Reportaż
To był pierwszy przeszczep krzyżowy w Polsce, 2015 rok. Przemek i Ala (oboje na zdjęciu) byli jedną z par, która wzięła w nim udział. (Fot. Archiwum prywatne)
To był pierwszy przeszczep krzyżowy w Polsce, 2015 rok. Przemek i Ala (oboje na zdjęciu) byli jedną z par, która wzięła w nim udział. (Fot. Archiwum prywatne)

Łukasz – oddał nerkę bliźniakowi

Ta myśl się zrodziła po odrzucie pierwszego przeszczepu. Ale zaproponowałem to trzy lata później. Olkowi pękł wtedy krąg w kręgosłupie i leżał w szpitalu, prawie rok. Musiał się od nowa uczyć chodzić, miał zmienioną krzywiznę kręgosłupa. Był spuchnięty od wody, która się gromadziła w organizmie przez niewydolność nerek.

– Olek, jak jest potrzeba, to weź nerkę ode mnie, jest okej!

– Nie, ty masz swoje życie.

Zawsze, jak coś się pogorszyło, mówiłem: "Weź, weź". On: "Wykluczone, nie będę cię obciążać, czekam na przeszczep od zmarłego dawcy".

Miał dializy, brał leki na rozrzedzenie krwi i rana na plecach po operacji kręgosłupa nie chciała się zabliźnić. Widziałem, jak się męczy, próbuje się podnieść i nie może.

– Olek, musisz to zrobić teraz! Zobacz, co się dzieje z twoim organizmem, ty za chwilę będziesz wrakiem!

Nierozłączni

Do czwartej klasy mogliśmy się zamieniać miejscami na sprawdzianach, byliśmy tacy sami. Jesteśmy bliźniakami.

Olek od dziecka chorował. Kiedy miał kilka miesięcy, dostał penicylinę w szpitalu na zapalenie płuc. Okazało się, że jest uczulony, miał wstrząs anafilaktyczny. To mu zniszczyło nerki. Lekarze powiedzieli, że na razie jest okej, ale w przyszłości będzie potrzebny przeszczep. No i tak było: kiedy był nastolatkiem, miał dializy, później przeszczep i wydawało się, że będzie dobrze.

Nie pamiętam, żeby to w dzieciństwie bardzo wpływało na funkcjonowanie. Nierozłączni byliśmy. Razem się wstawało, jadło śniadanie, siedzieliśmy w tej samej ławce. A to się zerwaliśmy z zajęć, a to przeskoczyliśmy przez płot, bo był zakaz wstępu. W podstawówce nauczycielka nas rozsadziła, bo dokazywaliśmy i posadziła mnie z jakąś dziewczyną, brata z inną. Chodziłem struty trzy dni, poszedłem do mamy i rozkleiłem się na maksa: dla mnie to był koniec świata, że mam siedzieć z kimś innym, a nie z Olkiem!

Pamiętam, że podkochiwaliśmy się w tej samej dziewczynie. W końcu była z Olkiem. Dla mnie to nie był problem! Znalazłem sobie inną dziewczynę. Nie było rywalizacji między nami. Nigdy.

On był taki szybki: tu zrobimy coś, dawaj. A ja byłem trochę bardziej poukładany. W szkole coś zapisał, nie mógł się rozczytać: "Łukasz, daj zeszyt!".

'Miał dializy, brał leki na rozrzedzenie krwi i rana na plecach po operacji kręgosłupa nie chciała się zabliźnić'. Zdj. ilustracyjne (Fot. Jakub Włodek / Agencja Wyborcza.pl)

Studia wybraliśmy te same – informatykę. Ja nie czułem, że to są jego marzenia czy plany, on też nie czuł, że to jest moje. To było wspólne! W końcu on się nie dostał, poszedł na inny kierunek. Na drugim roku studiów odrzuciło mu nerkę.

Kładziemy się

Po kilku latach dializ Olkowi zaczęło siadać zdrowie. Nerka filtruje tylko to, co trzeba, a dializa czyści krew też z tego, co jest potrzebne organizmowi. Wylądował w szpitalu na rok, przez ten kręgosłup.

– Nie, jest w porządku, jeszcze trochę poleżę...

– Człowieku, pół roku leżysz!

– To jeszcze pół poleżę, takie wakacje…

Robił dobrą minę do złej gry. Zawsze taki był.

