Rodzina
Pedagożka: Dzieci potrafią być okrutne (Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.pl)
Pedagożka: Dzieci potrafią być okrutne (Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.pl)

UWAGA: spojlery

Nowy serial Netfliksa "Dojrzewanie" poruszył widzów. Wielu rodziców odebrało go jako ostrzeżenie. Na mnie także zrobił ogromne wrażenie, ale jednocześnie mnie zezłościł.

Dlaczego?

Bo dziś i tak nieustannie martwimy się, że popełnimy jakiś błąd w wychowaniu naszych dzieci, a serial mówi wprost: możesz być opiekuńczym, ciepłym rodzicem, a i tak możesz wychować mordercę. Czy rodzice Jamiego są winni tego, co zrobił ich syn?

Serial w sposób niezwykle interesujący odkrywa nam kolejne warstwy tej historii. Nie daje gotowych rozwiązań i nie stawia diagnoz, sami musimy je sobie dopowiedzieć.

Dla mnie kwintesencją tej historii jest to, co dzieje się w odcinku trzecim, w którym biegła psycholożka rozmawia z Jamiem, by przygotować raport dla sędziego. Ten odcinek to studium rozwijającej się osobowości, która – mimo sprzyjających warunków – nie rozwija się prawidłowo. Co więcej, może być bardzo niebezpieczna.

To znaczy?

Psycholożka, zadając pytania o ojca Jamiego, stara się zbadać, czy przypadkiem zachowanie chłopca nie było konsekwencją przemocy, jaka panowała w domu. Jego ojciec rzeczywiście przedstawiony jest jako taki stereotypowy męski mężczyzna: umięśniony, lubi sport, jest pracownikiem fizycznym, ma tatuaże. Ale Jamie podkreśla jednocześnie, że co prawda ojcu zdarza się zezłościć, ale nigdy nie podniósł na nikogo ręki. Rodzina chłopca jest całkiem zwyczajna, kochająca się. Nie widzimy tam nic szczególnie niepokojącego.

Powoli odkrywa się przed nami obraz dojrzewającego chłopca, który jest zamknięty w sobie, wrażliwy, delikatny, ale też inteligentny, czyli chłopca, który nie pasuje do stereotypowego obrazu mężczyzny. Rozmowa z psycholożką pokazuje również, że ten wrażliwy Jamie potrafi być arogancki, manipulacyjny, wręcz agresywny. Tak jakby miał dwa różne oblicza. Przeskakuje z jednego w drugie.

Nie dowiadujemy się, jak brzmi diagnoza psycholożki, ale wiemy, że według niej Jamie powinien skorzystać z pomocy lekarza psychiatry i uczęszczać na terapię. Dla mnie to jasna sugestia, że możemy mieć do czynienia z rozwojem zaburzonej osobowości.

Zaburzenie osobowości może mieć podłoże genetyczne, czyli możemy mieć predyspozycje do jego wystąpienia, ale to nie oznacza, że się ono u każdego ujawni.

'Dojrzewanie' - kadr z serialu (Fot. Materiały promocyjne Netflix)

Kto z rodziny mógł przekazać Jamiemu taki "gen"?

Nie mamy jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie, możliwe, że tego typu obciążenie było po stronie Eddiego – ojca Jamiego. Słyszymy, jak opowiada żonie o swoim ojcu, który go bił. Jednocześnie Eddie podkreśla, że postanowił sobie, że nigdy nie będzie taki jak jego ojciec. Może potrafił jako dziecko lepiej niż Jamie przepracowywać pewne trudne zdarzenia w życiu, potrafił wytłumaczyć sobie, dlaczego ojciec tak go traktuje, bo przykładowo każde dziecko tak było wychowywane, a może w młodości miał jakąś osobę, która dawała mu duże wsparcie, umiała pewne rzeczy nazwać, objaśnić. Widać, że ma poczucie humoru, jest wygadany, ma wysokie poczucie własnej wartości – to także są jego zasoby. Co innego Jamie.

Czyli rodzice Jamiego mogli nie zdawać sobie sprawy z tego, że ich syn może być po prostu chory?

Z ich wypowiedzi wnioskuję, że nie zdawali sobie sprawy, co dzieje się z dzieckiem.

W serialu pada hasło – wypowiada je mama chłopca – że skoro siedział w pokoju, to przecież był bezpieczny.

W drugim i trzecim odcinku dowiadujemy się, że Jamie – podobnie jak kilku innych kolegów – był ofiarą nękania i bullyingu w szkole. Zapewne trwało to od dłuższego czasu. Nie dowiadujemy się z serialu, czy rodzice coś na ten temat wiedzieli. Przypuszczam, że nie.

