Jak wynika z najnowszego badania „Wakacyjne wydatki na dzieci", przeprowadzonego na zlecenie BIG InfoMonitor, na letnie zajęcia dla swoich pociech rodzice w tym roku wydadzą średnio 1421 zł. Dla 35 proc. rodzin płatne półkolonie czy wyjazdy to wydatek nie do udźwignięcia. Nawet rodziny, w których oboje rodziców pracują i zarabiają co najmniej średnią krajową, wakacje są wyzwaniem zarówno finansowym, jak i logistycznym. Borykają się nie tylko z wysokimi cenami noclegów w hotelach w sezonie, drogimi obozami i półkoloniami, ale także presją społeczeństwa oraz oczekiwaniami swoich pociech, które nie zawsze są możliwe do zaspokojenia.
Muszą być wakacje za granicą
38-letnia Iza, mieszkanka Poznania, mama dwóch synów: pięcioletniego Jeremiego i ośmioletniego Ksawerego: – Opieka dziadków to najtańsza opcja, ale w naszym przypadku żadne z nich nie garnie się specjalnie do zajmowania się dziećmi, więc wakacje to ogromne wyzwanie logistyczne – opowiada.
W efekcie rodzina w ogóle nie spędza wakacji wspólnie. – Oboje z partnerem pracujemy na etacie w firmie, w której nie ma zgody na pracę zdalną. Każdy dzień urlopowy jest dla nas cenny i dokładnie planujemy jego wykorzystanie, tak aby zagospodarować wszystkie dni, kiedy dzieci nie są w szkole lub w przedszkolu. Na szczęście firma dopłaca do półkolonii, rocznie 2600 zł. To duży plus, zwłaszcza że dostanie się na półkolonie dofinansowywane przez miasto graniczy z cudem – wszyscy się na nie rzucają, lista rezerwowa jest długa. Raz udało mi się syna zapisać, ale musiałam wziąć wolny dzień w pracy, żeby pojechać do szkoły, która prowadziła zapisy tego właśnie dnia – opowiada Iza.
Partner Izy już wziął dwa tygodnie urlopu, by zająć się starszym synem, młodszy akurat był w przedszkolu, które prowadziło dyżur. Kolejne trzy tygodnie starszy spędzi na półkoloniach (1000 zł za tydzień), młodszy będzie chodził na półkolonie przez tydzień. – To już 4000 zł za same półkolonie, gdy młodszy pójdzie do szkoły, te koszty jeszcze wzrosną – wylicza Iza i wyjaśnia: – Niestety, nie skorzystamy z dyżurów w innych przedszkolach, na które moglibyśmy młodszego zapisać, ponieważ syn bardzo źle znosi adaptację do nowych grup.
Iza bierze urlop dwutygodniowy w sierpniu. – Zostaje nam jeszcze tydzień wakacji do zagospodarowania, wciąż nie wiem, co wtedy zrobimy. Może wyproszę mamę, żeby nam pomogła – opowiada.
Mimo że rodzina Izy nie wyjeżdża na długie wakacje razem, nie znaczy to, że dzieci siedzą w domu, a portfel się nie kurczy. – Mój partner niespecjalnie lubi wyjeżdżać, z dzieciakami chodzi do kina czy na basen, na piłkę na boisko. Ja przeciwnie, gdy jestem z dziećmi, non stop gdzieś jeździmy, głównie po dużych miastach w Polsce, i nie tylko w wakacje, także w ciągu roku. Głównie zwiedzamy miasto: muzea, różne atrakcje dla dzieci. Nie mam potrzeby wyjeżdżania na all inclusive, nie przepadam za siedzeniem nad basenem – mówi.
By było taniej, często we trójkę robią tzw. jednodniówki – wyjeżdżają wcześnie rano, wracają wieczorem. – Nawet wtedy mówię dzieciom, że jedziemy na wakacje. W jeden z ostatnich weekendów wyjątkowo zabrałam dzieci nad morze na noc, za bardzo średni nocleg zapłaciłam 300 zł. Nie było to tego warte – opowiada.
