Reportaż
'Edukacja domowa dała mi taki luz, żeby kombinować, żeby się pomylić. Wiem, że jak coś mi się nie podoba, to mogę z tego zrezygnować'. Zdjęcie ilustracyjne (Fot. Jakub Włodek / Agencja Wyborcza.pl)
'Edukacja domowa dała mi taki luz, żeby kombinować, żeby się pomylić. Wiem, że jak coś mi się nie podoba, to mogę z tego zrezygnować'. Zdjęcie ilustracyjne (Fot. Jakub Włodek / Agencja Wyborcza.pl)

Natalia i Maurycy. Przeszli na edukację domową w liceum

Kiedy Natalia wracała ze szkoły, ręce jej się trzęsły ze zmęczenia. Kładła się na chwilę spać, odrabiała lekcje, uczyła się do sprawdzianów. Nastawiała budzik na szóstą. Była dobrą uczennicą, ale liceum oznaczało dla niej ciągły stres, odpytywanie i strach, że się ośmieszy przed klasą. Kartkówki, czytanie ocen na głos i porównywanie do innych. Miała poczucie, że głównym zadaniem nauczycieli jest sprawdzanie, czego sama nauczyła się w domu. Mieszkała w niedużym mieście, gdzie licea były trzy. Nie miała gdzie się przenieść. Pewnego dnia usłyszała rozmowę rodziców o edukacji domowej. Zaczęła o tym czytać. – Mamo, tato, rzucam szkołę – oznajmiła po dwóch tygodniach.

Maurycy mieszkał w Warszawie. Nie znał Natalii, ale dokonał takiego samego wyboru. – Jak coś kliknie, to już nie ma powrotu do szkoły - mówi.

Maurycemu "kliknęło" na lekcji fizyki w pierwszej klasie liceum. Była piętnasta, zima, ciemno, wszyscy zmęczeni. Kolejni uczniowie zadawali nauczycielce to samo pytanie, a ona cierpliwie udzielała tej samej odpowiedzi. – Myślałem: dajcie spokój, ja chcę już iść do domu, to w ogóle nie ma sensu!

Maurycy dobrze się uczył, ale miał wrażenie, że staje się "magazynem cytatów z podręczników", a nie ma nic do powiedzenia od siebie. – Wychodziłem z domu o siódmej, wracałem o osiemnastej, odrabiałem lekcje i tak w kółko. Nie miałem czasu na nic więcej.

Maurycy i Natalia przekonali swoich rodziców, żeby pozwolili im na dwie ostatnie klasy liceum zostawić szkołę. Uważali, że do matury lepiej przygotują się sami.

'Edukacja domowa dała mi poczucie, że warto iść za tym, co mnie interesuje. Jestem przyzwyczajony do tego, że kiedy czegoś nie wiem, to po prostu pytam'. Zdjęcie ilustracyjne (Fot . Tomasz Pietrzyk / Agencja Wyborcza.pl)

Czas odzyskany

Maurycy: – Chciałem udowodnić, że to działa: wstawałem o siódmej rano, uczyłem się cały dzień… i po pierwszym miesiącu totalnie mi się odechciało.

Spał do jedenastej, chodził na spacery i czytał książki. Grał w zespole na gitarze, więc spotykał się z kolegami. Ze znajomymi ze szkoły szybko stracił kontakt. Kiedy Maurycy wstawał, Natalia już kończyła naukę. Cztery godziny dziennie wystarczały jej, żeby przerobić materiał. Jak mówi, systematyczności nauczyła się w szkole. Zaczęła wymyślać własne systemy nauki – układała piosenki z nazwisk postaci historycznych i dat, na egzaminie nuciła w głowie melodię i przypominała sobie, że np. chodziło o Walezego.

Zapisała się do szkoły przyjaznej edukacji domowej, która pozwalała jej wybrać, kiedy będzie zdawać egzaminy kwalifikacyjne. Umówiła się na sesję trzy razy w roku. Na pierwszej okazało się, że nauczyciele egzaminujący wcale nie oczekują od niej najlepszych ocen, nie wywierają presji. Na egzaminach ustnych mogła dopytać o radę, lekturę. Wreszcie poczuła się potraktowana po partnersku. 

