Historia

Dlaczego to akurat "Titanic" trafił do zbiorowej świadomości, nakręcono o nim kilkanaście filmów dokumentalnych i fabularnych, poświęcono mu kilka muzeów, a nie była to przecież największa morska katastrofa pod względem liczby ofiar?

Najprostsza odpowiedź jest taka, że "Titanic" jest sławny, bo zginął na nim... Leonardo DiCaprio! A mówiąc serio, to była pierwsza tak wielka katastrofa szeroko opisywana w gazetach. Zdarzyła się na kilka dni przed dopłynięciem do Nowego Jorku, kiedy wszystkim wydawało się, że podróż właściwie już się zakończyła. Nakręcono poczucie wielkiego strachu przed groźnym morzem, które wysyła górę lodową i posyła na dno cud techniki, wielki, niezatapialny statek, bo tak właśnie reklamowano "Titanica", choć w gruncie rzeczy technicznie był słabym statkiem.

Na "Titanicach Bałtyku", jak nazywa się wraki "Gustloffa", "Steubena" i "Goi" zginęło w sumie 12 razy więcej osób niż na "Titanicu", który pochłonął 1,5 tysiąca ofiar.

Zawsze do masowej świadomości bardziej trafia historia, która ma pozytywnych bohaterów. Takich, których można żałować. Na wymienionej przez ciebie triadzie statków płynęli hitlerowscy żołnierze uciekający z frontu wschodniego. Trudno się z nimi utożsamiać jak w przypadku biednych, cywilnych ofiar potwornego wypadku "Titanica".

Wrak nieznanego angielskiego żaglowca leżącego w Bałtyku na wysokości Łeby. Drewno z liczącego ok. 250 lat statku zachowało się w wyśmienitym stanie (fot. Marcin Jamkowski / Adventure Pictures)

Wrak "Titanica" odkrył Bob Ballard równo 30 lat temu, ale wówczas niczego nowego o tej tragedii nie powiedziano. Potwierdzono, że zatonął, bo uderzył w górę lodową. Nie stawiano nowych pytań. Dopiero 10 lat temu nurkowie Richie Kohler i John Chatterton podważyli mit o tym, że "Titanic" miał świetną konstrukcję.

Żeby zanurkować na wraku "Titanica", Richie Kohler i John Chatterton musieli wynająć rosyjski statek badawczy, a to kosztuje niebotyczne pieniądze. Tygodniowy rejs to kilkaset tysięcy dolarów, których nie mieli na koncie. Opowiadali mi, że wpadli na pomysł, żeby pozyskać fundusze, kręcąc film dla telewizji. Tyle tylko, że filmów o "Titanicu" było wiele. Nikt nie chciał finansować kolejnego. Dano im wybór - mogą nakręcić film, który zostanie wyemitowany, ale za własne pieniądze.

No i skąd wzięli pieniądze?

Jeden z członków ekipy, w tajemnicy, wziął kredyt pod zastaw domu. Kiedy jego żona się o tym dowiedziała, zrobiła mu piekło, a że sama nurkuje, postawiła ultimatum: albo się z nim rozwiedzie, albo też jedzie na wyprawę. Oczywiście pojechała!

Odkryli coś nowego czy utopili pieniądze?

Nurkując, rozglądali się po dnie, gdzie leży mnóstwo nigdy wcześniej nieprzebadanych elementów. Z łodzi podwodnych, którymi pływali, zrobili pomiary odłamanego fragmentu poszycia dennego. Wyniki pokazali ekspertom zajmującym się rekonstrukcją wypadków morskich. To im przyniosło bogactwo nowych informacji. Dowiedzieli się nie tylko, jak rozrywały się blachy tonącego "Titanica", ale wyszło też na jaw, że armator, który budował "Titanica", postanowił zaoszczędzić na materiałach. Użył cieńszych blach i nitów o mniejszej średnicy, niż te zapisane w projekcie. Gdyby użył właściwych, poszycie "Titanica" po zderzeniu z górą lodową tak czy inaczej uległoby rozdarciu, ale dziura byłaby mniejsza i statek kilka godzin dłużej utrzymałby się na powierzchni, a to dałoby więcej czasu na akcję ratunkową. Można by było uratować kilkaset, a może nawet tysiąc osób więcej, gdyby nie użyto podłej jakości materiałów.

