*Publikujemy najczęściej czytane teksty z działu Weekend w drodze. Pierwotnie tekst został opublikowany w 2024 roku.
Dlaczego warto?
10 minut – tyle mniej więcej, na piechotę lub transportem publicznym, dzieli największe atrakcje miasta. 20 minut – tyle zajmie nam przeniesienie się ze ścisłego centrum w wysokie Alpy. Innsbruck jest miastem wygodnym do zwiedzania.
Dobrze poznamy miasto, zatrzymując się tutaj na trzy dni – i na tak zaplanowaną wycieczkę zapraszam. Sama zwiedzałam miasto pod koniec czerwca, ale warto rozważyć tu przystanek o każdej porze roku, również w drodze na narty na pobliski lodowiec Stubei, do ośrodków narciarskich Sölden czy Mayrhofen.
Darmowy transport i zniżki z Welcome Card
Kartę dostaniemy*, jeżeli w Innsbrucku zatrzymamy się na dwie noce. Promocyjna oferta Welcome Card uprawnia do darmowych przejazdów transportem publicznym, autobusami i pociągami, w regionie Innsbruck. Bezpłatnie wypożyczymy też rower miejski, 50 proc. zniżki dostaniemy na basenach i kąpieliskach. Lista wszystkich zniżek znajduje się tutaj: Innsbruck.info.
Jeżeli zatrzymamy się na minimum trzy noce, z Welcome Card Plus bezpłatnie skorzystamy też z wybranych kolejek górskich w regionie, 20 proc. mniej zapłacimy za wjazd kolejkami Nordkettenbahn w Innsbrucku.
*Przed zarezerwowaniem noclegu warto zapytać gospodarza, czy przystąpił do programu Welcome Card.
DZIEŃ PIERWSZY
Rano: Złoty Dach Maksymiliana
Zagłębianie się w wąskie uliczki centrum Innsbrucka jest jak podróż wehikułem czasu. W trakcie półtoragodzinnego spaceru, który warto urozmaicić strudlem wypełnionym jabłkiem, słodkim twarogiem lub czereśniami, łatwo wyobrazimy sobie, jak wyglądało życie w europejskim mieście w czasie, kiedy Kolumb dopływał do Ameryki, a Gutenberg drukował pierwszą książkę.
Miasto powstało w miejscu przeprawy przez rwącą rzekę Inn. Most zbudowano w XII wieku. Przez nieodległą przełęcz Brenner biegł najłatwiejszy szlak handlowy z południa na północ. Kupcy z Wenecji wieźli jedwab, transportowano też cytrusy. Dzięki opłatom za przeprawę Innsbruck rósł i szybko się bogacił - kupcy zatrzymywali się tu na noc, handlowali.
W XVI wieku cesarz Maksymilian I Habsburg wybrał Innsbruck na swoją siedzibę, tym samym miasto zostało stolicą cesarstwa rzymskiego. – Zamieszkała tu najważniejsza osoba w ówczesnej Europie! – podkreśla Monika Unterholzner, moja przewodniczka. Do Innsbrucka z całej Europy zaczęły zjeżdżać koronowane głowy, arystokracja, artyści. – Ale wiele osób było rozczarowanych tym, że miasto jest takie małe. Maksymilian chciał, by każdy, kto przyjedzie do Innsbrucka, wiedział od razu, że jest w siedzibie potężnego władcy. Tak powstał Złoty Dach (niem. Goldenes Dachl), do dzisiaj symbol miasta – tłumaczy Monika.
To dokładnie wykusz jednego z budynków przykryty 2,6 tys. pozłacanych płytek. Także reliefy i malowidła na wykuszu szczególnie niepiśmiennym przybyszom oznajmiały, że w mieście rezyduje cesarz.
Innsbruck pozostał siedzibą cesarstwa rzymskiego do 1665 roku, później miasto podupadło i kiedy przyszedł barok, nie było pieniędzy na modernizację miasta w nowym stylu. Najstarszą część Innsbrucka ominęły też bombardowania podczas II wojny światowej. Dzięki temu splotowi okoliczności dzisiaj możemy podziwiać nie tylko Złoty Dach, ale i 51-metrową wieżę miejską z XV wieku, średniowieczny układ uliczek oraz kamienne arkady, pod którymi handlowali kupcy przeprawiający się przez Inn setki lat temu.