"Możesz robić, co chcesz, kiedy chcesz"

– Po dwóch miesiącach poczułem, że znowu mam ochotę czegoś się pouczyć. I okazało się, że to nie jest takie trudne, tylko szkoła to komplikowała – opowiada Maurycy. Jemu też wystarczały cztery godziny nauki dziennie. Później był wolny. – To był czas, kiedy mogłem poznać siebie. W tym wieku nie masz dorosłych obowiązków. Na edukacji domowej możesz robić, co chcesz, kiedy chcesz.

Szedł na spacer, brał dziennik i myślał: "Jak chcę, żeby wyglądało moje życie? Czy chcę się skupić na pomaganiu innym? Na muzyce? Na zarabianiu pieniędzy?". Na kolejnym spacerze zanotował: "Wolność jest ważniejsza niż nawet najlepiej opłacany etat". "Chciałbym mieć dom", "potrzebuję minimum siedmiu godzin snu" – dopisywał swoje odkrycia. – Zauważyłem, że lubię moją rutynę i dobrze funkcjonuję w ramach, które sobie stworzyłem.

Świat się nie kończy

Natalia zaczęła się uczyć rysować. Kiedy jej się znudziło, zajęła się fotografią. Zapisała się na zajęcia teatralne. "A ty gdzie się uczysz?" – padało pytanie. Nie lubiła go. Kolejnych też: "Jak to w domu? Ale co ty robisz? Nie brakuje ci znajomych?". Natalia czuła się jak chrabąszcz pod lupą. Miała wrażenie, że wszyscy nowi znajomi zakładali, że coś z nią jest nie tak. "Dziwna jest, nie chodzi do szkoły" – usłyszała. Nie znała nikogo, kto uczyłby się w domu.

Maturę zdała dobrze. Studia? – Byłam taka zestresowana... Zastanawiałam się, czy poznam kogoś, z kim będę mogła normalnie porozmawiać.

Jeden z pierwszych dni na uczelni: ludzie stojący na korytarzu przed zajęciami i rozmawiający o szkole. Natalia czuła, że nie może nic dorzucić od siebie. Zazdrościła im. – Tych opowieści w stylu: wyważyliśmy przez przypadek drzwi, zrobiliśmy coś głupiego na balu maturalnym. Zastanawiałam się, czy nie popełniłam błędu. Jednak coś straciłam. Dobrze byłoby mieć takie wspomnienia, przeżyć wspólną ucieczkę z zajęć. Nie wiem, co byśmy robili, nieważne co. Pewnie byśmy gdzieś poszli, może nad jezioro. Byle by było poczucie wspólnego robienia czegoś "nielegalnego".

Po pierwszym roku studiów przestała myśleć o szkole. – Mieliśmy już wspólne wspomnienia. Wdrożyłam się znowu w system: musisz coś zrobić tak, jak ktoś ci każe, a nie po swojemu. Teraz jest już po ostatnim roku studiów, jest dziennikarką radiową. – Nie mam pojęcia, co będę dalej robić. Jestem gotowa się przeprowadzać, poznawać nowe osoby... Edukacja domowa dała mi taki luz, żeby kombinować, żeby się pomylić. Wiem, że jak coś mi się nie podoba, to mogę z tego zrezygnować. Tak jak w edukacji domowej – to, jak sobie ułożysz życie, to twoja odpowiedzialność. Nikt cię nie przypilnuje, nikt się za ciebie nie nauczy. Wszystko zależy od ciebie. A jak dostaniesz dwóję, to świat się nie kończy.

'Edukacja domowa dała mi umiejętność konfrontacji z innymi ludźmi i beztroskę typową dla dzieci'. Zdjęcie ilustracyjne (Fot. Anna Lewańska / Agencja Wyborcza)

Wiatr w żagle

Maurycy pojechał na studia do Szkocji, ale brakowało mu Polski. Miał tam dziewczynę, znajomych. Przez dwa lata samodzielnej nauki nie stał się odludkiem: chodził na warsztaty, wydarzenia, na dodatkowy angielski. – Ludzie są wszędzie, wystarczy zagadać.