U mnie był ogromny żal. Skończyłem studia, założyłem swoją firmę. A on nic. Nie potrafiłem tego zrozumieć: czemu to jest takie niesprawiedliwe, że on się męczy, a ja normalnie żyję?

Przy siódmym roku dializ doszły ciągłe zatrzymania przetok – to jest chirurgiczne połączenie żyły z tętnicą, żeby można było przedializować krew. Kiedy przetoka się zatka, trzeba zrobić nową. Jest na ciele sześć miejsc, gdzie można zrobić przetoki i on miał już wykorzystanych pięć.

Miał też cewniki, czyli takie dojścia centralne do żył w obojczykach i udach, ale one też mają określony czas funkcjonowania. I też kończyły mu się miejsca w ciele na cewniki.

Od lekarzy chyba usłyszał, że kończy mu się czas. Ja nie dopuszczałem do siebie myśli o najgorszym. Nie wyobrażam sobie życia bez Olka. W końcu powiedział:

– Dobra, to co, Łukasz, kładziemy się?

Ulga.

– Kładziemy się!

Okazało się, że mamy sto procent zgodności genetycznej. Jakby swoją nerkę dostał.

Sikam!

Leżeliśmy na sali razem przed przeszczepem. Ja nie mogłem zasnąć dość długo. W końcu któryś z lekarzy przyszedł do nas. – Łukasz, może jakieś leki na uspokojenie? Bo widać, że jesteś zdenerwowany. Bo ja nigdy wcześniej nie byłem w szpitalu jako pacjent.

Rano pobudka, jedziemy na przeszczep. Znów dostałem jakąś mocną tabletkę uspokajającą, zacząłem odpływać, już mnie nie było. Pamiętam takie mignięcie: Olek był wywożony na salę, tam moja nerka czekała już na niego... I słyszałem jak przez mgłę: "To trzymaj się, teraz ja". Ja się obudziłem pierwszy, potem Olek. Pamiętam jego radość ogromną, że sika. Bo jak się nie ma nerki działającej, to człowiek nie może.

– Łukasz, ja sikam!

– No super!

– Jak u ciebie? Boli?

– Nie, jeszcze nie.

– Ale zacznie, zacznie. – I się śmieje. Ja też się śmieję.

"Tata, też ci oddam nerkę"

Czy dziękował? "No dzięki". Naturalnie, normalnie, bez jakiejś wielkiej rozmowy. Później Olek mówił: "Wreszcie mogłem na wakacje pojechać. Jest luz. Nie jestem na smyczy". Ma dwie córki i żonę. I ja wiem, że ma normalne życie dzięki mnie. Taka duma jest.

Zawsze, jak się teraz spieramy, mówię: "Ty nie podskakuj, pamiętaj, czyją masz nerkę!". Czasem się kłócimy, ale zaraz: "Dobra, sztama, gdzie razem idziemy?". Jak mam jakiś problem, to najpierw do niego. I na odwrót.

Jak nie mamy kontaktu przez dwa tygodnie, zawsze jest telefon "Co tam u ciebie?" Błahe rzeczy. "Zobacz, polutowałem dla klienta, patrz, jakie to było porypane, co ja musiałem zrobić!" Bo Olek ma serwis.

O wszystkim, co się u mnie dzieje, dowiaduje się pierwszy.

Czy poza tym oddaniem nerki zrobiłem coś ważniejszego w życiu? Założyłem rodzinę. To jest równorzędna rzecz. Danie życia komuś.

Mój syn siedmioletni ciągle się dopytuje, jak widzi bliznę: "Tata, a ty wujkowi oddałeś nerkę, tak? Bo my mamy dwie? Jak będziesz potrzebował, to możesz ode mnie wziąć".

Beata – oddała kawałek wątroby synowi

Mój syn miał 15 lat. Potrzebował przeszczepu wątroby, drugiego w swoim życiu. Widziałam, że jest coraz słabszy, że lekarze sobie nie radzą… i nie mogłam mu pomóc. Nie mieliśmy zgodności. 

Piotrek od urodzenia ma problemy zdrowotne. Ze względu na chore jelita trzeba było przejść na żywienie pozajelitowe. Polega ono na podawaniu indywidualnie dobranych kroplówek przez specjalny cewnik założony operacyjnie do przedsionka serca. Z ciała wystaje przewód, do którego podłącza się dren i przez pompę, bezpośrednio do krwiobiegu, są podawane wszystkie niezbędne składniki odżywcze. Ratuje mu to życie, ale ten sposób odżywiania niesie wielkie ryzyko zakażenia organizmu. I bardzo obciąża wątrobę.