Jak przekonuje, brak kosztów związanych z nocowaniem nie oznacza, że wyjazdy wychodzą tanio. –Wszystko jest naprawdę drogie, zwłaszcza w sezonie. Powyżej czwartego roku życia dzieci płacą praktycznie za wszystko. Byliśmy we Wrocławiu na wystawie Banksy’ego – zapłaciliśmy 160 zł za bilety. Zwiedzanie Zamku Książ – 400 zł za trzy osoby. Afrykarium w Międzyzdrojach – 230 zł, za gofry zapłaciłam 60 zł. Do tego trzeba doliczyć koszt benzyny, bo podróżujemy samochodem, koszt jedzenia. Pewnie za wakacje pod namiotem zapłaciłabym mniej, ale ani ja, ani moje dzieci nie przepadamy za tym sposobem spędzania wolnego czasu – opowiada.
Iza przekonuje, że ich rodzina jest wyjątkowa. – Praktycznie tylko my nie wyjeżdżamy na jakieś wakacje za granicą. Jest to ciekawe, biorąc pod uwagę, że chłopcy chodzą do placówek państwowych, gdzie uczęszczają dzieci z bardzo różnych rodzin – mówi. – Presja, zwłaszcza wśród rodziców dzieci szkolnych, żeby spędzić wakacje za granicą, jest ogromna. Znam rodziny, które biorą kredyty wakacyjne, żeby to zrobić. Bo nie chcą, żeby ich pociechy były gorsze od innych, czuły się wykluczone. Po każdych wakacjach dzieci muszą opowiedzieć na lekcji, co robiły na wakacjach, w trakcie wakacji wysyłają pocztówki ze swoich pobytów. To tylko nakręca rywalizację i porównywanie się – stwierdza.
Syn Izy często powtarza, że chce w końcu polecieć samolotem, bo wszyscy już lecieli, marzy o pobycie w pięciogwiazdkowym hotelu albo w dużym apartamencie. – Jakiś czas temu spaliśmy w agroturystyce. Syn wszedł do mieszkania i zapytał, gdzie jest drugi pokój. Odpowiedziałam, że nie ma. Był bardzo zdziwiony. Nie wiem, skąd mu się to wzięło, bo nie z domu – dodaje.
Jak przekonuje Iza, w tych czasach liczy się to, gdzie ktoś był, w jakich warunkach spał, czy ma już smartfon. – Na pierwszym miejscu są wakacje all inclusive za granicą, wyjazd do Disneylandu czy Legolandu, zimą to koniecznie muszą być narty, ale nie w Szczyrku czy nawet w Austrii, najlepiej we Włoszech.
Żeby było taniej, trzeba kombinować
37-letnia Marysia z Warszawy ma trójkę dzieci w wieku trzech, czterech i ośmiu lat. Jak opowiada, ich sposobem na przeżycie wakacji budżetowo jest wykorzystanie do cna tego, co przysługuje im od miasta i państwa. Niestety, jak podkreśla, trzeba się do tego zabrać szybko, a nie na ostatnią chwilę.
– Oboje z mężem pracujemy na etacie, mamy ograniczoną liczbę dni urlopowych. Robimy więc wszystko, żeby maluchy dostały się na trzytygodniowe turnusy do innych przedszkoli w dzielnicy. Podania trzeba składać już na początku kwietnia. Istnieje oczywiście ryzyko, że dziecko się nie dostanie. W tym roku miałam taką sytuację, że Julek, środkowy syn, dostał się na drugi turnus do innego przedszkola, ale Hania – najmłodsza – już nie. Złożyłam kolejne podanie w jej sprawie i modliłam się, żeby jakieś dziecko wypadło z listy (zdarza się to w sytuacji, w której rodzice nie opłacą wyżywienia w kwocie 16 zł za dzień w odpowiednim terminie), by moje wpadło w jego miejsce. Na szczęście się udało! – opowiada.