Wrócił do Polski po pierwszym semestrze. – Edukacja domowa dała mi poczucie, że warto iść za tym, co mnie interesuje. I nauczyła mnie tego, że warto wychodzić do ludzi i prosić ich o pomoc. Jestem przyzwyczajony do tego, że kiedy czegoś nie wiem, to po prostu pytam.

Chciał być producentem muzycznym. Pytał więc osoby z branży, czy opowiedzą mu o swojej pracy, pisał do młodych muzyków, czy nie chcieliby zrobić z nim kawałka. Wymyślali razem melodie, Maurycy dorabiał w programie bit i instrumenty. Nie wiedział, jak się to robi, ale wiedział, jak się uczyć.

Pierwszy rok nowego życia oznaczał: kompletowanie sprzętu i oglądanie tutoriali do obsługi programów. Mieszkał u rodziców, utrzymywał się z dawania lekcji gry na gitarze. Drugi rok to już pierwsza piosenka, która się wybiła, przez trzy tygodnie najczęściej udostępniana na Spotify w Polsce. – Jak już ma się mały sukces, to jakoś idzie.

Teraz mieszka sam, na muzyce zarabia około 100 tys. zł rocznie, zrobił kilka numerów z Matą. – Im dłużej żyję, tym bardziej doceniam decyzję o przejściu na edukację domową. Wiele osób mówiło: "Wytrzymaj w tym liceum". A to były najbardziej wartościowe dwa lata w całej mojej edukacji!

Trochę liczb

Uczniów w edukacji domowej jest coraz więcej. 

W 2014 roku w domu uczyło się ich ok. 1,2 tys., w 2019 – prawie 20 tys.

Obecnie to ponad 49 tys. osób. Nowi uczniowie to przeważnie licealiści (ponad 16 tys. w roku szkolnym 2023/2024).

'Na egzaminach ustnych mogła dopytać o radę, lekturę. Wreszcie poczuła się potraktowana po partnersku'. Zdjęcie ilustracyjne (Fot. Tomasz Pietrzyk / Agencja Wyborcza)

Marek Budajczak, prof. pedagogiki na UAM zajmujący się edukacją alternatywną:

Prawda jest taka, że wciąż nie mamy w Polsce żadnych badań ilościowych ani jakościowych dotyczących absolwentów edukacji domowej. Trudno w ogóle określić, kto zalicza się do tej grupy, ponieważ wielu uczniów przychodzi na edukację domową po kilku latach w szkole, inni przechodzą do liceum po spędzeniu podstawówki w domu. Co więc spowodowało ich sukcesy czy porażki? I co miałoby być wyznacznikiem sukcesu dla edukacji domowej? Powodzenie w życiu to coś więcej niż sukces ekonomiczny czy dobre wyniki w nauce. Dysponuję jedynie anegdotycznymi przykładami losów absolwentów: pracują w korporacjach, są bardzo dobrymi studentami, niektórzy zaczynają doktoraty. Mam poczucie efektywności tego sposobu kształcenia, sądzę, że większość uczniów jest z niego zadowolona. Może to wynikać z zalet tego modelu edukacji: indywidualizacji w kształceniu, stymulowania samodzielności uczniów, dużej oszczędności czasu poświęcanego na naukę. Rodzice i uczniowie, którzy nie wytrzymują presji wymogów stawianych przed edukacją domową, po prostu się z niej wycofują. Myślę też, że ogromna większość rodziców, którzy decydują się na edukację domową, ma duże poczucie odpowiedzialności za los dziecka. Ale są też osoby, które niekoniecznie korzystają na tej formie kształcenia. Rodzice mogą zaszkodzić dziecku, jeśli wybrali ją ze względu na uprzedzenia, bez uwzględnienia potrzeb własnego dziecka.

