Rozmowa
Ujęło nas islandzkie 'jakoś to będzie, wszystko się rozwiąże jutro, nie ma się co stresować' - mówi nasza rozmówczyni (Fot. Katarzyna Bobola)
Ujęło nas islandzkie 'jakoś to będzie, wszystko się rozwiąże jutro, nie ma się co stresować' - mówi nasza rozmówczyni (Fot. Katarzyna Bobola)

Mieszkacie na Islandii od prawie siedmiu lat. Miało być na chwilę...

Kasia: Latem 2018 roku przylecieliśmy na trekking. Spotkaliśmy się ze znajomymi, którzy tu mieszkali i pracowali. Miesiąc po powrocie do Polski dostaliśmy propozycję, aby przejąć ich pracę – prowadzili mały guest house w centrum Rejkiawiku. Mieliśmy być jedynymi pracownikami, a dzięki temu mieć jednocześnie pracę i mieszkanie. Zdecydowaliśmy się spróbować. I jesteśmy tu do dziś.

Czyżby to tańcząca zorza tak was zauroczyła?

Kasia: Ujęło nas islandzkie "Þetta reddast", czyli "jakoś to będzie, wszystko się rozwiąże jutro, nie ma się co stresować". Dziś nas to czasem denerwuje, ale przynajmniej Islandczycy są dzięki temu zdrowsi i żyją dłużej.

A z zorzami jest trochę tak jak z opowieściami o Islandii w katalogach biur podróży. Wszędzie obiecują cud: taniec kolorów, niebo w zieleni, nieziemskie przeżycia. A realia są inne.

Piotr: Ludzkie oko wcale tej zieleni od razu nie widzi. Gdy zorza nie jest szczególnie silna, wygląda bardziej jak biała smuga, mleczny obłok. Na zdjęciach widać eksplozję koloru, ponieważ matryca aparatu rejestruje światło w inny sposób niż ludzkie oko i potrafi wychwycić zieleń tam, gdzie człowiek widzi tylko szarość. Żeby naprawdę zobaczyć zorzę w kolorach, trzeba mieć sporo szczęścia i cierpliwości.

- Lodowce robią ogromne wrażenie. To jedno z tych miejsc, gdzie naprawdę czuć potęgę natury i człowieczą małość - mówi Piotr (Fot. Katarzyna Bobola) , Katarzyna i Piotr mieszkają na Islandii prawie 7 lat. Małżeństwem są ponad 20 (Fot. Katarzyna Bobola)

Kasia: Zdarza się, że ktoś nas pyta, czy organizujemy takie wyprawy "na zorzę" dla turystów. Nie robimy tego – nie umiem i nie chcę oszukiwać ludzi.

Nie trzeba dużo, żeby sprzedać marzenie. Wycieczki odbywają się niemal codziennie, odwoływane są tylko wtedy, gdy szansa na zorzę jest absolutnie zerowa. A że realna zielona zorza – taka jak z folderów – pojawia się może na 10 proc. tych wycieczek, bo przez większość czasu widzisz tylko chmury i ciemność, a nie spektakl? Firmy oczywiście znalazły sposób: jeśli nic nie zobaczysz, dostajesz tzw. bilet powrotny, który można zrealizować w ciągu dwóch lat. Ale jaka część turystów faktycznie będzie w stanie to zrobić?

Z zorzą wiążą się mity i wierzenia.

Kasia: Chińscy nowożeńcy masowo przyjeżdżają na Islandię w podróż poślubną. Nie dla lodowców, nie dla wielorybów, ale dla zorzy. Wierzą, że jeśli zostanie pod nią poczęte dziecko, będzie miało niesamowite szczęście w życiu.

Grenlandczycy w światłach zorzy [arsarnerit – z grenlandzkiego: zorza polarna] widzą dusze małych dzieci, które umarły wskutek poronienia albo zostały po narodzinach zabite. Wierzą, że grają na niebie w piłkę, używając do tego czaszki morsa. Kiedy aurora tańczy, znaczy, że dzieci są zadowolone. Kiedy światła są statyczne, dzieci są smutne. Ludzie powinni natychmiast zagwizdać lub zaklaskać, by maluchy wróciły do podniebnych harców.

