Kometa
W sierpniu 1797 roku na londyńskim niebie pojawiła się kometa*. W tamtych czasach wierzono, że to zwiastun wojen, nieszczęść i plag. Ale Mary Wollstonecraft-Godwin nie przejmowała się przesądami. Miała 38 lat, była korespondentką londyńskich periodyków z ogarniętej rewolucyjnym terrorem Francji, autorką przełomowych i odważnych prac, w których walczyła o prawa kobiet, wreszcie matką nieślubnego, poczętego z wielkiej i wolnej miłości dziecka. Teraz, gdy mimo niechęci do instytucji małżeństwa poślubiła podzielającego jej idee filozofa i pisarza politycznego Williama Godwina i spodziewała się drugiego dziecka (z Gilbertem Imlayem, amerykańskim liberałem i przedsiębiorcą, z którym miała wcześniej romans), które także otrzyma imię Mary, po raz pierwszy w swoim życiu ze spokojem patrzyła w przyszłość. Przyszłość, która jednak miała zakończyć się 10 września 1797 roku.
Umrzeć po raz pierwszy
Mary Wollstonecraft była naprawdę nietuzinkową postacią. Urodziła się w dość zamożnej rodzinie. Cały majątek jednak przepadł przez jej ojca Edwarda Wollstonecrafta, mężczyznę porywczego, alkoholika i hazardzistę, który znęcał się nad bliskimi – potrafił zostawić całą rodzinę bez grosza i po prostu się ulotnić. A przecież mówimy o czasach, kiedy kobiety miały ograniczone prawa, nie pracowały i nie mogły zarządzać nawet własnym majątkiem (o ile taki w ogóle miały). W tym świecie uważano koncepcję praw kobiet za coś równie absurdalnego jak prawa zwierząt. A nawet gorzej, bo zwierzęta zyskały ochronę prawną w 1824 roku, 20 lat przed tym, nim uchwalono pierwszą ustawę ograniczającą przemoc wobec kobiet. Dlatego w dzieciństwie Mary i jej liczne rodzeństwo nie mieli praw – byli, tak jak ich matka, własnością Edwarda Wollstonecrafta. Bicie żony i dzieci było nie tylko legalne, lecz wręcz wymagane, by utrzymać bezwolne posłuszeństwo. Nocami dzieci słyszały, jak ojciec bił i gwałcił ich matkę. Jej krzyki słychać było w całym domu, jednak nikt nie mógł przyjść jej z pomocą.
Przyszła autorka "Wołania o prawa kobiet" szybko zrozumiała, że jeśli nie chce być zabawką zdaną na humory męża, musi być samodzielna duchowo, emocjonalnie, prawnie i przede wszystkim finansowo. Ale rozumieć to jedno, a dokonać tego – to zupełnie inna sztuka. Chcąc zarobić na utrzymanie, Mary zatrudniła się jako dama do towarzystwa u pewnej wiekowej i wyjątkowo zgryźliwej, lecz zamożnej damy, u której już nikt nie chciał pracować. Mary nie miała wyboru. Po śmierci ojca utrzymywała matkę i siostry, bo jej brat, który odziedziczył część majątku, nie poczuwał się do odpowiedzialności za bliskich. Shelley do końca swojego życia będzie wspierała finansowo siostry, które mimo że brzydziły się jej postawą społeczną i radykalizmem, nie brzydziły się zarabianymi przez nią pieniędzmi.
Imała się różnych zajęć, by wreszcie wyjechać do Londynu i spróbować żyć z pisania. Sztuka ta, niełatwa i dzisiaj, była wyjątkowo wymagająca w drugiej połowie XVIII wieku. Tym trudniejsza, gdy kobieta nie zamierzała pisać romansów, lecz artykuły społeczno-polityczne i recenzje. Szybko zyskała sławę, ale nie pieniądze. Widząc w pierwszym etapie Rewolucji Francuskiej szansę na uzyskanie równych praw społeczno-politycznych dla kobiet, wyjechała do Paryża, by wspierać Francuzki. Tworzyła pełne pasji reportaże i nie bacząc na krytykę, przypominała, że bez przyznania kobietom przynależnych każdemu człowiekowi praw nigdy nie będzie prawdziwej wolności.