Beata Motyka oddała fragment wątroby synowi. (Fot. Archiwum prywatne)

Kiedy miał siedem lat, potrzebny był przeszczep. Wtedy mój mąż oddał kawałek swojej wątroby. Dorosłym przeszczepia się zwykle całą wątrobę od dawcy zmarłego. Ale małemu dziecku wystarczy przeszczepić fragment. U żywego dawcy organ się zregeneruje.

Prawie zapomnieliśmy o przeszczepie. Piotrek chodził do szkoły, miał częściowo nauczanie indywidualne, bo baliśmy się, żeby nie złapał infekcji. Musiał być podłączony do kroplówki przez 16 godzin, 18 – czasami, ale osiem godzin było wolnych, więc staraliśmy się normalnie żyć. Czasem nawet udawało się wyjeżdżać na kilka dni całą rodziną.

Bardzo często chorował. Codziennie mogło się okazać, że trzeba wszystko rzucić, nagle jechać do szpitala. Trzeba było się pogodzić z tym, że zmieniam całe swoje życie, żeby ratować syna. Kiedy miał 15 lat, trafiliśmy do szpitala w Warszawie. Myślałam, że wrócimy do domu po tygodniu–dwóch. Ale okazało się, że wątroba jest w takim stanie, że potrzebny jest kolejny przeszczep. Na już.

W szpitalu staraliśmy się trochę poczytać, pogadać, układać puzzle, pograć w gry planszowe. Ale później był już zbyt słaby, apatyczny. Pożółkł.

On zawsze był bardziej dojrzały niż rówieśnicy. Chciał, żeby go traktować poważnie, umiał znaleźć wszystko w Internecie. Rozmawiałam z nim o jego stanie normalnie, szczerze. Wiedział, że może umrzeć, nie musiałam mu mówić. On sam to czuł.

Dawca awaryjny

Często  nocowałam w szpitalu. Na podłodze, na leżaczku… Czy mogłam spać? Ze zmęczenia na pewno padałam. Z Piotrkiem kontakt był, chociaż w każdym momencie mógł zapaść w śpiączkę. Moja siostra zgodziła się być dawcą. Kiedy mi o tym powiedziała, rozpłakałam się ze wzruszenia. Przeszła całą procedurę, ale ostatecznie okazało się, że jednak nie będzie mogła zostać dawcą.

Szukaliśmy kolejnego, czas nas gonił. Rozmawiałam ze starszym synem, Wojtkiem, czy on by nie… dwóch synów leżałoby na stole. Piotrek umierał. Wojtek się zgodził, ale w szpitalu powiedzieli, że jest za młody na dawcę. Miał 18 lat.

I wtedy lekarze zgodzili się, żeby mnie przebadać. Powiedzieli, że mogę zostać dawcą awaryjnym. Nie mieliśmy nawet czasu się pożegnać. Myślę, że dla Piotrka to było bardzo ważne, że to mogę być akurat ja.

'Z przyjaciółmi po transplantacjach udało nam się wybrać w góry, by pokazać osobom oczekującym na przeszczep, że jest nadzieja'. (Fot. Archiwum prywatne)

Operacja trwała kilkanaście godzin. Byliśmy operowani jednocześnie, w różnych szpitalach. Kiedy pobierano ode mnie fragment wątroby, Piotrek miał usuwaną swoją, marską. Potem karetką na sygnale przewieziono fragment mojej wątroby do szpitala dziecięcego, by wszczepić go Piotrkowi. To niesamowicie skomplikowana operacja.

Piotrek po przeszczepie przez 10 dni był w śpiączce. Zdążyłam wyjść ze szpitala, zanim się wybudził. Chodziłam do niego codziennie. Mówiłam, że wszyscy czekamy na niego. Jakoś czułam, że poznaje. Za rękę mocniej ścisnął czy się uśmiechnął, mrugnął...

Byłam przy nim, kiedy się obudził. Uśmiechnął się i od razu chciał swój zegarek i telefon.

Zastanawiał się, czy teraz będziemy mieć takie same smaki. Ale nie.