Marcin Jamkowski i Christoph Gerigk (P) szykują się do nurkowania leżącym na głębokości 72 metrów wraku niemieckiego okrętu

Co dla nurka stanowi o atrakcyjności wraku?

Dla wielu nurków atrakcyjne są duże wraki w tropikach, do których łatwo jest wpłynąć. Dla mnie najciekawsze są wraki z historią, jak np. te z okolic Westerplatte, badane przez Narodowe Muzeum Morskie, które mają po 400, 500, 600 lat. Oglądałem je - niewiele z nich zostało, kawałek burty, część denna z kamieniami balastowymi, czasami tylko fragment ładunku, ale ich wartość tkwi w tym, że archeologom udało się bardzo dużo o nich dowiedzieć. Znane są historie kupców, którzy nimi płynęli, udało się ustalić losy handlarza miedzią, który na jednym z nich wiózł swój towar. Wiemy, z której kopalni na Słowacji miał rudę, bo zbadano skład izotopowy ładunku, i jaką drogę przebyły wytopione plastry metalu, bo ostały się oznaczenia na beczkach. Wiadomo, jak ten towar został załadowany na statek i kim ten człowiek mógł być. Takie opowieści są dla mnie fascynujące, choć potem - kiedy się ogląda wrak - to jedyne, co można zobaczyć, to kilka desek wystających z dna.

Wrak " Steubena" był zatem podwójnie interesujący - stoi za nim dramatyczna wojenna historia i byłeś w jednej z pierwszych ekip nurków, którzy do niego zeszli.

Kiedy dostałem wiadomość, że wrak "Steubena" został znaleziony, pracowałem jako zastępca redaktora naczelnego w "National Geographic". Poleciałem ze skanem sonarowym wraku, który dostałem od Marynarki Wojennej, do Waszyngtonu, do siedziby National Geographic Society, chcąc ich zainteresować tematem i dostać od nich wsparcie finansowe na zrealizowanie tej wyprawy. Po kilku dniach rozmów pojechałem na Florydę - ponurkować. Gdy dotarłem do Warszawy, czekała na mnie informacja, że się zgadzają. Do tego zostaję kierownikiem wyprawy, autorem tekstu i żebym nie miał za dużo na głowie, to dostaję fotografa, który dwukrotnie został nagrodzony World Press Photo za fotografię podwodną. Był to Christoph Gerigk.

Skan sonarowy pokazujący leżący na prawej burcie na dnie wrak Steubena (fot. Dywizjon Zabezpieczenia Hydrograficznego Marynarki Wojennej RP)

"Steuben" zatonął 10 lutego 1945 roku. Pod koniec 1944 roku Stalin wygłosił płomienne przemówienie do narodu, w którym powiedział: "Zabijajcie Niemców, zanim zdążą podpalić następnych sto wsi. Zabijajcie ich za to, co zrobili i co jeszcze zamierzają zrobić! Ukarzcie hitlerowskie bestie, pomścijcie wszystkich". Chwilę później rozpoczęła się Operacja Hannibal, w czasie której planowano ewakuować drogą morską niemieckich oficerów z Prus Wschodnich do bezpiecznych portów w Niemczech.

Wyszła z tego największa operacja ewakuacyjna wszech czasów. Niemcy tak bardzo bali się nadchodzącej Armii Czerwonej, że zamiast stawiać twardy opór i bronić za wszelką cenę Prus Wschodnich, woleli uciekać, łamiąc zakazy - Hitler zabraniał cofać się choćby o metr. Na ulicach wybuchła panika, ludzie krzyczeli: "Iwan idzie!". Do garstki wojskowych spontanicznie dołączyły tłumy. Skończyło się na masowej ucieczce przez Bałtyk 2 mln ludzi.

Między innymi na pokładach "Wilhelma Gustloffa" i "Steubena", wytropionych przez sowiecki okręt podwodny S-13, dowodzony przez kpt. Aleksandra Marinesko. A on miał także swój prywatny interes, żeby zatopić okręty, na których płynęli Niemcy...