Właśnie ta kobieta zmarła w nocy 10 września 1797 roku. Pozostawiła po sobie tomy zapisków, sławę pierwszej feministki, pogrążonego w żałobie męża, kilkuletnią córkę Fanny i urodzoną 30 sierpnia 1797 roku drugą dziewczynkę: Mary Wollstonecraft-Godwin-Shelley. Matkę Frankensteina.
Całe życie z nagrobkiem
Ma-ry Woll-stone-craft God-win – dukała kilkuletnia Mary Godwin za każdym razem, gdy wraz z ojcem odwiedzała cmentarz St. Pancras. Przyglądając się literom na nagrobku matki, nauczyła się czytać. Niewielki, zaniedbany cmentarz założono przy kościele, w którym William Godwin i Mary Wollstonecraft pobrali się wiosną 1797 roku. Kilka miesięcy później w tym samym miejscu pogrzebano niedawną pannę młodą. Mary Wollstonecraft-Godwin zmarła z prozaicznej przyczyny – lekarz, który badał osłabioną porodem pisarkę, nie umył rąk po wcześniejszym wyjściu z prosektorium.
Mary żyła przed nagrobkiem matki. Przy nim czytała jej książki i artykuły, poznawała cenione przez matkę powieści i rozprawy. Chciała być godna nazwiska i legendy kobiety, która dała jej życie. Kilka lat później, gdy jako 16-latka zbliży się z Percym Bysshe’em Shelleyem, to właśnie na grobie matki młodzi po raz pierwszy się pocałują i wyznają sobie miłość. Pobłogosławieni w ten sposób uznają, że świat musi im wybaczyć. Wiele lat później ten nagrobek – a z nim drugi, z napisem "William Godwin" – zostanie przeniesiony na cmentarz św. Piotra w Bournemouth. Trafią tam również trumny z doczesnymi szczątkami pary, by rodzice dołączyli w grobie do jedynego dziecka. Córki, która dokonała czegoś niebywałego – przerosła wielkich rodziców.
Zanim jednak to wszystko się stanie, mała Mary będzie walczyć o uwagę ojca. Godwin, niegdyś zaprzysięgły stary kawaler, niedługo po śmierci Mary Wollstonecraft ożenił się ponownie. Jego wybranka miała już dzieci z poprzedniego związku i w żaden sposób nie przypominała podziwianej przez wielu Wollstonecraft. Wiedziała o tym i była zazdrosna zarówno o poprzedniczkę, jak i o jej córkę. Tym bardziej że przyszła autorka "Frankensteina" była wyjątkowo inteligentną dziewczynką, której erudycja zachwycała gości Godwina, w tym samego Samuela Taylora Coleridge’a.
Rozrastająca się rodzina i coraz większe trudności finansowe sprawiły, że Godwin nie miał za wiele czasu dla córki. Wysłał ją nawet samą do Szkocji, by tam, w rezydencji znajomego Godwina, którego znał wyłącznie z korespondencji, doszła do siebie po długiej chorobie. To m.in. Szkocja stanie się w przyszłości tłem dla fragmentów historycznie pierwszej powieści popularnonaukowej na świecie.
Historia tysiąca książek
Percy Bysshe Shelley, młody i ekscentryczny arystokrata z kompleksem zbawiciela, pojawił się w domu Godwinów przy Skinner Street jako wielbiciel idei polityczno-społecznych wygłaszanych przez Williama Godwina. Godwin miał wielu takich wielbicieli, dzięki którym reperował rodzinny budżet. Jednym z nich był nawet trzeci wiceprezydent Stanów Zjednoczonych Aaron Burr.
Pierwsze spotkanie Shelleya z przyszłą ukochaną nie zwiastowało późniejszego związku. Mary uznała Percy’ego za bufona, on ją za niemądrą małą dziewczynkę. Ona miała wówczas 14 lat i właśnie wróciła ze Szkocji do Londynu, on był o pięć lat starszym, relegowanym z Oksfordu studentem, ateistą, pasjonatem rodzącej się nowej nauki i techniki oraz niezbyt znanym poetą. Całe życie bazował na fortunie ojca, jednak ten zakręcił kurek z pieniędzmi, nie mogąc znieść kolejnych skandali wywoływanych przez syna.
