"Jakbym wyszła z klatki", "święty spokój", "decyzyjność i przyzwolenie na robienie rzeczy bez pytania o zgodę", "oddech", "wolność", "jedzenie jabłek, orzechów, śpiewanie na głos – co denerwowało partnera", "radość z seksu na własnych zasadach", "odkrycie utraconej siebie", "odzyskanie własnej tożsamości, łącznie z nazwiskiem". Ta wyliczanka to tylko część zysków, które kobiety po rozwodzie wymieniają jako nieoczekiwane benefity płynące z rozstania. Żałują tylko jednego – że pozew nie trafił do sądu wcześniej.
Psycholożka i autorka podcastu "O zmierzchu" – nazywana przez swoje słuchaczki rozwódki "matką chrzestną ich rozwodów" oraz "osobą, dzięki której przejrzały na oczy" – w poście na swoim profilu instagramowym napisała o tym, ile i na jakich płaszczyznach kobiety zyskują na rozwodzie. Wśród wymienianych przez nią benefitów, popartych badaniami, są: wyższy poziom autonomii, odzyskanie kontroli i pewności siebie, większe poczucie szczęścia, zadowolenie z relacji społecznych, poprawa możliwości zawodowych, przeżywanie ubogacających doświadczeń, otwarcie seksualne i większe libido.
Skąd bierze się ten kontrast między uwierającym kobiety życiem w nieudanym małżeństwie a świętym spokojem i szczęściem, które odczuwają po rozstaniu? Skoro 'po' odzyskują siebie, to dlaczego w trakcie małżeństwa siebie zatracają?
Żona, która w kącie stała
Elżbieta mieszka w Wielkiej Brytanii i na jednym z tamtejszych uniwersytetów wykłada literaturoznawstwo. Jej wyzwolenie się z małżeństwa ma silny związek z literaturą i falą publikacji, które oddają głos niewidzialnym kobietom, stojącym w cieniu swoich mężów geniuszy. – Jak w opisanej w "Wifedom", nieprzetłumaczonej jeszcze na język polski biografii żony George’a Orwella Eileen O’Shaughnessy Blair pióra Anny Funder. Autorka pokazuje, jak wielki wpływ na jego teksty miała jako ich pierwsza czytelniczka, redaktorka, a także osobista maszynistka i agentka pisarza. Z historii została "wygumkowana". I rozumiem ją, bo mój przypadek jest bardzo podobny – opowiada o sobie Ela.
– Od 2015 roku mój mąż "pisał", czerpiąc z naszego życia i korzystając z opowiedzianych przeze mnie historii. Pomagałam mu jego prace redagować, składać wnioski o stypendia, zgłaszać do konkursów. Jestem też tłumaczką środowiskową i pracuję dużo z ofiarami przemocy domowej. W pisaniu czerpał nie tylko z tego, co mu mówiłam, ale regularnie z mojego życia. Bohaterką pewnego konkursowego opowiadania miała być... tłumaczka środowiskowa. Ja piszę wiersze do szuflady, on mówił, że poezja to nie jest pisanie. Nigdzie nie uznał mojego wkładu, a przecież czynności, które wykonywałam, są pracą. Dałam się zagonić do kąta przez deprecjonowanie mojej roli.
Były mąż Elżbiety – socjolog, pisarz – był zadeklarowanym feministą. - Na zawołanie rzucał cytatami z feministycznej filozofki Judith Butler. Ale o mycie podłogi też się uważność w związku rozbija. A przez dziewięć lat wspólnego mieszkania nie umył jej ani razu. U moich koleżanek z akademickiej bańki jest podobnie. Są obciążone psychicznie, umniejsza się im i bagatelizuje ich ogromny wkład.
Niby są w partnerskich związkach z feministami, ale nie ma w nich równowagi. Oboje pracowaliśmy – choć ja dużo więcej – ale i tak obowiązki domowe były moją domeną. Niby mamy XXI wiek i równouprawnienie, a w praktyce bycie w takim związku jest dla mężczyzny zbyt męczące.
Partner, nie dziecko
Wanda spod Poznania przyznaje, że rozwiodła się, bo zdała sobie sprawę, że od lat jest w związku z osobą, której nie kocha. – Nie sypialiśmy ze sobą od dłuższego czasu. Sądziłam, że to normalne w związku.
