Rodzina
'Bezdzietni przyjaciele powinni wychodzić naprzeciw dzietnym: okazywać zainteresowanie, pytać, czego w danej chwili potrzebują. I na odwrót' (Bartosz Bańka / Agencja Wyborcza.pl)
'Bezdzietni przyjaciele powinni wychodzić naprzeciw dzietnym: okazywać zainteresowanie, pytać, czego w danej chwili potrzebują. I na odwrót' (Bartosz Bańka / Agencja Wyborcza.pl)

Selekcja naturalna

45-letni Adam, ojciec 4-latka i 5,5-miesięcznej córki: – Gdy zostajesz rodzicem, dzień bardzo się kurczy. Nie masz wyjścia, musisz dokonać selekcji osób, z którymi będziesz mieć kontakt, bo na wszystkich czasu nie znajdziesz. Zwłaszcza jeśli byłeś osobą towarzyską, taką jak ja.

Kto zniknął z życia Adama? – Przede wszystkim osoby, które nie mają dzieci z powodów egoistycznych, bo chcą podróżować, oddać się całkowicie pracy, poświęcić życie sobie. Nie rozumiem, jak można przebimbać całe życie, balując, robiąc karierę i spotykając się co chwila z nową laską, jak jeden z moich niegdyś bliskich kolegów.

Kto jeszcze? – Osoby, którym nie czuję, że chcę poświęcić swój wolny czas, bo rozmowy z nimi już niewiele wnoszą do mojego życia. Nie są specjalnie interesujące, bywają męczące, nużące.

Kto został w życiu Adama? – Mam kontakt przede wszystkim z dwoma kumplami. Jeden ma dwójkę dzieci. Gdy mu się rodziły, to też zniknął na kilka lat z mojego życia. Doskonale wie, w jakim miejscu jestem. Piszemy ze sobą codziennie, na spotkania przyjdzie czas. Drugi to także wieloletni kumpel, który niedawno wziął ślub, także planuje dzieci. Gdy tylko jest gdzieś w moich okolicach, pisze i pyta, czy mam czas wyskoczyć na spacer albo pogadać.

Pojawienie się dziecka zweryfikowało również wiele przyjaźni 39-letniej Asi. – Przyjaźnie są dla mnie bardzo ważne, nie jestem osobą, która intencjonalnie się od kogoś odcina. Ta selekcja po pojawieniu się w moim życiu dziecka odbyła się jednak trochę wbrew mojej woli.

Asia jest samodzielną mamą półtorarocznej córki i jak podkreśla, na ten moment praktycznie nie ma możliwości spotkania się z kimś bez dziecka. Podróże z małą przez długi czas były też dla niej ogromnym wyzwaniem.

Wspomina: – Jedna z moich przyjaciółek któregoś razu wyraźnie podkreśliła, że chciałaby, abym i ja raz na jakiś czas przyjechała do niej, zwłaszcza gdy jest zmęczona i nie ma siły przeprawiać się do mnie na drugi koniec Warszawy. Było to dla mnie zrozumiałe. Podjęłam więc próbę, mimo że wiedziałam, że łatwo nie będzie.

Niektórych dzieci od siebie oddalają, innych zbliżają (Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl)

Była zima. Asia musiała się spakować, ubrać córkę w kilka warstw ubrań, wyjść z domu, co przy małym dziecku już kosztuje dużo energii. Potem zapakowanie wszystkiego do auta i podróż.

– Moja córka przez bardzo długi czas źle znosiła jazdę samochodem. W połowie drogi był taki bunt na pokładzie – Helena non stop się darła – że się zatrzymałam i stwierdziłam, że nie dam rady kontynuować. W perspektywie miałam jeszcze powrót tą samą 40-minutową trasą. Zadzwoniłam do przyjaciółki i powiedziałam, że ją przepraszam, ale nie dotrę. Zapytała, co się stało, i dodała, że powinnam się bardziej wyluzować i częściej sama wychodzić. Bardzo mnie to zabolało, bo ja po prostu nie miałam wtedy takiej możliwości – opowiada.

Przyjaciółki uznały, że kiedyś przyjdzie czas na tego typu spotkania. – Nie jesteśmy pokłócone, po prostu na ten moment mamy tak skrajne potrzeby, że spotkanie się gdzieś pośrodku jest bardzo trudne.

