Czy obecnie umiemy się rozstawać – zwłaszcza jeśli mamy dzieci – w cywilizowany sposób, czy wręcz przeciwnie?
Rozwodów jest z roku na rok coraz więcej. Statystyki nie obejmują związków nieformalnych, w których żyje coraz więcej par, więc jeśli czytamy, że w ubiegłym roku na wokandzie było około 60 tys. rozwodów, to musimy dorzucić drugie tyle rozstań wśród par, które żyły bez ślubu.
Te pary bez ślubu często też mają dzieci.
Dokładnie. Do tego coraz więcej par nie decyduje się na ustalenie opieki nad dziećmi w postępowaniu sądowym, lecz robi to na własną rękę. W tym celu idą na przykład do mediatora.
Jest więcej rozwodów, rozstań i tym samym dzieci, które żyją w rodzinach niepełnych, patchworkowych, gdzie opieka jest współdzielona. Według danych dotyczy to około 2,5 mln dzieci.
Więc odpowiadając na pytanie, czy rozstajemy się kulturalniej, to nie mam pozytywnych wieści. Rozstajemy się coraz gorzej, coraz bardziej paskudnie i nieprzyjemnie.
Mimo – wydawałoby się – rosnącej świadomości, jak ważne jest dobro dziecka? I wiedzy, że długie batalie mogą tylko pogorszyć sytuację?
Mamy przede wszystkim większą świadomość tego, że nie musimy za wszelką cenę być razem, a rozwód to nie koniec świata. Mamy także świadomość, że prowadzenie długich batalii nie służy ani rodzicom, ani dzieciom, że zdecydowanie sensowniejsze jest rozstanie się w sposób kulturalny.
Niestety, często na deklaracjach się kończy, a jak przychodzi co do czego, to partnerzy walczą ze sobą do ostatniej kropli krwi. Angażują dzieci w tę batalię, matka o ojcu mówi, że jest uparty jak wół, a ojciec o matce, że jest wariatką.
Co mają na swoją obronę?
"Bo jest mi trudno", "bo mieszkam w domu z dziećmi, więc one siłą rzeczy wszystko słyszą", „bo ja przecież też przeżywam to rozstanie", "dzieci muszą wiedzieć, z jakim człowiekiem mają do czynienia".
Więc mimo że świadomość jest duża, to w sytuacji rozstania bardzo łatwo przychodzi rodzicom usprawiedliwianie swojego zachowania lub niedostrzeganie swoich działań i projektowanie ich na drugą stronę.
Nie dziwię się, że rodzic nie chce kłamać w sytuacji, w której – przykładowo – drugi zachował się nieuczciwie, wręcz podle.
To prawda. Rozwód jest jedną z najbardziej dotkliwych sytuacji w życiu każdego członka rodziny. I swoim zachowaniem możemy albo spotęgować to negatywne doświadczenie, albo je złagodzić. Nie każde dziecko, którego rodzice się rozwodzą, i nie każdy dorosły, który się rozwodzi, musi chodzić na terapię. Pod warunkiem że postępuje się w sposób rozsądny i mądry.
Czyli?
Nie należy skupiać się na tym, co kto ma za uszami, kto jest bardziej winny. Dziecko powinno wiedzieć jak najmniej o przebiegu rozstania. Najlepiej, jak usłyszy, że rozstanie jest wspólną decyzją rodziców.
A jeśli to nie była wspólna decyzja?
Czasem przemilczenie pewnych kwestii jest dużo lepsze niż powiedzenie prawdy. Prawdę można zostawić dla siebie lub podzielić się nią z osobami dorosłymi, na przykład z przyjaciółmi lub terapeutą.
Są oczywiście sytuacje, w których jedno z pary absolutnie nie zgadza się na informowanie, że to była wspólna decyzja, skoro wie, że to ona czy on została/został porzucona/y czy zdradzona/y, to nie ona/on złamała/złamał małżeńską przysięgę. Te słowa nie przeszłyby mu czy jej przez gardło. Nie chce też okłamywać dzieci. I ja to rozumiem. Zadaję wtedy pytanie: Z powiedzeniem czego czuliby się państwo OK? Tak aby jednocześnie nie stawiać partnera w pozycji winnego, nie oceniać, kto jest lepszym, a kto gorszym rodzicem.
Pamiętam parę, w której żona była osobą porzuconą. Ustalili więc, że to mąż przekaże informację dzieciom. Wyjaśnił im, że rodzice od dłuższego czasu mają duży kłopot, żeby się ze sobą porozumieć i współdzielić życie, i uznali, że w tej sytuacji lepszym rozwiązaniem będzie zamieszkanie osobno. Żona jedynie przytaknęła. Do pewnego stopnia była to wspólna decyzja, ale wypowiedziana w inny sposób.
