Rodzina
Coraz więcej polskich rodzin decyduje się przejść na edukację domową (fot: Shutterstock.com)
Coraz więcej polskich rodzin decyduje się przejść na edukację domową (fot: Shutterstock.com)

- Rok temu, gdy wspomniałam, że myślę o przejściu z 11-letnią córką na edukację domową - ja i mąż mamy wolne zawody, więc było to możliwe - inni rodzice byli gotowi wzywać opiekę społeczną. Ich zdaniem, robiąc to, skrzywdziłabym dziecko. Mój mąż też był przeciwny, twierdził, że zamknę córkę przed światem. Mówił: "Też nie lubiłem szkoły, ale jakoś przeżyłem. Każdy musi przejść swoją drogę krzyżową" - opowiada Anna. Bliscy Anny zmienili zdanie, gdy zobaczyli, jak pozytywnie wpłynął na córkę okres nauki w domu podczas lockdownu. - Wyciszyła się, stała się bardziej pogodna. To typ artystki, indywidualistki, która najbardziej angażowała się w zajęcia dodatkowe - z teatru, plastyki. Lubiła swoją klasę, koleżanki, nawet nauczycieli, ale zawsze podkreślała, jak bardzo lekcje ją nudzą, że na nich przysypia, a z kolei na trudniejszych dla niej przedmiotach, jak matematyce, nie nadąża ze zrozumieniem wszystkiego, bo pani zbyt szybko leci z materiałem. W domu, gdy uczyła się sama lub z nami, we własnym tempie, okazało się, że wszystko doskonale rozumie - stwierdza Anna.

Główną motywacją Karoliny do przejścia na edukację domową ze swoim dziewięcioletnim synem było zdrowie całej rodziny. - Pandemia wywróciła moje życie do góry nogami. Jestem samotną matką. Mój syn jest astmatykiem, mama również, mój ojciec, którym zajmuję się na co dzień - pacjentem onkologicznym. Gdyby mój syn wrócił do domu z COVID-em, mogłoby się to dla nas skończyć tragicznie. Nie miałam innego wyjścia - musiałam przejść na edukację domową. Syn nie był na początku zachwycony tym pomysłem, ale zrozumiał, jaka jest sytuacja - opowiada.

Wielu rodziców zdecydowało się zabrać dzieci ze szkoły tradycyjnej i przejść na edukację domową ze względu na sytuację epidemiologiczną (fot: Roman Bosiacki/Agencja Gazeta)

Tomasz wraz z żoną i siedmioletnim synem zdecydowali się na edukację domową trzy tygodnie po rozpoczęciu roku szkolnego. - Pierwszy powód - cyrk z maseczkami. Mój syn miewa rano lekki katar. W szkole musiał przez cały dzień, nie tylko podczas lekcji, ale również na przerwach, siedzieć w maseczce. To był dla niego koszmar. Drugi powód - absurdalne obostrzenia. Syn idzie do pierwszej klasy, czuje się nieswojo, a żona nie może z nim wejść do szatni, żeby pomóc mu się przebrać, bo jest zakaz. Musi poradzić sobie sam. Zakazano szkołom wychodzenia z dziećmi na dwór, żadnych wycieczek, spacerów. Szkoła zaczyna przypominać więzienie. Trzeci powód - sposób nauczania rodem z PRL-u, przedmiotowe podejście zarówno do dzieci, jak i rodziców. Po dwóch tygodniach, gdy nasz syn błagał nas o to, żebyśmy nie kazali mu iść do szkoły, uznaliśmy, że najlepszym wyjściem będzie edukacja domowa - opowiada. Zarówno Tomasz, jak i jego żona są tłumaczami, pracują z domu. Tomasz dodatkowo ma wykształcenie pedagogiczne. - Uznaliśmy, że mamy idealne warunki, żeby przejść na edukację domową - mówi.