Jednym z nich było uprowadzenie 16-letniej Harriet Westbrook, córki oberżysty. Shelley uznał, że dziewczyna żyje pod dyktando rodziny, jest nieszczęśliwa, więc on wejdzie w rolę zbawiciela i otoczy ją swoją dozgonną miłością. Dozgonną, czyli trwającą dwa lata, do czasu, gdy zakocha się w Mary Wollstonecraft-Godwin.
Ale dwa lata później, w kwietniu 1814 roku, gdy w salonie domu przy Skinner Street Shelley czekał na spotkanie z Godwinem, zamiast mentora ujrzał bladą dziewczynę o płomiennie rudych włosach oraz wielkich, pełnych melancholii oczach. Nim wizyta dobiegła końca, Shelley wiedział, że Mary jest spełnieniem jego wszystkich marzeń. Była bystra, wysublimowana, zadziorna i miała geny dwojga myślicieli, którzy bezpośrednio wpłynęli na jego światopogląd: Wollstonecraft i Godwina. Mary również zmieniła zdanie co do Shelleya i uznała, że jest on najbardziej fascynującym mężczyzną na świecie. Spotykali się potajemnie, często przy grobie jej matki, co nadawało tym randkom uroczysty, niemal sakralny charakter. 28 lipca 1814 zdecydowali się na wspólną ucieczkę. Tylko że gdy Shelley czekał na Mary w powozie zaparkowanym pod jej domem, doszło do zaskakującej sytuacji. Oprócz Mary do powozu wsiadła Claire – córka macochy Mary. Zazdrosna o miłość Shelleya będzie odtąd mącić w życiu Mary.
Ta opiewana w setkach tomów ucieczka miała być historią romantycznej i łamiącej wszystkie konwenanse, całkowicie wolnej miłości dwojga równych sobie ludzi. Stała się jednak przyczynkiem do długiej serii tragedii.
Umrzeć trzy razy
W 1814 roku Shelley był wciąż żonaty z Harriet, uprowadzoną trzy lata wcześniej córką karczmarza. W 1813 roku urodziła mu dziewczynkę. Jej pragnienie spokojnego domu dla niej i dla dziecka poeta uznał za nudne i sztampowe. Sama Harriet, już nie tak zakochana w poecie i niespijająca każdego słowa z jego ust, również przestała być interesująca. Shelley porzucił żonę bez wahania, gdy tylko znalazł nową, w jego mniemaniu dozgonną miłość.
Jednak mimo że zostawił żonę, potrafił wracać do niej po pieniądze na eskapady z Mary. Któreś z tych spotkań musiało zakończyć się w łóżku, bo Harriet urodziła poecie jeszcze syna. Shelley, choć mieszkał już z Mary i z Claire, pękał z dumy i radości. To wszystko na oczach Mary, która również była z nim w ciąży, w dodatku nie znosiła błogosławionego stanu zbyt dobrze.
W 1816 roku doszło do dwóch tragedii. Najpierw Mary otrzymała wiadomość, że jej starsza siostra Fanny Imlay w tajemniczych okolicznościach opuściła dom Godwina i udała się w bliżej nieznane miejsce. Była w bardzo złym stanie psychicznym. Po ucieczce Mary była jedynym dzieckiem w domu Godwina, które nie miało żadnego biologicznego rodzica. Czuła się coraz gorzej. Miała też skłonności do depresji, co mogła odziedziczyć po matce. Bo ta niewypowiedzianie silna kobieta, która nie ulękła się nawet Rewolucji Francuskiej, trzykrotnie próbowała popełnić samobójstwo. Wszystko przez starte na pył serce.
Mary i Percy próbowali odnaleźć Fanny. Wreszcie zlokalizowali ją w hotelu w Swansea w Walii. Jednak gdy dotarli na miejsce, było już za późno. 9 października 1816 roku Fanny zażyła śmiertelną dawkę laudanum – nalewki z opium.
Dwa miesiące później samobójstwo popełniła też Harriet. Zrozpaczona rzuciła się do rzeki. Gdy wyłowiono ciało, rodzina dowiedziała się, że Harriet po raz trzeci była w ciąży. Nie wiadomo, kto był ojcem dziecka. Ponownie Shelley, z którym z pewnością spotkała się kilka miesięcy wcześniej w Londynie, czy może ktoś inny?