Wanda, podobnie jak Ela, przez całe małżeństwo była wszechogarniaczką i wszechopiekunką wszystkiego. – Jeśli chciałam, żebyśmy gdzieś pojechali, to musiałam to zorganizować. Remont w domu? Ja robiłam zakupy i umawiałam ekipę. Zasuwałam i zarabiałam trzy razy więcej niż mój mąż, jemu wygodnie było nie robić więcej. Na początku płacenie za niego było OK, ale z czasem uznałam, że nie jest moim dzieckiem, żebym musiała go utrzymywać.
W małżeństwie bardzo mocno weszłam w męską energię: zarabiania, trzymania wszystkiego w garści, bycia silną. Po rozwodzie do mnie dotarło, że ja w niej nie chcę być. W pracy mogę być boss lady, ale w domu już nie. Kiedyś usłyszałam od byłego męża: Przecież wiesz, że ja zawsze pójdę za tobą. A ja chciałam, żeby on szedł obok mnie, jako partner, a nie za mną, jak ktoś bez woli.
Trzy tygodnie bez cienia przytulenia
Sandra z Wrocławia rozwiodła się tuż przed czterdziestką. – To zawsze jest proces. U mnie trwał kilka lat, ale ostateczną decyzję o rozwodzie podjęłam po tym, jak przez trzy tygodnie wakacji w większym gronie znajomych w pięknym miejscu za granicą mój były mąż ani razu do mnie nie podszedł i mnie nie przytulił, nie pocałował, nie wziął za rękę. Nie miał takiej potrzeby.
W związku Sandry teoretycznie wszystko było w porządku, w praktyce pod kątem emocjonalnym i bliskości nie grało nic. – Pojawiało się coraz więcej nieporozumień, które z czasem zmieniły się w ciszę. Bo od momentu narodzin dziecka zmieniła się nasza relacja z typowo partnerskiej, bliskiej i takiej, w której wiele rzeczy robi się razem, część osobno, ale o tych robionych osobno się dużo rozmawia, w relację, w której koncentrujemy się na synu, a jako para schodzimy na drugi plan. Pogłębił się dystans między nami, wkradła się samotność – jemu nie przeszkadzała, mnie bardzo. Zazwyczaj dzieje się tak w związkach, w których to kobiety angażują się bez reszty w macierzyństwo. U nas było odwrotnie.
Kobiety mają dość, ale równocześnie się boją
Monika Ośmiałowska, radczyni prawna i osoba wspierająca kobiety w przechodzeniu przez proces rozwodu, dzieli swoje klientki na dwie grupy. – Pierwsza to panie, które bardzo chcą rozwodu, a doszły do tej decyzji często po wielu latach. Są odważniejsze, ale to nie oznacza, że się go nie boją. Druga grupa została postawiona przed rozwodem.
Te panie są w gorszej sytuacji, bowiem zmagają się często z niezrozumieniem, zaniżonym poczuciem własnej wartości, utratą kontroli i tu przepracowanie rozstania wydaje się dłuższe i trudniejsze, ale kiedy uda się przejść ten proces, traktują rozstanie jak nowe rozdanie i często zachodzą w głowę, dlaczego rozwód nie spotkał ich wcześniej.
Co sprawia, że pierwsza grupa klientek ma dość małżeństwa? – Czują wypalenie. Nie odnajdują już w relacji zadowolenia, spełnienia. Nie mają też wsparcia ze strony współmałżonka. Czują, że zaczynają się mijać i to przestaje je satysfakcjonować. To są kobiety, które otwierają drzwi odwadze, pomimo lęku, i walczą o siebie i swoje szczęście, nawet jeżeli niektórzy uznają to za egoistyczne.
Pewnego dnia budzą się i widzą, ile jest na ich głowie: dzieci, pranie, zakupy, sprzątanie, gotowanie, praca, szkoły, wizyty lekarskie, wakacje. Kobiety wracają po pracy zawodowej, zaczynają drugi etat w domu, podczas, gdy wielu współmałżonków w tym czasie odpoczywa. Kobiety wielokrotnie uwiera brak własnych pieniędzy i zdanie na łaskę i niełaskę męża.
Są i takie żony, które mocno zawierzają partnerom w kwestiach majątkowych. Często działania takie nie są konsultowane z prawnikami, a ostatecznie okazuje się, że to, co rzekomo miało być wspólne należy tylko do jednego małżonka i po rozstaniu kobieta zostaje z niczym – dodaje Monika Ośmiałowska.