Są także sytuacje, których przemilczeć nie można i nie powinno się dziecku mydlić oczu.
Kiedy?
Gdy na przykład było świadkiem przemocy. Ktoś uderzył i z tego powodu rodzice się rozstają.
Często jest też tak, że dzieci są po prostu ciekawe. Pytają, dlaczego doszło do rozstania, i nie wystarcza im wyjaśnienie: "różnica charakterów".
Co zakładam, że często jest prawdą…
Tak! Bo pary zazwyczaj nie kłócą się wcale o to, że ktoś kogoś zdradził albo stosuje przemoc, ale o kwestie organizacyjne, podejście do porządku, wywiązywania się z obowiązków, o to, że jedno ma taką potrzebę, a inne ma inną, "że on nic nie robi w domu", a "ona myśli, że pieniądze z nieba spadają".
A dzieje się tak dlatego, że ludzie, gdy się poznają, nie ustalają, jak będą się dzielić obowiązkami, czy chcą mieć dzieci, ile itd. Jakoś się poukłada – myślą. Nie poukłada się, jeśli nie będziemy rozmawiać i dochodzić do kompromisów!
Ale wróćmy...
I ten rodzic, wypytywany non stop o powody rozstania, w końcu, choćby w przypływie zniecierpliwienia, może wyjawić więcej, niżby chciał. Często zresztą jest tak, że dzieci znają tylko jedną wersję wydarzeń. Jest to zazwyczaj wersja rodzica, z którym spędzają więcej czasu, z którym mieszkają i mogą być świadkami różnego rodzaju sytuacji, mają okazję częściej z nim rozmawiać. Albo szperają w telefonie rodzica, bo ten zapomniał zablokować do niego dostęp, i docierają do historii konwersacji między rodzicami, treści pozwu sądowego...
Dzieci nie powinny wiedzieć więcej ponad to, że powodem rozstania była różnica charakterów, a już na pewno nie powinny usłyszeć: to jego/jej wina, to przez to, że tata był nie w porządku, bo nie sprzątał i się tobą nie zajmował wystarczająco dużo.
Musimy pamiętać także o tym, że w polskim prawie, jeżeli składamy pozew z orzeczeniem o winie, to tę winę trzeba udowodnić, czyli sąd musi uznać, że małżonek w stu procentach przyczynił się do rozpadu związku, a udział drugiej strony był zerowy. Obecnie sądy choćby na zdradę nie patrzą już tak zero-jedynkowo.
Czyli oceniając, że wina jest wyłącznie po stronie tego, który zdradził.
Dokładnie. Sąd interesuje również to, co do tej zdrady doprowadziło, czego tej osobie w związku brakowało, że zdecydowała się szukać bliskości poza nim. Zdrada nie musi mieć jedynie wymiaru fizycznego, ale także emocjonalny. Małżonek może się czuć zdradzany chociażby z mamą swojego partnera – bo partner jej się zwierza, z nią o wszystkim dyskutuje, ją pyta o zdanie na każdy temat.
Jakby się tak głęboko zastanowić i szukać praprzyczyny, to nigdy byśmy nie doszli, kto jest winny.
Jest taki żart branżowy wśród prawników, że podstawowym powodem rozwodu jest zawarcie związku małżeńskiego...
Moja perspektywa może być zupełnie inna niż perspektywa mojego męża. Ja uważam, że on mnie skrzywdził, on uważa, że ja go skrzywdziłam. Dzieciaki mają wiedzieć jedno: jako para nie podołaliśmy tej sytuacji, ale kochamy je, jesteśmy dla nich zawsze i jako rodzice jesteśmy odpowiedzialni za opiekę nad nimi. A potem trzeba stworzyć taki plan tej opieki, aby wszyscy czuli się w nim komfortowo. I tyle!
Proste i trudne jednocześnie.
A czynnikiem, który nie pomaga – a wręcz utrudnia przeprowadzenie rozstania w ten właśnie sposób – są dziś osoby trzecie.
Czyli?
Chociażby prawnicy, ale też psychologowie. Prawnik czy prawniczka może powiedzieć klientowi: Najlepiej będzie, jak dojdzie do ugody, czasem lepiej nie walczyć, schować urazy do kieszeni. Dla dzieci i dla siebie. Szkoda czasu, nerwów, pieniędzy!
Ale może też powiedzieć, i prawnicy często dziś tak właśnie mówią: Walcz! Skrzywdził cię, musisz z niego wycisnąć wszystko. Zrujnuj go, zabierz dzieci. Zasłużył. Puść tę babę czy faceta w samych skarpetkach. Załatwię ci to za jedyne X zł plus VAT.