Rafał. Nigdy nie chodził do tradycyjnej szkoły

Mama zapisała Rafała na zajęcia sportowe i powiedziała, żeby się nie przyznawał, że nie chodzi do podstawówki. Nie rozumiał tej prośby, ale był posłusznym dzieckiem. Miał 14 lat. Kiedy go pytano, gdzie się uczy, kłamał. Miasto było nieduże, zawsze ktoś był w stanie udowodnić mu to kłamstwo. Czasem Rafał mówił po prostu, że nie wie, do jakiej szkoły chodzi. Dzieci się śmiały.

Mama pracowała w oświacie i miała jak najgorsze zdanie o szkole. Rafał uważa, że chciała go uchronić przed "złymi rzeczami", które tam widziała. W domu opowiadała o tym, ile przemocy jest w szkole, a nauczyciele nic z tym nie robią. – Chodziłem wcześniej do zerówki. Było mi tam dobrze, głównie się bawiliśmy. Moja grupa poszła do szkoły, ja nie. Dość szybko o nich zapomniałem.

Jest jedynakiem. Kiedy mama wracał do domu, siadali razem do nauki. Poświęcali na to około trzech godzin dziennie. Rafałowi wydaje się, że na początku mama to lubiła. To była szkoła w domu, przerabiali razem materiał, a później dostawał prace domowe – polecenia z podręczników. – Myślę, że od czwartej klasy to stało się dla niej bardzo nieprzyjemne. Po jej minie, spojrzeniu, głosie widziałem, że robi coś wbrew sobie, że się ze mną męczy.

Tata pomagał mu ze ścisłymi przedmiotami. Tłumaczył "na swój sposób", Rafał nie mógł zrozumieć. Tata zresztą chciał, żeby syn uczył się w szkole, ale nie potrafił postawić się żonie.

Między innymi przez pandemię przybyło dzieci w edukacji domowej (Shutterstock.com)

"Nie interesowało mnie nic"

Z podstawówki Rafał pamięta chaos. – Nie wiedziałem, co będzie się działo następnego dnia. Rodzice często się sprzeczali i nigdy się później nie godzili. Wszystko było zamiatane pod dywan. Napięcie przez kilka następnych dni, później znowu ostra wymiana zdań z byle powodu.

Podejrzewał, że to może on robi coś nie tak, ale bał się spytać. Ślęcząc nad podręcznikiem, zastanawiał się, co powinien z tym zrobić. Kiedy siedział cicho, było źle. Kiedy próbował coś powiedzieć, tylko pogarszał sytuację. Gdy zbliżał się czas gimnazjum, powiedział mamie, że chciałby pójść do szkoły. Za każdym razem, kiedy o tym wspominał, mówiła, że to bardzo zły pomysł, i patrzyła na niego krzywo przez kilka dni. Do szkoły go nie zapisała.

Po "szkole" sprzątał w domu, czasem szedł na zakupy do sklepu osiedlowego. Nie lubił dużych marketów, przeszkadzał mu hałas i tłum. Dużo czytał. Rówieśników widywał podczas zajęć muzycznych i sportowych. Poza wyjazdami do dziadków, które zawsze wiązały się z kłótniami przy stole, które później długo analizował, rzadko spotykał się z innymi ludźmi niż rodzice.

Cieszyło go tylko słuchanie muzyki. Kładł się na łóżku, zakładał słuchawki, czasem na godzinę, dwie. Lubił metal ze Szwecji albo Japonii, nie chciał rozumieć słów. Muzykę puszczał bardzo cicho, na cztery–pięć punktów głośności. Podobała mu się jej barwa, obniżone stroje gitar. Nie zapalał światła.

Powiedział, że chciałby iść do technikum gastronomicznego. Mama opowiadała wtedy o przemocy, alkoholu, dopalaczach, które pojawiały się w takich miejscach. - Mówiłem, że prędzej czy później trzeba się zetknąć z rzeczywistością, ale to były nieprzyjemne rozmowy. Nie chciałem, żeby się na mnie złościła, więc dawałem za wygraną.