Prawdopodobnie problem bagatelizowali także nauczyciele, którzy są przedstawieni w serialu jako kompletnie bezradni wobec "nastoletniego żywiołu", nieświadomi tego, w jaki sposób dzieci się ze sobą komunikują, co się dzieje w równoległym, wirtualnym świecie.

Ten świat szkolny jest w serialu bardzo przerysowany, ale zakładam, że taka była intencja twórców.

Jaki wpływ na chłopca mogło mieć to nękanie przez rówieśników?

Z trudnościami psychicznymi człowieka jest jak z działaniem broni. Aby pistolet wystrzelił, muszą zostać spełnione trzy warunki: broń musi być naładowana i odbezpieczona, a spust naciśnięty. Można przeżywać trudne emocje, można nawet mieć predyspozycje do różnego rodzaju zaburzeń psychicznych, ale musi wydarzyć się coś jeszcze, co sprawi, że zdecydujemy się pociągnąć za spust.

W przypadku Jamiego tym gwoździem do trumny okazał się komentarz dziewczyny – późniejszej ofiary – która publicznie, w mediach społecznościowych, przypisała Jamiego do grupy tzw. inceli – środowiska mężczyzn żyjących w przymusowym celibacie, ponieważ są odrzucani przez kobiety.

Czyli czego zabrakło w przypadku Jamiego, żeby uprzedzić ten ostateczny krok?

Gdybym ja, jako osoba dorosła, zobaczyła taki post o incelach, to na pewno nie potraktowałabym go poważnie, potrafiłabym ten „ruch" jakoś skrytykować, oddzielić siebie od tego, co reprezentuje. Ale nie młoda osoba. Nastoletni umysł nie jest zdolny do takiej refleksji, osobowość dojrzewającego człowieka i jego system wartości dopiero się kształtują. Nastolatki kupują pewne idee bez zastanowienia. Analizowanie, patrzenie z dystansem, podważanie – to umiejętności, które nabywa się dopiero z czasem.

Zabrakło więc dorosłego, który wytłumaczyłby mu, że to, co przeczytał na swój temat, to po prostu bzdura. Pomógłby mu zrozumieć, dlaczego rówieśniczka tak go potraktowała. Kto dostrzegłby, że Jamie ma problem z tym, jaki jest, i kto zapewniłby go, że jego brak zainteresowania sportem nie czyni go gorszym, mniej wartościowym mężczyzną. Że jego wrażliwość i twórczy umysł to jego ogromna zaleta. Od nikogo tego nie usłyszał.

Ekspertka obejrzała 'Dojrzewanie'. 'Psycholożka nie stawia chłopcu diagnozy, ale daje jasną sugestię' (materiały prasowe Netfliksa)

Rozmowa z psycholożką pokazała, jak bardzo chłopiec tego wszystkiego potrzebował: afirmacji, potwierdzenia, że on jest OK.

Jestem przekonana, że rodzice kochali Jamiego takim, jaki był, jego mama na pewno akceptowała jego wrażliwą stronę. Przyjaciółka, z którą rozmawiałam o serialu, powiedziała tak: najważniejsze to budować dobrą, bliską, pełną miłości relację ze swoim dzieckiem – i to powinno wystarczyć, nie mamy na wszystko wpływu. Że jeśli dziecko będzie czuło, że jest kochane, będzie czuło się bezpiecznie z rodzicami, gdy będzie miało problem, to się do nich zwróci.

Nie do końca. Oczywiście, że relacja między dzieckiem a znaczącą dla niego osobą powinna być bezpieczna i bliska, aby jego osobowość mogła się odpowiednio rozwijać. Ale budowanie tej więzi nie może się nagle skończyć, bo dziecko jest coraz starsze, coraz bardziej samodzielne. Z dzieckiem trzeba mieć nieustannie kontakt, zwłaszcza w okresie nastoletnim. Nie chodzi mi tutaj o kontrolowanie, sprawdzanie, co dziecko robi, chodzi o bycie na bieżąco z tym, co się u niego dzieje i co się dzieje w jego "dojrzewającym świecie". Interesowanie się tym, co ogląda, czyta, o czym rozmawia z kolegami, koleżankami, w jakiej grupie znajomych się obraca.

Jamie był chłopcem bardzo zamkniętym w sobie.

Dlatego jestem przekonana, że nie dzielił się z rodzicami tym, co czuje i przeżywa. Biorąc pod uwagę to, że jego osobowość nie rozwija się prawidłowo, mógł manipulować rodzicami, okłamywać ich, wiele przed nimi ukrywać.