Psycholog Katarzyna Hejduk-Mela, która wspiera kobiety w kryzysie relacji, dodaje, że na skraj rozwodu doprowadzają kobiety lata zaniedbań przez partnera i zapominania pań o sobie. – Jesteśmy przyzwyczajeni jako społeczeństwo, że kobieta, wchodząc w rolę matki i żony, dba o wszystkich dookoła, a najmniej o siebie. I liczy na to, że mąż wpadnie z własnej woli na pomysł pomagania jej. Tak się nie dzieje, a kobiety są przemęczone, sfrustrowane, zdenerwowane. Relacja zaczyna się rozchodzić, partnerzy zaczynają się wzajemnie obwiniać. I kobieta dochodzi do wniosku, że lepiej jej będzie samej.
Wyjaśnia jednak, że żony są przygniecione obowiązkami często na własne życzenie. – Mężowie nie robią tego, o co są proszeni, od razu. Albo robią, ale nie tak dobrze, jak żona chce. Jak z dziećmi, którym wiąże się sznurówki, bo tak szybciej, lepiej i dokładniej. Odbieramy mężczyznom możliwość działania, a potem się denerwujemy, że wszystko jest na naszej głowie – dodaje psycholog.
Adwokatka i mediatorka Karolina Szulc-Nagłowska śmieje się, że gdy patrzy na relacje małżeńskie, to dochodzi do wniosku, że też bardzo by chciała mieć żonę. – Rozumianą jako ogarniaczkę wszechświata. Kobiety mają tendencję do brania na siebie organizacji życia rodziny, brania odpowiedzialności za jej dobre funkcjonowanie. Zapominając, że same także muszą dobrze funkcjonować. Rzadko zdarza się, żeby mamy wyjeżdżały same dla siebie na tydzień, żeby odpocząć – mówi prawniczka.
Seks, a konkretnie jego jakość, także ma wpływ na decyzję o rozwodzie. Joanna Keszka, edukatorka i trenerka relacji intymnych z Barbarella.pl, wyjaśnia, że młodym kobietom wciąż wciska się przekonanie, że mężczyzna u boku jest gwarantem bezpieczeństwa i stabilizacji. – Wiele kobiet żyje w związku z tym w przekonaniu i strachu, że bez mężczyzny sobie nie poradzą. Z lęku rezygnują z siebie na wielu płaszczyznach, także seksualnej, żeby mężczyznę przy sobie utrzymać.
Seksualność jest traktowana jako sposób na przyciągnięcie i zatrzymanie partnera, a potrzeby kobiet nie są rozpoznawane. One same nie wiedzą, jakie mają oczekiwania. Co więcej, wydaje im się, że posiadanie oczekiwań sprawia, że będą postrzegane jako trudne. I wpadają w pułapkę, bo jeśli zależy im na związku, to nie chcą być odbierane jako trudne. Kobiety zachęcane są przez społeczeństwo, żeby zadowalać się zadowalaniem innych.
Bo tak się jakoby buduje dobry związek – mówi Keszka. – Ale rezygnowanie z siebie nie wspiera związku, tylko toksyczne przekonanie mężczyzn, że pewne rzeczy im się po prostu należą.
Początki nie są proste
Decyzja o rozwodzie nie jest łatwa, bo obarczona lękiem i wieloma wątpliwościami.
Sandra jest matką i bardzo bała się rozwodu – tego, jak on będzie wyglądał i czy sobie poradzi. – Budziłam się w nocy przerażona, czy to na pewno dobry pomysł. Musiałam obniżyć poziom, na jakim żyję. Początkowo było to trudne, bo spadłam z wysokiego konia, bałam się, czy podołam, ale dałam radę i jest to dla mnie źródło ogromnej dumy i siły.
Dla Weroniki z Koszalina, którą rozstanie zaskoczyło, bo pozew złożył mąż, a powodem było pojawienie się innej kobiety, rozwód był absolutnie przerażający, bo sprawiał, że stała się jedyną dorosłą osobą w domu z trójką małych dzieci. – Mąż od początku zadeklarował wizyty przez kilka godzin raz w tygodniu i zabieranie ich na co drugi weekend. Na mojej głowie miało być wszystko: codzienna krzątanina, szkoły, nauka, pranie, jedzenie, zakupy. Wydawało mi się, że nie dam rady – wspomina.