Tata go nie poparł. Teoretycznie Rafał mógł celowo oblać egzaminy klasyfikacyjne, żeby wrócić do szkoły, ale nie przyszło mu do głowy, żeby zrobić coś wbrew woli mamy. – Poza tym musiałbym się nieźle postarać, żeby nie zdać. Kadra w mojej szkole wpisywała dość lekką ręką zaliczenia kolejnych etapów edukacji. Uczniowie miewali pecha, jeśli trafiali na nowego nauczyciela; ci ludzie nie znali jeszcze „luźnej atmosfery" i potrafili kilka razy z rzędu wpisać jednemu uczniowi dwójkę.

Miał raz taką sytuację, ale za trzecim razem został przepchnięty do następnej klasy. Zazwyczaj naprawdę miał opanowany materiał z podręczników. W liceum uczył się już po pięć–siedem godzin dziennie. Nie znosił tego. – Wkuwałem. Tylko taki sposób nauki znałem. Przez całą szkołę nie interesowało mnie nic, czego się uczę. Czas leciał mi przez palce.

Nie zazdrościł dzieciom ze szkoły, bo ich nie znał. Zastanawiał się, czy gdyby chodził do szkoły, to byłoby mu lepiej. Jego liceum organizowało spotkania dla uczniów edukacji domowej. Widział, że dla innych ta forma nauki to sposób na życie, że się tym cieszą. Nie mógł znaleźć z nimi wspólnego języka.

'Cztery godziny dziennie wystarczały, żeby 'przerobić' materiał'. Zdjęcie ilustracyjne (Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Wyborcza.pl)

Beztroska

Studia go zdziwiły. Okazało się, że nauka dobrze mu idzie, a przedmioty ścisłe nie są trudne, kiedy nie tłumaczy ich tata. Koledzy zaczęli się do niego zgłaszać, żeby objaśniał im trudniejsze zadania. Został starostą grupy. Ale: – Mam poczucie, że rozjeżdżamy się na poziomie wartości. Nie mamy tych samych podstaw. Jestem osobą wierzącą. Kieruję się dekalogiem.

Koledzy chodzą na imprezy, ściągają na egzaminach, odpisują prace domowe, uprawiają seks. A Rafał nie chce brać w tym udziału. Ma poczucie, że powinien dać wyraz temu, że się na to nie zgadza, że uważa to za niemoralne. Mimo to siedzi cicho. – Nie potrafię się z nimi skonfrontować. Zostali inaczej wychowani, nie mogę mieć do nich pretensji. 

Czyta książki teologiczne i pisma ojców Kościoła, ale nie ma z kim o tym porozmawiać.

Co mu dała edukacja domowa? Miał dużo czasu na czytanie książek. Czego pozbawiła? – Może beztroski typowej dla dzieci. I myślę, że nie miałem okazji nauczyć się konfrontacji z innymi ludźmi. 

Dr Marta Majorczyk, pedagożka z poradni przy SWPS, doradczyni rodzinna:

Edukacja domowa często jest dobrym rozwiązaniem dla dzieci, które ze względu np. na zakłócenia integracji sensorycznej nie mogą się zaadaptować do szkoły. Na pewno mogą na niej skorzystać dzieci szczególnie uzdolnione, które mogą rozwinąć swój potencjał. Dużą zaletą indywidualizacji nauczania jest możliwość uwzględnienia naturalnych zasobów konkretnego dziecka, podążania za nim.

Zagrożenie polega na tym, że dziecku może brakować kontaktów z rówieśnikami. Każdy ma inne potrzeby w tym zakresie. Szkoła jest miniaturą społeczeństwa. Może być przytłaczająca, ale daje przestrzeń do rozwoju społecznego. W edukacji domowej rodzice mają możliwość zapewnienia dziecku wystarczającej liczby kontaktów społecznych. Wiele zależy od tego, czy to zrobią.

Antek. Przeszedł na edukację domową po drugiej klasie podstawówki

– Na początku gimnazjum przeszło mi przez głowę, że rodzice trochę za bardzo stawali po stronie edukacji domowej, a za mało po mojej.

