14.55 – Spaliło się 40 ha lasu, zagrożonych 200 ha*
Jerzy Glomb został druhem dzięki żonie. Gizela udzielała się w osp w Kłodnicy na przedmieściach Kędzierzyna. Wiedziała, że straż potrzebuje ochotników, dlatego nakłoniła męża, aby poszedł na zebranie. Poszedł – i został na dwadzieścia cztery lata.
Z własnej kieszeni zapłacił za kurs prawa jazdy na samochód ciężarowy, bo w osp najbardziej brakowało kierowców. Zwłaszcza takich, którzy niemal zawsze mogą się stawić na wezwanie, a Glomb sam planował sobie godziny pracy, dlatego nadawał się idealnie. Miał własny warsztat instalacyjno-naprawczy i na co dzień zajmował się konserwacją wodociągów w gminie. Tak długo, jak działały, nikogo nie interesowało, czy jest w robocie, czy nie, więc w razie pożaru zostawiał naprawy, których nie musiał pilnie wykonać, i pędził do remizy.
Syrenę zazwyczaj uruchamiała Gizela. Dyżurny z komendy rejonowej dzwonił do ich domu, a ona biegła do strażnicy i naciskała przycisk alarmowy. Latem 1992 roku ten schemat powtarzał się wielokrotnie.
W środę dwudziestego szóstego sierpnia również tak miało być. Przed wpół do trzeciej po południu u Glombów dzwoni telefon. Gizela wie, że jeśli mąż pojedzie teraz gasić las, to wróci dopiero wieczorem i znowu nie zje obiadu. A na kuchni stoi zupa ogórkowa i patelnia z kopytkami, więc chociaż kobieta słyszy, że Jerzy właśnie podjeżdża pod dom, mówi dyżurnemu, że męża nie ma, a ona nie może w tym momencie pobiec do remizy. Dyżurny odpowiada, że w takim razie zatelefonuje do prezesa ochotników lub odezwie się ponownie do Gizeli za kilka minut.
Dzwoni znowu, gdy Glomb jest w połowie drugiego dania. Tym razem Gizela mówi mężowi, że chodzi o pożar lasu. Jerzy rzuca sztućce na talerz, zostawia niedojedzone kopytka i pędzi do strażnicy. Wciska zamontowany na ścianie przycisk syreny. Wycie wyrywa wieś z wakacyjnego letargu.
Jako pierwszy w remizie melduje się Andrzej Malinowski. Trzydziestotrzylatek przyjechał na simsonie, co trochę Glomba dziwi, bo przecież mieszka po sąsiedzku, ale może akurat skądś wracał? Zresztą nie czas na takie dywagacje. Następni przybiegają bracia Adamscy. Adam ma osiemnaście lat, Jerzy − szesnaście. Ten drugi nie powinien jechać na taką akcję, ale nikt nie myśli w tej chwili o pesel-u. Poza tym już z nimi gasił, a niepełnoletni w wozie strażackim to raczej norma wśród ochotników – w pobliskich Sławięcicach, gdzie również zawyła strażacka syrena, do wyjazdu zgłasza się nawet dwóch szesnastolatków. Jest też dwudziestoparoletni Romek Ścibak. W pięciu mogą śmiało jechać. Dowódcą sekcji zostaje najbardziej doświadczony Malinowski. Łapią buty, moro oraz hełmy i wskakują do jelcza. Przebierają się w samochodzie. Poza Glombem – kierowca jedzie do pożaru w błękitnej koszuli w geometryczne wzory, z krótkimi rękawami.
Trasa jest im dobrze znana. Tego lata często ją pokonywali, dlatego dojazdy do wcześniejszych pożarów zlewają im się w jedno wspomnienie czasu upływającego na gawędach o pracy, drożyźnie, dzieciach lub planach na wakacje. Tym razem jest inaczej. Na początku jak zawsze są rozmowni, ale gdy tylko wyjeżdżają poza zabudowania Kłodnicy, na horyzoncie widzą słup dymu, który z każdym kilometrem potężnieje w kadrze wyznaczonym przez ramy przedniej szyby wozu strażackiego, odbierając im mowę.
