Duńczycy od końca XIX wieku aż do lat 60. kolejnego stulecia zamykali osoby "niedostosowane" w tzw. zakładach Kellera. Dlaczego? Chodziło o to, by im pomóc? Czy raczej o to, by uchronić społeczeństwo przed "degeneracją"?
Dania jest bardzo pragmatycznym państwem. Zastanawiałam się nad tym, jakim cudem te ośrodki dla "słabych duchem" istniały tak długo. Myślę, że właśnie dlatego, że spełniały obie te funkcje: zapewniały opiekę i izolowały.
Zaczęło się od bardzo dobrych intencji. Druga połowa XIX wieku to czas, kiedy w Danii zaczyna powstawać państwo socjalne. Jens Rasmussen Hübertz, duński psychiatra, wybrał się w podróż po kraju, żeby zobaczyć, w jakich warunkach żyją osoby upośledzone intelektualnie. Wyniki jego badań były straszne: opisał wiele przypadków osób, które większość życia spędzały uwięzione w "trumnach głupca", czyli zamykanych skrzyniach. Inni byli przywiązywani do pali na łące, gdzie stawali się lokalną atrakcją. Jego badania zainspirowały Kellerów: Johana oraz Christiana, jego syna, którzy stworzyli jedne z pierwszych na świecie ośrodków dla osób, które... no właśnie, to nie takie proste. Najogólniej można powiedzieć, że były to zakłady dla tych, którzy nie umieli się zaadaptować do norm społecznych.
Powiedziałaś – "słabych duchem".
Na początku XX wieku zrównywano zachowania "niemoralne" z niepełnosprawnością. Szybko okazało się, że zakłady Kellera to miejsce dla ludzi, którzy z różnych powodów byli niewygodni dla gmin. Trafiały tam na przykład osoby z zespołem Downa, ale też samotne matki, które zachodziły w kolejne ciąże, sieroty, homoseksualiści. Kategoria "słabych duchem" stawała się coraz bardziej rozmyta.
Z dobrych intencji wyrósł projekt czyszczenia społeczeństwa z osób, które nie pasowały?
Tak. Przez zakłady przewinęły się ich dziesiątki tysięcy.
Jednym z elementów tego systemu był przeznaczony dla kobiet ośrodek na wyspie Sprogø, o którym opowiada twoja książka "Wyspa niechcianych kobiet". Kogo tam wysyłano?
Skipper łodzi, która zaopatrywał wyspę, określił to tak: "Spotykałem, osoby słabo myślące, ale większość nie była bardziej szalona niż ja sam". Trudno dziś powiedzieć coś na temat sprawności mieszkanek. Z ówczesnych badań wynikało, że wiele z nich, jeśli nie większość, znajdowała się w normie intelektualnej.
Część kobiet, która trafiła na Sprogø żyła już wcześniej w zakładach Kellera. Niektóre z nich przeniesiono dlatego, że próbowały z nich uciec. Inne – z powodów, które trudno mi dziś zrozumieć. Na przykład Karoline Olsen znalazła się w zakładach jako dziecko, ponieważ jej rodzice zostali tam zamknięci. Kiedy była nastolatką, zaobserwowano, że "za bardzo interesuje się chłopcami". I to był powód, by ją wysłać na wyspę.
W archiwach znalazłam również informacje na temat kobiet skazanych na pobyt na Sprogø wyrokiem sądowym.
Za co?
Choćby za pracę seksualną. Na wyspę trafiały na przykład "dziewczyny portowe". Stawki dla pokojówek były głodowe, dosłownie nie dało się z nich utrzymać. Wiele dziewczyn dorabiało, pracując jako dziewczyny do towarzystwa. A takich kobiet Dania nie chciała mieć w swoim społeczeństwie.
Na wyspie można było zostać umieszczonym również za kradzieże albo za zarażenie kogoś chorobą weneryczną. To ostatnie jest ciekawe – nie wiem, jakim sposobem sąd ustalał, kto zaraził kogo.
Kobiety łatwiej było winić. Opisujesz historię jednej z mieszkanek, ukaranej za seks z mężczyzną, który przypłynął na wyspę.
