"W końcu chcę mieć normalny dom"
- Wiesz, najgorsze jest to, jak rodzice cię nie akceptują - mówi 21-letnia Magda. Do Warszawy przyjechała na początku 2023 roku. Najpierw pomieszkiwała u znajomej, potem na dworcach. - Wcześniej zwiedzałam Polskę - śmieje się. Była w Poznaniu i w Lublinie. Zatrzymywała się u koleżanek, wtedy kiedy mogły ją przenocować. Jak nie mogły, krążyła po mieście. - To jest tak, że na ulicy nie czuje się zmęczenia. Spanie na dworcach to w sumie nie było spanie. Siedziałam, żeby przetrwać noc. Bałam się zasnąć - tłumaczy. Drzemała w ciągu dnia, czasami kiedy spotykała się ze znajomymi. Wtedy czuła się bezpiecznie. Nie mogli przyjąć jej do domu, ale przynosili coś do jedzenia.
- Z jedzeniem to ciężki temat jest. Jeszcze w domu miałam zaburzenia odżywiania - mówi, ściszając głos. Magda pochodzi ze Śląska. W dniu dwudziestych urodzin wyprowadziła się z domu. - To nie była moja decyzja. Mama powiedziała mi, że mam się wynieść. Ma nowego partnera, ojca mojego młodszego brata. Mojej mamie nikt nie pokazał, że dwójkę dzieci można traktować jednakowo, byłam "odrzutkiem", ale nie jestem na nią zła. Tylko tęsknię, bardzo tęsknię. Imprezowałam, czasami piłam, zdarzyło się, że nie wróciłam na noc, ale pomagałam w domu. No i zrobiłam coming out, jestem biseksualna, a tego moja religijna rodzina raczej nie akceptuje - opowiada.
Od kilku lat Magda zmaga się z depresją. Diagnozę dostała w wieku 14 lat. Potem przyszła kolejna - choroba dwubiegunowa. Ma za sobą leczenie, kilka prób samobójczych i pobyt w szpitalu psychiatrycznym. Jeszcze kiedy mieszkała z mamą, brała silne leki antydepresyjne. Po jednej próbie zauważył ją przechodzień, wezwał karetkę. Kolejne kilka tygodni Magda spędziła w szpitalu psychiatrycznym. Potwierdzono wówczas diagnozę: depresja i dwubiegunowość. Z tą diagnozą i receptą na leki wyszła ze szpitala. Znowu bez planu i bez możliwości. - Nie mam warunków do leczenia chorób. Do tego trzeba mieć dom - mówi.
Teraz jest trochę lepiej. Trochę. Po wyjściu ze szpitala ktoś powiedział jej o fundacji pomagającej młodzieży w kryzysie bezdomności. Magda spędziła tam kilka miesięcy. Miała dach nad głową, znalazła pracę w sklepie. Ale potem pojawił się kolejny kryzys, utrata pracy i strach o to, gdzie będzie spać. Ma za sobą pobyt w schroniskach i noclegowniach. Nie chciała tam wracać, nie czuła się bezpiecznie. Na jedną noc musiała. Spędziła ją w noclegowni koedukacyjnej. Potem na jakiś czas przygarnęła ją jedna koleżanka, później kolejna. - Teraz mam pracę, jakoś sobie radzę, mieszkam z koleżanką. Czuję się lepiej, ale mam jedno niezmienne marzenie - w końcu chcę mieć normalny dom - mówi.
Poza światem
Wiktoria do siódmego roku życia mieszkała z mamą i jej partnerem.
- Nie powinno się pamiętać niektórych rzeczy, ale ja pamiętam wszystko ze szczegółami. Mój ojczym ćpał, pił i mnie napie*dalał praktycznie dzień w dzień. Handlował narkotykami. Mama mogła o mnie walczyć, a miała mnie w du*ie. Ważniejszy był dla niej alkohol. Nigdy jej tego nie zapomnę - mówi.
