauperyzowane. Polacy byli biedni jak mysz kościelna.

Przed 1989 rokiem zdobycie – bo to nie było zwykłe kupowanie! – podstawowych produktów wymagało wielkiego wysiłku. Plan Balcerowicza zaczęto realizować 1 stycznia 1990 roku, a  następnego dnia, podobnie jak do tej pory, ustawiły się kolejki do sklepów. Ludzie w nich płakali, ponieważ okazało się, że choć pojawił się towar, to jest makabrycznie drogo. Państwo zrobiło krok w tył: koniec z dotowaniem produkcji, produktu, koniec ze sztywnym ustalaniem cen. To przyniosło spadek siły nabywczej. Obawy Polaków o przyszłość materialną były ogromne. Społeczeństwo późnego PRL-u było podzielone na tych, którzy mają dostęp do pieniędzy, i tych, którzy są obywatelami drugiej kategorii. Lata 90. tylko umocniły i pogłębiły podział na biednych i bogatych.

Jeszcze w 1988 roku nie było żadnego problemu, żeby np. wynająć samochód za dolary, od ręki. Za złotówki też nie było problemu, tylko że trzeba było na to poczekać, bagatela, dziewięć miesięcy.

Co jeszcze łączy Polaków późnego PRL-u i wczesnej III RP?

I pod koniec lat 80., i na początku 90. są społeczeństwem bardzo aspiracyjnym. Od Zachodu dzieliła nas przepaść. Polacy czuli, że są chorym człowiekiem Europy, że są na cywilizacyjnym dnie. I bardzo kreatywnie szukali sposobów, żeby dorobić.

W późnym PRL-u popularne stają się wyjazdy handlowe: do NRD, Berlina Zachodniego, na Węgry, do Turcji, do Tajlandii. Trzeba mieć dużą determinację, pomysłowość, żeby coś takiego zrobić! To nie jest łatwe, wymaga dużej aktywności i kreatywności. A było to doświadczenie dziesiątek tysięcy ludzi! Kiedy zbierałem materiał do książki, przyznaję, że czułem podziw. W Polakach tego okresu jest tyle pomysłowości, zaradności, umiejętności dostosowania się do najtrudniejszych warunków…

Zresztą sami komuniści zachęcali do w gruncie rzeczy kapitalistycznej aktywności. W styczniu 1989 roku wprowadzono ustawę Wilczka-Rakowskiego, która w bardzo liberalny sposób regulowała zakładanie prywatnych firm. "Partia będzie rządzić, wy będziecie się bogacić" – taki był pomysł premiera Rakowskiego na ratowanie systemu.

W 1990 roku obserwujemy już prawdziwą eksplozję przedsiębiorczości: wszędzie można spotkać ludzi sprzedających najpierw z łóżek polowych, później ze "szczęk", dziś już zapomnianych, zamykanych na noc stoisk o charakterystycznym kształcie. Możliwości na dorobienie się było oczywiście bez porównania więcej, można było zrobić fortunę. Ale chcę powiedzieć, że to nie jest binarny podział: Polacy aktywni w III RP, Polacy bierni w PRL-u.

'W 1990 roku obserwujemy już prawdziwą eksplozję przedsiębiorczości'. Zdjęcie ilustracyjne. (Fot. Wojciech Druszcz / Agencja Wyborcza.pl)

Aktywni ekonomicznie. Bo piszesz o atomizacji społeczeństwa. Brak wspólnotowości chyba też jest czymś, co łączy Polaków ze starej i nowej Polski?

Trzeba mocno powiedzieć: to wielki mit, że Polacy końcówki lat 80. byli zjednoczonym społeczeństwem. "Wszyscy razem, z papieżem na czele, przeciwko komunie". Tak nie było. Protesty i strajki w 1988 zgromadziły kilka, kilkanaście tysięcy, a nie setki tysięcy ludzi, jak osiem lat wcześniej. Polacy spędzający długie godziny w kolejkach nie byli zjednoczeni. Kłócili się, wyrywali sobie towary. Każdy był zainteresowany interesem własnym, a nie interesem grupowym. Spontaniczna wspólna akcja mogła nastąpić, kiedy razem chcieliśmy oszukać państwo – ukraść coś najczęściej. Na przykład z kolegami wynieść trochę narzędzi z fabryki. Na małą skalę uwłaszczyć się na majątku państwa. "Przygospodarzyć sobie", bo "wszyscy tak robią". Uwłaszczenie się na całym zakładzie to jest różnica w skali, ale nie w podejściu do tego, co państwowe. To są przykłady, w jakim moralnym rozkładzie znajdowało się społeczeństwo transformacji.

Atomizacja w III RP nabrała pełnego rozpędu. Wszystko, co niewspólnotowe, antywspólnotowe, zostało uświęcone – w opozycji do tego, co państwowe. W państwie tworzonym przez Solidarność antysolidarność stała się zasadą. Zaufanie szorowało po dnie do tego stopnia, że handlarze za usługi i towary chcieli pieniędzy z góry, bo normą stały się różnego rodzaju oszustwa.