Od innej przyjaciółki usłyszała, że ta nie będzie się z nią spotykać, bo nie lubi małych dzieci. – W pierwszej chwili mnie zamurowało, nie wiedziałam, jak zareagować. Gdy na spokojnie to przemyślałam, uznałam, że nie ma we mnie zgody na takie podejście, że to trochę jak powiedzieć, że się nie lubi czarnych albo starszych ludzi, że to forma dyskryminacji – mówi Asia.

42-letnia Karina, mama 2-letnich bliźniaczek, przedstawia jeszcze inną perspektywę: – W moim otoczeniu było i jest wiele mam, które starają się o dziecko. Gdy mi się udało, okazało się, że nie mają siły na moje szczęście. Spotkania ze mną były dla nich zbyt trudne emocjonalnie.

Rozrzedzenie

Jak podkreślają rodzice, pojawienie się dzieci ma ogromny wpływ przede wszystkim na dynamikę spotkań. Często w rozmowach padało hasło "rozrzedzenie kontaktów".

Jak opowiada Asia, więcej jest rozmów przez telefon i komunikatory niż spotkań na żywo. – Z kolei z przyjaciółkami, które nie mają dzieci, bardzo trudno zgrać się czasowo, bo praca, inne potrzeby, rozłażące się harmonogramy – wymienia. 

Gdy jeszcze nie miała dzieci, a jej przyjaciółki już miały, to wyobrażała sobie, że jak ona doczeka się potomstwa, to w końcu stanie się częścią "mamowego klanu". – Teraz okazuje się, że aby się spotykać, nie wystarczy mieć dzieci, trzeba mieć dzieci mniej więcej w tym samym wieku! W przypadku młodszych rytm dnia definiują drzemki, starsze nie chcą chodzić na place zabaw – opowiada.

Wychodzi na jaw, że nie tylko wiek powinien się zgadzać, aby utrzymać kontakt z przyjaciółmi, ale także liczba pociech.

Karinie marzyła się taka ekipa przyjaciółek mam jak w serialu "Pracujące mamy". – Szybko okazało się, że mamy pojedynczych dzieci mają zupełnie inny rytm niż ja, mama bliźniąt. Gdy moje córki były jeszcze w okresie niemowlęcym, wspólny spacer wyglądał tak, że po pół godziny ciągłego zatrzymywania się przeze mnie, a to na karmienie, a to przewijanie, część przyjaciółek po prostu się ode mnie odłączała. Podczas pikników mamy pojedynczych dzieci, gdy te płakały, brały je w chustę albo wkładały do wózka i bujały, i dalej prowadziły rozmowę. A ja? Non stop albo z jednym płaczącym dzieckiem na rękach, albo drugim, wykończona, spocona, bez możliwości włączenia się do dyskusji – wspomina.

41-letnia Magda, mama 3,5-latka, o przyczynach, dla których rozrzedziły jej się kontakty praktycznie ze wszystkimi przyjaciółmi, mogłaby opowiadać długo.

'Pierwszy rok macierzyństwa to była pestka, mimo niewyspania, w porównaniu z tym, jak jest teraz' (Adam Stępień / Agencja Wyborcza.pl)

– Mój partner bardzo dużo pracuje, więc opieka nad dzieckiem spada na mnie. Po pracy nie mam praktycznie czasu bez dziecka. Moje kontakty towarzyskie ograniczają się do rozmów z paniami ze sklepu osiedlowego, a w ładniejsze dni z mamami z przedszkola, do którego chodzi Kacper – wyjaśnia.

Magda mogłaby spotykać się z przyjaciółmi razem z synem. Jest jedno "ale". – Mój najukochańszy skarb nie jest najłatwiejszy, więc jak mam się z kimś spotkać, to jestem już tak zmęczona na samą myśl o wszystkich aferach, które będzie wszczynał, o przepraszaniu dorosłych, dzieci, negocjowaniu każdego etapu, na którym będziemy: pójścia do toalety, na przystanek, do konkretnego miejsca, przejścia kolejnych 10 kroków, że odpuszczam umawianie się. Takie spotkania są dla mnie wyczerpujące, a moja uważność na drugą osobę w takich okolicznościach jest równa minus sto – dodaje Magda.

Kolejna sprawa – zmęczenie, które z miesiąca na miesiąc jest coraz większe, bo kumuluje się od lat. – Pierwszy rok macierzyństwa to była pestka, mimo niewyspania, w porównaniu z tym, jak jest teraz. Im dalej w las, tym bateria częściej świeci na czerwono. Gdy tylko mam więcej czasu wolnego, bo partner przejmuje Kacpra, to zamieniam się w moją babcię – sprzątam, idę na zakupy, kręcę się po okolicy, spaceruję w ciszy, ćwiczę jogę. Moje życie to odhaczanie listy do zrobienia, godzina serialu i spanie.