Potem razem z młodszym bratem trafiła do babci, ale jak zaznacza, tam też bywało różnie. - Zdarzało się, że mnie uderzyła. Potem nauczyłam się jej oddawać. Dwa razy trafiłam przez nią do domu dziecka. Pierwszym razem jak byłam w gimnazjum. Nie było mnie akurat w domu, zadzwonił mój brat, że przyjechała policja i panie z OPS-u i że mam wracać do domu. Wróciłam i usłyszałam, że mam 15 minut, żeby się spakować. Moją babcię zawinęli do ośrodka, po dwóch dniach wyszła i dopiero wtedy do niej dotarło, że nas nie ma. Poszła na terapię, my po jakimś czasie do niej wróciliśmy, ale po kilku latach sytuacja się powtórzyła - wspomina.
Wiktoria i jej brat po raz kolejny mieli trafić do domu dziecka. Uciekli. Brat do mamy, Wiktoria szukała noclegu po znajomych. - Te kilka dni byliśmy poza światem. Potem wróciliśmy do domu dziecka - opowiada.
Od razu po osiemnastych urodzinach Wiktoria z niego wyszła. Przeszkadzały jej zasady, kontrola i określona godzina powrotu. - Miałam jednak z tyłu głowy, że babcia - przez to, że przez nią trafiłam do domu dziecka - nie przyjmie mnie z powrotem. W końcu przyjęła, ale nie mogłam kontynuować szkoły, bo kazała mi iść do pracy - tłumaczy.
Wiktoria od 16. roku życia zmaga się z uzależnieniem od narkotyków. - Na jakimś melanżu spróbowałam i tak się zaczęło. Szybko wpadłam w ciąg. Jak działo się coś złego, to uciekałam w narkotyki. A jak działo się źle u babci, po prostu wychodziłam i albo wracałam, albo nie. Czasami, po kilku dniach babcia dzwoniła zapytać, czy żyję. A ja melanżowałam, nie spałam. Było naprawdę grubo. Brałam takie narkotyki, że nie spałam. Najdłużej 2,5 tygodnia - opowiada.
Od dziewięciu miesięcy Wiktoria nie bierze. Od babci po raz kolejny musiała uciec. Tym razem ze swoją dziewczyną. Wynajęły coś w dobrej cenie. - Miałam problem z utrzymaniem pracy. Pracowałam miesiąc, dwa i się zwalniałam. Nudziłam się, ale teraz o dziwo nawet się trzymam. Jakbym mogła cofnąć czas, to nie uciekałabym w narkotyki, bo ciężko było z tego wyjść. Ale mam też niekontrolowaną agresję. Nie jestem świadoma tego, co robię, potrafię uderzyć kogoś bliskiego. Dopiero po fakcie zdaję sobie sprawę z tego, co się stało. Ale chodzę na terapię, chcę się zmienić.
Tylko na siebie
- Wiem, jak działają schroniska dla osób bez domu i wiem, że zdarzają się tam niebezpieczne sytuacje. W tym życiu można liczyć tylko na siebie - mówi 19-letnia Vanessa. Na początku wakacji wyprowadziła się z domu rodzinnego.
- Po tym jak od osoby, która mnie wychowywała, usłyszałam, że się mnie wstydzi i nie chce mieć ze mną nic wspólnego, podjęłam decyzję, że nie mogę tak żyć i postanowiłam pozostawić stare życie za sobą - wyznaje.
Trzy miesiące spędziła u rodziny swojej przyjaciółki. - Uratowali mnie, jak nie miałam dachu nad głową. Jednak nadszedł czas na wyprowadzkę - wspomina. Vanessa założyła wówczas internetową zbiórkę, w opisie której zaznaczyła, że chce wynająć mieszkanie. Miejsce, w którym będzie czuła się bezpiecznie. - Do czasu, aż nie zarobię pieniędzy mieszkam w domu rodzinnym innej koleżanki. Pracuję, jest trudno, ale staram się nie dołować, skupiać na pozytywnych aspektach. Szukam drugiej, żeby lepiej zarabiać. Złożyłam wniosek o mieszkanie komunalne. Staram się nie skupiać na mojej sytuacji, ale przychodzą różne myśli. Zostałam bez niczego. Chciałabym mieć swoje miejsce, zaprosić do niego znajomych. A kiedyś piękny, duży rodzinny dom.