Aby przejąć opiekę nad dziećmi, ścigany kolejnymi skandalami Percy uznał, że powinien poślubić Mary. Że to sprawi, iż ucichną plotki o jego trójkącie miłosnym z córką i pasierbicą Godwina. Ślub był skromny i na tyle nieistotny z punktu widzenia Mary, że nie poświęciła mu nawet linijki w swoim skrupulatnie prowadzonym pamiętniku. Była nieodrodnym dzieckiem swoich rodziców, którzy uważali, że legalizacja "wzięcia kobiety w posiadanie" poprzez akt małżeństwa jest wstrętnym egoizmem.
A co z pierwszym dzieckiem Shelleya i Mary? Pisarka urodziła drobną dziewczynkę, która żyła jedynie 15 dni. Zmarła niedługo po tym, jak to oryginalne towarzystwo musiało w pośpiechu, uciekając przed wierzycielami, wynieść się z wynajmowanego domu i znaleźć sobie inny kąt. Chociaż Shelley miał tytuł szlachecki, a jego ojciec dysponował dużym majątkiem, poeta był biedny jak mysz kościelna. Trasę do nowego domu Mary musiała pokonać pieszo, niosąc córkę na rękach. Po jej śmierci popadła w głęboką depresję. I tak zaczęła się historia nieustannych przeprowadzek pary i śmierci kolejnych dzieci. W sumie Mary i Shelley mieli ich czworo, ale przy życiu pozostało tylko jedno – urodzony w 1819 roku Percy Florence Shelley. Mary do końca życia uważała, że śmierć jej dzieci była klątwą, którą rzuciła na nią zrozpaczona Harriet.
Ze śmierci powstałeś, w śmierć się obrócisz
Lato 1816 było nad wyraz zimne i mokre. Pola uprawne nie dawały plonów, drzewa owocowe nie zakwitły, a zwierzęta nie miały co jeść. Panował straszny głód, tysiące ludzi umarło, a ceny żywności gwałtownie wzrosły. Wszystko dlatego, że rok wcześniej wybuchł wulkan Tambora, a pył zawieszony w powietrzu ograniczył znacznie ilość promieniowania słonecznego, jakie dociera do Ziemi. Mary, która wraz z drugim dzieckiem, mężem i przyrodnią siostrą podróżowała do Szwajcarii, zanotowała w swoim dzienniku, że zewsząd otaczały ich wychudzone i głodujące dzieci.
Jechali do Szwajcarii na prośbę Claire, która nie mogąc skutecznie poderwać Shelleya, uznała, że rozkocha w sobie większego poetę – samego Lorda Byrona. Prawiła mu tak wiele komplementów, że wreszcie mieli przelotny romans, ale nie na tyle istotny dla Byrona, by zatrzymać Claire przy sobie. Teraz gnała za nim z nadzieją, że ponownie uwiedzie lorda, który traktował ją jako nieistotną przygodę. Gdy jakiś czas później Claire urodziła dziecko Byrona – córeczkę Allegrę – poeta już tak bardzo nie cierpiał dawnej kochanki, że zakazał jej zbliżać się do siebie, a córkę umieścił w szkole klasztornej. Tam zmarła w wieku zaledwie kilku lat.
Teraz jednak Claire wraz z resztą wywrotowego towarzystwa pędziła do Szwajcarii, by niby przypadkiem spotkać się z Byronem. Do spotkania doszło w hotelu nad Jeziorem Genewskim. Byron również był uciekinierem. Uciekał przed skandalem, jaki wywołał w Anglii – separacją z żoną i romansem z przyrodnią siostrą – przed wierzycielami i plotkami o jego skłonności do miłości greckiej. Mimo to wjechał do Szwajcarii jak bóg – ogromną karetą z wielkim pozłacanym herbem, dziesiątkami skrzyń, kufrów i paczek, z długim peletonem służących.
Byron i Shelley nie znali się osobiście, wyłącznie dzięki wymianie listów, co w tamtych czasach było częstą praktyką. Od spotkania w Szwajcarii szybko przypadli sobie do gustu. Tak bardzo, że gdy lord wynajął dla siebie okazałą willę Diodati, Percy zdecydował się wynająć dom w pobliżu, zaledwie kilka minut drogi od tymczasowej siedziby Byrona.