Marinesko był świetnym marynarzem i żołnierzem. Szybko awansował, zdobył sławę najzdolniejszego dowódcy okrętu podwodnego i zjednał sobie całą załogę, z którą pobijał rekordy czasu zanurzenia okrętu podwodnego czy ładowania torped. Miał jednak i wady. Nie był karny, zdarzały mu się problemy z prawem, alkoholem i wdawał się w ciągłe romanse, przez które miał kłopoty. Największy zdarzył mu się w sylwestra 1944 roku, kiedy zabalował z pewną Szwedką w fińskim porcie, w Turku, i zapomniał wrócić na pokład okrętu podwodnego. Tak między nimi iskrzyło, że Szwedka odesłała chłopaka, z którym była umówiona, a Marinesko odprawił swoich żołnierzy, którzy przyszli go szukać. Kiedy w końcu wrócił na okręt, rozpętało się piekło - wisiał nad nim sąd polowy. Admirał Orieł wezwał jednak swojego najzdolniejszego mariaka na rozmowę, z której znamy tylko ostatnie zdanie przełożonego: - Czekam na ciebie ze zwycięstwem . Marinesko miał więc nóż na gardle. Wiedział, że jak już wyjdzie w morze, musi coś wielkiego upolować.

"Szczęście" mu dopisywało, bo bardzo szybko storpedował " Gustloffa", na którym zginęło około 6-8 tys. osób, a kilka dni później " Steubena", na którym utonęło około 4,5 tysiąca ludzi.

Na "Gustloffa" zaczaił się od strony lądu, skąd nikt nie spodziewał się ataku. Wysłał w jego stronę trzy torpedy z dedykacją: "Za Ojczyznę", "Za naród sowiecki" i "Za Leningrad". Czwarta, "Za Stalina", zablokowała się. 10 dni później upolowali "Steubena". Oba ataki przez historyków oceniane są jako majstersztyki. Marinesko sądził, że za taki wyczyn dostanie tytuł bohatera Związku Radzieckiego i Order Czerwonej Gwiazdy, czyli najwyższe odznaczenia i zaszczyty radzieckie. Niestety, dowódcy nie wybaczyli mu Szwedki z Turku... Wymarzony tytuł przyznano mu dopiero pośmiertnie w 1990 roku, ostatnim dekretem Gorbaczowa.

Ciężki sprzęt po nurkowaniu jest podnoszony dźwigiem i wraca na pokład statku-bazy wyprawy płynącej na wrak Steubena (fot. Marzena Hmielewicz / Adventure Pictures)

Zanim zanurkowałeś do wraku "Steubena", spotkałeś się z ocalałymi z katastrofy. Chcieli o tym rozmawiać?

Niemcy są społeczeństwem, które przepracowało swoją traumę wojenną, więc rozmawiali bez oporów. Opowiadali o dantejskich scenach, które działy się między storpedowaniem "Steubena" a jego zatonięciem. Trwało to 20 minut. W tym czasie ludzie tratowali się, próbując się wydostać z wnętrza statku na pokład. Słychać było strzały - to oficerowie popełniali samobójstwo chwilę przed utonięciem. Na "Gustloffie" pewien wyższy rangą oficer SS - nie mogąc znieść myśli, że jego wymarzony okręt, noszący imię zamordowanego członka NSDAP, został storpedowany przez wroga, i to w rocznicę mianowania Adolfa Hitlera kanclerzem Niemiec - najpierw zastrzelił uciekające z nim własne dzieci, potem żonę, a gdy okazało się, że dla niego zabrakło kuli, rzucił się do morza i utonął. Ale byli też tacy, którzy pomagali innym, jak Helenie Sichelschmidt, pół Polce, pół Niemce, którą ktoś podsadził, kiedy statek się przechylał, a pani Lena zawisła na drabince, nie mając sił się podciągnąć. Ten ktoś poświęcił swoje życie, żeby jej pomóc. Lena i jej przyjaciółka Marti zdążyły dobiec do mostku kapitańskiego, a sekundę później fala zabrała je do morza.