Podobnie przebiegają alarm i wyjazd pozostałych jednostek osp ze strony opolskiej – z Bierawy, Starej Kuźni czy Kotlarni. Kierowane są do Solarni, gdzie wyznaczono dla nich miejsce zbiórki na obrzeżach wsi. Tam dostaną kolejne instrukcje.
15.45 – Meldunek ze 103: w ogniu kilka oddziałów leśnych, 37 pożar rozwija się w kierunku wschodnim, spaliło się 100 ha lasu
("103" to oznaczenie samochodu starszego kapitana Piotra Buka).
Gdy ogień w lesie przeskoczył ponad głowami strażaków, w okolice Kuźni wyruszyli oficerowie z Komendy Wojewódzkiej psp w Katowicach, w której Buk jest naczelnikiem wydziału operacyjnego. Tydzień wcześniej wrócił z kilkudniowej akcji pod Olkuszem, gdzie poszło z dymem około tysiąca hektarów lasu. Ogień w Nadleśnictwie Rudy Raciborskie wciąż jest w takiej fazie, że można zapobiec podobnej katastrofie. Natychmiast zaangażowano znaczne siły. Strażacy dojeżdżają na miejsce od strony Gliwic, Rybnika, Raciborza i Kędzierzyna. Do akcji ramię w ramię wkraczają zawodowcy i ochotnicy, a ich działaniami kierują dowódcy coraz wyższej rangi. Nad lasem od samego początku huczy też śmigłowiec, z którego komendant Olchawa ocenia rozwój pożaru i wydaje nowe rozkazy. Z ziemi, przez drzewa i dym, trudno precyzyjnie ocenić, co się dzieje.
Patrzący z góry Olchawa potwierdza, że ogień nieustannie przesuwa się na wschód. Dobrą wiadomością jest to, że pożar utrzymuje szerokość kilkuset metrów i nie rozchodzi się na boki. Na jego tyłach również nie ma zagrożenia, bo spłonęło tam już wszystko, co mogło spłonąć.
Po wylądowaniu komendant spotyka się z kapitanem Karolem Stępniem, który dowodzi wozami z Kędzierzyna. Olchawa poleca koledze, aby wysłał ludzi na drogę leśną po północnej stronie pożaru. Na południowym skrzydle akcję prowadzą ratownicy dowodzeni przez aspiranta Wranika. Mają za zadanie pilnować boków i sukcesywnie zawężać front ognia.
Olchawa ponownie wsiada na pokład śmigłowca. Łopaty wirnika obracają się coraz szybciej, wzbijając tumany kurzu, i maszyna odrywa się od ziemi. Po chwili zaparkowane na leśnych drogach i duktach wozy strażackie wyglądają jak czerwone pionki na zielonej planszy do gry. Wokół nich uwijają się strażacy – z perspektywy śmigłowca przypominają mrówki.
Dywan z drzew zdaje się ciągnąć bez końca. Las wciśnięty między Rybnik, Gliwice i Kędzierzyn zajmuje kilkadziesiąt tysięcy hektarów. Olchawa dostrzega, że w jednym z krańców tego leśnego dywanu pojawiło się niebezpieczne rozprucie. Poczerniała rana na zielonej tkance. Jej obrzeże jest ogniste i stopniowo się rozszerza. W powietrze wznoszą się gęste kłęby dymu, które zasłaniają horyzont i widok na graniczący z borem przemysłowy krajobraz: na kominy elektrowni w Rybniku, górnicze szyby w Knurowie i gliwickie wieżowce z wielkiej płyty. Olchawa wie, że trzeba ten pożar zdusić jak najszybciej, bo niewielka nadżerka bardzo szybko może zakazić o wiele większą połać lasu.