Ola wraz z mężem i 11-letnią córką zdecydowali się na edukację domową w momencie, w którym wybuchła pandemia. - Planowaliśmy przejście już wcześniej. W marcu wypisaliśmy córkę z edukacji tradycyjnej, ale w czasie pandemii nie mogliśmy uzyskać opinii z poradni psychologiczno-pedagogicznej - wtedy była jeszcze wymagana. Wszystko robiliśmy na wariata - opowiada. Główną motywacją Oli i jej męża, by zmienić system nauki córce, był jej pogarszający się stan psychiczny. - W zeszłym roku, po przeprowadzce, zmieniliśmy córce szkołę z prywatnej na publiczną. Zaczynała czwartą klasę. Zauważyłam, że z miesiąca na miesiąc gaśnie, zapada się w sobie, zatraciła też swoją naturalną ciekawość świata - mówi Ola. Zaczęła się zastanawiać, dlaczego tak się stało. Zdała sobie sprawę, że to nie wina córki ani nauczycieli, ale systemu. - Pamiętam, jak na jednej z wywiadówek pani od polskiego starszej córki skarżyła się, że jak omawiała "Pana Tadeusza", to dzieci znudzone wpatrywały się w okno. I pouczała rodziców, żeby coś z dziećmi zrobili, bo tak nie może być. Ona nawet nie pomyśli, że może problemem nie są dzieci, ale sposób, w jaki prowadzi lekcje. Jednocześnie gdy pojawia się w szkole nauczyciel, który chce uczyć inaczej, ciekawiej, za chwilę zjawiają się rodzice, którzy go krytykują, bo oni wolą, jak jest tradycyjnie, ważne są oceny i koniec. Z naszego doświadczenia wynika, że jest tak zarówno w szkole prywatnej, jak i publicznej. A ja chciałabym, żeby moje dziecko uczyło się kreatywności, wychodzenia poza schemat, elastyczności, a nie wkuwało formułki na pamięć. Gdy szukam pracowników do swojego start- upu, to nie zwracam uwagi na to, czy ktoś potrafi wyrecytować "Inwokację" z pamięci, ale czy jest rzutki, kreatywny, potrafi dostosować się do zmieniającej się sytuacji, bo jedyne, co jest pewne w tych czasach, to zmiana - przekonuje Ola.

W wielu szkołach nie ma możliwości nauki zdalnej, rodzice dzieci chorych decydują się w tym roku przejść na edukację domową (fot: Sławomir Kamiński/ Agencja Gazeta)

Izabela, mama siedmio- i 11-latka: - Już wcześniej myślałam o edukacji domowej dla moich dzieci, w czasie pandemii utwierdziłam się w przekonaniu, że to dobre rozwiązanie dla mojego syna. Szkoła nie radzi sobie z trudnymi sytuacjami. Gdy mój starszy syn został pobity w szkole przez jednego chłopca, wychowawczyni nic w tej sprawie nie zrobiła. Chłopiec regularnie go atakował, więc w końcu zapisałam syna na judo. Powiedziałam mu: kiedyś mówiłam ci, że nie wolno się bić, zmieniam zdanie: nie wolno wszczynać bójek, ale jeżeli zostajesz zaatakowany, masz prawo się bronić. Po kilku tygodniach treningu syn potrafił obezwładnić swojego oprawcę. Kolejny problem - smartfony. Nie chciałam kupować synowi smartfona, dostał zwykły telefon do dzwonienia. Ale okazało się, że wszystkie dzieci w szkole mają, więc mój syn stał się obiektem drwin. Gdy poszłam w tej sprawie do wychowawczyni, uznała, że to nasz problem i radzi mi, żebym kupiła synowi smartfon.

Cały czas rekrutujemy

Zainteresowanie przejściem na edukację domową jest w tym roku ogromne i dotyczy nie tylko rodzin, które preferują taki model edukacji i taki styl życia, ale również tych, które nigdy wcześniej się edukacją domową nie interesowały, mają o niej niewielką wiedzę.

Na edukację domową można przejść w każdej chwili, wystarczy otrzymać zgodę od dyrektora szkoły, do której dziecko do tej pory uczęszczało. W czasie pandemii rząd zawiesił obowiązek posiadania opinii psychologiczno-pedagogicznej. Wielu rodziców, przechodząc na edukację domową, decyduje się jednak na przepisanie dziecka do jednej ze szkół przyjaznych edukacji domowej. Nauczyciele w takiej szkole rozumieją specyfikę nauczania domowego, znają przepisy regulujące edukację domową, nie stawiają uczniom i rodzicom wymagań, które nie wynikają wprost z ustawy oświatowej, mają wypracowane metody współpracy z rodzinami edukującymi dzieci w domu, bardzo często przygotowują też specjalną ofertę edukacyjną dla takich dzieci.