Przez sześć tygodni maluchy są pod opieką. A co z najstarszym synem Kazikiem? – Z nim jest największy problem, bo w szkole nie ma dyżurów. W tym roku Kazik pojechał na swój pierwszy obóz z klubem piłkarskim do Ustki. Na szczęście nie kosztował, porównując do cen innych obozów, bardzo dużo, bo 2100 zł. Dziewięć dni zagospodarowane. Akurat w tym czasie moi rodzice byli także nad morzem, więc przejęli Kazika z obozu i zajęli się nim przez pięć dni. Sfinansowali też jego pobyt. Z kolei teściowie biorą całą trójkę na jeden tydzień sierpnia. Przyznaję, bez dziadków byłoby ciężko – mówi Marysia.
20 dni wakacji Kazika ogarnięte. Zostało jeszcze prawie półtora miesiąca. Marysia kontynuuje: – Ratuje nas akcja "Lato w mieście", czyli półkolonie w Warszawie dofinansowywane przez Urząd Miasta (koszt to 50 zł za dzień – 20 zł za wyżywienie, 30 zł za opiekę). Jeden turnus trwa tydzień. Atrakcji ma multum – dzieci codziennie robią coś innego: a to idą na basen, a to do Centrum Nauki Kopernik, a to do Muzeum Polin czy zajęcia w miejskiej bibliotece. Podania składa się w połowie maja, do dowolnej liczby szkół. W tym roku Kazik dostał się na trzy turnusy.
Marysia jest zadowolona z możliwości, jakie daje jej Urząd Miasta, choć jak podkreśla, mimo że są to rozwiązania najtańsze, nie są za darmo. – Jak dodasz do siebie wszystkie wydatki, to wcale nie wychodzi mało. 1050 zł za "Lato w mieście" Kazika plus 2100 zł za obóz to już 3150 zł. Przedszkolaki: 2x21 dni po 16 zł daje w sumie 672 zł. To już prawie 4000 zł wydane na opiekę nad dziećmi w wakacje. I w przypadku turnusów, i "Lata w mieście" całą kwotę musisz zapłacić już w maju, żeby mieć zaklepane miejsce – wylicza.
Na ostatnie dwa niezagospodarowane tygodnie sierpnia rodzina wyjeżdża razem na wakacje za granicę. – Dlaczego za granicę? Bo taniej niż w Polsce! – śmieje się Marysia. – Wybraliśmy jeden z najtańszych – jeszcze – kierunków, czyli Macedonię i Albanię. Jedziemy samochodem, bo daje więcej swobody, poza tym za bilety lotnicze dla pięciu osób zapłacilibyśmy fortunę. A na miejscu i tak musielibyśmy wynająć samochód – opowiada Marysia.
Rodzina nie ma dużych wymagań co do zakwaterowania. – Dwupokojowy apartament 50 mkw. zdecydowanie nam wystarczy – przekonuje i podsumowuje: – Za noclegi na dwa i pół tygodnia zapłaciliśmy około 3000 zł. Nad polskim morzem zapłacilibyśmy około 6000. Wiem, bo sprawdzałam. Trzeba do tego oczywiście dodać koszty benzyny, a także jedzenie i ewentualne atrakcje na miejscu – wylicza.
Marysia nie narzeka na wydatki związane z dziećmi. – Chciałam mieć rodzinę, kocham ją nad życie, nie zastanawiam się nad tym, ile to kosztuje, po prostu dopasowujemy aktywności do naszego budżetu. Ale nie ukrywam – wymaga to skomplikowanej logistyki, ogarniania kalendarza i dobrego researchu – przekonuje.
Najbardziej denerwuje ją to, że musi wyjeżdżać w sezonie, bo wtedy ceny są kilka razy wyższe. – Dwa lata temu wybraliśmy się na kemping we Włoszech na początku czerwca. Płaciliśmy 350 euro za tydzień. Moja szwagierka za pobyt na tym samym kempingu w lipcu musiała zapłacić 2000 euro.
