Podróże
Riwiera Turecka z roku na rok przyciąga coraz więcej Polaków. Szczególnie dobrze będą się tu czuli rodzice z dziećmi (Fot. Marcelina Szumer-Brysz)
Riwiera Turecka z roku na rok przyciąga coraz więcej Polaków. Szczególnie dobrze będą się tu czuli rodzice z dziećmi (Fot. Marcelina Szumer-Brysz)

Alanya to najbardziej znany kurort Riwiery Tureckiej. Gdy w mieście i na plaży upał dochodzi do 40 st. C, niektórzy wolą moczyć się w hotelowym basenie, niż ruszać na wyprawy, zwłaszcza z dziećmi. Błąd. Zaledwie kilka kilometrów za miastem wartko płyną turkusowe wody potoku Dim, zwanego tu Dimçay. Po obu brzegach zacienionej rzeki ustawiono metalowe stelaże, a na nich zadaszone niskie podesty wyłożone poduchami w stylu osmańskim. Na rzece wydzielono też głębsze i płytsze kąpieliska, z miejscami do skoków i instagramowymi huśtawkami. Można tu zjeść śniadanie albo lunch (świeże ryby prosto z rzeki, köftę [rodzaj mięsa mielonego – przyp. red.] lub któryś z licznych rodzajów kebabu) bądź przesiedzieć cały dzień, popijając jedynie herbatę z podwójnego tureckiego czajniczka zwanego çaydanlikiem.

Miejsce to, coraz częściej odwiedzane przez turystów, do niedawna było tylko oazą miejscowych, którzy właśnie tu uciekali całymi rodzinami przed upałem. Podczas gdy rodzice stronili od kąpieli, dzieci praktycznie nie wychodziły z wody. Przy wielu przybrzeżnych restauracjach są też place zabaw, a żeby się tu dostać, wystarczy wsiąść w odpowiednio opisany (Dimçay) dolmus, czyli lokalny busik. Podróż z centrum Alanyi nie powinna zająć dłużej niż 10–15 minut.

Góry, jaskinie, kaniony

To tylko jedna z licznych naturalnych atrakcji jednego z najbardziej znanych kurortów prowincji Antalya, położonej między górami Taurus a Morzem Śródziemnym. W sezonie letnim na międzynarodowym lotnisku w stolicy prowincji, która także nosi nazwę Antalya, samolot ląduje za samolotem. Poza sezonem też jest ruch: hotele, które jeszcze dekadę temu zwijały na zimę interes, nawet w styczniu i lutym tętnią życiem.

Do prowincji Antalya z każdym rokiem przybywa coraz więcej Polaków. Z danych Tureckiej Izby Turystyki wynika, że o ile jeszcze przed trzema laty liczba polskich turystów nieco przekraczała 400 tys., o tyle w 2024 roku było ich już trzy razy więcej – ponad 1,2 mln. Plasujemy się tuż poza podium, które obsadzają Rosjanie, Niemcy i Brytyjczycy. Dane nie precyzują, ilu turystów przybywa z dziećmi, ale wystarczy wizyta na plaży, by zrozumieć, że Turcja stała się naszym ulubionym kierunkiem na rodzinne wyjazdy. I choć wielu przyciąga głównie bogata oferta hoteli all inclusive, region ma wiele do zaoferowania także i tym, którzy postanowią opuścić hotelowe mury.

Widok z lotu drona na twierdzę Czerwona Wieża (Kizil Kule) i port miejski Alanya (Fot Nick N A/Shutterstock)

Wracamy do Alanyi… Jeśli ktoś woli góry i jaskinie – nie ma problemu. W ścisłym centrum miasta znajduje się i to, i to. Na wzgórze otoczone z obu stron murami obronnymi pamiętającymi czasy, gdy rządzili tu Rzymianie i Bizantyjczycy, kiedyś trzeba było wdrapać się pieszo wąskim chodnikiem albo wjechać taksówką. Do dziś jest to możliwe, Turcy zadbali jednak o wygodę dorosłych i atrakcje dla dzieci. Od 2009 roku na Tünektepe wjeżdża teleferik – kolejka linowa. Z pnących się do góry wagoników rozciąga się bajeczny widok na zatokę i dwuipółkilometrową plażę Kleopatry. Po zwiedzeniu twierdzy tą samą drogą można wrócić na ziemię, a następnie po schodkach udać się pod jej powierzchnię.

Dosłownie dwa kroki od stacji kolejki znajduje się wejście do jaskini Damlatas. Zwiedzanie pełnej stalaktytów i stalagmitów o fantazyjnych kształtach groty, w której panuje temperatura 22 st. C i specyficzny mikroklimat, zalecany astmatykom, nie wymaga ani specjalistycznego sprzętu, ani nawet latarek, na dole zaś na zwiedzających czekają wygodne ławeczki. Po wyjściu można się udać na rozległy plac zabaw urządzony w parku sąsiadującym z plażą Kleopatry. Nieopodal miasta znajduje się jeszcze jedna atrakcja naturalna, która nie wymaga niezwykłej kondycji. To kanion Sapadere, niespełna kilometrowy górski wąwóz wyłożony… drewnianymi kładkami, które czynią spacer łatwym i przyjemnym nawet dla maluchów. Prawdziwa gratka dla lubiących podziwiać naturę i górskie widoki, a nawet kąpać się w naturalnych basenach.