Czy dla samych Islandczyków zorza ma jakieś mityczne znaczenie?

Piotr: Dawniej wierzono, że światło Północy pomaga uśmierzyć bóle okołoporodowe. Panowało też przekonanie, że rodząca powinna wystrzegać się patrzenia wprost na zorzę, by nie urodzić dziecka o różnokolorowych oczach. I podobno Islandczycy, w przeciwieństwie do turystów, nie lubią, kiedy zorza jest czerwona – bo to zawsze oznacza jakieś złe wieści. Na ich szczęście występuje ona w tej wersji na wyspie bardzo rzadko.

Dziś jest dla nich raczej bardzo praktycznym wskaźnikiem. Kiedy wielobarwna tańczy na niebie, wnioskują, że nadchodzi burza. Jeśli zaś pojawi się w końcówce zimy, można spodziewać się kolejnych opadów śniegu.

Biura podróży obiecują cud: taniec kolorów, niebo w zieleni, nieziemskie przeżycia. A realia są inne. Na zdjęciu zorza, jaką znamy z reklam folderów (Fot. Federico Cappone/Shutterstock) , Realna zielona zorza pojawia się może na 10 proc. wycieczek. W dodatku ludzkie oko wcale tej zieleni od razu nie widzi (Fot. Katarzyna Bobola)

Czy wy zobaczyliście taką zorzę jak w folderach biur podróży?

Kasia: Kiedy mieszkaliśmy przez trzy lata na północy Islandii, gdzie częściej jest bezchmurne niebo, zorza pojawiała się za naszym oknem. To naprawdę niesamowity widok. A najpiękniejsze w niej jest to, że to sama natura ją tworzy. Nie mamy na nią wpływu. Zdarzały się kilkuminutowe spektakle z nią w roli głównej. Często wtedy wyskakiwaliśmy z domu w szlafrokach i klapkach, by popatrzeć. I azjatyccy turyści robili zdjęcia najpierw nam, a potem zorzy. Bo oni ubrani w grube kurtki i czapy, a my prosto z łóżka.

Czego potrzeba, by zobaczyć zorzę polarną?

Piotr: Oprócz szczęścia? Ciemności, nocy – dlatego największe szanse na jej zobaczenie są od późnego sierpnia do wczesnego kwietnia. Najlepiej jest również wyjechać poza miasto, tak by teren był jak najmniej zanieczyszczony sztucznym światłem. Oczywiście w Rejkiawiku, w centrum islandzkiej stolicy, również można trafić na piękną zorzę ponad miastem, ale zdarza się to zaledwie kilka razy w roku.

Po drugie potrzebna jest aktywność słoneczna, coś się tam daleko w kosmosie, na Słońcu musi dziać. Plazma musi zostać wysłana w kierunku Ziemi. To sprawdzimy w aplikacji prognozującej szanse na zobaczenie zorzy w dowolnej lokalizacji na świecie, w której się akurat znajdujemy.

Po trzecie – najtrudniejsze szczególnie w południowej Islandii – potrzebne jest bezchmurne niebo. Ale nawet spełnienie powyższych warunków nie gwarantuje sukcesu w polowaniu.

Po kilku latach Katarzyna i Piotr już nie mówią, że są na Islandii 'na chwilę'. Złożyli wniosek o obywatelstwo (Fot. Katarzyna Bobola) , Na Islandii żyje około 800 tysięcy owiec - ponad dwa razy więcej niż ludzi (Fot. Katarzyna Bobola) , Islandia słynie także z wodospadów, których są tutaj setki (Fot. Katarzyna Bobola)

Islandia to nie tylko zorza, ale też lodowce. Ale te, niestety, topnieją. Uczestniczyliście nawet w "pogrzebie" jednego z nich.