Chciałabym być radosna

Dla mnie to była radość przemieszana z lękiem i strachem – czy ta operacja pozwoli Piotrkowi żyć bez cierpienia? To najwspanialszy dar – kawałek siebie ofiarować bliskiemu. Cud narodzin jest zupełnie czymś innym, ale to równie cudowne uczucie. Po porodzie tak samo człowiek szybko zapomina o bólu.

Chciałam być radosna, ale przeszywał mnie głęboki strach. Widziałam, że jeszcze są jakieś komplikacje. Tak mi było smutno. Miało być tak dobrze, a my ciągle się zmagamy z powikłaniami, wirusami...

Urodziny

Niepokój, że będzie odrzut, jest cały czas! Nie ma gwarancji, że organ przeszczepiony nie będzie odrzucony. Ale żyjemy tak już ósmy rok. Piotrek studiuje psychologię. Wychodzimy razem na spacery, zakupy, do kina, teatru, oglądamy telewizję. Angażujemy się w inicjatywy promujące transplantologię, na przykład "Bieg po nowe życie". Z przyjaciółmi po transplantacjach udało nam się wybrać w góry, by pokazać osobom oczekującym na przeszczep, że jest nadzieja.

Celebrujemy każdy trzeci dzień miesiąca, kiedy mieliśmy przeszczep. Dziękujemy sobie za to, że jesteśmy. Staramy się o sobie w tym dniu pamiętać, strzelić sobie uśmiech czy buziaka… Rocznica? Jak urodziny. Torcik jest i kawa.

'Piotrek studiuje psychologię. Wychodzimy razem na spacery, zakupy, do kina, teatru. Angażujemy się w inicjatywy promujące transplantologię. (Fot. Archiwum prywatne)

Piotrek wychodzi z pokoju i mówi: "Kocham cię, mamo, dziękuję, że jesteś" – my już wiemy, o co chodzi. Ja też mówię, że go kocham. Jaka to jest miłość? Bezwarunkowa. Taka, że zrobiłabyś wszystko.

Magda – oddała nerkę ojcu

Leżałam już w szpitalu, tata w łóżku obok, kiedy odebrałam telefon.

– Pani Magdo, proszę tego nie robić!

To była moja kierowniczka z pracy.

– Skoro tata się dobrze czuje z dializami, to niech pani to jeszcze przemyśli, niech pani mu tej nerki nie oddaje... Po co tak obciążać młody organizm?

– Ale proszę pani, my już podjęliśmy tę decyzję!

– Pani Magdo, ja zadzwonię do ordynatora i powiem, żeby zatrzymał tę operację!

Byłam przekonana, że ona to zrobi! Nie rozumiałam tej reakcji. Miałam 25 lat. Dowiedziałam się później, że zespół lekarzy też dyskutował, czy nie poczekać z przeszczepem. Bo jeszcze nie mam dziecka. A teraz to.

– Proszę pani, to jest moja decyzja, proszę to uszanować i trzymać za nas kciuki – powiedziałam.

– No, pani Magdo, uparciuszku. Skoro pani tak postanowiła, to niech tak będzie.

Byłam zdeterminowana. Chciałam, żeby tata dostał moją nerkę i zaczął normalnie żyć.

Tata

Chorował, od kiedy byłam dzieckiem. Jednym z pierwszych trudnych słów, jakich się nauczyłam, była "kreatynina". Wiedziałam, że nie może być wysoka i zawsze po kontroli w szpitalu wszyscy o to pytaliśmy.

Kiedy jechał do szpitala, zabierał ze sobą misia czy krokodylka i smerfa. Ode mnie i mojego młodszego brata. Był żołnierzem, pracował jako logistyk.

Im starsza byłam, tym gorzej nerka taty działała. Musieliśmy przejść na dietę całą rodziną. Najpierw bez soli, potem bez smażonego… Na koniec tata mógł zjeść dwie truskawki, jednego ziemniaka, kawałeczek mięsa. Jakiekolwiek wyjazdy były niemożliwe.

"Madziu", "Magdusiu", mówił do mnie. Zawsze nas przytulał. Tak, potrafił być surowy. Gdy uczył mnie pływać, kazał pływać baseny w jedną i w drugą, mimo że miałam już fioletowe usta i nie miałam siły wygrzebać się z tej wody.

Kiedy już nie pracował ze względu na chorobę, zajmował się domem: gotował, robił zakupy. Po zajęciach na studiach chciałam iść na piwo, a on dzwonił i mówił: "Madziu, zrobiłem rybę po francusku, jest ciepła, przyjeżdżaj!". No to jechałam na rybę i potem dołączałam do znajomych.