Delfiny i karuzele

Przenieśmy się teraz do stolicy, czyli do Antalyi. Na archiwalnych fotografiach widać niezagospodarowane plaże, na których z rzadka wypoczywają miejscowi, oraz kompletnie pustą okolicę wodospadu Duden. Nim rozpoczął się turystyczny boom, piaszczyste tereny wybrzeża były traktowane jak bezwartościowe nieużytki i… zapisywane w spadku córkom, podczas gdy ich bracia dziedziczyli żyzne łąki i pastwiska na zboczach gór Taurus.

Gdy odkryto turystyczny potencjał regionu, miejscowe kobiety zostały milionerkami. Metropolia rozrosła się, przybyło atrakcji. W sąsiedztwie stanowiącego wizytówkę miasta wodospadu majestatycznie wpadającego z urwiska wprost do Morza Śródziemnego powstał zadbany park z placami zabaw, knajpkami, kawiarniami i lodziarniami. To Düden Parki, między bulwarem Barinaklar a Lara Caddesi. Można się do niego bez trudu dostać autobusem miejskim, a dzieci z pewnością nie będą się nudzić.

Komplet sułtanów do nabycia na każdym bazarze (Fot. Marcelina Szumer-Brysz) , Knajpka w Antalyii - kolory to drugie imię Turcji (Fot. Marcelina Szumer-Brysz)

Plac zabaw to za mało? W dzielnicy Konyaalti sąsiaduje ze sobą kilka parków rozrywki z atrakcjami typowymi dla wesołych miasteczek, między innymi Aktur Park z największym w mieście diabelskim młynem. Prawdziwy show dla dzieci oferuje z kolei Land of Legends znajdujący się w dzielnicy Serik. Można w nim spędzić cały dzień i wybierać między rollercoasterami i aquaparkami a mniej lub bardziej wymyślnymi karuzelami. Na koniec prawdziwa gratka. Wieczorny pokaz z laserami, fajerwerkami, tańczącymi fontannami, paradą łodzi i baśniowych postaci. Na miejscu są sklepy i restauracje, ale warto zabrać własny prowiant, bo wyżywienie nie jest zawarte w cenie biletu.

Sporą atrakcją może być także Antalya Aquarium w dzielnicy Muhratpasa z najdłuższym przeszklonym tunelem w Europie. W tym miejscu zawsze jest tłok, ale trudno się dziwić: miny maluchów, którym nad głową przepływają rekiny, ośmiornice i całe ławice kolorowych rybek – bezcenne. W miejskim akwarium jest też śnieżna strefa, z ujemną temperaturą, ślizgawkami i prawdziwymi igloo, tropikalny park dzikiej przyrody i kino 3D. Jeśli ktoś byłby zainteresowany delfinariami, to i one są w mieście, choć akurat ich jakość pozostawia nieco do życzenia w porównaniu z odległym o nieco ponad 100 km od Antalyi delfinarium Sea Alanya. Można tam obejrzeć pokaz, popływać z delfinami (za dodatkową opłatą) albo spędzić cały dzień na nurkowaniu na sztucznej rafie lub plażowaniu przy którymś z licznych basenów.

Popularną atrakcją są też rejsy wycieczkowe. Statki, którymi można pływać po Morzu Śródziemnym, nie przypominają luksusowych jachtów, prędzej łajby rodem z "Piratów z Karaibów", ale przecież o to chodzi. W zależności od opcji na pokładzie może odbywać się minidisco, disco w pianie, malowanie twarzy i wiele animacji dla dzieci. Bywa głośno i nieco tandetnie, ale dzieci są zadowolone, a dorośli mają chwilę na złapanie oddechu.

Lokalny folklor

Czasami, także w zwiedzaniu z dziećmi, najlepsza jest prostota. Gdy zabrałam rodzinę do położonego w odległości pół godziny do Antalyi Aspendos, jednego z najlepiej zachowanych rzymskich teatrów na świecie, mój syn spędził długie minuty na wspinaniu się w górę i schodzeniu w dół po kamiennych schodkach prowadzących do kolejnych rzędów przeznaczonych dla widowni. Jeszcze większą atrakcją była scena, na którą można wejść i zaśpiewać którąś z przedszkolnych piosenek, co da rodzicom czas na podziwianie budowli, której odrestaurowanie zlecił ponoć sam Mustafa Kemal Atatürk, założyciel Republiki Turcji, gdy niedługo po proklamowaniu nowego państwa odwiedzał region.