Kasia: Zgodnie z definicją lodowiec przestaje być lodowcem, kiedy przestaje się poruszać pod wpływem własnego ciężaru. Tak stało się z islandzkim Okjökullem. W wyniku postępującego topnienia został uznany za "martwy lodowiec" i formalnie zdegradowany do miana góry. Po degradacji usunięto z nazwy człon "jökull", pozostawiając jedynie "Ok". Góra Ok.

Piotr: Na pogrzebie lodowca byli Islandczycy, dziennikarze, ale także Katrín Jakobsdóttir, premierka Islandii, Mary Robinson, była prezydent Irlandii, komisarz Narodów Zjednoczonych ds. praw człowieka czy 17-letnia wówczas Gunnhildur Hallgrímsdóttir, znana islandzka aktywistka. Na górze, gdzie znajdował się dawny lodowiec, umieszczono pamiątkową tablicę z przesłaniem dla kolejnych pokoleń. Znajduje się na niej m.in. zdanie: "Wiemy, co się dzieje. Wiemy, co należy zrobić. Tylko wy będziecie wiedzieć, czy to zrobiliśmy". To symboliczny komentarz do zmian klimatycznych i odpowiedzialności za ich skutki.

Macie swoje ulubione lodowce?

Kasia: Naszym ulubionym jest Snæfellsjökull. To ten, w którym według Juliusza Verne'a znajduje się wejście do wnętrza Ziemi. Kiedy w pierwszym roku naszego pobytu na Islandii mieszkaliśmy w Rejkiawiku na czwartym piętrze, to widzieliśmy go z okna, daleko na horyzoncie. Jest mały i uroczy, pięknie położony niedaleko stolicy, na półwyspie Snæfellsnes, który nazywany jest Islandią w pigułce. Podobno jest też następny w kolejce do utraty swojej lodowcowej tożsamości.

Ale tak naprawdę każdy lodowiec jest wart zobaczenia – i te na południu, w obrębie Vatnajökull, które są łatwo dostępne, i te w najsłynniejszej lodowej lagunie Jökulsárlón, i te mniejsze, dobrze oznaczone, ale mniej zatłoczone.

Piotr: One robią ogromne wrażenie. To jedno z tych miejsc, gdzie naprawdę czuć potęgę natury i człowieczą małość.

Islandczycy na początku są zdystansowani i zamknięci. Niełatwo wkupić się w ich łaski czy zostać kimś więcej niż tylko znajomym - mówi Piotr (Fot. Katarzyna Bobola) , Islandia to mały kraj, więc rządowi łatwiej zadbać o tę społeczność. I robi to skutecznie - dodaje Katarzyna (Fot. Katarzyna Bobola)

Nie tylko islandzka natura nas zadziwia. Tamtejsze zwyczaje też mogą się nam wydać nietypowe. Zainteresowało mnie np. to, że noworodki przez trzy miesiące nie mają imion.

Kasia: Na Islandii wybór imienia dla dziecka wygląda zupełnie inaczej niż u nas. Nie ma tu wielomiesięcznych rozważań w czasie ciąży, list imion, głosowań w rodzinie czy twardych postanowień.

Oczywiście są rodziny, w których istnieje tradycja nadawania imion po dziadkach – co druga córka po babci, co trzeci syn po dziadku – ale nie jest to reguła. Najczęściej imię "przychodzi" dopiero po narodzinach, kiedy rodzice mogą zobaczyć dziecko, poobserwować je i poczuć, jak powinno się nazywać. Bo imię często jest jak odpowiedź na pytanie, kim jesteś.

Czasem inspiracją są znaki z otoczenia. Jakiś czas temu niedaleko nas urodziło się dziecko. Jednocześnie w pobliżu gniazdo założyła sowa. Rodzice uznali, że to coś znaczy. Dziecko wyglądało na mądre, spokojne – i dali mu na imię Ugla, czyli po islandzku właśnie "sowa".

Braliście udział w jakimś tradycyjnym święcie, uroczystości islandzkiej?

Piotr: Eurowizja?

Ale czy to święto?