Zobacz wideo "Obowiązkiem dorosłych jest zrobienie wszystkiego, by dzieci nie cierpiały"

Nie można zawsze zawierzać dziecku, jeśli mówi: wszystko jest OK. Przyjmować za dobrą monetę, gdy na nasze pytanie "jak w szkole?" odpowiada krótkim "dobrze". Trzeba z dzieckiem cały czas rozmawiać. Ojciec Jamiego, jak zobaczył nagranie, na którym jego syn dźga nożem koleżankę, był w szoku, jakby tego syna nie znał.

Ogromnym problemem współczesnych rodziców jest to, że idealizują swoje dzieci, bo stanowią one przecież "projekt ich życia", definiują to, kim i oni są. Kiedyś dzieci były wychowywane przez "całą wioskę", czyli rodziców, dziadków, nauczycieli przedszkolnych, szkolnych, panią woźną w szkole, sąsiadkę, panią w sklepie osiedlowym. Dziś rodzice sami pozbawiają się tej drogocennej roli innych, bo uważają, że wiedzą najlepiej, co jest dobre i właściwe dla ich dziecka, mają wizję jego wychowania, którą tylko oni znają. Głupio dziś dziecku zwrócić uwagę na ulicy czy na placu zabaw, że nieodpowiednio się zachowuje, bo zaraz przybiegnie do nas rodzic i nas ochrzani.

Bo na przykład powiedzieliśmy mu, że jest niegrzeczne.

Na przykład. Rodzice zwracają też dziś uwagę na kwestie, które nie są aż tak istotne, jak właśnie to, że ktoś z rodziny użył nie takiego słowa albo dał dziecku batonik. Dziecku naprawdę nic się nie stanie, jak zje trochę czekolady.

Głównym celem wychowania jest zapewnienie równowagi między dwiema funkcjami – adaptacyjną i indywidualną. Czyli dziecko powinno wyrosnąć na jednostkę autonomiczną, pewną siebie – pod względem tego, kim jest, kim się czuje – ale jednocześnie rozumiejącą i szanującą zasady społeczne. Żadna z tych funkcji nie powinna dominować.

Zbyt dużą wagę przykładamy dziś do wzmacniania indywidualności dziecka, podkreślania jego zalet, sukcesów?

To jest ważne, pod warunkiem że zwracamy uwagę także i na te mniej pozytywne zachowania dziecka, a nie tylko je tłumaczymy. My chcemy, aby nasze dziecko było wyłącznie powodem do dumy. Ale czas rodzicom powiedzieć: nie zawsze tak jest.

To znaczy?

Dzieci potrafią być też okrutne, potrafią manipulować, krzywdzić. Musimy brać pod uwagę to, że to nasze dziecko może być sprawcą, a nawet jeśli nie sprawcą, to osobą przyzwalającą na przemoc. Film z 2007 roku "Nasza klasa" doskonale pokazuje mechanizm akceptacji przez dzieci przemocy ze strachu przed staniem się także ofiarą.

Nie powinniśmy więc jako rodzice dążyć wyłącznie do tego, żeby mieć z dzieckiem dobre – w rozumieniu miłe – relacje. A mam wrażenie, że to jest nasz główny cel i powód do chwalenia się u znajomych. Powinniśmy być otwarci na to, żeby się z dzieckiem pokłócić, żeby powiedzieć mu, że jesteśmy na nie źli, że zachowuje się bardzo nie w porządku.

I to, że ono się tak zachowuje, nie musi być naszą winą, naprawdę nie wszystko bierze się z domu! Możemy dawać dziecku dobry przykład, ale jak ono wejdzie między te przysłowiowe wrony, czyli w jakieś niezbyt fajne towarzystwo, to zacznie krakać jak i one. Pytanie, co my z tym zrobimy.

Powinniśmy umieć stawiać granice i trzymać się zasad, które są dla nas ważne, i być w tym konsekwentnymi. Nawet kosztem "dobrej relacji" z dzieckiem.

Trudno rozmawiać z dzieckiem, które nie chce rozmawiać, które jedyne, co odpowiada, to "dobrze". Kiedy uważny opiekun zamienia się w neurotycznego, kontrolującego, wtrącającego się we wszystko rodzica?

Wtrącający się, kontrolujący rodzic to dla mnie osoba, która próbuje wszystkie problemy rozwiązać za dziecko, każdą przeszkodę usunąć z jego drogi. Wydaje się, że w ten sposób ochroni dziecko – i tym samym siebie – przed negatywnymi konsekwencjami, jak chociażby utrata dobrego imienia u innych ludzi. To błąd, który często popełniają dziś rodzice.

W próbie rozmowy, drążeniu tematu, obserwowaniu dziecka, byciu czujnym nie ma nic złego. Chodzi o to, że my mamy chcieć zrozumieć, co się wydarzyło, jeżeli czujemy, że wydarzyło się coś niepokojącego.