Edukacja domowa przez pandemię wyszła z niszy - przekonują dyrektorzy szkół przyjaznych tej formie nauczania. Jak szacuje dyrektor niepublicznych Szkół Benedykta Krzysztof Kacuga, w porównaniu z ubiegłym rokiem liczba dzieci w edukacji domowej wzrosła o 29 procent. Marta Poruszek, koordynatorka edukacji domowej prywatnej Szkoły Podstawowej z Oddziałami Dwujęzycznymi nr 20 im. Jana Gutenberga Fundacji Szkolnej w Warszawie, przekonuje, że w sierpniu odbierała kilkanaście telefonów dziennie od rodziców dopytujących się o edukację domową. Mimo że rok szkolny się już zaczął, zainteresowanie nie ustaje. - Cały czas prowadzimy rekrutację. Nie bez znaczenia jest to, że rząd w czasie pandemii zawiesił obowiązek posiadania opinii z poradni psychologiczno-pedagogicznej. Rodzice mają jednak przede wszystkim dość tego zamieszania, które obecnie jest w szkole, chcą z tego uciec. Zbierają informacje, jak wygląda nauka w edukacji domowej, po dwóch, trzech dniach oddzwaniają, że w to wchodzą. Zdarza się, że inicjatywa pojawia się ze strony samych dzieci, przede wszystkim licealistów, którzy w ciągu ostatnich kilku miesięcy docenili walory samodzielnej nauki i namawiają rodziców na przejście na ten system - mówi.

Trend potwierdza również Artur Abramowicz, dyrektor tzw. Moracza, Szkoły im. Zofii i Jędrzeja Moraczewskich, jednej z najstarszych szkół wspierających edukację domową w Polsce. - W ubiegłym roku mieliśmy ok. 1400 uczniów w edukacji domowej, w tym jest już prawie dwa tysiące - mówi. Jego zdaniem niepewność co do tego, jak będzie wyglądała edukacja w szkole w nadchodzącym roku, jest jednym z najważniejszych powodów, dla których rodzice decydują się zabrać dziecko z tradycyjnego systemu. - Rodzice ci stwierdzili, że ich szkoły nie poradziły sobie za dobrze z edukacją w czasie lockdownu i gros pracy była po ich stronie. Część z nich ta sytuacja przerosła, ale wielu zobaczyło, że świetnie samodzielnie dają sobie radę - przekonuje.

Kacuga mu wtóruje: - Wśród rodziców pokutował mit, że aby prowadzić edukację domową, trzeba być nauczycielem. Pandemia sprawiła, że ten mit upadł. Gdy rodzice dowiadują się też, że mogą otrzymać wsparcie szkoły w postaci materiałów, konsultacji, i w każdym momencie, jeśli uznają, że to jednak nie dla nich, mogą wrócić do edukacji tradycyjnej, upewniają się w tym, że warto spróbować - mówi. Kacuga wymienia również inne powody, dla których część rodziców zdecydowała się zabrać dziecko ze szkoły: - Przede wszystkim zdrowie - niska odporność, choroby dziecka. Wielu rodziców zauważyło też, że okres lockdownu bardzo poprawił stan psychiczny ich dzieci. - Dzieci wrażliwe, o słabszej odporności na stres, nieradzące sobie z ocenianiem czy nieakceptowane w grupie rówieśniczej często w szkole bardzo cierpią. Zdarzało się, że trafiały do nas dzieci po próbach samobójczych i w edukacji domowej odzyskiwały chęć do życia, do nauki - opowiada Kacuga.