Do rozwodu Weronika była niedzielnym kierowcą, jeździła tylko wtedy, gdy musiała. – Kiedy okazało się, że się rozstajemy, zapisałam się na lekcje doszkalające, a tata dał mi samochód "na dobicie". Początki były straszne.
Bałam się wjeżdżać na skrzyżowanie, zabraniałam dzieciom się do mnie odzywać, taka była skala mojej paniki. Po czasie nabrałam wprawy, okazało się, że jestem dobrą kierowczynią, bez problemu i z przyjemnością jeżdżę samochodem po całej Polsce. Wsiadam, jadę i mam autentyczną radość. Nie zajmowałam się usterkami, naprawami, remontami. Dzisiaj, jak coś nie działa, czytam instrukcję i sama sobie radzę, co daje mi olbrzymią satysfakcję – zapewnia.
Stopniowe dojrzewanie
Decyzja o rozwodzie w przypadku kobiet, które źle czują się w małżeństwie, to zazwyczaj długi proces. Dobrym tego przykładem jest sprawa jednej z klientek dr Małgorzaty Eysymontt, adwokatki zajmującej się sprawami rozwodowymi i wykładowczyni na Wydziale Prawa Uniwersytetu SWPS, która wróciła do niej po dwóch latach od pierwszej konsultacji. – Tyle czasu zajęło jej osiągnięcie gotowości do decyzji o rozwodzie. Ten czas poświęciła psychoterapii, która uświadomiła jej własne potrzeby, lęki i ograniczenia, ale także pomogła w odbudowaniu poczucia własnej wartości. Ten czas był również niezbędny do uporządkowania i zabezpieczenia kwestii związanych z małoletnimi dziećmi, które chciała odpowiednio przygotować do rozstania rodziców. Wiedząc, że otrzyma właściwą pomoc i wsparcie adwokata, który będzie na nią czekał i przeprowadzi ją przez cały proces, dopiero wtedy poczuła się silna i bezpieczna.
Jak dodaje adwokatka, kobiety do kancelarii przychodzą z dużą nieśmiałością i niepewnością. Często bywają przerażone. Zdarza się również, że są obciążone błędnymi przekonaniami na temat swojej roli - tego, że rodzina, nawet jeśli jest dysfunkcyjna, a relacje małżeńskie są toksyczne, jest ważniejsza od ich potrzeb, własnego szczęścia czy poczucia godności oraz, że powinny w niej trwać dla dobra dzieci.
Zdarzają się też osoby religijne, dla których rozpad rodziny jest wręcz niewyobrażalny, ponieważ społeczność, w której żyją, nie akceptuje ich. Często żyją w poczuciu winy, że pozbawiają dzieci codziennej obecności ojca, odbierają im coś. Wtedy wyjaśniam im, że mogą czuć się bezpiecznie, że nie robią niczego złego, że ich potrzeby będą zaopiekowane i, że mają prawo się rozwieść. Pamiętajmy, że dzieci chłoną jak gąbka i są uważnymi obserwatorami tego, jak rodzice się do siebie odnoszą. Dlatego też należy odpowiedzieć sobie na pytanie, co jest tak naprawdę dobre dla dzieci – czy jest to rodzina, w której - choć rodzice się rozstali - potrafią ze sobą rozmawiać i darzą się szacunkiem.
Jak wylicza adwokatka Karolina Szulc-Nagłowska, decyzję o rozwodzie poprzedza lęk. – Przed rozwodem, samotnością, przed nowym. Lęk przed rozwodem często nie ma pokrycia. Kobieta przychodzi na konsultację prawną i mówi, że mąż grozi, że jej "zabierze dzieci", "zabierze wszystko", "nie da rozwodu", "wyrzuci z domu", "zrobi z niej wariatkę". Żadne z tych słów zazwyczaj nie mają pokrycia w rzeczywistości. Rozwodu nie daje małżonek, tylko sąd, i bardzo rzadko do niego nie dochodzi. Gołosłowne jest także grożenie przez męża, że "zabierze dzieci", bo one nie są walizkami, żeby je brać, a decyzja, kto będzie się nimi opiekował po rozwodzie, zazwyczaj pokrywa się z tym, kto robił to przed rozstaniem.