Piotr: Islandczycy naprawdę kochają Eurowizję – i to nie w znaczeniu "lubić sobie obejrzeć". Oni tym żyją. To sport narodowy, rodzaj zbiorowego uniesienia. Dla mnie to wciąż jest trochę niepojęte, że 20-latkowie, i to nie zapaleni fani muzyki, znają na pamięć wyniki z ostatnich 20 lat, wiedzą, kto 5 lat temu przyznał Islandii 10 punktów, i rozpoznają nazwiska wykonawców, których nikt już nie pamięta. To nie jest tylko zainteresowanie. To kulturowe zjawisko.

Kasia: W wieczór Eurowizji ulice są puste. Ludzie spotykają się w domach, są wspólne oglądania, emocje, przekąski, spekulacje. Nawet kursy czy zajęcia są przesuwane. Ostatnio mój kurs miał trwać do 19.30, ale prowadzący skończył wcześniej, o 18.50, bo o 19.00 zaczynały się eliminacje, w których brała udział Islandia. Niektórzy biorą dzień wolny, żeby móc się w pełni poświęcić oglądaniu. Nikt nie wychodzi do toalety w trakcie występów – tylko podczas przerw.

Na Islandii basen to podstawowe prawo człowieka. Niedawno nawet podjęto kroki, aby kulturę basenową wpisać na listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO (Fot. Katarzyna Bobola) , Gdy lodowiec przestaje się poruszać pod wpływem własnego ciężaru, zostaje uznany za 'martwy'. Na pogrzeg lodowca Okjökull przybyli nie tylko Islandczycy, ale także m.in. Katrin Jakobsdóttir, premierka Islandii (Fot. Katarzyna Bobola) , Na Islandii problemem nie jest temperatura, ale wiatr. Potrafi nawet przewrócić samochód na drodze (Fot. Katarzyna Bobola)

A islandzcy reprezentanci są prawdziwymi gwiazdami. Media ruszają w teren, żeby pokazać ich życie rodzinne, domy, skąd pochodzą, jakie mają marzenia.

Ludzie próbują doszukać się jakiegokolwiek powiązania – "A może jesteśmy spokrewnieni?" – bo przecież na Islandii wszyscy są w jakiś sposób powiązani.

To naprawdę święto. I chociaż w innych krajach Eurowizja też ma fanów, nigdzie chyba nie wygląda to tak jak tutaj.

Eurowizja jest tak samo ważna jak kultura basenowa.

Kultura basenowa, czyli...?

Piotr: W Polsce też chodzimy na baseny, ale na Islandii to podstawowe prawo człowieka. Coś, do czego każdy powinien mieć dostęp, i to codziennie. Większość Islandczyków nawet nie przychodzi na basen po to, by pływać, ale aby usiąść w gorącej wodzie, porozmawiać, spotkać się.

W Polsce takim miejscem spotkań są rynki, kawiarnie. Na Islandii – baseny, szczególnie dla seniorów. Każdy ma swój ulubiony basen i ulubioną porę dnia.

W dodatku basen to przestrzeń demokratyczna – w stroju kąpielowym wszyscy są równi. Nie widać, kto jest prezesem, a kto piekarzem. Nie ma znaczenia, kim jesteś. Ważne, że siedzisz w tej samej wodzie, w tym samym miejscu co inni i rozmawiasz.

Islandia daje poczucie bezpieczeństwa na wielu poziomach: finansowym, psychicznym, a także jeśli chodzi o zabezpieczenie na starość (Fot. Katarzyna Bobola) , Na wyspie nie brakuje rzecz jasna gorących źródeł, w których można wziąć kąpiel (Fot. Katarzyna Bobola)

W czasie pandemii, kiedy władze zamknęły baseny, ludzie byli oburzeni. Bo zamknięcie basenu to nie tylko utrata fizycznej aktywności, ale też oderwanie od codziennego rytuału, kontaktu społecznego, rytmu życia. Dla wielu to był większy problem niż brak możliwości pójścia do sklepu. Niedawno nawet podjęto kroki, aby kulturę basenową wpisać na listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO.