Umawianie spotkań jest dla niej jak kolejne zadanie do wykonania, zwłaszcza jeśli wymaga to zgrania wypełnionych po brzegi kalendarzy i pogodzenia czasem bardzo skrajnych potrzeb.

– To się nie dzieje na zasadzie: "Masz czas jutro, OK, super". To są długie rozmowy, które wyglądają tak: "Nie, tu nie mogę, tu też nie, a tu możesz? Nie, ja nie mogę. No to może wtedy? Nie, wtedy akurat nie mogę"… I w końcu jak uda się znaleźć jeden jedyny odpowiadający nam obu termin i on na przykład nie wypala, bo dziecko zachorowało albo przyjaciółka zachorowała, to zrobienie kolejnego podejścia do tego, żeby się umówić, wydaje się trudniejsze niż nauczenie się do egzaminu na medycynę. Kończy się na: "Dobra, może kiedyś się uda" – opowiada.

Jak dodaje, kolejnym argumentem zniechęcającym ją na tym etapie do spotkań z przyjaciółmi, zwłaszcza tymi, którzy nie mają dzieci – a takich ma w większości – jest brak tematów do rozmowy. – Moje życie kręci się wokół dziecka, a to nie jest najciekawszy temat dla osoby, która dzieci nie ma. Najpierw muszę zacząć czytać książki albo słuchać podcastów, żeby stać się interesującym rozmówcą – śmieje się.

Magda wierzy, że jej przyjaciele nie mają do niej pretensji o brak czasu. – Mam wrażenie, że po tylu latach po prostu przełożyliśmy się do folderu "archiwum" – mówi.

Jednocześnie liczy się z tym, że kiedyś czeka ją odbudowywanie swojego życia sprzed dziecka, zawieszonych przyjaźni. – Z jedną osobą się uda, z inną nie. Jestem na to przygotowana – twierdzi.

Co na to bezdzietni?

Weronika po pojawieniu się w jej życiu bliźniąt przestała się praktycznie kontaktować ze swoją przyjaciółką, 49-letnią Anną. – Znamy się od 20 lat, od początku byłyśmy nierozłączne. Niektórzy myśleli, że jesteśmy parą, bo spędzałyśmy ze sobą każdą wolną chwilę – opowiada Anna.

Anna nie ma dzieci, nigdy nie pragnęła zostać mamą. Podkreśla, że jest osobą stałą w uczuciach, dotyczy to zarówno związków, jak i przyjaźni. – Mam dużo znajomych, ale przyjaciół niewielu. Rzadko poznaję kogoś, kto mnie zafascynuje, z kim jednocześnie będę miała tyle po drodze: podobny system wartości, zainteresowania, sposób spędzania czasu – mówi.

Przyjaźń Anny i Weroniki przetrwała przeprowadzkę Anny najpierw do Warszawy, a potem na północ Polski. Gorzej zniosła pojawienie się w życiu Weroniki dzieci.

 – Początki jej macierzyństwa były trudne, bo Weronika i jej mąż nie mogli liczyć na wsparcie rodziców. Doskonale to rozumiałam, nigdy nie naciskałam na częsty kontakt – wyjaśnia Anna.

Ale lata mijały i nic się nie zmieniło. – Dzieci Weroniki są już w szkole, a nasze kontakty wyglądają tak jak na początku jej macierzyństwa. Rozmowa telefoniczna co kilka miesięcy, zawsze ja pierwsza dzwonię – dodaje.

I wyjaśnia, jak wygląda konwersacja: – Zaczynam coś opowiadać, nie zdążę dojść do połowy historii i słyszę: "Przepraszam cię, muszę kończyć, bo dzieci walą w drzwi do łazienki". Albo: "Słuchaj, mąż dzwoni, chyba coś pilnego, oddzwonię". Nigdy nie oddzwania. W ostatniego sylwestra było tak samo: dzwonię, składam życzenia, ona nie może rozmawiać, mówi, że oddzwoni. Minął miesiąc i wciąż cisza. Tym razem już nie zadzwonię pierwsza – wyznaje Anna. – Nie wierzę w to, że ktoś nie jest w stanie znaleźć jednego wieczoru w miesiącu na rozmowę z osobą, na której mu zależy. Czuję się nieważna. Zastanawiam się, czy przyjaciółka wciąż widzi we mnie tę samą osobę, którą dla niej byłam dawniej – podsumowuje.