Wśród rodziców pokutował mit, że aby prowadzić edukację domową, trzeba być nauczycielem. Pandemia sprawiła, że ten mit upadł (fot: Shutterstock.com)

Marta Poruszek potwierdza: - Dla dzieci, które już przed pandemią przeżywały lekką fobię szkolną, przymus powrotu do szkoły po okresie lockdownu był ogromnym wyzwaniem. Część rodziców zauważyła, że na ich dzieci źle działa to, że muszą dostosowywać się do nowych reguł poruszania się po szkole i chodzić w maseczkach, że ktoś sprawdza im temperaturę. Jeżeli jakieś dziecko już wcześniej miało niepokoje związane ze szkołą, okres pandemii je wzmocnił. To przekonało część rodziców, którzy rozważali edukację domową, żeby ostatecznie przejść na ten tryb nauki.

Reorganizacja życia

To, co powstrzymywało wcześniej Olę przed przejściem na edukację domową to brak czasu. - Zarówno ja, jak i mój mąż bardzo dużo pracujemy. Udało nam się jednak znaleźć półśrodek. Córka jest w Wolnej Szkole Demokratycznej Bullerbyn, która łączy edukację domową z byciem w grupie. Córka trzy dni w tygodniu spędza na wsi z innymi dzieciakami w przyjaznym otoczeniu, ma kontakt z naturą, na czym bardzo nam zależało, dwa dni jest w szkole, gdzie uczestniczy w "wybuchowych" zajęciach z chemii, grach matematycznych czy warsztatach z ceramiki - mówi. Jednocześnie Ola zdaje sobie sprawę z tego, że to na nią i jej męża spadnie obowiązek przekazania wiedzy, która pozwoli jej zdać egzaminy.

Dla Karoliny przejście na edukację domową oraz przymus opieki nad rodzicami wiązały się z całkowitą rezygnacją z życia zawodowego. - Jestem nauczycielką. Musiałam wziąć urlop roczny w pracy. Jeżeli sytuacja epidemiologiczna się zmieni, biorę pod uwagę powrót do tradycyjnego systemu nauczania syna - opowiada.

Izabela i jej mąż pracują nawet po kilkanaście godzin dziennie. - Przed pandemią przejście na edukację domową nie wydawało się możliwe, bo oboje jeździliśmy do biura. W czasie lockdownu zarówno ja, jak i mąż zaczęliśmy pracować zdalnie. Ja na razie do biura wracać nie muszę, mąż tylko w jednej pracy musi być stacjonarnie, bo jest na dwóch niepełnych etatach - opowiada. Małżeństwo liczy się z tym, że może kiedyś będą musieli wrócić całkiem do pracy w biurze. - Wtedy będziemy myśleć, co zrobić, ale dalecy jesteśmy do powrotu do tradycyjnej edukacji. Przed pandemią w domu spotykaliśmy się najwcześniej o 19, czasem nawet o 21. W tej chwili spędzamy więcej czasu razem, dzieci mają w ciągu dnia kilka zajęć online - matematykę, angielski, programowanie, elektronikę oraz czas na samodzielną zabawę, po południu siadamy do zagadnień z podstawy programowej - młodszy ze mną, starszy samodzielnie. Starszy to typ sowy, więc zdecydowanie efektywniej uczy się wieczorami. Wytłumaczenie czegoś jednemu dziecku zajmuje też mniej czasu niż całej klasie, więc nad podstawą programową dzieci spędzają maksymalnie dwie godziny dziennie - przekonuje Izabela.

Na początku Izabela obawiała się, czy jej synowie nie stracą kontaktu z rówieśnikami. - Na szczęście tak się nie stało. W dalszym ciągu spotykają się z kolegami z dawnej klasy, gdy oni skończą lekcje. Starszy syn mówi, że w szkole i tak nie było czasu na zabawę czy rozmowy, bo przerwy były zbyt krótkie. Kontynuuje treningi judo i harcerstwo. Młodszy poznał nowych kolegów na treningach judo i zajęciach w Domu Kultury. Zaczęliśmy też organizować spotkania dla rodziców z dziećmi z edukacji domowej, które interesują się ASG [broń na kulki - przyp. Red.]. Dzięki temu synowie spędzają czas z osobami, z którymi łączy ich wspólna pasja - opowiada Izabela.

Nieszczęsne egzaminy?