Jak każda europejska starówka również ta w Innsbrucku wypełniona jest kawiarniami, restauracjami i sklepami. Co ciekawe, w najstarszej części miasta nie znajdziemy sieciowych sklepów zagranicznych marek. – Sklepy z pamiątkami, ubraniami, designem to lokalne biznesy. Żyjemy w sposób nowoczesny, ale kochamy tradycję – tłumaczy mi Monika.
Czas: 1–2 godz., więcej: Museum Golden Roof
Po południu: alpejskie szczyty w 20 minut
350 m od Złotego Dachu znajduje się futurystyczna stacja kolejki Nordkettenbahn zaprojektowana przez Zahę Hadid. Podróż na szczyt podzielona jest na trzy etapy: funikularem dostajemy się do dolnej stacji gondoli, później wagonikiem do stacji Seegrube (1950 m n.p.m.). Tutaj działa restauracja z dużym tarasem na świeżym powietrzu, jest plac zabaw, platforma widokowa. Z tego poziomu kolejny wagonik zabierze nas do stacji końcowej Hafelekar i voilà – jesteśmy na wysokości 2256 m n.p.m.!
Stąd rozchodzą się szlaki piesze, m.in. szlak Goethego. Jeżeli planujemy dłuższą wędrówkę, warto wjechać tu wcześniej i przed wyprawą sprawdzić prognozę pogody. Można też wykonać program minimum i po 15 minutach łatwego podejścia stanąć na szczycie Karspitze. Z jednej strony jak na dłoni zobaczymy w dolinie cały Innsbruck, szczyty Alp Sztubajskich i Zillertalskich, z drugiej – skaliste urwiska łańcucha górskiego Karwendel.
Czas: 2,5 godz., więcej: Nordkette
Wieczór: jodłowanie i czerwone uda
Może spędzacie wakacje na Open’erze lub OFF Festivalu, ale kto z was słuchał jodłowania na tyrolskiej uczcie? Warto choć raz to przeżyć, mimo że dla przybysza z nizin jest to doświadczenie intensywne. Za program odpowiedzialna jest rodzina Gundolfów. – Mój dziadek grał muzykę tradycyjną w lokalnym zespole. W latach 60. XX zaczął występować dla turystów z Europy i USA, na scenie jest już czwarte pokolenie – opowiada mi Martin Gundolf.
W programie są piosenki tyrolskie, popisy gry na tradycyjnych instrumentach (m.in. dzwonki, cymbałki, piła) oraz tańce. Wśród nich największe wrażenie robią popisy tancerzy ubranych w krótkie skórzane spodnie (niem. Lederhosen). Na choreografię składają się podskoki, wyrzuty nóg oraz energiczne klepanie się dłońmi po gołych udach.
Czas: 2 godz., więcej: Tiroler Abend
DZIEŃ DRUGI
Rano: ty jedz, ja będę mówił
Jednym z najlepszych sposobów poznania miasta i jego mieszkańców jest zajrzenie im do talerzy. Moim przewodnikiem po Innsbrucku od kuchni jest Kurt Reindl, dziennikarz i pomysłodawca degustacyjnych Innsbruck Food Tours. Jest on skarbnicą miejskich historii i z pasją opowiada o kulinariach. – Jedz, nie czekaj, aż skończę mówić, bo nigdy nic nie spróbujesz – to wskazówka Kurta, którą warto wziąć sobie do serca.
Odwiedziliśmy położoną nad rzeką Inn halę targową (niem. Markthalle). Tutaj spróbowaliśmy trzech serów – Graukäse, Bergkäse i Almkäse – które produkowane są tylko w Tyrolu i wyróżnione certyfikatem chronionej nazwy pochodzenia. Najciekawszy z tego serowego zestawu jest Graukäse, który konsystencją przypomina piankę marshmallow. – Powstaje z odchudzonego mleka pozostałego z produkcji masła, do którego dodaje się bakterie mlekowe, ma tylko 1 proc. tłuszczu – tłumaczy Kurt.
Na początku dojrzewania ser jest biały, kruchy i łagodny w smaku, później zaczyna pokrywać się szarą "skórką" (stąd jego nazwa, niem. grau – szary), nabiera ostrego smaku i intensywnego zapachu. Z upływem dni zaczyna też "płynąć". – Wygląda, jakby chciał uciec – opisuje Kurt.
Podawany jest najczęściej z chlebem, cebulą, oliwą i octem vinagre.