Syn 64-letniej Aldony jest już dorosły, nie ma dzieci. – Jestem babcią "bezwnukową" – stwierdza Aldona.

Z kolei wiele jej przyjaciółek ma wnuki, niektóre nawet po pięcioro. – Przebywanie z nimi bywa czasem nie do zniesienia. Bo jak zaczynają o tych dzieciach rozmawiać, to wpadają w jakiś amok! – opowiada. I precyzuje: – Babcie, zwłaszcza współczesne, różni od matek to, że nie są umęczone opieką nad dziećmi, mają swoje życie. To sprawia, że nie muszą od maluchów i rozmów o dzieciach odpoczywać. Sercami są jednak całkowicie przy wnukach. Jeśli spotykam się z jedną przyjaciółką babcią, to rozmowa jest ciekawa, ale gdy oprócz mnie są dwie albo trzy czy cztery takie babcie, to jestem na straconej pozycji. Moja siła przebicia z tematami niewnukowymi jest równa zeru.

Wiele jej przyjaciółek ma wnuki, niektóre nawet po pięcioro. 'Przebywanie z nimi bywa czasem nie do zniesienia' (Tomasz Stańczak / Agencja Wyborcza.pl)

Aldona rozumie, że jej przyjaciółki bardzo chcą podzielić się swoimi historiami związanymi z ich pociechami. – Ale to są często wątki na pięć minut, a nie na cztery godziny! Nawet jak uda się na chwilę porozmawiać o czymś innym, to wystarczy, że jedna wspomni coś o dzieciach, i kolejna godzina z głowy… – przekonuje.

40-letnia Ewelina wspomina z kolei początki macierzyństwa swojej przyjaciółki ze studiów. – To był okres, który bardzo osłabił naszą przyjaźń – przyznaje.

Jak opowiada, bardzo nie podobało jej się to, że jej przyjaciółka wyłącznie oczekiwała od niej poświęcenia i inicjatywy, bo to ona była w trudnej sytuacji i potrzebowała wsparcia.

– Marysia została mamą tuż po studiach, czuła się bardzo samotna w swoim macierzyństwie, bo nikt wtedy jeszcze dzieci nie miał. Rozumiałam to, odwiedzałam ją, ile mogłam. Ale ona nakładała na mnie ogromną presję budowania więzi z jej dziećmi, nie rozumiała, że nie czuję się na siłach, aby zostać sama z jej malutką córeczką, żeby ona mogła wyjść z domu. Obrażała się, gdy kręciłam nosem, jak bez pytania przekazywała mi do rąk śliniące się dziecko z gilem do pasa, bo "przecież dzieci smarkają i się ślinią". Zalewała mnie swoim macierzyństwem, co sprawiało, że tylko się od siebie oddalałyśmy. Jednocześnie moje relacje z innymi przyjaciółkami-mamami układały się bardzo dobrze, akceptowały to, że nie odwiedzam ich, gdy ich dzieci są przeziębione, co niestety zdarzało się często. Rzadko się więc spotykałyśmy. Nie miałam jednak poczucia, że któraś do czegokolwiek mnie zmusza – opowiada.

Przyjaźń Eweliny i Marysi przetrwała ten trudny czas. Ale nie przetrwała kolejnego – macierzyństwa Eweliny. – Gdy trzy lata temu to mnie urodziła się córka, miałam nadzieję, że teraz to Marysia, mama już szkolnych dzieci, będzie bardziej dopasowywać się do mnie, tak jak ja dopasowywałam się do niej, gdy jej rodziły się dzieci. Przez pierwszy rok życia mojej córki odwiedziła mnie raz. Twierdziła, że bycie mamą starszych dzieci jest jeszcze bardziej wymagające niż tych malutkich – po całym dniu pracy i wożenia dwójki dzieci na zajęcia dodatkowe jest po prostu wykończona i oczekuje zrozumienia. Zdałam sobie sprawę, że nieważne, co się będzie działo w jej życiu, to zawsze ona będzie miała "gorzej" i będzie oczekiwała specjalnego traktowania. Jakiś czas temu nasze drogi się rozeszły – podsumowuje opowieść Ewelina.