Problem z głowy
39-letnia Ania, mama 14-letniego Michała i 7-letniej Marty, mieszkanka Gdyni: – Gdy moja córka była jeszcze mała, a ja przebywałam na urlopie – najpierw macierzyńskim, potem wychowawczym, problem nie był tak duży – w czasie wakacji, gdy syn miał przerwę w szkole, opiekowałam się obojgiem. Gdy wróciłam do pracy, wszystko się zmieniło. Przez trzy lata Michał jeździł a to na obozy, a to na półkolonie, ale każdy taki wyjazd to koszt rzędu 3000-4000 zł za obóz i około 800-1000 zł za półkolonie. A zostaje jeszcze ponad miesiąc do zagospodarowania! – wylicza Ania.
Jednocześnie, jak zaznacza, syn nie był szczególnie zadowolony z tych wyjazdów. – Tylko z jednego wrócił zachwycony – obowiązywał tam zakaz korzystania z telefonów komórkowych. Na pozostałych dzieciaki dużo czasu siedziały w Internecie i oglądały jakiś szajs na TikToku. Jeśli mam płacić za to, żeby mój syn siedział w telefonie, to równie dobrze może siedzieć w domu – opowiada.
Z pomocą, by jakoś zagospodarować wakacje dla dzieci, przychodzili czasem dziadkowie, którzy brali syna na kilka dni do siebie. – Niestety, w tej chwili są już w takim wieku, że nie są w stanie zająć się dziećmi przez kilka dni z rzędu. Gdy zaczęliśmy liczyć, ile będziemy wydawać na wakacje dla dzieci, gdy już Marta pójdzie do szkoły, to łapaliśmy się za głowę. Co najmniej dwie półkolonie i co najmniej dwa obozy to już 10 000 zł, a jeszcze chcemy wyjechać gdzieś razem całą rodziną, przynajmniej na tydzień, dwa – opowiada Ania.
Cztery lata temu rodzina przeżyła, jak to mówi Ania, oświecenie. – W któryś weekend zostaliśmy zaproszeni przez znajomych na jeden z kempingów na Półwyspie Helskim. Wynajęliśmy przyczepę. Dzieci cały dzień były na świeżym powietrzu, od razu zintegrowały się z innymi, a my z mężem mieliśmy czas dla siebie, mogliśmy też odpocząć – wspomina.
Rodzina Ani postanowiła kupić własną przyczepę. – Od czterech lat okres od maja do końca sierpnia spędzamy na kempingu. Dzieci nie ma od rana praktycznie do wieczora – jeżdżą na rowerach, budują szałasy. Jak nie zjedzą czegoś u nas, to zjedzą u sąsiada. Telefony komórkowe idą w odstawkę. Mój mąż pracuje większość tygodnia zdalnie, ja – jeden dzień. W pozostałe jeżdżę o szóstej rano pociągiem z Półwyspu do biura w Gdyni – opowiada.
Wynajem miejsca na kempingu od maja do końca sierpnia kosztuje Ani rodzinę od kilku do kilkunastu tysięcy złotych, w zależności od kempingu. – To mniej więcej tyle, ile kosztowałby wyjazd dla całej naszej rodziny za granicę na dwutygodniowe wakacje all inclusive – przekonuje.
Ania zapytana o minusy takich wakacji odpowiada: – Chyba ich nie ma, my się nie nudzimy, dzieciaki tym bardziej. Nawet jak zaleje pół kempingu, to jest heca, bo dzieci łapią za deski skimboardowe i pływają po kałużach. Nie ukrywam, że po wakacjach chętnie wracam do mieszkania z własną łazienką, bo kąpanie się codziennie w prysznicu publicznym z czasem zaczyna męczyć. Podobnie jak wstawanie o piątej rano, żeby zdążyć na pociąg o szóstej. Bywają też dni, kiedy na kempingu robi się hałaśliwie, bo przyjadą imprezowicze. Ale i do tego można się przyzwyczaić.
Granice
40-letnia Kasia, warszawianka, mama trójki (6, 11, 13 lat), wychodzi z założenia, że na wakacjach się nie oszczędza. – Wakacje to zawsze finansowy cios, ale się do niego przygotowujemy. Mamy kredyt hipoteczny, który zazwyczaj nadpłacamy. Przed tymi wakacjami postanowiliśmy tego nie robić, żeby mieć więcej do wydania na ten okres – wyjaśnia Kasia.