Sam Christian Keller chciał, żeby to mężczyzna został ukarany: w końcu zakładano, że mieszkanki wyspy nie są w stanie o sobie same decydować. Za mężczyzną wstawiła się jednak jego żona. Mówiła: "mam trójkę dzieci, będę musiała pójść na zasiłek". A zasiłek oznaczał społeczną stygmę – świadczył o tym, że nie jesteś w stanie sobie poradzić. Od tego był już tylko krok, żeby samemu trafić do zakładów Kellera. Aby nie odbierać rodzinie "żywiciela", za winną uznano mieszkankę wyspy. W jej aktach szczegółowo opisano sam akt seksualny. Według dokumentacji ona miała być stroną aktywną, co samo w sobie było już "nienaturalne". Przedstawiono to tak, jakby niemalże doszło do gwałtu na mężczyźnie.
Dlaczego tak skupiano się na seksualności tych kobiet? Uważano je za "rezerotyzowane".
Po pierwsze dlatego, że tę sferę bardzo regulowały normy społeczne. Po drugie – ze względów eugenicznych. Uważano, że "słabość duchem" przekazuje się genetycznie. Zdaniem założyciela kobiety, które umieszczano w zakładach Kellera, nie powinny mieć dzieci.
Jak żyło się na wyspie?
Sama wyspa to dosłownie skrawek ziemi. Jest piękna: rosną tam kwiaty, zatrzymują się rzadkie ptaki… Znajduje się tam tylko jedno miejsce, którego nie widać z okien budynku, łatwo więc kontrolować wszystko, co się na niej dzieje.
Mieszkanki całe życie spędzały wyłącznie w kobiecym gronie. Kadrę stanowiło sześć kobiet, mieszkanek było ponad trzydzieści. Na co dzień pracowały: miały trzodę chlewną, dbały o ogródek z warzywami, gotowały i szyły ubrania. Praktycznie same utrzymywały wyspę.
Nie stosowano tam bicia, ale za nieposłuszeństwo można było trafić do izolatki albo zostać unieruchomioną pasami. Pod względem materialnym mieszkankom wyspy niczego nie brakowało: dom był dobrze przygotowany, w łazienkach były wanny. W jednej z teczek natrafiłam na spis sprzętów, które były zamawiane na wyspę: nowoczesna kuchnia parowa, radia, głośniki, telewizory, rzutniki. Raz w tygodniu na sali gimnastycznej odbywały się tańce. Dla Kellerów naprawdę ważne było to, by mieszkanki wyspy miały dobre warunki.
A co z wolnością?
Jeśli któraś uparła się, że nie weźmie udziału w świniobiciu, nie była do tego zmuszana siłą. Poza tym miały dostęp do kolorowych kosmetyków, które wynegocjowały z dyrektorem zakładów. Po południu miały prawo do jednego papierosa dziennie... i to byłoby na tyle. Miały jednakowe uniformy, nie mogły wybrać swoich ubrań.
Było to po prostu więzienie.
Oczywiście, tylko zamiast krat było morze. Próby ucieczek były zupełnie beznadziejne. Jednej z kobiet udało się przepłynąć wpław na ląd, ale tam już czekał na nią "komitet powitalny".
Buntowały się?
Tak, raz nawet próbowano otruć kierowniczkę rośliną znalezioną na wyspie. Innym razem trzy kobiety wybiły okna w sali gimnastycznej w ramach buntu. Nie wiadomo, o co poszło, ale zachowywały się bardzo agresywnie. Skończyło się tym, że zostały wsadzone do izolatek, a później przypięto je pasami do łóżek na dwa tygodnie. Jednej z nich mimo to udało się zrobić głową dziurę w ścianie – musiały być naprawdę wściekłe. Kierowniczka była autentycznie przerażona, pisała do dyrektora zakładów: "doślij pasy zabezpieczające, nie wiem, czy uda mi się to opanować". Gdyby "pacjentki" zaczęły działać razem, mogłoby dojść do linczu.
To była jedyna taka sytuacja?