Na szczęście z góry wygląda na to, że strażacy odzyskali kontrolę nad sytuacją, a przynajmniej tak ocenia komendant. Chce jednak przejść do ofensywy i po dotychczasowym pościgu za ogniem wreszcie go zaatakować – i stłamsić. Rozkazuje więc Stępniowi, aby zadziałać odważniej na północnym skrzydle. Oficer przydziela to zadanie młodszemu kapitanowi Januszowi Chomiakowi, który na co dzień dowodzi Jednostką Ratowniczo-Gaśniczą w Kędzierzynie. W drogę międzyoddziałową skręcają trzy wozy: najpierw zawodowcy z Kędzierzyna, a za nimi ochotnicy ze Sławięcic i z Bierawy. Chomiak wskakuje na stopień drabinki trzeciego auta i trzymając się poręczy, wjeżdża w las.
Droga jest wąska, ale przejezdna. Pożar rozwija się równolegle do duktu. Strażacy obserwują płomienie pełgające po ściółce z prawej strony w odległości kilkudziesięciu metrów od wozów. Nie wyglądają groźnie, sięgają najwyżej do pasa, lecz i tak czoło ognia konsekwentnie pożera kolejne drzewa. Ratownicy mają do pomocy leśnika, który na bieżąco śledzi rozwój pożaru i podpowiada im, aby wyprzedzić ogień i zaczekać na niego kawałek dalej. Wozy podjeżdżają do przodu i zatrzymują się siedemset metrów od skrętu z drogi asfaltowej w leśny dukt.
Po chwili do trzech wozów dołącza czwarty. To samochód Andrzeja Kaczyny, który zdążył zrobić dwa kursy po wodę. Gdy wrócił z ostatniego, skierowano go właśnie tutaj. Kaczyna i kierowca Dziedzioch nie będą gasić, mają tylko przepompować wodę do pozostałych pojazdów. Ten drugi ma złe przeczucia. Trzy lata wcześniej, niedaleko stąd, ledwie uciekł wozem z płomieni, dlatego uważnie analizuje teren pod kątem ewentualnego odwrotu. Wycofanie kolumny pięciu dużych samochodów, bo za nimi Jerzy Glomb właśnie zatrzymał jelcza z Kłodnicy, ustawionych na wąskiej leśnej drodze to zadanie o wiele trudniejsze niż ucieczka jednym.
Kiedy Dziedzioch obsługuje pompy, Kaczyna oznajmia, że jego zdaniem dobrze byłoby skręcić w przecinkę i spróbować przerwać ogień wodą z działka. Nie ma czasu, aby zaproponować to rozwiązanie Chomiakowi, bo leśnik przekazał dowódcy, że front pożaru przesunął się dalej, na wysokość młodnika po drugiej stronie drogi.
"Młodnik" to słowo, które stawia strażaków na baczność. Pożar na takim terenie stanowi nie tylko ogromne zagrożenie dla lasu, lecz także dla ludzi. Kilkunastoletnie drzewa rosną gęsto, a ich gałęzie są na wysokości człowieka. Gdy zapali się taki młodnik, dym zasnuwa wszystko dookoła szczelną kotarą, dlatego to na obronie tego fragmentu strażacy muszą się teraz skupić. Auta podjeżdżają nieco głębiej w las.
Jednocześnie kierowca pierwszego w kolumnie wozu z Kędzierzyna wykonuje niespodziewany manewr: po opróżnieniu zbiornika wody rusza do przodu, ale zamiast jechać dalej duktem, zawraca na niewielkiej polanie. Udaje mu się poboczem ominąć pierwsze auto, lecz dalej droga staje się zbyt wąska, aby przejechać obok pozostałych. Wciska się między nie i staje przodem w przeciwnym do reszty wozów kierunku. Trzeci kierowca w kolumnie chce zrobić to samo, żeby ułatwić sobie w ten sposób zawczasu wyjazd spomiędzy drzew, bo dzięki temu uniknąłby cofania przez blisko kilometr. Zawracanie idzie mu jednak opornie.