Później idziemy do Białego Konia (niem. Weisses Rössl), najstarszej restauracji w Innsbrucku. Jem tutaj tradycyjne Käsespätzle – to rodzaj kładzionych klusek w serowym sosie z posypką z prażonej cebuli. Danie znajdziemy w wielu restauracjach, ale jak rozpoznać dobre Spätzle? – Jeżeli kluski, pływają w sosie, to źle – instruuje Kurt. Oznacza to, że do przygotowania sosu została użyta śmietana, a powinny być w nim tylko trzy rodzaje sera.
Po serowo-mącznym posiłku warto dodać sobie animuszu mocnym espresso. My podjechaliśmy do palarni kawy Coffee Kult. Kolejny punkt programu to piekarnia Kröll, która działa od 1795 roku. Najciekawszy jest tu płaski, chrupki żytni chlebek o okrągłym kształcie. To Schüttelbrot – ciasto kładzie się na drewnianej desce i potrząsa nią aż do uzyskania cienkiego placka. Chleb tradycyjnie przechowywany jest w drewnianej konstrukcji zawieszonej wysoko na ścianie, która przypomina stelaż na talerze. – Kiedyś chleb przechowywano miesiącami, w przewiewnych stojakach nie pleśniał, nie mogły dosięgnąć go też myszy – opowiada mój przewodnik.
Teraz pora na Cafe Munding, czyli najstarszą kawiarnię w Tyrolu, która istnieje od 1803 roku. Piję tu pyszną gorącą czekoladę na tyrolskim mleku. – Założyciel tego lokalu miał dwa szalone pomysły. Po pierwsze, nie chciał mieć restauracji, tylko serwować kawę i ciasta. Po drugie, zainstalował dwie toalety, dla kobiet i mężczyzn. Dlatego na początku kawiarnia była nazywana Damen Cafe (niem. kawiarnia dla kobiet) – opowiada Kurt.
Dzisiaj w kawiarni jest szeroki wybór ciast, tortów, czekolad i pralin. Zachowane jest też stylowe wnętrze z lat 30. XX wieku.
Na tym etapie wycieczki trudno jest już wprawić ciało w ruch, ale Kurt przekonuje mnie, że w Innsbrucku nie możemy ominąć instytucji, jaką jest Speckeria. To miejsce, w którym sprzedawany jest wędzony dojrzewający boczek. Tiroler Speck – tak się nazywa ten specjał, a pierwsza wzmianka o nim pochodzi z XVI wieku. Wycieczkę kończymy mocną herbatą w tureckiej kawiarni Ayidn.
Czas: około 4 godz., więcej: Innsbruckfoodtours
Po południu: wyprawa w głąb Olbrzyma
20 km na wschód od Innsbrucka, w miejscowości Wattens, znajduje się 7,5-hektarowy park tematyczny Swarovski Kristallwelten. Dla osób wielbiących kryształki Swarovskiego będzie to raj. Tych, którzy do błyskotek podchodzą z rezerwą, może zachęcić pokazywana tu sztuka.
Na powierzchni (uwaga, zwiedzimy też podziemie) parku zobaczymy kilkanaście rzeźb i instalacji. Największe wrażenie robi monumentalna Kryształowa Chmura Andy’ego Cao i Xaviera Perrota, która "unosi się" nad basenem. Jego czarna tafla (nawet w słoneczny dzień) jest lustrem, które odbija 800 tys. kryształków tworzących chmurę.
Teraz czas porzucić nasz wymiar i wejść do… bajkowej pieczary, a dokładnie w głąb Olbrzyma. W jego wnętrzu jest 18 sal, w każdej praca innego artysty lub artystki. Ich podstawowym budulcem są kryształy, ale nasze zmysły pobudzane są również światłem, dźwiękiem i zapachem. Zaczynamy od niebieskiej sali z pracami m.in. Salvadora Dalego i Andy’ego Warhola. W kolejnych zobaczymy m.in. bajkowy zimowy krajobraz (projekt Torda Boontje i Alexandra McQueena), barwny, wypełniony muzyką pałac miłości indyjskiego artysty Manisha Arory, gigantyczne pulsujące czerwone słońce artysty Fernanda Romero. W komnatach wystawione są również stroje sceniczne, m.in. Marilyn Monroe i Lady Gagi, oraz biżuteria, którą w filmie "Sabrina" nosiła Audrey Hepburn czy Kate Winslet w "Titanicu". W gablotach są tiary, mieniące się biustonosze, gorsety. Na koniec zwiedzania trafimy do gigantycznego sklepu Swarovskiego.