Oswojeniu rozwodów sprzyja to, że rozwody nie są już tematem tabu. Adwokat Małgorzata Eysymontt wyjaśnia, że mamy w Polsce coraz więcej rozwodów – statystycznie co drugie małżeństwo się rozpada. - Każdy z nas zna kogoś, kto się rozwiódł lub jest w trakcie rozwodu. Także nasze dzieci w placówkach edukacyjnych mają rówieśników, których rodzice się rozstali. Jest więc z kim porozmawiać, podzielić się doświadczeniami, poradzić.
Większe jest przyzwolenie społeczne na rozwód. To ważne, że nie jesteśmy już stygmatyzowani za nasze decyzje. Pamiętajmy przy tym, że decyzja o rozwodzie jest trudna, ale nie stanowi porażki. To nie koniec, lecz nowy początek. A rodzina z dziećmi nadal będzie funkcjonowała, ale w innym układzie – uspokaja pani mecenas
Co więcej, na rozwód nigdy nie jest za późno. Mecenas Szulc-Nagłowska przytacza historię klientki, którą rozwodziła, gdy ta miała 68 lat, a wzięła ślub jako 19-latka, żeby uciec z domu. – Małżeństwo było bardzo patriarchalne i przemocowe pod względem ekonomicznym i psychicznym. Żona kształciła się, zdobywała kolejne kompetencje, a mężczyzna stał w miejscu. Ona urodziła dzieci, którymi się zajmowała, pracowała na trzy etaty, a on oczekiwał, że będzie uprane, ugotowane, podane. I na dodatek był wiecznie w pretensjach.
Kobieta była nieszczęśliwa, ale myślała, że tak musi być. Po sześćdziesiątce przejrzała na oczy. Po rozwodzie jest przeszczęśliwa, zakochała się i prosi, żeby mówić moim klientkom, że nawet rok życia w spokoju wart jest podjęcia tej decyzji.
Podobny przypadek wspomina Monika Ośmiałowska. – Rozwodziłam kobietę 65-letnią, która bardzo żałowała, że po 40 latach małżeństwa doszło do rozstania. Teraz ma 67 lat, jest zakochana jak nastolatka. Wie, że nie mogła się wcześniej rozwieść, bo bez przejścia całego procesu nie przyciągnęłaby człowieka, z którym wiedzie obecnie szczęśliwe życie. Na miłość nigdy nie jest za późno. Rozwódki z czwórką dzieci też odnajdują szczęście – dodaje radczyni prawna.
Już tylko lepiej?
Czy rozwód to automatyczna ulga, radość z odzyskania siebie? Owszem, ale pod pewnymi warunkami. Monika Ośmiałowska zapewnia, że nie zawsze jest kolorowo. – Są kobiety, które nie potrafią pogodzić się z rozstaniem, nie radzą sobie w byciu samymi, są zazdrosne, jeśli były mąż ma nową partnerkę. Ekspertka sugeruje, żeby dać sobie czas na żałobę po rozstaniu. - To pozwoli wejść w pełni świadomie w nowe relacje, na nowych zasadach. Kobiety coraz częściej nie chcą być tylko żoną, ale równoprawną partnerką: zauważoną, docenioną i kochaną.
Katarzyna Hejduk-Mela widzi w swojej praktyce psychologicznej, że jeśli kobiety w pełnej szczerości przyjrzą się sobie i swojej sytuacji, odrobią lekcje, jakie niesie ze sobą kryzys w relacji, to odzyskują sprawczość. – Dotyczy to także kobiet, które zostały porzucone. Choć początkowo są w szoku, w zależności materialnej i psychicznej od męża, nie spodziewają się rozwodu, a rozstanie jest dramatem, to w końcu podnoszą się z dna rozpaczy i biorą życie w swoje ręce.
Najważniejsze jednak jest to, by przyjrzeć się sobie w tych okolicznościach, swoim schematom i przekonaniom, które są najczęściej fundamentem niepowodzenia w relacji.