– Wracaj do kolumny, bo się tu wszyscy poblokujemy! – denerwują się strażacy, więc kierowca posłusznie wraca wozem na miejsce.
Wtem Chomiak zauważa coś podejrzanego. Pożar, który trzeszczał i syczał w rytm huczących pomp, nagle milknie. Warkot silników odbija się od głuszy i wraca niepokojącym echem.
Cisza.
Chomiak wie, że ugaszony pożar wcale tak nie brzmi – tak brzmi pożar przyczajony. Taki, który spłoszył ptaki i wszelkie zwierzęta obserwujące go z ukrycia. Taki, który chce zmylić przeciwnika, zaskoczyć go, dlatego nie wydaje z siebie najmniejszego szmeru.
I taki, po którym nie wiadomo, czego się spodziewać. Mija sekunda. Mijają dwie. Trzy. Strażacy zamarli. Czekają, nasłuchują. Cztery. Coś w tej dźwiękowej pustce zaraz wybuchnie. Pięć. Sześć. Kilku strażaków odruchowo się cofa. Siedem. Osiem. Co ten ogień szykuje? Dziewięć. Naraz gwałtowny podmuch podnosi pełgające po ziemi płomienie na wysokość koron drzew. Przed strażakami wyrasta ściana ognia. Dziesięć. Jedenaście. Dwanaście. Pożar zmienia kierunek i idzie skosem wprost na drogę, samochody i ludzi.
Strażacy rzucają węże i biegną do wozów. Chomiak widzi ich w głębi lasu. Przedzierają się przez kłęby dymu, którego zrobiło się tak wiele, jakby ktoś odpalił między pniami racę. Dukt za wozami strażackimi całkowicie w nim zniknął, dlatego dowódca natychmiast rozkazuje kierowcom jechać do przodu.
O 16.07 Chomiak zgłasza przez radio Stępniowi, że sytuacja nagle się pogorszyła. Potem w eterze zapada cisza. Pierwsze w kolumnie auto ze Sławięcic rusza, lecz przed jego maską jest gęsto od dymu. Kierowca przypuszcza, że ogień już przekroczył drogę, dlatego zaczyna cofać. Do przodu ruszają też dwa kolejne wozy, tylko że ich kierowcy komendę "w przód" rozumieją inaczej, bo stoją naprzeciw siebie. Samochody stykają się zderzakami. Zaklinowały się maska w maskę.
– Uciekać! – wrzeszczy Chomiak. – Uciekać!
Ci, którzy go słyszą, wyskakują z aut i pędzą, ile sił w nogach. Ale nie do każdego dociera komenda. Tumult jest taki, że nie słychać pracujących silników. Lecz nawet ci, którzy nie dosłyszeli rozkazu kapitana, po chwili również rzucają się do ucieczki.
Pożar zachowuje się jak dzikie zwierzę, które dotąd drzemało między drzewami, ale podrażnione przez skradających się z boku strażaków otworzyło oczy i ruszyło prosto na nich. Tuż przed nimi stanęło na tylnych łapach i ryczy wściekłe, szykując się do ataku.
Dziedzioch podjeżdża zaledwie kawałeczek do przodu. W chmurze dymu zauważa kontury leżących na ziemi węży strażackich. Wyskakuje zza kierownicy i podłącza jeden z nich. Chce zrobić coś, co jest strażacką ostatecznością: polewać samego siebie.
Zanim z węża tryśnie woda, do Dziedziocha dociera, że to się nie uda. Od ściany ognia bije taki żar, jakby ktoś otworzył mu przed nosem rozgrzany piekarnik. Gdy bierze oddech, czuje, że łyka ogień. Parzy mu krtań. Dusi się. Każdy kolejny wdech może być śmiertelny.