"Młode kobiety w kryzysie bezdomności mają najgorzej"
Ostatnie badanie liczby osób w kryzysie bezdomności, zlecone przez Ministerstwo Rodziny i Polityki Społecznej, zostało przeprowadzone w 2019 roku. Wynika z niego, że w kryzysie bezdomności pozostawało wtedy 4961 kobiet.
- Oficjalne statystyki nic nie pokazują. Przez jedną noc liczono tylko te osoby, które znajdują się w przestrzeni publicznej, noclegowniach i schroniskach. Tymczasem zgodnie z Europejską Typologią Bezdomności i Wykluczenia Mieszkaniowego ETHOS skala jest dużo większa - wyjaśnia Agnieszka Siekiera, prezeska Fundacji Zamieszkani.
Według wspomnianej typologii, bezdomność jest nie tylko brakiem legalnego miejsca zamieszkania, lecz także brakiem możliwości zachowania sfery życia prywatnego. - Mówimy także o przemocy w domu. Kobiety uciekając od swoich oprawców często nie mają pieniędzy i nie mają gdzie iść. Mierzą się natomiast z PTSD (zespół stresu pourazowego – red.). Są chwilę w schronisku, trochę u znajomych i wracają do oprawcy, bo myślą, że to ich dom. To często młode matki, które boją się, że sobie nie poradzą. Coraz częściej dzwonią do nas kobiety próbujące wyjść z bezdomności, które jeszcze są "domne". Mieszkają z partnerami i małymi dziećmi, ale są ofiarami przemocy. Albo są w hostelu, w którym dzieci nie dają sobie rady psychicznie, w efekcie nie mają gdzie się podziać. To także uchodźczynie w ośrodkach i schroniskach czy osoby, które pomieszkują u znajomych. Skala jest znacznie większa, niż pokazują to statystyki i niestety tendencje są wzrostowe - zauważa ekspertka. Szczególnie wśród młodych osób.
Ale ta bezdomność, jak mówi, jest inna, często niewidoczna. - Problem młodych ludzi trafiających na ulicę jest ogromny. Powodem jest orientacja seksualna, przemoc w domu, brak akceptacji ze strony rodziców. Czasami przyczyną jest uzależnienie, kiedy opiekunowie stawiają ultimatum. To wszystkie te niezaopiekowane problemy. Najpierw młodzi starają się nocować po znajomych, wyjadą na chwilę za granicę, prześpią się w altance. Trudniej to robić samotnym młodym matkom. W ogóle młode kobiety w kryzysie bezdomności maja najgorzej - zaznacza Agnieszka Siekiera.
Bo są najbardziej narażone na przemoc seksualną. - Usłyszałam kiedyś – opowiada ekspertka - na ulicę staramy się nie ubierać ładnie, bo każda próba zadbania o siebie grozi gwałtem. Siekiera zwraca uwagę, że jako kobiety często planujemy dzień pod kątem bezpieczeństwa. - Wracając w nocy, oglądamy się, czy na pewno ktoś za nami nie idzie, a młode kobiety w kryzysie bezdomności narażone są najbardziej, bo cały czas przebywają na celowniku. Nie jest kwestią czy, a raczej kiedy zostaną ofiarami przemocy seksualnej - tłumaczy Siekiera.
Dlatego tak długo, jak tylko mogą, starają się unikać spędzania nocy na ulicy. Z tym jednak nie jest tak łatwo, bo schronisk dla kobiet jest mało. Dominują koedukacyjne albo tylko dla mężczyzn. Mało która kobieta chce z nich korzystać, bo się boją. - Nie jest tajemnicą, że często w schroniskach i noclegowniach zdarza się przemoc – wyjaśnia Agnieszka Siekiera.- Żeby unikać przemocy wynikającej z bezdomności, zdarza się, że kobiety, będąc na ulicy, znajdują "opiekuna". Partnera, który ma je chronić. Wtedy nie są aż tak narażone na gwałty. Chociaż znamy przypadki, w których mężczyźni wysyłają je, żeby zarabiały, pracując seksualnie - wyjaśnia ekspertka.