Pamiętam, jak przyjaciółka opowiadała mi, jak jej ośmioletnia córka, która jest osobą raczej zamkniętą w sobie, z dnia na dzień przestała się przyjaźnić ze swoją najlepszą koleżanką. Moja przyjaciółka była tym bardzo przejęta, ale jej córka na pytanie, co się stało, odpowiadała: "Nic". Nie miała pojęcia, jak do niej dotrzeć. Powinna drążyć czy odpuścić, uznając, że skoro córka tego nie przeżywa, to nie ma co w nią wmuszać tych emocji?

Moim zdaniem powinna drążyć. Sama pani mówi, że dla niej to było zaskakujące. Powinna to córce powiedzieć. Zachęcić ją do podzielenia się swoimi przemyśleniami. Zaznaczyć: "Nie chcesz teraz rozmawiać, w porządku, to powiedz, kiedy mogłybyśmy o tym pogadać. To ważne, aby dzielić się emocjami, bo trzymanie ich w sobie może spowodować, że będziemy czuć się źle".

Dziś rodzice są zabiegami, wożą dzieci z jednych zajęć na inne, bardzo dużą wagę przykładają do tego, aby były wyedukowane, zadbane, ale za mało dbają o ten wspólny czas. A im dzieci są starsze, tym więcej jest elementów, które utrudniają nam kontakt z nimi – komputer, telefon. Powinniśmy jako rodzice kreować sytuacje, w których możemy z nimi porozmawiać. To może być wspólny posiłek, wspólne oglądanie czegoś w telewizji, a nie każdy sam w swoim pokoju z nosem w ekranie, gdzie dzieje się Bóg wie co. Bo jeśli rozmowa nie jest w domu czymś normalnym i naturalnym, to nie zadziała, kiedy dzieje się coś niepokojącego. Dlatego od małego trzeba budować w nich nawyk dzielenia się z nami przeżyciami i przemyśleniami.

Ekspertka po obejrzeniu serialu 'Dojrzewanie' Netfliksa: Dziecko źle się zachowuje? Naprawdę nie wszystko bierze się z domu (Mateusz Skwarczek / Agencja Wyborcza.pl) , 'Rodzice zwracają dziś uwagę nie na to, co trzeba. Oto główne cele wychowania' (Mateusz Skwarczek / Agencja Wyborcza.pl)

W serialu bardzo wybrzmiewa zjawisko cyberbullyingu. Dochodzi do niego w świecie, który jest kompletnie niedostępny dla rodziców. Dawniej tak nie było.

Kiedyś żyliśmy w świecie szkolno-podwórkowym, dziś żyjemy w świecie szkolno-wirtualnym, który jest moim zdaniem dużo bardziej zagrażający i niebezpieczny dla dzieci. Zjawisko bullyingu nie jest niczym nowym, dzieciaki, które były trochę inne, zawsze były nękane czy wyśmiewane.

Jest jedna podstawowa różnica – współcześnie jego nasilenie jest o wiele większe i zatacza dużo szersze kręgi. Bo nie dotyczy wyłącznie wąskiej grupy dzieci, nie odbywa się wyłącznie twarzą w twarz, ale staje się – przez to, że odbywa się w internecie – zjawiskiem publicznym, często anonimowym, a to tylko wzmaga hejt.

Internet jest też taką studnią bez dna, można tam trafić na bardzo niepokojące, szokujące treści, łatwo można stać się ofiarą cyberprzemocy. My, dorośli, jesteśmy często zagubieni w tym świecie, a co dopiero nasze dzieci, które dopiero muszą nauczyć się selekcji informacji, poddawania ich refleksji.

Czy współczesne rodzicielstwo jest w związku z tym dużo bardziej wymagające niż dawniej?

Na pewno. Zarówno ze względu na brak tej "wioski", o której wspomniałam, ale także na fakt, że świat bardzo szybko się zmienia i dorośli po prostu zostają w tyle. Nie nadążają z przyswajaniem wiedzy na temat zmieniającego się świata, w którym żyją dzieci, zwłaszcza tego cyfrowego. Nie mają na to czasu, wypierają pewne zjawiska, bo uznają, że i tak ich nie zrozumieją. Niestety, trzeba włożyć wysiłek w to, aby świat dzieci zrozumieć.

Ewa Jankowska. Dziennikarka. Redaktorka. W mediach od 2011 roku. W redakcji magazynu Weekend od 2019 roku. Współautorka zbioru reportaży "Przewiew". Jedna z laureatek konkursu "Uzależnienia XXI wieku" organizowanego przez Fundację Inspiratornia. 

Marta Majorczyk. Pedagog, doradca rodzinny, trener, szkoleniowiec. Zajmuje się tematyką rodziny: jej funkcjonowaniem, rolami rodzinnymi, cyklami rozwojowymi.