Dziedzioch rzuca wąż i ucieka.
Jest wysoki, szczupły i atletyczny, sadzi długie kroki. Najpierw wzdłuż kolumny aut, a następnie odbija w lewo, w tę część lasu, która jeszcze się nie pali. Widzi kątem oka, jak do jednego z wozów wskakuje strażak. Rozpoznaje w nim swojego dowódcę Andrzeja Kaczynę.
Ochotnicy z kłodnickiej straży nie zdążyli wkroczyć do akcji, a już muszą uciekać. Adam Adamski zarzuca na głowę kurtkę. Młodszemu bratu każe zrobić to samo. Biegną jeden za drugim wzdłuż kolumny samochodów. Parę metrów przed nimi ucieka Malinowski. Prawie go doganiają, ale w przerwę między wozami wdziera się jęzor ognia i odgradza braci. Tracą z oczu dowódcę.
Kiedy ściana ognia załamuje się i opada na drogę, kierowca Glomb jest w wozie. Obok siedzi Ścibak. Silnik pracuje. Strażacy muszą błyskawicznie zdecydować, czy wyskoczyć z auta i uciekać, czy cofać wóz. Nie wiedzą, czy za nimi się pali ani czy w międzyczasie drogi nie zablokowało następne auto, co uniemożliwi im wyjazd. Jeśli utkną, będzie po nich. Mają pełen zbiornik wody, więc Ścibak wskakuje na dach, chwyta za działko i polewa kabinę ich jelcza. Glomb wrzuca wsteczny i rusza ze Ścibakiem trzymającym się działka na dachu.
16.17 – Pożar się rozprzestrzenia, są spalone samochody i poparzeni ludzie. Potrzebne karetki
Z trudem łapią oddech. Niektórzy padają na asfalt, inni, jak starszy Adamski, na przemian plują krwią albo wymiotują struci dymem. Podczas ucieczki nawdychali się ogromnych jego ilości. Przez pierwsze minuty nie są w stanie nic z siebie wydusić. Tylko dyszą.
Strażacy, którzy zorganizowali sztab akcji na szosie Kuźnia − Solarnia, próbują czegokolwiek się od nich dowiedzieć.
– Co się stało?
– Słyszysz mnie?
– Jesteś ranny?
– Ktoś tam został?
– Karetki są w drodze!
– Ale musimy wiedzieć, czy ktoś tam został!
– Piekło… tam było jak w piekle!
– Hej! Słyszysz mnie?!
– Powiedz coś, kurwa!
– Gdzie jestem? Żyję?
– Żyjesz, chłopie, żyjesz!
– Czy ktoś został w lesie?! Jeśli ktoś tam został, musimy go ratować.
– Człowieku, powiedz coś!
– Piekło, istne piekło…
Chociaż półprzytomni, poszatkowanymi zdaniami opowiadają o kilkudziesięciometrowej ścianie ognia, która przed nimi wyrosła i przed którą uciekali, biegnąc tak szybko, jak nigdy w życiu nie biegli. O pożerającej wszystko na swojej drodze ognistej bestii, która wprawdzie ich nie dogoniła, lecz w przyszłości dopadnie niektórych z nich wiele razy, najczęściej we śnie, ale również na jawie, gdy na dźwięk syreny alarmowej przed oczami będą im stawać sceny z tego lasu.
Karol Stępień liczy strażaków. Z dwudziestu dwóch ludzi brakuje pięciu: Glomba, Ścibaka, Kaczyny, Dziedziocha i Malinowskiego. Glomb i Ścibak żyją. Osłaniając się wodą z armatki, cofają w dymie kilkaset metrów. Płomienie liżą ich samochód, nadpalają opony i tył wozu, ale polewana kabina wytrzymuje. W połowie drogi Glomb wjeżdża jednym kołem do rowu. Na szczęście są na tyle blisko skrętu z szosy asfaltowej, że stojący na niej strażacy dostrzegają ich i pomagają im wyjechać. Kierowca ma osmaloną twarz i ręce, pożółkłe włosy. Wygląda jak górnik po szychcie, tyle że w letniej koszuli.