Takie podejście nakręcają też media społecznościowe i różne grupy, organizacje lub fundacje „dla skrzywdzonych kobiet" czy „skrzywdzonych mężczyzn", które właśnie w ten sposób często „wspierają" rozwodzących się.
A dlaczego wspomniała pani o psychologach? Psychologowie akurat powinni być najbardziej bezstronni i raczej zachęcać do ugody.
Ale psychologowie także opiniują w sprawach rozwodowych. Takie opinie wydaję i ja. Nieraz spotkałam się z sytuacją, że rodzic wymuszał na mnie wydanie opinii jednostronnej. Zgłaszał się do mnie i mówił na przykład: "Rozwodzę się, chciałabym/chciałbym, żeby wsparła pani moje dziecko, bo mam poczucie, że wymaga pomocy psychologicznej". Kiedy proponowałam na początek ustalenie terminu na wywiad z obojgiem rodziców, słyszałam: "Ale jak to? To ja do pani dzwonię. Mój mąż/żona źle się zachowuje, o niczym nie może wiedzieć".
Żeby opinia była sprawiedliwa, musi dotyczyć całej rodziny, musi być wydana za zgodą obydwojga rodziców, z poszanowaniem każdego z nich. Psycholog to nie sojusznik danego rodzica, ale osoba, która ma służyć całej rodzinie.
Niestety, jest tak, że często do sądu trafiają opinie od dwóch różnych psychologów, mamy i taty, i każda z tych opinii oczywiście wychwala pod niebiosa jednego, a gani drugiego – upraszczając oczywiście.
I sądy mogą brać takie opinie pod uwagę?
Teoretycznie nie powinny, ale czasem tak się dzieje, bo system jest niewydolny – spraw rozwodowych jest mnóstwo, a sędziów mało. Może się więc zdarzyć, że sędzia zasugeruje się taką jednostronną opinią, bo nie ma czasu na to, aby przejrzeć wszystkie dokumenty, zlecić odpowiednie czynności, zaprosić do siebie parę i spędzić z nią trzy–cztery godziny na rozmowie, bo każdego dnia ma na wokandzie kilkanaście spraw, a na każdą może poświęcić maksymalnie 30 minut.
Dochodzi czasem do sytuacji, że decyzja sędziego, który opierał się na takiej jednostronnej opinii, jest krzywdząca i rodzic przykładowo traci z dziećmi kontakt na kilkanaście miesięcy, bo w opinii było napisane, że ojciec czy matka stosuje wobec dzieci przemoc. A to nigdy nie było zweryfikowane.
Co jeszcze można zrobić, żeby dobrze się rozwieść?
Trzeba sobie uświadomić, że o ile w momencie rozstania nasza rola jako męża/żony wygasa, o tyle jako rodzica nie. Dalej trzeba będzie współdecydować z drugim rodzicem we wszystkich sprawach dotyczących dziecka. Zdanie jednego rodzica jest tak samo ważne jak drugiego.
Niestety, często jest tak, że jedno z rodziców – zazwyczaj to, z którym dziecko zostaje – uważa, że ma w jego sprawie więcej do powiedzenia.
Możliwe, że lepiej to dziecko zna z uwagi na częstszy kontakt.
W porządku, ale to nie znaczy, że może podejmować decyzje w tajemnicy przed drugim rodzicem. Już nie wspominając o przeprowadzkach do innego miasta czy za granicę.
I potem niektórzy się dziwią, że drugi rodzic wnosi sprawę do sądu o zmianę zasad opieki, bo jest notorycznie odsuwany.
Człowiek po rozwodzie pozostaje z byłym partnerem w diadzie rodzicielskiej. Nie może już ról partnera i rodzica ze sobą sklejać, musi je rozdzielić. I kierować się nie tym, żeby dowalić drugiej stronie, ale żeby dziecku było dobrze.
Dla "dobra dziecka" może oznaczać coś zupełnie innego dla matki i dla ojca. Moim zdaniem lepiej, żeby dziecko nie miało kontaktu z ojcem, jeśli ten ojciec przy nim na przykład pije.
Są sytuacje bezdyskusyjne. Jeśli jeden z rodziców dopuszcza się przemocy wobec dziecka i jest to potwierdzone, jest uzależniony, choruje na choroby, które uniemożliwiają świadomą opiekę nad dzieckiem, to nie powinien mieć z dziećmi kontaktu lub kontakt ten powinien być nadzorowany, na przykład przez kuratora.