Weronika uważa, że jeśli kobieta, która zostaje z dziećmi, uzna, że stawia teraz na siebie, inwestuje w rozwój, szuka nowej miłości, robi sobie usta, powiększa biust i udziela się na Tinderze, to sprawia, że dzieci tracą oboje rodziców, co jest dla nich klęską. – Mam wiele koleżanek, które wybrały tę drogę. Dwa lata po rozwodzie poświęciłam bardzo świadomie na zapewnienie dzieciom stabilizacji i utrzymanie rutyny. Jakkolwiek ja się źle czułam, dom był zawsze pachnący, obiad ugotowany, ubranka uprane, spacery zaliczone, książeczki przeczytane, a pora snu ta sama.
Spędzałam z nimi bardzo dużo czasu – wiedziałam, że one czują się kochane i bezpieczne. Dzięki temu rozwód nie odbił się na ich relacjach koleżeńskich i na nauce. Przy tym nie zaniedbałam siebie – poszłam do psychiatry, która wzmocniła mnie lekami, ale nie wychodziłam z koleżankami, nie robiłam sobie weekendowych wypadów.
Robię to teraz, ale synowie są starsi, potrzebują przestrzeni, sami mnie wręcz wypychają. To przyszło naturalnie. Ubieram się wtedy w najlepszą sukienkę i idę z koleżankami do teatru, a wcześniej sobie rozmawiamy w kawiarni. Czuję wtedy, że mam coś do powiedzenia, że jestem wartościowym człowiekiem, że mam fajne, poukładane życie, które jest dla mnie spełnieniem. Ale przez pierwsze dwa lata byłam znokautowana.
Bo w moim poczuciu mieliśmy wspaniałą rodzinę, która okazała się dla mojego byłego męża zupełnie bez wartości. Pozbawiło mnie to wiary i zaufania do drugiego człowieka. Nie umiem nikomu się zawierzyć, bo z tyłu głowy mam, że ojciec dwojga moich dzieci, człowiek, z którym miałam być na zawsze, odszedł ode mnie z dnia na dzień do kogoś innego.
Mam poczucie wartości, nie mam kompleksu wieku, a za chwilę kończę 49 lat, wiem, że jakkolwiek się potoczy moje życie, mam je poukładane. I tak, są momenty, w których jestem bardzo szczęśliwa.
Wzrost i lekcja na przyszłość
O zaletach życia po rozwodzie łatwiej jest mówić kobietom, które same podjęły tę decyzję, oraz tym, które mają zachowane poprawne relacje w byłymi małżonkami w zakresie opieki nad małoletnimi dziećmi. Bo, jak wyjaśnia Monika Ośmiałowska: Kobiety, które po rozstaniu zostały bez wsparcia byłego małżonka w sprawach rodzicielskich mają znacznie więcej obowiązków, nierzadko doświadczają też problemów z egzekucją alimentów na rzecz małoletnich. Mają spokój w głowie, ale nie w życiu, bo muszą walczyć o swoje, zarabiać więcej, nad wszystkim trzymać pieczę. Kobiety jednak podejmują wyzwanie i odnoszą sukcesy. Jak dodaje dr Małgorzata Eysymontt, jeśli do tej pory kobieta w związku i tak musiała liczyć głównie na siebie, to będąc po rozwodzie, z pewnością da sobie radę. - Szczególnie, gdy były mąż będzie miał ustalone konkretne dni kontaktów, w które będzie zajmował się dziećmi i poświęcał im czas.
Weronika w swoich doświadczeniach nie czuje, że zyski z rozwodu przerosły straty. – Mimo że rozwód mnie wiele nauczył, wolałabym być w pełnej, uleczonej po przejściach rodzinie niż samodzielną mamą. Tym bardziej że mam poczucie, że to było do uratowania, zabrakło otwartości, komunikacji, a przeszkodziła nowa relacja męża.
Elżbieta mówi, że po rozwodzie przede wszystkim rozprawiła się z mitem romantycznej miłości – kulturowym oczadzeniem i wizją przekazywaną w literaturze, filmie i przez otoczenie. – Dzisiaj wiem, że związek z partnerem jest tylko jedną z wielu relacji.
Nie ma co ładować wszystkich zapotrzebowań emocjonalnych w małżeństwo, tylko tworzyć inne relacje z innymi ludźmi. Całkowicie odzyskałam decyzyjność, dałam sobie przyzwolenie na podejmowanie decyzji bez konsultowania tego z kimkolwiek. W przeszłości on pewne rzeczy po prostu wcielał w życie, ja rozmyślałam, co powie na to, że chcę wrócić na uczelnię i robić doktorat.