Dziedziocha zauważają jadący szosą strażacy. Siedzi na skraju lasu, opiera się o drzewo. Jest ranny w głowę.
– Kaczyna wskoczył do wozu… Kaczyna wskoczył do wozu! – powtarza. – Widziałem go, to na pewno był Kaczyna – opowiada po chwili, kiedy wreszcie może złapać oddech. – Ja skręciłem w lewo. Pędziłem przed siebie… Usłyszałem za sobą wybuchy. Paliwo musiało eksplodować… Oddaliłem się trochę. Byłem po szyję w trawie, w paprociach. Gdyby mnie tam złapało, zginąłbym… Biegłem dalej, aż do drogi. A Kaczyna wskoczył do wozu…
Wybuchy, które słyszał Dziedzioch, to był dźwięk rozrywanych przez żar opon. Malinowskiego nadal nie ma. Dla dowodzącego akcją Piotra Buka to oczywiste – skoro któryś ze strażaków został w lesie, trzeba do niego jak najszybciej dotrzeć.
Dziedzioch też chce iść. Mówi, że pokaże, gdzie po raz ostatni widział Kaczynę.
– Aparaty! Czy ktoś ma aparaty tlenowe?!
Aparatów nie ma. Trudno, szkoda czasu, trzeba iść bez nich. Buk rusza pierwszy, za nim Dziedzioch, który przed wejściem na leśny dukt obwia?zuje sie? w pasie linką. To jego ubezpieczenie na wypadek, gdyby musiał sie? wycofywac? w dymie. Umoz?liwi mu ona powro?t najkro?tsza? droga? do szosy.
Im bliżej wozów, tym trudniej oddychać. Dym szczypie w oczy i odcina tlen, a ziemia jest tak rozgrzana, że parzy w stopy przez podeszwy strażackich butów.
Wśród ciemnych kłębów dostrzegają wreszcie czerwień auta strażackiego. To tył samochodu, którym kierował Dziedzioch. Choć Dziedzioch wie, że Kaczyna schronił się w którymś z wozów stojących na przodzie kolumny, znacznie głębiej w lesie, widok nietkniętej karoserii rozbudza w nim nadzieję – Andrzej mógł przetrwać to piekło!
Nie wie, że ocalenie tyłu tego pojazdu to przypadek. Za nim stało auto z Kłodnicy i gdy Ścibak wskoczył na dach, żeby osłaniać się wodą z działka w czasie odwrotu, przez moment lał ją na karoserię wozu Dziedziocha.
Ratownicy chcą iść dalej, ale dalej iść się nie da. Krok lub dwa więcej i stracą przytomność. Wycofują się. W wozie, który właśnie dojechał do sztabu akcji na szosie asfaltowej, są cztery aparaty oddechowe. Strażacy próbują ponownie wejść w dym. Za nimi idą koledzy z wężami, torują drogę wodą. Ekipa ratunkowa mija czerwony tył auta Kaczyny i przesuwa się ku masce. Ich nadzieja gaśnie, bo widzą, że reszta samochodu doszczętnie spłonęła. Kolejne dwa wozy wyglądają identycznie – są całkowicie spalone.
Kaczyny w żadnym z nich nie ma.
Gdy zbliżają się do ostatniego pojazdu, z którego został tylko blaszany szkielet, już wiedzą, że szukają ciała kolegi. O godzinie 17.29 przekazują przez radio, że w spalonej kabinie znaleźli ofiarę. Są niemal pewni, że to aspirant Andrzej Kaczyna.
*Fragmenty książki "Ogień wyszedł z lasu" Dawida Iwańca. Książka do kupienia w Publio >>>