Jak Islandczycy przyjmują imigrantów?

Kasia: Na początku są zdystansowani i zamknięci. Niełatwo wkupić się w ich łaski czy zostać kimś więcej niż tylko znajomym, z którym rozmawia się o pogodzie. Islandczycy są bardzo mili, chętnie odpowiadają na pytania, rozmawiają, ale szybko o tobie zapominają – ludzie zwykle przyjeżdżają tu na chwilę i wyjeżdżają, dlatego obcych traktują jako tymczasowych gości i na początku bywa trudno przebić się przez tę niewidzialną barierę. Dom otwierają tylko dla rodziny i bliskich znajomych.

Piotr: Niedawno kupiliśmy mieszkanie w Rejkiawiku. Kasia spotkała się z panią z naszej czteroosobowej wspólnoty mieszkaniowej i rozmawiała z nią pół godziny, stojąc w progu.

Kasia: Dla niej zaproszenie mnie do środka byłoby przekroczeniem granicy naszej znajomości. Jeszcze tak blisko nie jesteśmy.

Zorza, lodowce, nieufność mieszkańców, ale i zimno. Ono jest dotkliwe?

Piotr: Na Islandii problemem nie jest temperatura – nawet zimą jest znośnie – ale wiatr. Potrafi przewrócić samochód na drodze, deszcz pada poziomo i wbija igiełki z zamarzającej wody w twarz. Działa system alarmów pogodowych: żółty, pomarańczowy i czerwony. Przy czerwonym warunki pogodowe zagrażają życiu ludzi. Wiatr wieje powyżej 100 km/godz., a jego podmuchy są bardzo silne. Do tego zazwyczaj pada deszcz lub śnieg w dużych ilościach.

Wtedy nikt nie powinien wychodzić z domu. Takie alarmy zdarzają się kilka razy w roku (albo w ogóle) w zależności od regionu.

Katarzyna i Piotr przyjechali na wyspę latem 2018 roku. Miesiąc po powrocie do Polski dostali propozycję od znajomych, aby przejąć ich pracę. I wrócili (Fot. Katarzyna Bobola) , Maskonury są jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli Islandii. Mieszka tu około 60 proc. światowej populacji tych ptaków (Fot. Katarzyna Bobola)

Co robicie, gdy nie można wychodzić z domu?

Kasia: Chowamy się w domu z książką i czekamy, aż pogoda się poprawi. I potem wszystko wraca do normy. Często dość szybko, bo pogoda na Islandii jest bardzo zmienna. Jednym z podstawowych żartów opowiadanych turystom jest ten o pogodzie właśnie: "Nie podoba ci się pogoda? Poczekaj pięć minut, a na pewno się zmieni".

Po kilku latach już nie mówicie, że jesteście na Islandii "na chwilę".

Kasia: Nie. Złożyliśmy wniosek o obywatelstwo. To mały kraj, około 400 tys. mieszkańców, więc rządowi łatwiej zadbać o tę społeczność. I robi to skutecznie. Islandia daje poczucie bezpieczeństwa na wielu poziomach: finansowym, psychicznym, a także jeśli chodzi o zabezpieczenie na starość.

Emerytury są wysokie?

Piotr: System emerytalny jest tak skonstruowany, żeby osoba, która spędziła całe dorosłe życie na wyspie, w najgorszym wypadku miała emeryturę w okolicach 8 tys. złotych. Nie jest to kwota wysoka, ale wystarczy na bardzo skromne życie.

Ale to tylko jeden z trzech filarów. Mieszkańcy odkładają też obowiązkowo z pensji – im dłużej pracujemy, tym wyższa jest emerytura. Ostatni filar jest dobrowolny, ale odkłada na niego około 60 proc. społeczeństwa.

Jakie są średnie zarobki?