Przemocowa konstelacja zdarzeń
Na przemoc jako element codzienności kobiet w kryzysie bezdomności zwraca uwagę także Dominika Bremer, streetworkerka ze Stowarzyszenia Pomocy i Interwencji Społecznej. - Jako Stowarzyszenie dostałyśmy grant, przeprowadziłyśmy badanie i po wielu rozmowach z kobietami w kryzysie bezdomności stworzyłyśmy raport "Usłyszeć ich głos". Jedna z bohaterek naszego badania opowiada o sponsoringu jako sposobie na przetrwanie. To praktyka polegająca na kupowaniu (najczęściej) alkoholu w zamian za bezpieczeństwo. Gorzej, jak nie ma na to pieniędzy, a też chciałaby zadbać o swoje potrzeby. Ale zdarzają się też przypadki innego rodzaju sponsoringu. Kobiety są zmuszane do pracy seksualnej. Gwałty i ciąże z tych gwałtów to temat na ulicy niestety także obecny.
Rozwiązania i metody wsparcia dla tych kobiet są mocno niedoskonałe, w zasadzie zupełnie niedostosowane do najtrudniejszych sytuacji – tłumaczy Bremer. I dodaje: Czegoś takiego jak bezpieczeństwo na ulicy nie ma. Kobiety, z którymi w ramach badania rozmawiałyśmy, mają trudność w definiowaniu poczucia bezpieczeństwa rozumianego jako brak zagrożenia i ryzyka w kontekście zdrowia i życia. Jedna z nich powiedziała, że bezpieczeństwo to nienoszenie broni przy sobie. Poruszająca jest ta myśl, ale jest w tym też informacja, że sama musiała tak robić - zauważa Dominika Bremer.
Przemoc na ulicy jest bardzo niejednoznaczna. Kobiety doświadczają jej często, w różnych sytuacjach i na różnych poziomach. - Czasami są też sprawczyniami przemocy, bo muszą się obronić. Warto się nad tym zastanowić, ale bez oceniania - zaznacza streetworkerka.
"Na ulicy" w parze z przemocą idzie nieufność - do instytucji, służb i przede wszystkim innych osób. - Bardzo ważnym i trudnym do zaopiekowania obszarem jest ubóstwo relacyjne. Poczucie wartości jest gwarantowane często przez relacje. Jeżeli zadbamy o siebie, łatwiej będzie nam dbać o innych. Tymczasem kobiety bardzo często widzą siebie w perspektywie stygmatów i stereotypów, które na temat osób w kryzysie bezdomności funkcjonują – wyjaśnia szefowa Fundacji Zamieszkani.
Wpływ na to ma wiele czynników. Kluczowym i najbardziej determinującym jest dom. To tam, jak wyjaśnia Dominika Bremer, zaczyna się bezdomność. - Od kilku lat pracuję z osobami w kryzysie bezdomności. Nie poznałam nikogo, kto powiedziałaby, że w domu miał wsparcie, zaopiekowanie i miłość. Kryzys bezdomności zaczyna się w dzieciństwie. To deficyty, problemy z budowaniem relacji, brak umiejętności, które warunkują przetrwanie w świecie. Na ulicy jest bardzo wiele osób w kryzysach psychicznych. Brak domu jest konsekwencją, ostatnim etapem problemu.
Rozwiązanie systemowe
Im dłużej młode kobiety pozostają w kryzysie bezdomności, tym trudniej jest im pomóc. - Kobiety, które spotykamy w przestrzeni publicznej, są często po tak trudnych doświadczeniach przemocy, że mają problemy z pamięcią, z kojarzeniem. Jeżeli nie korzystają z wsparcia, ich stan się pogarsza. Uzależnienia bardzo często zaczynają się na ulicy. Jako usypiacz, żeby przetrwać. Zdarza się też, że kobiety odmawiają pomocy, bo do tego stopnia nie ufają instytucjom i ludziom, że obawiają się wykorzystania i – w konsekwencji – powrotu na ulicę z niczym. Ich nieufność jest znacznie większa niż u mężczyzn - mówi Agnieszka Siekiera.