Proszę mi jednak uwierzyć, że wiele sytuacji jest o wiele mniej dramatycznych. Na przykład mama mówi, że ojciec nieodpowiednio się dzieckiem zajmuje, bo dziecko po powrocie z weekendu, który spędziło z tatą, płacze, jest roztrzęsione, niemiłe dla mamy. Dopiero po dwóch dniach się uspokaja. Tylko pytanie, czy jest niemiłe, bo tata robi coś nie tak, czy może dlatego, że przeżywa rozłąkę, zmianę miejsca albo to, że rodzice są dla siebie niemili, jak się widzą, itd. Spotkałam się także z takimi argumentami, że ojciec nie opiekuje się dzieckiem tak dobrze jak mama, bo zakłada córce ubrania, które nie są dopasowane kolorystycznie.
Bardzo to wszystko skomplikowane.
Z hasłem "dla dobra dziecka" stało się mniej więcej to samo co z hasłem "trauma", czyli dziś może oznaczać wszystko. Zależy, kogo zapytamy, co dla niego znaczy. Mamę czy tatę, pełnomocnika mamy czy pełnomocnika taty.
Gdy do mnie przychodzą rodzice z dzieckiem, to mnie nie interesuje, jak duża jest niechęć mamy do taty i odwrotnie, ale co przeżywa dziecko. Jakie ma więzi z jednym, a jakie z drugim rodzicem, jakie kompetencje wychowawcze ma każdy z rodziców, jaki model opieki w danym układzie będzie dla dziecka najkorzystniejszy.
Żeby naprawdę dojść do tego, co będzie dobre dla dziecka, konieczny jest ogrom pracy. Sądy rzadko z dziećmi rozmawiają, zazwyczaj ich głos przekazywany jest przez rodziców i dość często jest on diametralnie różny w zależności od tego, czy pochodzi od mamy, czy od taty.
I tu pojawia się kolejny problem systemowy. Jest bardzo mało specjalistów, którzy mają uprawnienia, aby wydawać opinie w takich sprawach. W Warszawie na termin spotkania na badanie sądowo-psychologiczne zlecone przez sąd w trakcie procesu rozwodowego trzeba czekać czasem i 12–14 miesięcy. To czas, kiedy rodzina jest w zawieszeniu i to zawieszenie bardzo często prowadzi do eskalacji konfliktu i zaburzeń w relacjach pomiędzy dziećmi i rodzicami.
Można o taką opinię zwrócić się we własnym zakresie, nie z ramienia sądu?
Można, ale to wymaga od rodziców ogromnej dojrzałości, umiejętności wyjścia poza własne potrzeby. Bo opinia ma być obiektywna, a nie spełnić oczekiwania jednego z rodziców. Coraz częściej jest tak, że rodzice te opinie kwestionują, co tylko przedłuża proces rozwodowy. W ubiegłym roku do sądów trafiło 83 tys. pozwów rozwodowych, z czego około 60 tys. przeszło na kolejny rok, co oznacza, że postępowanie toczy się dalej. W Warszawie procesy rozwodowe trwają od kilku miesięcy do kilku lat, w zależności od złożoności problemu.
Jesteśmy dziś uczeni, aby wszystko kwestionować, autorytetom nie ufać, zawsze zasięgać drugiej opinii.
Rozumiem, że nikt nie lubi być krytykowany. Jednocześnie naprawdę większość opinii jest w 90 proc. rzetelna i bezstronna. Bardzo bym chciała, aby ludzie przestali słuchać złych doradców namawiających ich do rywalizacji i walki o to, kto jest lepszy. Aby uznali, że są tak samo ważni i potrzebni jak drugi rodzic. Jestem przekonana, że większość konfliktów można by dużo szybciej zażegnać.
Daria Drab. Psycholożka, psychoterapeutka oraz mediator rodzinny. Ukończyła Szkołę Wyższą Psychologii Społecznej na kierunku społeczna psychologia kliniczna ze specjalizacją z psychologii traumy i interwencji kryzysowej. Swoją wiedzę i warsztat pracy pogłębiała w Krakowskim Ośrodku Terapii, oraz w trakcie licznych kursów i warsztatów dedykowanych pracy z osobami doświadczającymi różnych form przemocy, pracy z osobami w kryzysie rodzinnym, terapii traumy i terapii więzi. Od 2016 roku pracuje również jako mediator rodzinny w warszawskich sądach. W Ośrodku MaterPater prowadzi psychoterapię indywidualną dla dorosłych i dzieci, a także psychoterapię par i rodzin.
Ewa Jankowska. Dziennikarka. Redaktorka. W mediach od 2011 roku. W redakcji magazynu Weekend od 2019 roku. Współautorka zbioru reportaży "Przewiew". Jedna z laureatek konkursu "Uzależnienia XXI wieku" organizowanego przez Fundację Inspiratornia.