Samo pojęcie wspólnotowości zostało wypaczone. Poznań, 1991 rok. Mieszkańcy jednego z osiedli ogrodzili plac, zorganizowali parking strzeżony i pilnowali go w nocy, zmieniając się co dwie godziny. I takie działania przedstawiano jako przykład… społeczeństwa obywatelskiego. Absolutne przestawienie pojęć! To nie jest historia o aktywności obywateli, tylko o życiu w kraju, w którym państwo w ogóle nie działa, a zaufać można w najlepszym razie sąsiadowi, z którym łączy nas wspólny interes.

Sukces stał się sukcesem indywidualnym, mierzonym pieniądzem. Za pieniądze w końcu można było wszystko kupić. Towar był dla tych, których było na niego stać. Obywatel stał się konsumentem.

To ostatnie chyba nieźle oddaje historia Anieli, którą przytaczasz w książce…

Aniela była w 1990 roku licealistką. Powiedziała mi, że ten okres kojarzy się jej ze snickersami. Nagle mogła ich jeść, ile tylko chciała. Jej mama założyła sklep i choć snickersy były drogie, to mogła sobie na nie codziennie pozwolić. I zaczęła tyć, co staje się dla niej nie lada problemem. No bo z jednej strony ta wymarzona konsumpcja, a z drugiej cała masa gazet, programów telewizyjnych pokazujących, jak ma wyglądać młoda kobieta.

Innymi słowy: konsumentka zaczęła widzieć, że produkt może jej szkodzić. Ta anegdota  pokazuje, jak bardzo bezkrytyczni byliśmy wobec możliwości konsumowania tyle, ile chcemy – dosłownie i w przenośni.

Co jeszcze jest z twojej perspektywy zmianą społeczną, którą przynosi 1989 rok?

Na pewno amerykanizacja. Sam pamiętam, że oglądało się amerykańskie seriale. Głupoty, ale jak bardzo normotwórcze! Jeden z bohaterów serialu dostał na 18. urodziny samochód. To zrobiło na mnie kolosalne wrażenie – myśmy w rodzinie nie mieli samochodu w ogóle! "Pokolenia", "Dynastia" czy "Beverly Hills 90210" pokazywały, do czego aspirować.

Pojawiły się dyskusje, których wcześniej nie mieliśmy: dotyczące aborcji, antykoncepcji. I po 1989 roku na pewno zmienił się stosunek do starszych. Przez długi czas starość była dowartościowana. Kiedy świat ekonomiczny zaczął działać na innych zasadach, pojawiło się myślenie "starzy niech się odsuną i nie przeszkadzają. To młodzi czują puls epoki".

Zobacz wideo

Rewolucje mają to do siebie, że zawsze opierają się na młodych ludziach. Ich najłatwiej sfanatyzować; są najbardziej radykalni, łatwo przyjmują nowe ideologie, nie zastanawiając się nad ryzykiem, jakie one ze sobą niosą. A największym wrogiem każdej społecznej rewolucji są chłopi – najbardziej konserwatywni, przywiązani do ziemi. I w Polsce też tak było. Andrzej Lepper nie wziął się znikąd. 

Rewolucyjny zapał oddaje historia Artura, którą przywołujesz.

To historia awansu, który był możliwy tylko wtedy, i refleksji, która jest możliwa zawsze. 

Artur skończył SGH, znał dobrze angielski. I po studiach zaczął błyskotliwą karierę w Nestlé. Odpowiadał za marketing i w ciągu kilku lat objął bardzo wysokie stanowisko. Kiedy pojawiał się na spotkaniach za granicą, brano go za asystenta. Bo ludzie na podobnych stanowiskach w innych krajach mieli po 50 lat, a on połowę mniej!

Gdy Nestlé kupiło Goplanę, Artur uważał za oczywiste Goplanę "zaorać", zlikwidować wszystko, zredukować załogę, zrestrukturyzować i zbudować od zera. Jego szef ze Szwajcarii tłumaczył mu: Artur, to nie ma żadnego sensu. Ta firma działa, ludzie jedzą jej słodycze! Podejście Artura było typowe dla młodych ludzi tego okresu, którzy osiągali sukces.

Artur zdawał sobie sprawę z tego, że redukcja oznacza bezrobocie dla konkretnych ludzi?

W ogóle nie przychodziło mu to do głowy. Odpowiadał później za rebranding Goplany. Artur stał za sukcesem ich wafelka, który przejął bardzo dużą część rynku. Spotkał się z kolegą z innej firmy, która produkowała słodycze. Pogratulował mu. "Świetnie to zrobiliście, aż musieliśmy dwie linie produkcyjne zamknąć, 700 osób zwolniliśmy". I to dopiero Artura uderzyło: jego prywatny sukces był okupiony kosztem. Wypromował wafelek, który wszyscy jedzą, ale w efekcie setki osób z drugiej firmy straciły utrzymanie. Niedługo później zrezygnował z tej pracy. Poszedł inną drogą.