Piotr: Funkcjonuje tu pojęcie płacy minimalnej, w każdej branży trochę innej wysokości. Stawki te negocjowane są przez związki zawodowe co kilka lat. Pensja minimalna za etat wynosi około 10 tys. złotych w najsłabiej opłacanych zawodach. Przy czym trzeba wiedzieć, że wynajęcie pokoju w Rejkiawiku to koszt około 3 tys. złotych.

Islandczycy naprawdę kochają Eurowizję - i to nie w znaczeniu 'lubić sobie obejrzeć'. Oni tym żyją. To sport narodowy, rodzaj zbiorowego uniesienia (Fot. Katarzyna Bobola) , Islandia słynie z księżycowych krajobrazów, ale nie brakuje tu również przepięknej roślinności (Fot. Katarzyna Bobola) , Pogoda na Islandii jest bardzo zmienna. Jednym z podstawowych żartów opowiadanych turystom jest właśnie ten o pogodzie (Fot. Katarzyna Bobola)

Jak wygląda w takim razie starość na Islandii?

Kasia: Jeśli zdrowie pozwala, to Islandczycy starają się pracować jak najdłużej. Nawet do 80. roku życia. Kiedy jednak przechodzą na emeryturę, często sprzedają swoje mieszkania i wyprowadzają się do Hiszpanii – w okolicach Alicante można znaleźć całe islandzkie osiedla.

Piotr: Kupują też mieszkania w specjalnych budynkach przystosowanych dla ludzi starszych, po 60. roku życia. Są tam specjalne wspólne przestrzenie, aby mogli spędzać ze sobą czas, oglądać telewizję, rozmawiać. Personel pomaga w zakupach, przyjmowaniu leków, sprzątaniu, jeśli ktoś sobie życzy.

A system opieki zdrowotnej?

Piotr: Brakuje specjalistów, bo młodzi Islandczycy wyjeżdżają na studia za granicę i często nie wracają.

Kasia: Duży szpital jest w stolicy, drugi w Akureyri na północy. Czyli ludzie z odludnych części wyspy do lekarza muszą przyjechać lub przylecieć samolotem. Często te podróże są refundowane, ale jednak zawsze zabierają czas.

Czy jest coś, co się wam w Islandii nie podoba?

Kasia: Islandii nie da się nie lubić, chociaż można na nią codziennie narzekać.

I my też czasem narzekamy. Przede wszystkim na ten brak umiejętności planowania długofalowego – co na początku nas urzekło. Na Islandii nie myśli się o tym, że być może za pięć lat trzeba będzie naprawić dach, bo po drodze można sprzedać mieszkanie, może wybuchnąć wulkan, a jak jednak będzie potrzeba, to po prostu weźmie się na ten remont kredyt. Ale to za pięć lat, więc czym tu się dziś martwić?

Zobacz wideo Marta opiekuje się zwierzętami, które same podróżują

Problemem jest też nierówne traktowanie pracowników, szczególnie w turystyce. Wiele osób przyjeżdża tu zwabionych dobrymi zarobkami. I są one wysokie, co nie oznacza, że Islandczyk pracowałby za tę samą stawkę. Trzeba więc wiele czasu poświęcić na poznanie swoich praw jako pracownika i później na ich egzekwowanie.

I jeszcze brakuje nam ciepłych letnich wieczorów w lipcu... Ale po to akurat latamy do Polski.

Katarzyna Bobola i Piotr Kersz. Małżeństwo, które przetrwało już ponad 20 lat wspólnych podróży. Etnolodzy z pasji. Nałogowi czytacze książek. Długodystansowcy piesi (przeszli m.in. Szlak Herbaty na Sri Lance, Szlak Jordański, Izraelski Szlak Narodowy, Libański Szlak Górski i kilka innych). Autorzy przewodników, książki "Islandia. Historie pisane wiatrem" i bloga wapniakiwdrodze.pl. Od siedmiu lat mieszkają na Islandii.

Magdalena Wojciechowska. Dziennikarka. Lubi pisać o sprawach kobiet i edukacji. Interesuje się psychologią. Publikuje w "Wysokich Obcasach", "Wysokich Obcasach Extra".