Nurkowanie na głębokość ponad 70 metrów w Bałtyku wymaga masy sprzętu. Płetwonurkowie mają ze sobą kilka butli z różnymi gazami do oddychania pod wodą (fot Marzena Hmielewicz / Adventure Pictures)

Ile stopni mogła mieć woda i ile minut człowiek był w stanie w niej przeżyć?

Woda miała prawdopodobnie 5-8 st. C. Człowiek wytrzyma w takiej temperaturze maksymalnie 15 minut, potem umiera z wychłodzenia.

Kiedy nurkowałeś na wraku " Steubena", widziałeś te same miejsca, o których opowiadali ci rozbitkowie?

Byłem przy miejscu, z którego skakał ranny w głowę i ramię żołnierz - Gerhard Depke, który cudem, wciągając się jedną ręką, wszedł na pustą tratwę, na którą po chwili wdrapało się parę kolejnych osób, przygniatając go i prawie go topiąc. Widziałem pokład, na którym po raz ostatni stały razem Helena i Marti. Marti wciągnął pod wodę wir, Helenie udało się wypłynąć i do dzisiaj, za każdym razem, kiedy jest nad morzem, pisze do przyjaciółki pocztówki i wrzuca je do wody. Ostatnio wybrała dla niej kartkę ze słonecznikami.

Wpływaliście do środka wraku?

Jedynie fotograf i tylko na mostek kapitański. Joachim Wedekind, oficer marynarki, opowiedział mi, że był ostatnią osobą schodzącą z niego, i przez to miałem pewność, że nikt tam nie zginął. W inne miejsca postanowiliśmy nie wpływać. Nie tylko dlatego, że to niebezpieczne - świeżo odkryty wrak, nie wiadomo w jakim stanie, czy coś się nie zawali. Przede wszystkim z szacunku dla zmarłych. Nie ma znaczenia, czy to Niemcy czy Rosjanie - to ludzie, którzy tam zginęli. Odwiedzając cmentarze 1 listopada, też nikt nie wchodzi do grobu, żeby oglądać kości. Tu jest identycznie. Doskonale wiedzieliśmy, czego możemy się spodziewać w środku okrętu, na którym zginęło 4500 ludzi. Próbkę tego pokazała nam Marynarka Wojenna, wysyłając dookoła wraku robota podwodnego. Co chwila pokazywał piszczele, czaszki, buty, fragmenty ubrań. W środku zastalibyśmy dokładnie to samo, tylko w większej masie.

Pytałeś ocalonych, czy winią wojsko radzieckie za śmierć tylu cywilów?

Zdążyłem zapytać o to Heinza Schöna, nim zmarł dwa lata temu (jego prochy rozsypano na "Gustloffie"). Schön całe życie poświęcił zbieraniu informacji i prowadzeniu archiwum, w którym gromadził dane o ucieczce Niemców przez Bałtyk w 1945 roku. Okrętów, które uczestniczyły w tej operacji, było ponad 1000, więc jego archiwum było gigantyczne, a całą dokumentację trzymał w domu. Wszystkie ściany były zastawione segregatorami i skoroszytami poukładanymi alfabetycznie. Zadałem mu pytanie, czy Rosjanie mieli prawo storpedować "Gustloffa". Długo zastanawiał się nad odpowiedzią i wreszcie przyznał, że tak, że mieli prawo, bo to Niemcy wywołali wojnę. Co ciekawe, później przy autoryzacji wywiadu chciał się z tego wycofać.

A jak Aleksandra Marinesko, dowódcę okrętu, który posłał na dno ponad 10 tys. osób, oceniają jego dzieci - Tatiana Marinesko i Borys Wiktorowicz Miediediew-Marinesko?

Uważają go za bohatera i są z niego dumni! Podziwiają to, jak świetnym był dowódcą. Podobnie zresztą jak dzisiejsi rosyjscy marynarze, których odwiedziliśmy w Kronsztad w bazie Marynarki Wojennej Federacji Rosyjskiej. Kiedy podeszliśmy do bramy, pilnował jej marynarz w koszulce w biało-niebieskie pasy, z kałasznikowem przewieszonym przez ramię, i twardo powiedział, że wstęp jest zabroniony. Wtedy odezwała się pani Tatiana, pytając: - Czy ty wiesz, kim ja jestem?!! Jestem Tatiana Marinesko! I to nazwisko otworzyło nam wszystkie bramy i drzwi w bazie! Kiedy marynarze dowiadywali się, że odwiedziła ich córka Podwodniaka numer 1 , jak nazywany jest kpt. Aleksander Marinesko, to uważali to za wielkie wyróżnienie i święto.