On jest taki, że choćby się waliło, paliło – „Okej, jadę, jestem". Był taki współodczuwający.

Magdalena Kudlik z tatą Mirosławem (Fot. Archiwum prywatne)

Dziecko, musisz uważać!

Któregoś dnia tata wrócił ze szpitala i powiedział, że kwalifikuje się do przeszczepu.

– To my ci oddamy nerkę – powiedzieliśmy wszyscy: ja, mama i brat. Wiadomo było, że to będę musiała być ja, bo tylko my mieliśmy tę samą grupę krwi. On wtedy nie powiedział nic, aż mnie to zdziwiło. Wezmę, nie wezmę? Dziękuję? Ale jemu tylko oczy się zaszkliły.

Operację przeszliśmy po kilku miesiącach, na początku grudnia. Pamiętam, że bardzo się bałam bólu, patrzyłam, czy w worku od kroplówki jest jeszcze znieczulenie, żeby przypadkiem się nie skończyło. Po operacji byliśmy razem na sali. Widać było, że zatrucie organizmu mija. Był taki… rumiany! Nie pamiętałam go takiego.

Na wigilię był jeszcze w szpitalu, ale dostał przepustkę. O przeszczepie nic nie mówiliśmy, bo babcia, mama mamy, nie wiedziała. Nie byliśmy pewni, czy umiałaby to zrozumieć. Miałam masę siniaków po wkłuciach.

– Dziecko, skąd ty masz tyle siniaków? Co ci się stało?

– A, na studiach mieliśmy zajęcia w terenie…

– Dziecko, musisz uważać!

'Po prostu możemy teraz normalnie żyć. Uspokoiło się wszystko. Umocniło. Teraz? Tylko szczęście'. Zdj. ilustracyjne (Fot. Roman Bosiacki / Agencja Wyborcza.pl)

Moja blizna

Na początku bardzo uważałam na bliznę, ciągle ją smarowałam.

– Zrobisz sobie na niej tatuaż – powiedziała ciocia.

A ja nie chciałam jej, kurczę, zasłaniać! To jest część mnie.

Jeździliśmy z tatą na spotkania promujące transplantologię. Rozmawiałam tam chwilę z jednym lekarzem.

– Ja nigdy bym nie przyjął nerki od swojego dziecka!

– Wie pan, tego nie można na sto procent powiedzieć, nic nie jest na pewno…

I miałam takie poczucie, że to jest moja porażka, że go nie przekonałam. Innego razu usłyszałam od jednej pani:

– Gdzie od dziecka... Nie po to mamy dzieci, żeby one nam oddawały nerki. Ja dziecku to tak. Ale nie w drugą stronę!

Czułam się źle. Że ludzie nie widzą, że dzięki mojej nerce tata może mieć normalne życie. Ale kilka lat później znowu spotkałam tego lekarza, który mówił, że nie wziąłby nerki od dziecka. On też pamiętał o tej rozmowie.

– Pani Magdo, chciałem pani powiedzieć, że myślałem o tym. I zmieniłem zdanie. Przyjąłbym tę nerkę.

I ja popłakałam się przy stoliku, przy którym siedzieliśmy. Totalnie nie umiałam się powstrzymać. Bo w końcu to zrozumiał.

Przemek i Jacek – oddali nerki obcym osobom

Przemek: Poznałem ją w restauracji, ale tylko przelotem, nawet nie porozmawialiśmy. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Zawsze w to wierzyłem. Może spojrzenie? To, jak na mnie patrzyła? No i bardzo ładna była. Jest. Odszukałem ją w mediach społecznościowych i tego samego dnia się spotkaliśmy. Po kilku tygodniach byliśmy oficjalnie parą. Miałem 27 lat. Byłem wcześniej żonaty. Ale czegoś takiego nigdy nie czułem.

O chorobie dowiedziałem się w ciągu pierwszego miesiąca. Wtedy nie było tak źle, normalnie pracowała. Mnie to nie zraziło. Wręcz przeciwnie: ja jej pomogę. Taka pewność. Zaczęło się pogarszać. Ala nie miała siły, chęci do czegokolwiek. Nasze randki były w poczekalniach u specjalistów.