Większość rodziców, która dopiero zaczyna przygodę z edukacją domową, obawia się tego samego - czy sposób, w jaki będą przekazywać dziecku wiedzę, będzie efektywny i sprawi, że zda ono testy. - Rodzice stresują się egzaminami aż do pierwszego egzaminu. Szybko zdają sobie sprawę, że przerobienie podstawy programowej nie tylko nie jest trudne, ale najczęściej zajmuje o wiele mniej czasu niż w szkole - mówi Krzysztof Kacuga. To, co zajmuje więcej czasu, to odnalezienie się w nowej sytuacji. - Rodzice muszą zdać sobie sprawę z tego, że przejmują pełną odpowiedzialność za wychowanie i edukację dziecka, i nauczyć się, kiedy powinni dać dziecku przestrzeń na swobodną zabawę, a kiedy je zdyscyplinować. Dzisiaj źródeł, z których można czerpać wiedzę, jest mnóstwo, sposobów na to, jak pokazywać dziecku świat - również. Wystarczy z tego szwedzkiego stołu coś wybrać. Ale nie jest to wcale takie proste - mówi Kacuga.

Jak podkreśla, warto, aby dzieci realizowały edukację domową w jednej ze szkół przyjaznych edukacji domowej. - Tam nauczycielom nie zależy na tym, żeby udowodnić, że dziecko czegoś nie wie, ale właśnie, że coś wie. Egzaminy odbywają się w życzliwej atmosferze, w przypadku dzieci wyjątkowo wrażliwych nawet nie nazywamy ich egzaminami, ale spotkaniami. Żeby nie kojarzyły się dzieciom z ocenianiem, krytyką - tłumaczy Kacuga.

'Dla dzieci, które już przed pandemią przeżywały lekką fobię szkolną, przymus powrotu do szkoły po okresie lockdownu był ogromnym wyzwaniem' (fot: Tomasz Stańczak/ Agencja Gazeta)

Jak podkreśla Sylwia Włodarczyk, dyrektorka Szkoły Podstawowej z Oddziałami Dwujęzycznymi nr 20 im. Jana Gutenberga Fundacji Szkolnej w Warszawie, słowo "przyjazna" nie pojawia się przez przypadek i odwołuje się nie tylko do tego, w jaki sposób przeprowadzane są egzaminy. - Chodzi również o indywidualne podejście. Jeżeli rodzice nas o to poproszą, jesteśmy w stanie pójść im na rękę i zorganizować egzamin dla dziecka wcześniej niż pod koniec semestru albo roku. Często jest tak, że dziecko przerobiło materiał z danego przedmiotu szybciej i chciałoby zamknąć pewien etap i uczyć się dalej czegoś innego albo skupić się na swoich pasjach. W naszej ofercie mamy również ponad 70 zajęć dodatkowych, w których również mogą uczestniczyć dzieci w edukacji domowej, zapewniamy też konsultacje psychologiczne - opowiada.

Krzysztof Kacuga jest propagatorem edukacji domowej, jednocześnie przestrzega rodziców przed podejmowaniem pochopnych decyzji. - Jeżeli mamy w domu samotnika albo indywidualistę, który musi mieć odpowiednie warunki do nauki, edukacja domowa będzie prawdopodobnie najlepszą opcją. Skrzywdzilibyśmy jednak dziecko w typie duszy towarzystwa, które w dodatku nie ma problemów w nauce, zabierając je ze szkoły. Pamiętam mamę, która zrezygnowała z edukacji domowej, bo jej syn nie potrafił uczyć się bez przysłowiowego "bata nad głową", trudno jej było zmotywować go do nauki. Edukacja domowa jest fascynującą alternatywą dla szkoły systemowej, a w obecnej sytuacji epidemiologicznej w przypadku wielu rodzin - jedynym rozwiązaniem. Nie jest to jednak rozwiązanie dla każdego - przekonuje Kacuga.

Ewa Jankowska. Dziennikarka magazynu Weekend.Gazeta.pl, była redaktor naczelna serwisu Metrowarszawa.pl. Wcześniej pracowała w Wirtualnej Polsce w dziale Kultura, publikowała w serwisie Ksiazki.wp.pl, magazynie Vice.com. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu.