Początek
Agata, 30 lat: Paradoksalnie w domu nie brakowało pieniędzy. Jako mała dziewczynka chodziłam do banku i wręczałam swoje kieszonkowe miłej pani siedzącej w okienku. Ona z uśmiechem wpisywała kwotę do fioletowej książeczki oszczędnościowej. Przestałam chodzić, gdy na dobre zaczęła się szkoła. Wtedy też zaczęłam zauważać różnice między mną a bratem. I to, jak tata traktuje mamę.
Katarzyna, 36 lat: Poznałam go w barze. On był kierowcą ciężarówki, ja pracowałam w liniach lotniczych. Jedno, drugie, trzecie spotkanie i mnie zaczarował. Rodziców zresztą też. Przynosił kwiaty i wino, zabrał nas wszystkich na wakacje. Mama uznała, że to jakiś cud, że taki egzemplarz się jeszcze uchował.
Na trasach międzynarodowych zarabiał 12 tys. na rękę. Ja miałam 4,5 tys. Gdy zamieszkaliśmy razem, umówiliśmy się, że on płaci wynajem i rachunki, ja zakupy: jedzenie, chemię, potrzebne rzeczy do mieszkania i benzynę. Półtora roku później na świecie pojawił się nasz syn. Wtedy on zaczął nalegać na ślub. Twierdził, że dostaniemy lepsze warunki kredytu na mieszkanie.
Po ślubie była wizyta u doradcy finansowego. Wtedy okazało się, że ma długi. Twierdził, że 50 tys., ale z czasem wyszło, że dwa razy tyle. Nie wiedziałam, co robić, byłam już w drugiej ciąży.
Tłumaczył, że wziął pożyczki, żeby pomóc matce. Uwierzyłam, przecież związek powinien opierać się na zaufaniu. Miał dobrą pracę, wierzyłam, że to spłaci. Gdy urodziłam córkę, ze szpitala pojechaliśmy prosto do naszego nowego mieszkania. Tam zaczęła się równia pochyła.
Beata, 43 lata: Pochodziliśmy z tego samego miasta, ale poznaliśmy się na czacie internetowym. Ja początkująca pracowniczka banku. On pracownik budowlany w Niemczech. Kiedy niespodziewanie podjechał pod mój oddział swoim czerwonym BMW, poczułam się, jakbym chwyciła Pana Boga za nogi. Kopciuszek, któremu nagle się poszczęściło. Zarabiał w euro, pokazał mi poziom życia, którego wcześniej nie znałam.
Wyjechałam do niego do Niemiec. Poszłam do pracy jako sprzątaczka, bo nie znałam języka na tyle, żeby iść do banku. Niedługo później urodziła się nam córka. On na budowie, ja myłam kible, ale jak przyjeżdżaliśmy do Polski na święta, to w złotych pierścionkach na każdym palcu. Wytrzymałam sześć lat, nie chciałam całe życie sprzątać. Postanowiłam, że wracam. Mąż nie miał nic przeciwko. Kupiłam mieszkanie na kredyt w rodzinnym mieście, zabrałam córkę i wróciłam do pracy w banku. Przez jakiś czas funkcjonowaliśmy na odległość. Zaczęłam się rozwijać, szybko awansowałam. I dostrzegać niepokojące sygnały. Wtedy on też postanowił wrócić.
Sygnały
Katarzyna: Ze względu na drugi urlop macierzyński moja pensja stopniała do 2 tys. na rękę. Mąż zmienił stanowisko w firmie, pracował już stacjonarnie i wciąż zarabiał świetnie. Niby był na miejscu, ale znikał na całe weekendy. Sądziłam, że to chwilowy kryzys. Dwójka maluchów rok po roku to jednak orka.
Raz zabrakło mi czegoś do obiadu. Mąż akurat był w domu, więc powiedziałam: "Zostań chwilę z dziećmi, a ja skoczę do sklepu". Córka miała trzy miesiące, a syn ponad rok. Jak wracałam, już na schodach czułam marihuanę. Weszłam do mieszkania, on palił na balkonie, a syn znalazł w tym czasie leki przeciwbólowe i siedem tabletek włożył do ust swojej malutkiej siostry. Wtedy się wściekłam.
Byłam gotowa odejść, zagroziłam rozwodem. Odpowiedział: "Przecież ty do niczego się nie nadajesz. Zostaniesz sama z dwójką dzieci i skończycie pod mostem. Rzucę pracę i kto będzie spłacał ten kredyt?".
Beata: Za każdym razem na urodziny dostawałam od niego bransoletkę albo pierścionek. Na początku się cieszyłam. Który mężczyzna daje takie prezenty? Gdy byliśmy w Polsce i wychodziliśmy gdzieś razem, kazał mi się obwieszać całą tą biżuterią. Mówił, że ludzie patrzą. Często powtarzał: "Nie możesz tak wyjść. Musisz kupić sobie nowe ubrania, nie będę się za ciebie wstydził". Mogłam nosić ciuchy tylko konkretnych marek, wybranych przez niego. On też wybierał restauracje i miejsca, w których należało się pokazać.
Różnice
Agata: Brat mieszkał w pokoju z osobną łazienką. Miał ogromną białą szafę z lustrami, stanowisko komputerowe z dwoma monitorami i nagłośnieniem estradowym. Ja miałam kąt w dawnej kuchni, bez szafy i drzwi. Stare biurko z wiecznie zepsutym komputerem stało przy zasłonce, która zasłaniała wejście. Mimo że pieniądze w domu były, nigdy nie dostałam nic nowego. Wszystko miałam po bracie. Rok wcześniej poszłam do szkoły, byliśmy w równoległych klasach, ale na szkolne wycieczki jeździł tylko on. Chyba że jakimś cudem mamie udało się wyżebrać wyjazd dla mnie, ale to nieczęsto.
Katarzyna: On grał w tenisa ze znajomymi, a ja liczyłam, czy mam 3,60 zł na zupę dla dzieci. Starałam się dbać, żeby miały zróżnicowaną dietę. Gotowałam rosół, a potem na nim przez trzy albo cztery dni inne zupy. On przychodził, zaglądał w garnki i robił awanturę. Krzyczał, że jestem czarownicą, która tylko zupy warzy. Wyjadał wszystko inne z lodówki, a potem zamawiał dla siebie pizzę. Nie było mnie stać, żeby gotować coś innego. On płacił za kredyt i rachunki, ja całą resztę. Pieluchy, lekarze, lekarstwa, ubranka dla dzieci – musiałam kombinować, żeby na to wszystko starczało z mojej pensji. Czasem prosiłam, żeby mi coś dołożył, ale gdzie tam. Było coraz trudniej. Jajka, mąka i w kółko to samo. Mięsa nie jedliśmy bardzo długo.
Zarządzanie
Agata: Do dziś pamiętam, jak ojciec stoi w bramie garażowej, skrupulatnie odlicza banknoty i daje mamie na zakupy. A ona ma przynieść paragony za każdą rzecz, nawet najdrobniejszą głupotę. Nie miała nawet własnego portfela, choć tylko ona pracowała.
Ojciec miał tylko rentę. Poza tym rządził tym, co zarobiła mama. Na parterze domu prowadziła własną firmę. On stał się jej samozwańczym szefem. Mama nie jest Polką, więc miał świetny pretekst, żeby rozliczać ją w urzędach i trzymać pełną kontrolę nad finansami.
Wszystkie środki moje i brata z dziecięcych kont oszczędnościowych też przejął. Wypłacił je któregoś dnia, żeby zainwestować w "totalnego pewniaka" na giełdzie.
Katarzyna: Szybko się okazało, że zalegamy z czynszem i rachunkami. Niedługo później zaczęły przychodzić listy z Providenta i Bociana. Jak na konto wpływało 500+, to zaraz robił sobie przelew, nie zdążyłam nawet zareagować. Najpierw sprzedał samochód, potem podwójny wózek dzieci. Wyczyścił z drobnych nawet ich skarbonki.
Pewnego poranka na szafce obok łóżka, w którym spaliśmy razem z dziećmi, znalazłam biały proszek i kartę płatniczą. W ataku szału połamał kanapę, żebym nie mogła wyrzucić go z łóżka. Z czasem pojawiła się regularność. Zaczynało się w czwartek. Wracał w nocy, zapalał wszystkie światła w sypialni, wyrzucał wszystko z szafy i mówił: "Sprzątaj!". Jak był bardzo agresywny, chowałam się z dziećmi w łazience i udawałam, że to taka zabawa. Koło niedzieli zaczynało z niego schodzić, wtedy płakał i prosił o przebaczenie. I tak co tydzień.
Beata: Kiedy mąż zdecydował się wrócić do nas do Polski, twierdził, że po 20 latach pracy w Niemczech nie ma żadnych oszczędności. Przyjechał goły i wesoły. Ja finansowo stałam już na własnych nogach. Wzięłam pożyczkę na start jego firmy i załatwiałam mu pierwszych klientów. Niezbyt podobała mu się moja niezależność, nie chodziłam już jak w zegarku i to był dla niego problem.
Kiedy zostałam dłużej w pracy albo przeciągnęło się spotkanie z klientem, potrafił mnie śledzić i sprawdzać, czy faktycznie jestem w pracy. Dzwonił do moich rodziców i kazał im sprawdzać, co się ze mną dzieje, bo jeszcze nie ma mnie w domu. Z czasem zaczął sprawdzać mój telefon i moją bieliznę. Kontrolował, jakie majtki zakładam. Jeśli miałam na sobie koronkową bieliznę, mówił: "Co, znowu idziesz się kurwić?". Jak potrzebowałam wyjść wieczorem na służbowe spotkanie, zamykał drzwi na klucz i mówił: "Możesz pracować do 17.00, bo tak jest czynny oddział".
Od kiedy wrócił z Niemiec, mieliśmy wspólne konto. Raz z dnia na dzień zabrał mi dostęp i połamał kartę do bankomatu. Dawał mi 300 zł i mówił: "Ma ci wystarczyć do końca miesiąca. Na paliwo nie dostaniesz, więc do pracy nie pojedziesz". Pojechałam autobusem. To go najbardziej wkurzało, gdy nie miał nade mną kontroli.
Upokorzenie, czasem szantaż
Katarzyna: Mówił, że dosypie mi narkotyków do kawy, a potem wezwie policję i zabierze mi dzieci. Albo że weźmie je ze sobą do auta i rozpędzony wjedzie w drzewo. Innym razem – że zrobi badania na ojcostwo, bo syn jest na pewno nie jego. Kiedy w pandemii straciłam pracę i szłam na rozmowę kwalifikacyjną, żeby złapać cokolwiek, synek zapytał, gdzie idę. Mąż na to: "Mama idzie obciągać innym panom". W szale wyciągał moje stare majtki z szuflady i robił mi trzygodzinne przesłuchania. Miałam się przyznać, dla kogo je zakładam.
Siedzę na toalecie, on nożem od zewnątrz przekręca zamek, szybko otwiera drzwi, wsadza telefon i robi mi zdjęcia. Potem mówi: "Jak się ze mną rozwiedziesz, wszystko opublikuję".
Beata: Zostawiłam wieczorem na półce kluczyki do samochodu. Rano patrzę – nie ma. Wtedy on mówi: "Nie dostaniesz dziś samochodu, bo nie zasługujesz. Albo dasz mi dupy, albo zapomnij o aucie".
Przełom
Agata: Gdy skończyłam 18 lat, w domu było tylko gorzej. Przemoc każdego rodzaju. Mama, w obawie przed tym, co się może wydarzyć, chciała mnie zabezpieczyć na przyszłość posagiem w postaci mieszkania. Przez lata pracy udało jej się odłożyć 200 tys. Pieniędzmi oczywiście zarządzał ojciec, ale go przekonała. Oczywiście to on był oficjalnym darczyńcą.
Wyprowadziłam się z jedną walizką. Dwa lata później zostałam zmuszona do oddania zapisanych mi udziałów w domu rodzinnym. W zamian zażądałam notarialnego zabezpieczenia przed wycofaniem darowizny na moje mieszkanie, bo ojciec ciągle się odgrażał, że skończę na ulicy. Udało się, jestem bezpieczna.
Katarzyna: W końcu powiedziałam siostrze. Pomogła mi, zapłaciła za żłobek i zaległe rachunki. Przywiozła urządzenie do nagrywania i powiedziała: "Możesz to wyrzucić, ale jeśli zdecydujesz się odejść, musisz mieć dowód na to, co się dzieje w tych czterech ścianach". To była chyba najmądrzejsza rada, jaką dostałam. I jeszcze ta, żeby pójść na terapię.
Wiedziałam, że jak się wyprowadzę, to komornik zajmie mieszkanie za długi. Poszłam do ośrodka terapii uzależnień przy MOPS-ie, gdzie udzielają porad prawnych kobietom w sytuacji jak moja. Poradzono mi, żeby napisać pozew o zabezpieczenie kosztów utrzymania rodziny. Podobno zgodnie z prawem powinno zostać wykonane w ciągu trzech miesięcy. U mnie sprawa trwała dwa lata. Przesłuchiwano moją i jego matkę. Usłyszałam, że piję codziennie przynajmniej jedną flaszkę, więc na pierwszej rozprawie sąd ograniczył nam obydwojgu władzę rodzicielską i przyznał kuratora.
Nigdy nie czułam się tak bezsilna i upokorzona. Ale później ten kurator mi bardzo pomógł. Zobaczył, że nie przyjmowano moich zawiadomień dotyczących przemocy, i doradził, żebym złożyła skargę na działania prokuratury. Poskutkowało, sędzia w sądzie karnym przyznał mi rację. Sprawa jest w toku. Natomiast podczas apelacji w sądzie okręgowym usłyszałam, że nawet jakby mąż mi dawał 100 zł, to znaczy, że daje i mam nie przesadzać, bo on nie ma obowiązku zabezpieczać potrzeb rodziny.
Beata: Stwierdziłam, że córka nie może dłużej na to patrzeć. Byłam wrakiem człowieka, bałam się własnego cienia. Kilka miesięcy zbierałam się do ucieczki, oszczędzałam w sekrecie. Aż w końcu któregoś dnia wróciłam do domu w południe. Wiedziałam, że nie będzie go wtedy w domu. Spakowałam kilka najpotrzebniejszych rzeczy dla siebie i małej, zabrałam dwa nasze koty i wyszłam. Pojechałam do mieszkania, które wynajęłam kilka godzin wcześniej. Dopiero wtedy poinformowałam męża, że odchodzę. I zaczęło się piekło.
Byłam wtedy dyrektorką banku. Mąż na mieście rozpuścił plotki, że kradnę. Ludzie przychodzili do oddziału i pytali, patrząc mi w oczy, czy ich pieniądze na pewno są bezpieczne. Pojawiały się kobiety, które krzyczały na cały oddział, że mam romans z ich mężem.
Potem zaczęły spływać oficjalne donosy, że sypiam ze swoimi pracownikami. Nie wytrzymałam, zwolniłam się z firmy. Wtedy wynajął ludzi, którzy za mną jeździli i śledzili każdy mój krok. Sam wystawał pod blokiem i obserwował moje okna przez wiele godzin.
Zmusił mnie, żebym zrzekła się wspólnego mieszkania na jego korzyść. Jak? Słowami: "Albo to podpiszesz, albo cię zajebię". Wierzyłam, że jest w stanie to zrobić. Notariuszem była jego kuzynka. Na drugi dzień po podpisaniu umowy darował to mieszkanie swojej matce, żebym nie mogła się wycofać. Z czasem zrzekłam się wszystkiego, co należało mi się z racji wspólnoty majątkowej. To był błąd. Żałuję, bo nie miałabym większych problemów, niż miałam. Po prostu by się nie dało.
Do wspólnych znajomych powiedział, że postawił sobie za punkt honoru, żeby mnie zniszczyć. Powiedzieli mi o tym, zanim się ode mnie odcięli. Z jednej strony trudno się dziwić. Siedzimy w kawiarni, gdy wpada kobieta i oskarża mnie o romans z jej mężem. Drze się na cały lokal. Ludzie nie chcą brać udziału w takim cyrku. Odsuwają się i zaczynają zastanawiać, gdzie jest prawda. Zabolało mnie, że ani jedna osoba nie stanęła po mojej stronie. Ale to on w postępowaniu cywilnym wystąpił o odszkodowanie za szkody moralne, które mu wyrządziłam tym, że odeszłam.
Gdy mieliśmy już orzeczenie o rozwodzie, wiedziałam, że muszę córkę odstawić do niego na weekend i potem ją odebrać. Czekam w niedzielę pod blokiem, ale nie wychodzi. W końcu wchodzę na klatkę i pukam do drzwi mieszkania. On otwiera, ale nie chce jej wypuścić. Przez próg łapię ją za rękę i próbuję wyciągnąć na klatkę. Wtedy on zatrzaskuje drzwi na mojej ręce. Córka do tej pory ma zainstalowaną aplikację śledzącą w telefonie. Wiele razy sugerował, że ją gdzieś wywiezie. Podczas ich spotkań wielokrotnie wyłączał telefon, żebym przez dwa dni umierała ze strachu.
Nowe życie
Agata: Na urodziny "na wolności" kupiłam mamie pierwszy portfel. Sama do dziś nie potrafię bez wyrzutów sumienia wydać pieniędzy na siebie. Ciągle martwię się o kasę. Odczuwam ogromną potrzebę kontroli każdego wydatku, mimo że moja obecna sytuacja finansowa tego nie wymaga. Jednocześnie tłumaczę przemoc finansową tym, którzy tego potrzebują. Nie wolno milczeć.
Katarzyna: Mąż zniknął na początku tego roku. Do tej pory mnie nie poinformował, że się wyprowadził. W lutym na tydzień zabrał dzieci na ferie i one mi powiedziały, że były u tatusia w nowym mieszkaniu. Zaczęłam głębiej oddychać. Ja spłacam mieszkanie, ale nadal mamy wspólną hipotekę i konto do tego kredytu. Jak przychodzą zajęcia komornicze na jego nazwisko, to zajmują również to konto.
W tej chwili to 12 zajęć na łączną kwotę około 240 tys. zł. Na szczęście za większość z nich nie odpowiadam, bo pojawiły się już po tym, jak udało mi się wprowadzić rozdzielność majątkową.
Kosztuje mnie to dużo walki, bo za każdym razem muszę wysyłać pismo, że mamy tę rozdzielność i on ma zasądzone alimenty. Najpierw 400 zł, po apelacji 900 zł na dziecko. Nie płaci, ściągam komorniczo.
Beata: Wyjechałam z córką do większego miasta i zaczęłam wszystko od nowa. Wiedziałam, że tu będzie mu trudniej mnie krzywdzić. Wie, gdzie mieszkam, widuje się z córką co dwa tygodnie. Cieszę się, że moi rodzice jeszcze żyją, bo gdy jest moja kolej, żeby ją odwieźć na spotkanie, to wiozę ją do nich. Już się go nie boję, po prostu nie chcę na niego patrzeć.
Po długim czasie odważyłam się znów z kimś związać. Najpierw długo byliśmy przyjaciółmi, spotykaliśmy się totalnie na luzie. Dziś jest moim mężem, mamy razem dwóch synów i wspólny biznes. Do tej pory się asekuruję, mamy rozdzielność majątkową. Mam działalność na siebie, swoje konta, swój samochód. Tak na wszelki wypadek.
***
Rozmawiam z Natalią Gajecką, adwokatką udzielającą porad prawnych w Centrum Praw Kobiet w Krakowie.
Jak pani definiuje przemoc ekonomiczną?
O przemocy ekonomicznej można mówić wtedy, gdy jej sprawca używa pieniędzy albo innych dóbr materialnych po to, aby uzależnić od siebie drugą osobę.
Jak to może wyglądać?
To może być pozbawianie środków do życia albo ograniczanie dostępu do pieniędzy. Na przykład wyliczanie gotówki na zakupy czy zabranie karty płatniczej. To konieczność szczegółowego rozliczania się i przedstawiania paragonów za to, co zostało zakupione. To ograniczanie możliwości korzystania ze wspólnych dóbr, takich jak samochód, mieszkanie czy telefon. To przerzucanie odpowiedzialności za utrzymanie rodziny na jedną osobę. To także zakazywanie lub utrudnianie podjęcia pracy. Przemocą ekonomiczną jest okradanie rodziny, zabieranie jawnie lub po kryjomu pieniędzy i przeznaczanie ich na własne potrzeby, na przykład używki.
Zdarza się, że osoba niezależna finansowo pod wpływem manipulacji ze strony partnera stopniowo zaczyna czuć się od niego zależna. Bo na przykład wartość zarobionych przez nią pieniędzy jest nieustannie obniżana. Kobiety często słyszą: "To, co zarabiasz, starczy ledwo na waciki", "Beze mnie sobie nie poradzisz". Taka manipulacja również jest przemocą ekonomiczną.
Kobiety zgłaszające się do Centrum Praw Kobiet zdają sobie z tego sprawę?
Kobiety, które trafiają do CPK, często wciąż mają problem z nazwaniem przemocy w ogóle, również tej ekonomicznej. Przychodzą zwykle, gdy są już finansowo przyciśnięte i nie wiedzą co dalej. Nie mają wsparcia rodziny ani pomocy ze strony instytucji takich jak MOPS. Zwykle są tak zastraszone, że uważają, iż nic się nie da zrobić.
Najczęściej to sytuacje, gdy kobieta zajmuje się domem i dziećmi, a jedynym żywicielem rodziny jest partner, który wydziela jej środki finansowe i zmusza do skrupulatnego rozliczania każdego paragonu. Pamiętam przypadek, gdy mąż jednej z klientek codziennie przelewał 10 zł. Zdarza się również odwrotna sytuacja, gdy obie strony mają dostęp do środków finansowych, ale partner nie ponosi żadnych kosztów utrzymania domu.
Przemoc ekonomiczna dotyka również dzieci. Ostatnio jedna z klientek opowiadała, że jej dziecko nie otrzymało pieniędzy na zakup drożdżówki w szkole, bo nie przyniosło paragonu z poprzedniego dnia. Ojciec odmówił dziecku kilku złotych, bo nie dostał dowodu, że dzień wcześniej pieniądze nie zostały wydane na papierosy i alkohol.
Co pani radzi kobietom, które się u pani pojawiają?
Przede wszystkim informuję, że w trakcie trwania małżeństwa można w każdej chwili wnieść sprawę o alimenty na dzieci. Nie trzeba czekać na rozwód. W trakcie małżeństwa żona nie może wnosić sprawy o alimenty na siebie, ale może wnieść o przyczynianie się do zaspokajania potrzeb rodziny. Nawet jeśli małżeństwo jest bezdzietne lub dzieci są pełnoletnie, żona nadal może wnieść taki pozew i otrzymać odpowiednie środki.
Kobiety nie zdają sobie z tego sprawy?
Jeśli chodzi o świadomość alimentów na dzieci, to jest powszechna wiedza i stosunkowo łatwo jest uzyskać ich zabezpieczenie na czas trwania postępowania. Choć mam spore wątpliwości dotyczące kwot, które są przyznawane. Sędziowie są tu ostrożni, często przyznają środki nieadekwatne do potrzeb. Dopiero gdy proszę klientki, by zrobiły spis wydatków związanych z dzieckiem, również one same zdają sobie sprawę, jakich sum potrzebują. Najczęściej słyszę wtedy: "Nie mam pojęcia, skąd ja sama brałam na to wszystko pieniądze". Często jednak nie chcą walczyć ani o podwyższenie alimentów, ani dochodzić środków na siebie czy utrzymanie domu. Najbardziej zależy im na spokoju i możliwości szybkiego zakończenia procesu.
Maria Organ. Dziennikarka, redaktorka, trenerka storytellingu. Zanurzona w świecie milenialsów najczęściej pisze o swoim pokoleniu, psychologii i książkach. Prowadzi warsztaty z pisania historii osobistych i biznesowych, podczas których pomaga zmieniać codzienne doświadczenia w inspirujące opowieści. Kontakt do autorki i zapisy na warsztaty na www.mariaorgan.com.