Muzeum Sił Podwodnych Rosji imienia Aleksandra Marinesko w Petersburgu (fot. Marcin Jamkowski / Adventure Pictures)

Gdybyś nie nurkował na wrakach "Gustloffa" i "Steubena", teraz nie spędzałbyś pół życia na dnie Wisły, szukając skarbów, które gubili Szwedzi, wywożąc je z Polski w XVII wieku.

To był wspaniały zbieg okoliczności! Miałem wykład o tych wrakach na Uniwersytecie Warszawskim, po którym jedna z organizatorek, dr Justyna Jasiewicz, wysłała mi mail z dość enigmatyczną informacją, że zna naukowca, który ma jakieś informacje o barkach z polskimi, królewskimi dobrami z XVII w., które chyba zatonęły, ale nie wiadomo na 100 procent, bo nikt ich nie znalazł. Pamiętam, że odpisałem jej jednym słowem, dużymi literami: "SZUKAMY!"

A wiedzieliście, gdzie szukać?

Z informacji, które znalazł ów archeolog - dr Hubert Kowalski - wiedzieliśmy tylko, że w sierpniu 1656 roku zatonęła w Warszawie szwedzka barka na Wiśle. Jednak nie wiadomo dokładnie, w którym miejscu. Tymczasem Wisła w stolicy ciągnie się przez około 20 kilometrów. Przez całe wakacje pływaliśmy, stworzyliśmy mapę dna Wisły, która rok później okazała się nieaktualna, bo Wisła bardzo szybko się zmienia. Skarbów oczywiście nie znaleźliśmy. Odrobinę zniechęceni przez trzy kolejne sezony próbowaliśmy dalej. Wiedzieliśmy, że barki odbiły albo z wysokości Pałacu Kazimierzowskiego, albo Zamku Królewskiego. Trzeba było zastanowić się, gdzie mogły napotkać trudności. Wiedzieliśmy, że między mostem Grota-Roweckiego a mostem Gdańskim pojawiają się kamienie i rzeka gwałtownie przyspiesza. Tam zaczęliśmy szukać i intuicja nas nie zawiodła! Wkrótce znaleźliśmy pierwszy kawałek marmuru, a wokół niego kolejne fragmenty. W sumie wydobyliśmy wtedy 6 ton i wiedzieliśmy, że jest dobrze! W kolejnym sezonie następne 6 ton. A w tym roku znaleźliśmy osiem ton marmurów i dwie królewskie, wspaniale zachowane armaty. Są ozdobione misternie rzeźbionymi delfinami. Ze szczęścia darliśmy się jak małe dzieci, aż stojący na brzegu człowiek przestraszył się, że coś się nam stało!

Marmurowa, manierystyczna fontanna ogrodowa z czterema maszkaronami 350 lat temu stała zapewne przed Pałacem Kazimierzowskim, warszawską rezydencją królewską Jana Kazimierza. Kiedy zatonęła barka, na której Szwedzi w czasie Potopu próbowali wywieźć królewskie skarby, fontanna na długie lata spoczęła pod wodą. Wydobyta przez wyprawę dr Huberta Kowalskiego i Marcina Jamkowskiego w 2012 roku (fot. Marzena Hmielewicz / Adventure Pictures)

Nurkowanie w Wiśle jest trudne?

Przede wszystkim nurkuje się w uprzęży i na linie, bo nurt jest tak silny, że natychmiast porwałby nurka. Trudno już ustać, kiedy ma się wodę po pas. Poza tym nic nie widać, dwa metry pod wodą jest zupełnie czarno. Latarka jest w stanie oświetlić na odległość 10-15 cm, a kiedy zaczyna się grzebać w dnie, widoczność spada zupełnie do zera. Jedyne, co nam zostaje pod wodą, to zmysł dotyku.

Można puścić wodze fantazji...

Kiedyś jeden z naszych nurków krzyczy z dna przez podwodne radio, że znalazł ludzką głowę. Pytamy go, czy trzeba wzywać policję, bo to może ślad morderstwa. On na to, że głowa jest duża, twarda i kamienna, z wielkim nosem, że znalazł rzeźbę... Fryderyka Chopina! Trochę się zdziwiliśmy, bo historycznie daty nam się nie zgadzały, ale spuściliśmy pod wodę hak, liny i miękkie okładziny do zabezpieczenia zabytku. Nurek godzinę wiązał całość, nim krzyknął "można"! No to my dawaj ją w górę! No i co wyciągnął dźwig? Polny kamień z wypustką, która nurkowi skojarzyła się z nosem... Wyobraźnia i chęć znalezienia skarbu potrafi nieźle namieszać w głowie!

Zobacz wideo Prof. Piskozub: Bałtyk jakiś będzie, ale to już nie będzie ten Bałtyk, który znamy

A odszukałeś skarby, które udało się Szwedom wywieźć z Polski?

Pojechałem z ekipą do Szwecji i widzieliśmy dzieła Kopernika. Oryginał "O obrotach sfer niebieskich" leży w bibliotece w Uppsali. Tam również przechowywane są tabele astronomiczne własnoręcznie sporządzone przez naszego astronoma. Trafił tam też oryginał "Bogurodzicy". Odnaleźliśmy również dzwony zrabowane z polskich kościołów. Na jednym z nich wygrawerowano napis informujący, że król szwedzki zabrał go z takiej to a takiej  miejscowości "Z bożą pomocą"... I właśnie o tym będzie film dokumentalny "Uratowane z potopu", który od początku wiślanej wyprawy kręcimy z Konstantym Kulikiem. Opowiemy znaną historię potopu z zupełnie nieznanej perspektywy - rabowania zabytków. Premiera za rok.

Nurek szykuje się do zejścia na dno Wisły w poszukiwaniu królewskich zabytków zrabowanych i zagubionych przez Szwedów w 1656 roku z Warszawy (fot. Marcin Jamkowski / Adventure Pictures)
Dr Hubert Kowalski (L) i Tomasz Mieleszko po znalezieniu elementów dekoracji rzeźbiarskiej na dnie Wisły (fot. Marcin Jamkowski / Adventure Pictures)
Marcin Jamkowski (L) i dr Hubert Kowalski w czasie wydobywania zabytków zrabowanych podczas Potopu Szwedzkiego z warszawskich rezydencji polskiego monarchy. Na łódce już spoczywa tzw. międzyłucze - spinający dwa łuki marmurowy element ozdobiony pięknym królewskim herbem Wazów (fot. Marzena Hmielewicz / Adventure Pictures)

Każdy może wesprzeć prace nad filmem "Uratowane z potopu", pomagając zebrać budżet na filmowanie w Szwecji. Autorzy zapraszają na polakpotrafi.pl od czwartku 2 października.

Marcin Jamkowski. Dziennikarz naukowy, płetwonurek i wspinacz. Reżyserię, scenopisanie i produkcje filmową studiował na Harvardzie i MIT. Wiceprezes Oddziału Polskiego The Explorers Club, elitarnej nowojorskiej organizacji zrzeszającej podróżników i odkrywców. Były redaktor naczelny National Geographic Polska. Autor książki "Duchy z głębin Bałtyku" opowiadającej historię zatonięcia Titaniców Bałtyku. Jego reportaż z ekspedycji na wrak Steubena opublikowano na okładce magazynu National Geographic w ponad 20 językach.

Nina Harbuz-Karczmarewicz. Dziennikarka Polskiego Radia. Reporterka, wydawca, prowadząca. Pytanie o to, "jak żyć?" najchętniej kieruje do psychologów w audycji "Problem z głowy" - w radiowej Jedynce. Publikowała w "National Geographic Traveler" i "Magazynie Coaching". Absolwentka Gender Studies w IBL PAN. Po godzinach, w garażu na Saskiej Kępie, robi renowację starych mebli.