Towarzystwo widywało się regularnie, niemal każdego wieczoru. Mary bardzo spodobała się Byronowi, lecz nigdy nie próbował jej uwieść. Do końca swojego życia będzie otaczał ją uwielbieniem, szacunkiem i dyskretną pomocą. Którejś nocy ze względu na fatalną pogodę Mary, Percy i Claire nie mogli wrócić do domu. Ta jedna noc okazała się momentem zwrotnym w historii literatury.
W trakcie prowadzonych dla rozrywki dyskusji o duchach gospodarz spotkania zaproponował, by każdy z obecnych napisał "dzieło grozy". Literatura tego typu była w tamtych czasach niezwykle popularna. Powieści grozy pisał nawet William Godwin, przemycając w nich społeczno-filozoficzne wątki. Towarzystwo, do którego oprócz Mary, Percy’ego, Clair i Byrona należał młody John William Polidory, świeżo upieczony lekarz z ambicjami literackimi, szybko podjęło wyzwanie. Jednak to nie lord Byron ani aspirujący do zajęcia miejsca na literackim piedestale Percy Shelley zainicjowali tej nocy historię tak przemyślaną, wielowątkową, rozważającą przymioty i zbrodnie ludzkie, zahaczającą o niebo, piekło, rodzicielskie powinności oraz ambicję walczącą na śmierć i życie z miłością. To udało się cichej, zaledwie 19-letniej dziewczynie, która przelewała swoją historię na papier, jednocześnie bawiąc ukochane dziecko. Małego Williama.
Ta powieść, którą krytycy zmieszali z błotem, pisząc w recenzjach, że jest czymś najobrzydliwszym, co kiedykolwiek czytali, miała pojawić się w tzw. śnie na jawie – jak pisała o tym sama autorka w przedmowie do drugiego wydania "Frankensteina, czyli Nowego Prometeusza".
Kto jest potworem, a kto ofiarą?
Mary wychowała się w domu, w którym dyskusji polityczno-filozoficznych było więcej niż jedzenia. Jej rodzice mówili, pisali o wolności jednostki i o nią walczyli. Rozważali powinności względem społeczeństwa, dzieci i siebie nawzajem. I robili to w sposób, który inspirował. Jej rodzinny dom odwiedzali najwięksi intelektualiści epoki, a ona miała prawo przysłuchiwać się tym dyskusjom.
Na ścianie wisiał też portret Mary Wollstonecraft, kobiety równie podziwianej i wpływowej, co znienawidzonej. Mary zawsze chciała jej dorównać. I wygląda na to, że tego dokonała, bo dziś nazwisko Wollstonecraft znane jest bardziej dzięki córce niż matce.
Była też bardzo ciekawa świata. Dużo czytała, uczęszczała na wykłady popularnonaukowe i miała przy sobie Shelleya. Tego samego, który część rodzinnego domu przekształcił w laboratorium, eksperymentował z prądem, butelkami lejdejskimi i piorunami. Wielbił tych samych alchemików, do których w powieści odnosił się owładnięty ambicją Wiktor Frankenstein. Szczególnie Paracelsusa, Korneliusza Agryppę i Albertusa Magnusa. To koncepcja eliksiru życia napędza Wiktora Frankensteina do podążania za ideą stworzenia życia poprzez naukę, ostatecznie prowadząc go do powołania do życia golema.
W dodatku żywo interesowała się odkryciami geograficznymi i ówczesnym wyścigiem na biegun północny. W powieści stworzyła nawet analogię pomiędzy owładniętym żądzą powołania, a następnie unicestwienia życia tytułowym Frankensteinem a opisanym w powieści kapitanem Robertem Waltonem, upartym naukowcem, który ryzykuje życie swoje i swoich ludzi, by dotrzeć na biegun.
Powieść nie przyniosła Mary ani pieniędzy, ani sławy. Przynajmniej za życia. Szybko została przeniesiona na deski teatralne, lecz Mary nie otrzymała za to złamanego szylinga. Od tamtej chwili opowieść o człowieku, który chciał być bogiem, jakby podzieliła się na dwie historie. Jedną pełną grozy i pospolitych, często ksenofobicznych lęków, w których potwór utożsamiał każdą odmienność, z jaką należy bezwzględnie walczyć. Rozrywkę klasy B, którą najlepiej oddają tanie filmy kręcone w pierwszych dekadach kinematografii. I drugą, w której dyskutuje się o tym, w którym miejscu ludzkie ambicje próbują kpić z natury, i o tym, że tajemnicy życia nie da się zamknąć w czystej fizjologii. A sam tytułowy bohater jest niczym prorok nowej ery i ostrzeżenie, by zapatrzenie w swoje możliwości nie doprowadziło do arogancji.