W szpitalu zobaczyłem dializy... Widać po twarzach tych ludzi, jak są tym zmęczeni. Widać, że muszą to mieć, żeby przeżyć, ale że ich to niszczy. Normalnie się serce krajało. Ala mówiła, że ją to też czeka. Ja: „Nie mogę do tego dopuścić!". Ala: "Nie jestem człowiekiem dla ciebie". Ona ma dwójkę dzieci z poprzedniego związku, jest ode mnie starsza. Nie chciała mnie obciążać. Wolała czekać na przeszczep od zmarłego dawcy. Ale dowiedziałem się, że przeszczep od dawcy żywego jest dużo lepszy, dłużej działa ten organ. Nie można człowieka co kilka lat kroić!

– Dla kogoś, kogo kochasz, zrobiłabyś wszystko? – zapytałem ją.

– No tak.

– To postaw się w mojej sytuacji. Dalej chcesz wojować ze mną?

I to ją przekonało. Ale w szpitalu stwierdzili, że jesteśmy "uczuleni" na siebie. Jej organizm odrzuci moją nerkę. Tak się strasznie zdenerwowałem, że nie mogę pomóc, ja, zdrowy człowiek. Taką niemoc miałem, wewnętrznie mnie rozrywało. I wtedy koordynatorka w szpitalu powiedziała, że jest coś takiego jak przeszczep krzyżowy.

Mural promujący przeszczepy, Śląskie Centrum Chorób Serca. Zdj. ilustracyjne (Fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Wyborcza.pl)

Mordo, oddasz nerkę mojej żonie?

Jacek: Justyna była w ciąży. Zrobili jej USG. Z dzieckiem było wszystko dobrze, ale okazało się, że Justyna ma jedną nerkę, do tego chorą.

Ze mną nie było dyskusji. Jesteśmy takimi charakterami, że jak któreś z nas podejmie decyzję, to już jej nie zmieni. Zawożę do szpitala swoje papiery, mamy Justyny, każdego, kto się zgodzi. Załatwię ten przeszczep!

Ale się nie dało. Myślę sobie: pewnie jest ktoś w takiej sytuacji na drugim końcu Polski. To ja go znajdę i oddam nerkę, ale on niech odda nerkę Justynie!

Przemek: Dostaliśmy informację, że jakaś para się pojawiła, która też potrzebuje przeszczepu. Pojechaliśmy do szpitala w Warszawie, żeby zrobić próby. Koordynatorka powiedziała, że wstępnie możemy do siebie pasować. Ja miałbym oddać nerkę żonie Jacka, Justynie, a on w zamian swoją nerkę Ali.

Pierwsze wrażenie: Jacek? Takie chucherko? On ma oddać nerkę mojej Ali? A z charakteru: że to dobrzy ludzie. Że łączy ich miłość i że zrobią dla siebie wszystko.

Jacek: Pytam go:

– Mordo, jesteś gotowy na to? Oddasz mojej żonie nerkę? Ja oddam twojej ukochanej.

–  Jestem.

– Możesz się wycofać, możesz! Ale powiedz mi teraz, żebym wiedział, czy mamy szansę. Nie wyłamiesz się do końca? – pytałem.

– Nie.

– To ja też nie!

Przemek: Okazało się, że jest zgodność. Ekscytacja? No jak na loterii wygrać.

Trzeba było pójść do sądu, bo kiedy chce się oddać nerkę osobie niespokrewnionej, trzeba mieć zgodę komisji etycznej. Pytania zadawali strasznie durne. Ale po kilku dniach przyszły papiery. Możemy się przeszczepiać.

Przed transplantacją Ala zaczęła dializy. Trzy razy w tygodniu, po pięć godzin. Kolejnego dnia chodziła po ścianach, tak ją głowa bolała. Nie mogła pracować. Miałem 1480 zł na cztery osoby! A 1000 zł szło na mieszkanie, 200 na leki Ali… Zadłużyłem się na lata. Z dnia na dzień się żyło, kombinowało: frytki zrobić na patelni, do tego jajko sadzone... I tak cały tydzień jedliśmy frytki. Nie było nawet ochoty do jedzenia.

Ala wspierała: szła do kuchni, coś robiła, starała się mnie odciążyć. Mówiłem: "Połóż się, ja to wszystko zrobię". Ona duchowo mnie wspierała. Tą miłością swoją. Miała wyrzuty sumienia, głupio jej było... A ja mówiłem: "Damy radę, o nic się nie martw". I tak dzień za dniem leciał, coraz bliżej przeszczepu.