Rodzinie zależy na wyjeździe w fajne miejsce za granicę, zakwaterowanie blisko wody. A to kosztuje. – Nie chcę na siłę szukać tańszego lokum, a potem drałować z dzieciakami 1,5 km do plaży. Kiedyś tak zrobiłam i pożałowałam. W połowie drogi nie miały siły iść. Za to wybrałam hotel z leżakami w cenie. Leżak we Włoszech to koszt 9 euro za sztukę! – opowiada Kasia.
Rodzina Kasi za noclegi na południu jeziora Garda zapłaci około 25 tys. zł.
Poza tym do opłacenia są: obóz koszykarski dla najstarszego syna – 2500 zł. Dwie półkolonie dla środkowej córki – 1800 zł i 10-dniowy obóz koszykarski – 2400 zł. – Najmłodszy syn jest w przedszkolu prywatnym, które na szczęście nie ma długiej przerwy wakacyjnej – trwa tydzień. W prywatnej placówce za przerwę też się jednak płaci.
Kasia nie zapomina o wydatkach związanych z ewentualnymi atrakcjami weekendowymi. –Obiecaliśmy dzieciom w ciągu roku, że gdzieś je zabierzemy w wakacje, i teraz nadszedł czas rozliczeń – śmieje się.
W tym roku celem jest Energylandia. – Za bilety dla całej naszej piątki zapłacimy ponad 1000 zł – szacuje.
Kasi zależy na tym, żeby jej dzieci ciekawie spędzały swój czas wolny. – Starsze chodziły kiedyś na „Lato w mieście", ale niestety wyglądało to tak, że głównie siedziały w szkole. Bardzo wspieram ich pasje i zawsze chętnie zapłacę za obóz, który będzie coś wnosił do ich życia, w jakiś sposób je rozwijał – opowiada.
Gdy jej syn wrócił z obozu koszykarskiego z informacją o kolejnym obozie, zaczęła się jednak zastanawiać, gdzie jest granica wspierania pasji dziecka. – Znam rodziców, którzy zainwestują w dziecko każde pieniądze, zwłaszcza jeśli uprawia jakiś sport i liczy się to, aby nie przerywało treningów. Gdy syn poinformował mnie, że jego rówieśnicy wybierają się na obóz koszykarski do Stanów Zjednoczonych i on też chciałby pojechać, to trochę mi mina zrzedła. W głowie już liczyłam, ile taki wyjazd może kosztować. "Pewnie z 15 tys. zł – pomyślałam". Na co mój syn odparł: 18 tys. zł. Nie chciałabym, żeby stracił szansę udziału w czymś wartościowym, z drugiej strony wydaje mi się to dość ekstrawagancka opcja – opowiada Kasia.
Nie podjęła jeszcze decyzji, czy jej syn na obóz pojedzie.
Czas, kiedy jej starsze dzieci nie będą na obozach ani półkoloniach, będą spędzać w domu. – Są już na tyle duże, że potrafią się sobą zająć, ja pracuję zdalnie, mam własną działalność, więc w razie czego jestem do dyspozycji, żeby im coś ugotować itd. Córka będzie chodzić do koleżanki, syn z kolegą na halę sportową, dostępną za darmo w czasie wakacji, pograć w koszykówkę – opowiada Kasia.
Przekonuje, że obecnie rodzice czują dużą presję, by dziecku wypełniać czas po brzegi. – Boimy się, że dzieci będą siedzieć non stop w telefonach, przed telewizorami albo łazić po galeriach handlowych. I to są realne obawy. Niektórzy rówieśnicy mojego syna tak właśnie spędzają czas. Z drugiej strony uważam, że to ważne, aby dziecko miało szansę się trochę ponudzić, nauczyło się samodzielnie organizować sobie czas wolny. Mam wrażenie, że jako rodzice o tym zapominamy.
Ewa Jankowska. Dziennikarka. Redaktorka. W mediach od 2011 roku. W redakcji magazynu Weekend od 2019 roku. Współautorka zbioru reportaży "Przewiew". Jedna z laureatek konkursu "Uzależnienia XXI wieku" organizowanego przez Fundację Inspiratornia.