Dzieci zbliżają

Niektórych dzieci od siebie oddalają, innych zbliżają. Bardzo wielu rodziców, z którymi rozmawiałam, łączy jedno – w momencie, w którym stali się rodzicami, zyskali nowe przyjaźnie. Z innymi rodzicami.

– Do tej pory przyjaźnię się z kobietami, które poznałam w przedszkolu moich dzieci. Nasze dzieci już się nie przyjaźnią, bo gdy dorosły, wybrały sobie innych przyjaciół, my wciąż tak – opowiada 64-letnia Aldona.

– Jestem w grupie kobiet mam, z którymi uczęszczałam na grupę wsparcia dla mam, i tak się do siebie zbliżyłyśmy, że wciąż się spotykamy, organizujemy wspólne wyjazdy – i z dziećmi, i bez dzieci. Moimi "nowymi" przyjaciółkami stały się też moje ciocie, z którymi bardzo zbliżyłam się, odkąd urodziła mi się córka – mówi Asia.

Karina znalazła przyjaciółki wśród mam bliźniaków. – Gdy moje dzieci miały cztery miesiące, zaczęłam prowadzić podcast "Mama do kwadratu" i stworzyłam społeczność mam bliźniąt. Teraz mam wiele koleżanek i kilka przyjaciółek, które mają te same problemy, potrzeby, wyzwania i doskonale rozumieją moją sytuację – opowiada.

Prawdziwa przyjaźń

Jak mówi prof. Katarzyna Popiołek, prawdziwa przyjaźń, czyli taka rozumiana jako "jaźń-przy-jaźni", która stanowi formę miłości i wiąże się z tym, że ludzie tęsknią za sobą, nie są w stanie do pewnego stopnia bez siebie żyć, żadne dziecko nie rozdzieli.

– Bo gdy się za sobą tęskni, to dąży się do spotkania – przekonuje. Każdy inny rodzaj przyjaźni to, jak mówi, nie przyjaźń, ale znajomość.

Pojawienie się dzieci to trudny moment, który weryfikuje, kto traktuje nas jak przyjaciela i kogo my tak traktujemy. – Za kim tęsknimy, gdy nie wiemy, w co ręce włożyć. Komu mimo tych utrudnień chcemy poświęcić czas i uwagę. I kto jest w stanie zaakceptować to, że nasze życie się zmieniło, i mimo ograniczeń wciąż być jego częścią. W takiej sytuacji nie ma mowy o pojawieniu się hasła "nie lubię dzieci", bo te nasze dzieci stają elementem życia naszych przyjaciół – przekonuje Popiołek.

Jak dodaje, zwłaszcza w tym pierwszym okresie rodzicielstwa przyjaciele powinni wykazywać się taktem i wzajemnym zrozumieniem.

'Przyjaźń traktujemy często dziś jak relację, która ma przede wszystkim zaspokajać nasze potrzeby. Nie na tym przyjaźń polega' (Shutterstock.com)

– Słowo "wzajemnym" jest tu kluczowe. Tak samo jak rodzice nie powinni za bardzo obciążać przyjaciół swoim rodzicielstwem i oczekiwać, że będą oni nieustannie przysłuchiwać się temu, jaką kupkę dziś zrobiło nasze dziecko, tak samo nie można oczekiwać od świeżo upieczonego rodzica takiej samej elastyczności czy spontaniczności jak przed pojawieniem się dziecka – podkreśla Popiołek.

I dodaje: – Bezdzietni przyjaciele powinni wychodzić naprzeciw dzietnym: okazywać zainteresowanie, pytać, czego w danej chwili potrzebują. I na odwrót. Rodzic powinien zadbać, aby jego bezdzietny przyjaciel mógł od czasu do czasu poczuć się z nim jak za dawnych czasów.

Jak mówi prof. Katarzyna Popiołek, przyjaźń traktujemy często dziś jak relację, która ma przede wszystkim zaspokajać nasze potrzeby. – Nie na tym przyjaźń polega – przekonuje.

Jak podkreśla, wiele mówi się o tym, jak powinniśmy funkcjonować w związkach. Dużo rzadziej mówi się o tym, co robić, aby mieć udaną przyjaźń. – W przyjaźń też trzeba włożyć wysiłek. Trzeba jasno komunikować swoje potrzeby i cały czas szukać kompromisu – dodaje.

I przede wszystkim trzeba jej poświęcić czas. – To największy dar, jaki możemy komuś dać. Bo czas to materia życia. To tak, jakbyśmy oddawali komuś cząstkę siebie – podsumowuje prof. Popiołek.