Jeszcze do Warszawy pojechałem, bo my w Działdowie mieszkamy, na serię badań. Dużo czasu spędzałem z Jackiem. Człowiek tej pewności nabierał, że to się uda. Opowiadał mi o swoim życiu, ja jemu. Rozumiał mnie, bo podobne rzeczy przeszedł. Ojca miałem, ale jakbym nie miał. Musiałem bronić przed nim mamę. On podobnie.

To był pierwszy przeszczep krzyżowy w Polsce, 2015 rok. Nawet salowe, pielęgniarki – wszyscy wszystko wiedzieli, każdy nas znał. Starałem się wziąć tę sytuację na lajcie, od rana byłem w dobrym nastroju. Polatało się po korytarzu, zdjęcia na pamiątkę. Było śmiesznie, bo dostałem za mały fartuch, ja duży jestem.  Przyszli lekarze.

– Witamy was serdecznie, proszę zobaczyć – pokazują ręce – jesteśmy spokojni, wyspani, zrelaksowani, o nic się nie martwcie.

Szliśmy po kolei: najpierw Jacek, potem Ala, ja i Justyna.

Po wszystkim otworzyłem oczy, zobaczyłem światła lampy na suficie. Pierwsze co, to poszukałem Ali. Jest. Jacek też, Justyny jeszcze nie było. I za wszelką cenę chciałem się podnieść z łóżka. Jak na nartach, szur-szur. Ledwo się schyliłem, ucałowałem Alę w czółko.

– Jak się czujesz?

Powiedziała, że okej. Taka na haju była, oszołomiona. Powiedziałem, że się z nią ożenię. Ona: "Na lekach, bredzi".

Po kilku tygodniach spotkaliśmy się z Jackiem i Justyną. Wyskoczyliśmy na wspólne rybki, piwko. Była taka więź jak rodzinna. Bo jeden drugiemu uratował życie.

Zanim doszedłem do siebie, musiałem jechać za granicę, do pracy. Pierwsza recepta Ali była na 1000 zł do wykupienia. Pracowałem przy zbiorze warzyw. Skrzynki ciężkie, po 30 kilo. Ale ja mam organizm konia. Wytrzymałem pierwszy miesiąc, potem było już z górki.

Zobacz wideo Porzucone, odebrane rodzicom. Maluchy czekają na miłość

Tylko szczęście

No i powolutku, coraz lepiej i lepiej. Spłaciliśmy większość długów. Kupiliśmy mieszkanie. Dzieci nam Bóg nie dał, ale dzieci Ali traktuję jak swoje. Ona mi dziękuje cały czas, prezenty mi robi. Aż mi głupio, bo ja to zrobiłem bezinteresownie, z miłości. Ale nie, że ona mi płaci za nerkę prezentami. Chce mi sprawić przyjemność. Zegarek na przykład, który mi się marzył. Mówi: "Jesteś tego wart!". Żebym się czuł szczęśliwy.

Z Jackiem i Justyną jesteśmy w kontakcie cały czas. Jak są na wizycie u lekarza, to mówią, jakie wyniki, dzwonimy do siebie, widzimy się raz–dwa razy w roku.

Z Alą w zeszłym roku wzięliśmy ślub. Czy ten przeszczep coś zmienił w naszej relacji? Ja tak samo ją kocham. Po prostu możemy teraz normalnie żyć. Uspokoiło się wszystko. Umocniło. Teraz? Tylko szczęście.

*Warto wiedzieć

W 2022 roku dokonano 1118 przeszczepów nerki i wątroby od zmarłych dawców. Od żywych: tylko 101

Przeszczep od żywego dawcy ma większe szanse na dłuższe funkcjonowanie w organizmie biorcy

Dawcą nerki może być osoba spokrewniona z biorcą. W innym przypadku konieczne jest uzyskanie zgody sądu.

Zgłosić się na dawcę może każda pełnoletnia osoba. Należy skontaktować się z lekarzem w stacji dializ albo nefrologiem, który opiekuje się chorym. Procedura kwalifikacyjna ustali, czy operacja będzie w pełni bezpieczna dla dawcy i biorcy.

Dawcy mogą skorzystać z regularnych, kompleksowych badań lekarskich oraz korzystać poza kolejką z ambulatoryjnej opieki zdrowotnej.

Dawcy nerek statystycznie żyją dłużej niż ich rówieśnicy