Spotykam się z kimś nowym i widzę, że o wiele częściej mówię "nie", artykułuję wprost, że chcę pobyć sama. Bez wyrzutów sumienia przedkładam czas ze sobą nad czas z partnerem. Po 13 latach mieszkania z kimś nie wyobrażam sobie na razie kogoś innego w mojej przestrzeni, czuję oddech. Może to przejściowe, a może zdecyduję się na dochodzoną codzienność – kilka dni mieszkania razem, a potem osobno, żeby się zregenerować.
Wanda po rozwodzie odzyskała wolność, przestała się martwić za dwie osoby. – Mam wrażenie, że wróciłam do siebie sprzed lat, że zatoczyłam koło i jestem jak kiedyś: nikogo nie udaję, odnoszę sukcesy w sporcie, lepiej się czuję.
Sandra mówi, że rozwód dał jej spokój, powrót do siebie samej, swobody w zwyczajnym byciu. – Jako żona nie robiłam rzeczy, które irytowały męża. Nie śpiewałam głośno, nie jadłam chipsów, jabłek i popcornu, bo "chrupały". Polepszyło mi się samopoczucie, wróciłam do mojego stylu życia, takiego, w którym czuję się ważna, i stawiam na siebie, a nie, że liczy się tylko rodzina i dziecko. Odeszły negatywne emocje i poczucie, że nie jestem wystarczająca. Zaczęłam chodzić na tańce, częściej mówię to, co myślę, i skupiam się na osiąganiu spokoju – mam czas dla siebie i spędzam go sama ze sobą – mówi.
Sandra nie chce być w kolejnym związku przezroczysta, niezauważana. – Chcę być czule żegnana i witana, chcę, żeby partnera interesowało, co u mnie, żeby nie spędzał czasu rodzinnego z telefonem w ręku, żeby chodził ze mną za rękę, żebym w jego oczach widziała, że mu zależy, że go interesuję – wymienia.
Rozwód dał jej więcej obiektywizmu w patrzeniu na partnera, szczerości w relacji. – Myślę o sobie w bardziej czuły i opiekuńczy sposób, chcę mieć coś z życia, postawić na siebie. Przez to wyraźniej stawiam granice i szybciej reaguję, jak coś mi się nie podoba, to komunikuję.
Apetyt na życie i na seks
A co z rozkwitem seksualnym? Joanna Keszka mówi, że kobiety, które po rozwodzie otwierają się na swoją seksualność, chcą wchodzić w relacje, chcą uprawiać seks, cieszyć się życiem, ale na innych zasadach. – Szukają podpowiedzi, co robić, żeby seks je wzmacniał i wzmacniał ich relacje, bo w małżeństwie seks bywał elementem trudnym, przemilczanym, służącym do podkreślania tego, kto ma więcej władzy i kontroli w związku, niż do budowania wspólnej relacji.
Szukają odpowiedzi, czego mogą chcieć, bo już wiedzą, czego nie chcą. A nie chcą niewyedukowanych mężczyzn, takich, którzy boją się otwartego, zabawnego seksu. Kobiety po rozwodach wiedzą, że sobie poradzą, chcą korzystać z życia i chcą kogoś, kto będzie im towarzyszył, a nie udowadniał swoją władzę i spychał je do roli zadowalania się zadowalaniem.
Mężczyzn, którzy nie widzą nic poza końcem swojego penisa, już miały. Teraz chcą czegoś więcej. Szukają i znajdują! Seks jest częścią naszego dorosłego życia, przynajmniej póki jesteśmy w stanie jedną ręką utrzymać wibrator, a w drugiej kieliszek szampana – zapewnia Keszka.
Zresztą jak dodaje Karolina Szulc-Nagłowska: – Świadome i szczęśliwe rozwódki nie czekają na księcia z bajki, bo czują się fantastycznie same ze sobą. Jeśli kogoś spotkają, świetnie, ale już nie oddadzą raz zdobytej wolności.
Ola Długołęcka. Redaktorka. Czujnie obserwuje ludzi i przysłuchuje się ich rozmowom. Ciekawią ją relacje między ludźmi, a zwłaszcza różnice międzypokoleniowe, lubi pisać o trendach, modach i zjawiskach. W wolnych chwilach trenuje jeździectwo.