Jedyna, po której został ślad. Na pewno nie było ich wiele. Stosowano odpowiedzialność zbiorową i nagrody za donoszenie na siebie nawzajem. To skutecznie zapobiegło próbom zorganizowanego oporu. Poza tym, te kobiety w jakimś stopniu uwierzyły, że coś z nimi jest nie tak, że są wyrzutkami, czuły za siebie wstyd. W takiej sytuacji trudno jest walczyć o niezależność.
Wyspę dało się opuścić?
Te, które dobrze się sprawowały, mogły się udać na wycieczkę do pobliskiego miasta na lądzie. Otrzymywały jedną koronę miesięcznie, za którą mogły kupić sobie jakiś drobiazg, zwykle kosmetyk. Istniała również możliwość wyjazdu do rodziny na wakacje.
Jeśli kadra odnotowywała "postęp": kobieta była miła, posłuszna, pomocna i nie przeklinała, pojawiała się możliwość, żeby trafiła na ląd, pod "opiekę" rodziny. Wychowanka Sprogø zostawała wtedy pomocą domową, a jej opiekunowie otrzymywali wynagrodzenie za jej przyjęcie. Potem mogła nawet wyjść za mąż.
Paradoks polegał na tym, że kobiety, które otrzymały zgodę na wyjazd z wyspy, pozbawiano czegoś do cna kobiecego – możliwości urodzenia dziecka.
Żeby opuścić wyspę, kobieta musiała być wysterylizowana.
Uzyskałam dostęp do teczek sterylizacji… to było okropne doświadczenie. Spisano tam historie dziesiątek kobiet w bardzo suchy, bezduszny sposób: data urodzenia, informacja o tym, w jakim wieku zaczęła chodzić i mówić... często z tych opisów nie wynikało, żeby cokolwiek było nie tak, poza lakonicznym zwrotem "nagle coś w nią wstąpiło" albo "zaczęła się interesować chłopcami", "istnieje prawdopodobieństwo, że potomstwo będzie jak ona". I na końcu: "zgodziła się na zabieg". W żadnej z teczek nie znalazłam jednak pisemnej zgody samej zainteresowanej. Nie wiem, skąd te kobiety miały wiedzieć, czym jest salpingektomia, jak po łacinie nazywa się ten zabieg. Annalise Dupont, która pojechała na Sprogø na inspekcję niedługo przed zamknięciem ośrodka, została dosłownie otoczona przez kobiety, które domagały się sterylizacji. Zapytała, czy wiedzą, o co proszą. Nie wiedziały, ale rozumiały, że to sposób, by stamtąd wyjść.
Po wyjściu kobiety nie odzyskiwały pełnej wolności, prawda?
Były regularnie odwiedzane przez przedstawicieli zakładów. Z jednej strony był to wyraz realnego zainteresowania ich losem, ale z drugiej – forma kontroli nad ich życiem. Na wyspę zawsze można było wrócić w wypadku złego sprawowania. Nieraz wystarczyło, że zdaniem gospodarzy kobieta zachowywała się nieodpowiednio albo wulgarnie.
Myślę, że te, które opuściły wyspę, nigdy nie pozbyły się tego piętna. Mój mąż ma przyjaciela, którego matka była na Sprogø i uniknęła sterylizacji. Absolutnie nie chciała na ten temat z nikim z rodziny rozmawiać. Wciąż żyją kobiety, które mieszkały na wyspie, ale publicznie ujawniły się tylko dwie. Jedna z nich, Karoline Olsen, po sterylizacji i opuszczeniu wyspy, walczyła, by jakoś sobie ułożyć życie i adoptować dzieci. Temat jej pobytu na wyspie cały czas wypływał. Pytano ją o to nawet wtedy, kiedy starała się o świadczenie emerytalne.
Czemu zamknięto zakłady Kellera?
W połowie lat 50. coraz więcej mówiono o tym, że osoby niepełnosprawne nie są "dewiantami" i zasługują na to, by żyć w społeczeństwie na równych prawach. Zakłady stawały się anachroniczne. I przestały być samowystarczalne ekonomicznie, co dla pragmatycznych Duńczyków było poważnym argumentem.
Po zamknięciu zakładów w 1961 roku o Sprogø na długo zapomniano. W 2014 roku Danię obiegła historia wspomnianej Karoline Olsen, która pozwała Danię za swoją sterylizację i wtedy temat przebił się na chwilę do świadomości społecznej. Ale w obrzydliwy sposób.