'Świetnie to zrobiliście, aż ... 700 osób zwolniliśmy'. Zdjęcie ilustracyjne. (Fot. Wojciech Druszcz / Agencja Wyborcza.pl)

Aniela od snickersów też miała problem, żeby zauważyć, że nie wszyscy mogą się nimi cieszyć.

Tak, a przecież mieszkała wtedy w Wałbrzychu, mieście, które zapłaciło wielką cenę społeczną za plan Balcerowicza! Była przekonana, że wszystko jest dobrze: że jeśli ktoś sobie nie radzi, to jest po prostu niezaradny.

Zbierając materiał, usłyszałem taką historię. Mój rozmówca, osadzony w polityce, zapytał ludzi podnoszących w Sejmie ręce za likwidacją PGR-ów – nie wymieniajmy nazwisk – "co myśleliście wtedy o pracownikach?" I usłyszał odpowiedź: "Nic". Oni myśleli o wszystkim: patrzyli na słupki, na to, co się opłaca, ile państwo dokłada, ale o tym, co dalej z pracownikami, po prostu nie pomyśleli.

Pytałeś o zmiany, które przyniósł 1989 rok. Najważniejszą z nich jest moim zdaniem usankcjonowanie się języka klasowej pogardy.

Najważniejszą?

Dla mnie najbardziej uderzającą. Bo nagle zaczął dominować dyskurs, który mówił, że jeśli przegrałeś, to jesteś sam sobie winny. Nic nie potrafisz, skoro nie zostałeś menedżerem i nie zarabiasz dużo pieniędzy. Jesteś nikim! Jeśli nie możesz znaleźć pracy, to dlatego, że jesteś niezaradny. Bierzesz kuroniówkę, więc na pewno pijesz. I to jest dyskurs, którym posługiwały się najważniejsze media.

A co z pozytywnym mitem? Pytam o musical „1989", który okazał się hitem.

Przypomnijmy, że koncept musicalu został wzięty z Broadwayu. Amerykanizacja, tym razem naszego myślenia, nadal ma się świetnie.

Że rok 1989 się wydarzył, to pięknie – i ta opowieść jest istotnie piękna – ale nie lukrujmy tego, co wydarzyło się później. Zamiast tworzenia mitów – także tych pozytywnych – potrzebujemy prawdy. Za dużo słodyczy może zemdlić.

Potrafisz w takim razie wytłumaczyć, skąd wzięła się ta pogarda?

Myślę o tym dużo. To musiało kiełkować wcześniej. Pogarda władzy dla obywateli, urzędników dla petentów. Komunistyczny minister Wilczek w maju 1989 roku publicznie powiedział o pracownikach państwowej gastronomii, swoich ludziach, że są "ści**wami", bo nie przynoszą zysku i trzeba zakłady sprywatyzować. Później musiał przeprosić. Ale taki język stał się w późniejszych latach powszechny.

W 1992 roku strajkowało 750 tys. ludzi. Dla porównania w sierpniu 1980 – 700 tys. Tylko że strajki 1992 roku przechodziły niezauważone, niedocenione. Język pogardy nie pełni żadnej innej funkcji poza odgrodzeniem się. "My jesteśmy ludźmi sukcesu, a to są patałachy". Czy można było mieć rozczarowanie, biedę i desperację tych ludzi pod nosem i tego nie widzieć? Można było. I ten rodzaj społecznej ślepoty, pogardy wyznaczał główny nurt naszej debaty przynajmniej przez kolejne 20 lat. A zaczęło się na "dzikim Wschodzie".

Michał Przeperski. Doktor historii, pracownik Instytutu Historii PAN oraz rzecznik prasowy Muzeum Historii Polski. Specjalizuje się w dziejach Europy Środkowej w XX wieku, zwłaszcza w procesach transformacji politycznej i społecznej. Autor m.in. książek Gorące lata trzydzieste. Wydarzenia, które wstrząsnęły Rzeczpospolitą, Nieznośny ciężar braterstwa. Konflikty polsko-czeskie w XX wieku i Mieczysław F. Rakowski. Biografia polityczna. Laureat nagrody „Nowych Książek" dla najlepszej książki (2017), a w roku 2021 Nagrody Naukowej tygodnika „Polityka", Nagrody Specjalnej Fundacji Identitas oraz Nagrody KLIO.

Jan Rybicki. Laureat pierwszej edycji programu "Polska Stories", obecnie na stałe w weekend.gazeta.pl. Wcześniej publikował swoje reportaże m.in. w "Dużym Formacie" i "Tygodniku Powszechnym". Lubi słuchać, jak ludzie mówią.