Mary Wollstonecraft-Godwin-Shelley napisała jeszcze kilka innych powieści, z bardzo ciekawą, postapokaliptyczną książką "Ostatni człowiek" na czele. Ale zrobiła też coś jeszcze bardzo ważnego: pozbierała, oczyściła i zredagowała, a następnie wydała wiersze Percy’ego Bysshe’ego Shelleya. Tak naprawdę to ona stworzyła jego romantyczną legendę i wybieliła skandale, które były jego udziałem.
Jednak to praca nad hasłami do Encyklopedii Gabinetu Lardnera, które tworzyła w latach 1832–1839, pozwoliły Mary wznieść się na wyżyny pomysłowości i swego rodzaju pracy u podstaw. Pisała biografie wybitnych postaci z Włoch, Hiszpanii, Portugalii i Francji. Udało jej się też napisać biografie kilku kobiet, ale widząc opór, wymyśliła pewną sztuczkę. Pisząc o mężczyznach, dawała długie przypisy o otaczających ich wybitnych kobietach. W ten sposób przekazała potomnym historie wielu niezwykłych kobiet. A także wypełniła swoje wewnętrzne zobowiązania wobec matki.
Mary Shelley zmarła 1 lutego 1851 roku na guza mózgu. Otaczali ją najbliżsi – ukochany syn Percy oraz synowa Jane. W pierwszą rocznicę śmierci Mary bliscy otworzyli szufladę w jej biurku. Znaleźli tam pukle włosów jej zmarłych dzieci, notatnik, który dzieliła z Percym Shelleyem, oraz egzemplarz jego wiersza Adonaïs z jedną stroną złożoną wokół zawiniątka zawierającego część jego prochów i szczątki jego serca. Percy zginął 8 lipca 1822 roku nieopodal Livorno na włoskim wybrzeżu. Utonął, gdy prowadzona przez niego łódź wpadła w ogromny sztorm. Jego ciało znaleziono na pobliskiej plaży wiele dni później. Rozpoznano je dzięki charakterystycznym spodniom i tomikowi poezji w kieszeni.
Pogrzeb odbył się na plaży. Rozstawiono pochodnie, ułożono stos, a na nim ciało poety. Kilkoro bliskich stało nieopodal w ciszy. Co ciekawe, w ten sam sposób odchodzi powołany do życia przez Frankensteina potwór – rzucając się na stos pogrzebowy.
Przygotowując materiał, korzystałam z:
Ch. Gordon, "Buntowniczki. Niezwykłe życie Mary Wollstonecraft i jej córki Mary Shelley", Wydawnictwo Poznańskie, tłum. P. Surniak
K. Harkup, "Przepis na potwora. Jak z odkryć naukowych narodził się Frankenstein", CC Press, tłum. T. Chawziuk
J. Williams, "Mary Shelley: A Literary Life", Macmillanpress LCD
M. Shelley, "Frankenstein – second edition", Bedford/St. Martin’s
*Była to kometa znana dzisiaj jako Comet C/1797 P1 (Bouvard-Herschel). W sierpniu 1797 kometa była przez około miesiąc po swoim peryhelium, czyli największym zbliżeniu do Ziemi i mogła być wciąż dobrze widoczna. Jest to ósma kometa odkryta przez wspaniałą astronomkę Caroline Herschel. Przez wiele lat jej wkład w naukę był pomijany, a odkrycia przypisywane jej bratu Williamowi Herschelowi. Jednak po jego śmierci, gdy stało się jasne, że rodzeństwo miało równe umiejętności, Jerzy III przyznał Caroline, jako pierwszej kobiecie w historii, oficjalne stanowisko naukowe i pensję w wysokości 50 funtów rocznie na kontynuowanie prac jej brata. Za zidentyfikowanie komety oraz pomoc bardzo dziękuję prof. Małgorzacie Królikowskiej-Sołtan.
.