Mieszkali na wsi. Antka i jego brata przepisali na edukację domową w tym samym roku. Czas podstawówki pamięta jako bardzo szczęśliwy. Nauka zajmowała mu godzinę, dwie dziennie, materiału było mało. Zaczynali rok szkolny ze starszym o dwa lata bratem w połowie września, wszystkie egzaminy mieli zaliczone w kwietniu. Wolny czas spędzali razem. W okolicy nie mieszkali rówieśnicy, ale w wiosce były dzieci w podobnym wieku, razem z bratem zaprzyjaźnili się z chłopakiem, który mieszkał kawałek od nich. Rodzice regularnie zabierali ich na wyjazdy do znajomych, którzy mieli swoje dzieci, i na spotkania wspólnoty neokatechumenalnej. Wtedy to mu wystarczało.

– Myślę, że moja rodzina uchodziła za dziwną, bo dzieci nie chodzą do szkoły – przyznaje Antek. Gdy rozpoczęli treningi piłki nożnej, nie czuł, że odstają od rówieśników ze szkoły, chociaż nie byli na bieżąco z filmikami na YouTubie. Później jednak dzieciaki zaczęły im dokuczać i zrezygnowali z zajęć. Kiedy Antek szedł do gimnazjum, brat zaczynał liceum. Jego szkoła, nastawiona na edukację domową, organizowała co tydzień spotkania dla licealistów w Krakowie, więc co tydzień wyjeżdżał. Antek czuł, że został sam. – Miałem taką zabawę, że robiłem z okna zdjęcia przechodzącym ulicą ludziom i przejeżdżającym samochodom. Gimnazjum kojarzy mi się z tym, że siedzę w pokoju, długo czekam, aż ktoś przejdzie. A za oknem jest pusto.

Zobacz wideo Porzucone, odebrane rodzicom. Maluchy czekają na miłość

Niedosyt

Wszystko zmieniło liceum. Nauki było więcej, ale przede wszystkim sam mógł jeździć na spotkania swojej "klasy" jak wcześniej jego brat. Po kilku zjazdach był bardzo zadowolony z siebie. Udało mu się nawiązać relację z każdą z kilkunastu osób z grupy, po kilku miesiącach zaczął się spotykać z poznaną tam dziewczyną. – Pierwszy raz, odkąd zostawiłem szkołę, czułem się częścią jakiejś grupy. Miałem poczucie stałości. Relacje, których mogę być pewien.

Kiedy o tym teraz myśli, widzi, że przez całe dorastanie tęsknił za towarzystwem ludzi. Uważa, że ten niedosyt wykształcił w nim otwartość na innych: kiedy tylko kogoś poznawał, miał ochotę dłużej porozmawiać, nawiązać znajomość. Jeździł do oddalonych od swojej wioski o 40 km Kielc na zajęcia teatralne z grupą licealistów. Czuł, że nie są tak otwarci na nowe znajomości jak on. Wydawało mu się to dziwne.

Teraz jest na drugim roku studiów kulturoznawczych, ma pracę na pół etatu, obsługuje sklep internetowy. Nie bardzo to lubi, ale nie ma problemu, żeby się dopasować. Czasu ma za to coraz mniej. – Zaczynam zauważać, że już tak nie gonię za ludźmi jak wcześniej, bo w końcu jestem otoczony przyjaciółmi. Czasami jeszcze odzywa się ten dawny niedosyt: mam wrażenie, że ciągle bardziej zabiegam o relacje z innymi niż rówieśnicy po liceum. Lubię tę swoją cechę, chciałbym, żeby tak zostało.

*Na prośbę rozmówcy imię zmienione.

Jan Rybicki. Laureat pierwszej edycji programu Polska Stories. Obecnie współpracuje z redakcją Weekend.gazeta.pl. Wcześniej publikował swoje reportaże m.in. w "Dużym Formacie" i "Tygodniku Powszechnym". Lubi słuchać, jak ludzie mówią.