Dlaczego?
Zaczęła powstawać proza inspirowana Sprogø. To był taki kicz, trochę podobny do fenomenu literatury obozowej: pornografia przemocy o udręczonych, gwałconych kobietach. Zrobiono film kryminalny o lekarzach-predatorach z wyspy i o wycinanych genitaliach. Teraz, kiedy mówię o Sprogø, ludziom w Danii coś się kojarzy. "To ciemny okres w naszej historii", "smutny, czarny czas" – słyszę.
Kobiety ze Sprogø przeproszono.
Tak, ale nie zrobiła tego premierka, jak to odbyło się w przypadku grenlandzkich kobiet, które do lat 60. Dania zmuszała do stosowania antykoncepcji, tylko ministra spraw społecznych i mieszkalnictwa Pernille Rosenkrantz-Theil. I przede wszystkim przeproszono je za zamknięcia w zakładach, ale nie za sterylizację – ta w końcu odbywała się w teorii legalnie.
Prawda jest taka, że nikt nie chce się z tym na poważnie mierzyć, nikt nie wie, o co naprawdę chodzi. Duńczycy są bardzo dumni ze swojego narodu. Uważają, że Dania to najwspanialszy kraj na świecie, a ich tradycje są najpiękniejsze. Duńską flagę widać wszędzie, nawet prezenty pakuje się w papier z jej motywem. Nie ma poważnej dyskusji na niewygodne tematy historyczne tak długo, jak da się jej uniknąć.
Wśród Duńczyków wciąż żywe jest poczucie, że osoby "nienormalne" zagrażają ich społeczności?
Tak, ale teraz to inność kulturowa jest postrzegana jako zagrożenie. Duńczycy dużo deportują, bardzo trudno jest zdobyć tamtejsze obywatelstwo.
Natomiast bardzo poszerzyła się definicja tego, co w ramach ich społeczności znaczy "normalność". Kwestia rozerotyzowania jest już zupełnie nieaktualna, w Danii istnieją największe kluby swingersów w Europie.
A jeśli chodzi o podejście do osób z niepełnosprawnościami?
W tym zakresie Dania przeszła bardzo długą drogę. Dzięki działalności Nielsa Erika Banka-Mikkelsena, który przez lata przekonywał, że osoby z niepełnosprawnościami należy integrować ze społeczeństwem, pod koniec lat 70. w Danii zreformowano system opieki: zamiast zamkniętych ośrodków postawiono na asystencję osobistą i dostęp do mieszkań chronionych.
Kiedy trzy lata temu przeprowadziłam się do Danii, uderzyło mnie, jak wiele osób z różnymi rodzajami niepełnosprawności intelektualnej widzę na co dzień: w barach z piwkiem w ręku, w sklepach… dotarło do mnie, że to niemożliwe, żeby w Danii takich osób było więcej niż w Polsce. One po prostu rzeczywiście funkcjonują w społeczeństwie jak wszyscy inni obywatele.
Agata Komosa-Styczeń. Dziennikarka i redaktorka. Absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim z zakresu literaturoznawstwa. Autorka książki "Taterniczki. Miejsce kobiet jest na szczycie", która otrzymała nominację do nagrody Książki Górskiej Roku Festiwalu Górskiego im. Andrzeja Zawady w Lądku-Zdroju oraz do Nagrody Literackiej Zakopanego. Była redaktorką naczelną portalu internetowego naTemat, serwisu internetowego Radia Tok FM oraz działu Wiadomości w Wirtualnej Polsce. Publikowała w "Wysokich Obcasach", "Kukbuku", na stałe współpracuje z magazynem "Ładne Bebe". Jest autorką książek i tomików poezji dla dzieci oraz tłumaczką książek dziecięcych. Od trzech lat mieszka w Danii.
Jan Rybicki. Laureat pierwszej edycji programu "Polska Stories", obecnie na stałe w weekend.gazeta.pl. Wcześniej publikował swoje reportaże m.in. w "Dużym Formacie" i "Tygodniku Powszechnym". Lubi słuchać, jak ludzie mówią. Kontakt: jan.rybicki@grupagazeta.pl