Czas: około 3 godz., więcej: Svarovski
DZIEŃ TRZECI
Rano: czas na skok
Niektórzy mogą kojarzyć Innsbruck ze sportami zimowymi, a w szczególności skokami narciarskimi. Miasto dwa razy gościło zimowe igrzyska, na skoczni Bergisel rozgrywany jest konkurs Turnieju Czterech Skoczni.
Wyczyny skoczków można też oglądać latem. Od maja do września trenują na igielicie w godzinach 10–12 oraz 14–16. Jeżeli jesteśmy z grupą, można zastanowić się nad zamówieniem wycieczki razem ze skoczkiem w pakiecie – zawodnik opowie nam o technice skakania, zabierze też na ławeczkę, z której startuje, a na koniec specjalnie dla nas wykona skok. Kiedy upewnimy się, że skoczek bezpiecznie wylądował na igielicie, i pogratulujemy sobie wyboru innego zawodu, warto wstąpić na kawę do restauracji na szczycie wieży.
128-metrową skocznię zaprojektowała Zaha Hadid. Na terenie obiektu znajduje się muzeum poświęcone skoczni, można też wejść na trybuny, obejrzeć znicze olimpijskie. Dookoła wieży są ścieżki spacerowe.
Czas: 2 godz., więcej: Bergisel.info
Bitwa 360 stopni
Kto widział Panoramę Racławicką we Wrocławiu, może porównać ją z podobnym cykloramicznym obrazem w Tyrolu. Panorama Tyrolska w muzeum na wzgórzu Bergisel przedstawia bitwę z 1809 roku, w której Tyrolczycy stanęli naprzeciw zjednoczonych armii bawarskiej i napoleońskiej.
Czas: 1 godz., więcej: Tiroler-landesmuseen
Po południu: dzwony i love story
Wystarczy kilkuminutowy spacer, by ze skoczni narciarskiej dostać się do ludwisarni, czyli odlewni dzwonów Grassmayr. Moją przewodniczką jest znowu Monika Unterholzner. To jej przodkowie założyli ludwisarnię w 1599 roku, odlewnia od 400 lat jest nieprzerwanie w rękach jej rodziny. Dzisiaj ludwisarzami jest czternasta (!) generacja Grassmayrów, fabrykę prowadzą bracia Moniki. – Nasze dzwony trafiły do 120 krajów, dzwonią w świątyniach dziewięciu religii. Największy ważył 26 ton – opowiada Monika.
Jak uzyskać idealne brzmienie dzwonu? Jak wygląda technika ich odlewania? Podstawy produkcji zasadniczo nie zmieniły się od setek lat, realizacja jednego zamówienia w ludwisarni Grassmayr trwa trzy–cztery miesiące. Szczegółów dowiemy się, obserwując rodzinę Moniki przy pracy oraz w małym muzeum, które znajduje się przy odlewni.
Czas: 1,5 godz., więcej: Grassmayr
Przejazd z ludwisarni do zamku Ambras zajmuje około 10 minut. Renesansowa budowla jest imponująca, dodatkowo wiąże się z nią wzruszająca historia miłosna. Fryderyk II, syn cesarza, zakochał się w Filipinie Welser, która nie pochodziła z królewskiego rodu. Para najpierw trzymała związek w tajemnicy, później zamieszkała w zamku Ambras, poza murami miasta. Budowla na skale otoczona jest rozległym parkiem, do którego mieszkańcy Innsbrucka przyjeżdżają na spacery i pikniki. W środku obejrzymy m.in. bogatą kolekcję zbroi – jej prestiż był tak duży, że nawet wrogowie Ferdynanda II przesyłali mu swoje pancerze. Największą atrakcją jest sala balowa o długości 43 m, której nie podpiera żadna kolumna. Jej ściany zdobią wizerunki książąt tyrolskich, a sufit – piękne drewniane kasetony. Latem odbywają się tu koncerty. Warto też zajrzeć do wspaniałej łaźni, w której gorących kąpieli zażywała Filipina. Na dziedzińcu zamku jest restauracja.
Czas: 2 godz., więcej: Schlossambras-innsbruck
* Nasza autorka podróżowała na zaproszenie miasta Innsbruck, które pokryło koszty jej transportu i pobytu.
Anna Budyńska. Redaktorka naczelna magazynu Weekend.gazeta.pl. Interesuje się zapachami i tym, jak na nas wpływają. Jest współautorką książki "Ach, zapach! Przewodnik po fantastycznym świecie zapachów".