Ekspertka zwraca uwagę, że potrzebne są rozwiązanie systemowe i działania "na cito", które pozwoliłyby zmniejszyć i tak duży już problem. - Do czasu naszej rozmowy nie ogłoszono programu Pokonać Bezdomności 2024. Mam nadzieję, że nowa ministra rodziny, pracy i polityki społecznej zajmie się tym tematem. Jeżeli spróbuje się wyeliminować chroniczną bezdomność I nie będzie trzeba wyszukiwać tych osób z przestrzeni publicznej, to cały proces wspierania będzie znacznie prostszy. W tej chwili np. dzieci z domu dziecka po osiągnięciu pełnoletniości często lądują na ulicy. Młoda dziewczyna zostaje sama, bez wsparcia, bez domu – zauważa Siekiera.
Jako inspirację do zmian ekspertka podpowiada system, który świetnie sprawdził się w Finlandii. To jedyny kraj w Europie, w którym spada skala bezdomności. - Funkcjonowanie w bezdomności to ciągła niepewność. Rozwiązanie systemowe to praca metodą housing first, jaką wykorzystujemy w Fundacji Zamieszkanie. Zasada: mieszkanie przede wszystkim i najpierw. Dopiero potem, w bezpiecznym miejscu, praca nad wychodzeniem z kryzysu pod opieką interdyscyplinarnego zespołu. Nie w schronisku czy noclegowni. W mieszkaniu. Dobrze byłoby również zmienić system badań i dyskursu na temat bezdomności. Często postrzegamy ją przez pryzmat mężczyzn. Dużo badań pokazuje właśnie męską perspektywę. Lekceważenie perspektywy płci oznacza lekceważenie potrzeb. To powinno ulec zmianie – przekonuje Agnieszka Siekiera.
Podobnie jak system informowania o możliwościach wyjścia z kryzysu. - Jedna z bohaterek naszego raportu, młoda kobieta, pytana o potrzeby powiedziała, że chciałaby stanąć na nogi. Ale nie wiedziała, w jaki sposób. Nie wiedziała do jakich miejsc może się zgłosić. Brakuje informowania o rzetelnych narzędziach wychodzenia z kryzysu. Kobiety nie wiedzą, gdzie szukać pomocy, kiedy zdarzy się, że zostaną ofiarami przemocy. Powinny to wiedzieć. Chciałabym też, żeby fakt, że osoba rezygnuje z pomocy, nie uniemożliwiał jej powrotu do systemu pomocowego. Zdarzają się przecież różne rzeczy, każdy zasługuje na szansę.
Jak pomóc?
- Przede wszystkim, zauważyć. Spotykając osobę w kryzysie bezdomności, kieruj ją do instytucji pomocowych, albo zadzwoń na numer alarmowy (19115).
- Podzielić się. Praktycznie w każdym mieście działają jadłodzielnie i miejsca, do których można przynieść ubrania, koce, obuwie, meble. Ważne, żeby były w dobrym stanie. W Warszawie można skontaktować się z Dzielnią.bl Fundacji Zamieszkani.
- Wesprzeć fundacje i organizacje pomagające osobom w kryzysie bezdomności. Na przykład Fundację Zamieszkani https://zamieszkani.org.pl/wesprzyj-nas/
Fundacja Zamieszkani
Pracuje metodą housing first, na rzecz osób w kryzysie bezdomności i doświadczeniem zaburzeń psychicznych i (lub) uzależnienia. Prowadzi dzielnię.bl, centrum oferujące pomoc psychologiczną, terapeutyczną, prawną, socjalną, konsultacje medyczne, także wsparcie materialne i bezpieczne schronienia dla osób w kryzysie bezdomności, w tym również uciekających przed wojną.
* Raport "Usłyszeć ich głos. Doświadczenie przemocy, (nie)bezpieczeństwa i pomocy przez kobiety w kryzysie bezdomności w Warszawie" został zrealizowany przez pracownice Stowarzyszenia Pomocy i Interwencji Społecznej i sfinansowany ze środków miasta stołecznego Warszawy.