Plaża Konyaalt? jest jedną z dwóch głównych plaż Antalyi. Góry widoczne w tle gwarantują niesamowite widoki (Fot. Efired/Shutterstock)

Na widowni mieści się siedem tysięcy osób, a szczęściarze mogą obejrzeć odbywające się tu czasem pokazy grupy tanecznej Anadolu Atesi albo któryś ze spektakli wrześniowego Festiwalu Opery i Baletu. Wtedy jednak warto wziąć ze sobą poduszkę. Dwie godziny siedzenia na kamiennej widowni mogą być trudne do zniesienia.

Ale to nie teatr ani nawet płaskorzeźby z antycznymi maskami zrobiły na moim synu największe wrażenie. Po skończonym zwiedzaniu usiedliśmy w jednej z przydrożnych knajpek. Na opalanym drewnem piecu starsza Turczynka wypiekała gözleme, rodzaj podpłomyków faszerowanych serem, ziemniakami lub mięsem. Do pieca dokładał jej mąż. Gdy złowił spojrzenie sześciolatka, bez wahania skinął na niego ręką. Następną godzinę małe polskie dziecko dokładało do pieca, na którym mieszkanka tureckiej wsi piekła swoje placki…

Dzieci mile widziane są także w meczetach, jeśli więc rodzice mają ochotę odwiedzić muzułmańską świątynię, nic nie stoi na przeszkodzie, by zrobić to z dzieckiem. Co więcej, nikt nie będzie oczekiwał od dziecka skupienia i powagi. Turecki internet pełen jest zdjęć dzieci bawiących się w meczecie w berka albo chowanego, ja na dowód mam zdjęcie syna robiącego orzełki na dywanie w jednym z licznych zabytkowych meczetów znajdujących się na starym mieście, otaczającym port w Antalyi. Wyjątkiem jest uszanowanie godzin modlitwy, którego oczekuje się od turystów. Bo dzieci miejscowych przychodzące do meczetów nie zawsze w czasie modlitwy zachowują powagę.

W dzielnicy Konyaalti sąsiaduje ze sobą kilka parków rozrywki z atrakcjami typowymi dla wesołych miasteczek, m.in. wymyślnymi karuzelami (Fot. Marcelina Szumer-Brysz) , Koty w Turcji są wszędzie, także w postaci figurek (Fot. Fot. Marcelina Szumer-Brysz)

A może Święty Mikołaj?

Czy da się podczas wakacji na Riwierze Tureckiej pokazać dziecku Świętego Mikołaja? Da się, i to prawdziwego. Trzeba tylko udać się do Demre, bo taką nazwę nosi dziś dawna Myra, której biskupem był właśnie Święty Mikołaj. Myra leży w odległości około dwóch godzin jazdy od Antalyi. W lokalnych biurach turystycznych można wykupić wycieczkę do tego miejsca. Jeśli ktoś woli pojechać na własną rękę, na jednodniowy wypad najlepiej wypożyczyć auto. Na początku jest szok. Miasto jest jak ubogi krewny innych śródziemnomorskich kurortów. Nie ma tu wielkich hoteli, a życie toczy się swoim rytmem. Można jednak obejrzeć antyczny teatr, pozostałości murów i niezwykłych, wykutych w skałach na różnych wysokościach grobowców. Ich fasady bogato dekorowane płaskorzeźbami imitują domy i świątynie. Przed wiekami znajdowała się tu również świątynia Artemidy, ale podobno sam Święty Mikołaj miał nakazać jej zniszczenie. Antyczne ruiny nie są duże, na ich zwiedzenie spokojnie wystarczy pół godziny, dzieci nie zdążą się więc znudzić.

Kolejnym punktem wycieczki powinien być Noel Baba Kilisesi [dosł. kościół Świętego Mikołaja – przyp. red.]. Noel Baba, czyli Świąteczny Tata, widnieje zresztą nawet w herbie miasta, choć bardziej przypomina tam postać znaną z reklamy Coca-Coli niż biskupa z pierwszych wieków chrześcijaństwa.

Zobacz wideo Marcin ma 24 dioptrie i pojechał rowerem do Chorwacji. 'Myślicie, że nic nie widzę. A ja nie widzę przeszkód'

Archiwalne tureckie gazety donoszą, że kilkanaście lat temu władze miasta postawiły figurę przaśnego krasnala także przed kościołem. Społeczność chrześcijan oprotestowała ten pomysł i odtąd w kościele spotkamy Mikołaja pod postacią XIX-wiecznej figury podarowanej do świątyni przez rosyjskiego cara Mikołaja, który także opłacił jej remont. We wnętrzu można podziwiać barwne freski i sarkofag, w którym rzekomo spoczął święty. Prawosławni wierni spędzają długie minuty, modląc się tu o pomyślność. Chętnych, by dotknąć nagrobka bądź odłupać kawałek marmuru, z którego został zrobiony, było tak dużo, że w końcu oddzielono go grubą szybą.

Kłopot w tym, że wciąż nie wiadomo, czy szczątki w kościele należą do świętego. W 1087 roku włoscy kupcy przybyli z Bari, by ukraść relikwie Mikołaja. Pobili mnichów, rozbili podłogę, przez co zniszczyli część mozaik, i w pośpiechu wydobyli kości. Niedługo po nich na miejsce przybyli Wenecjanie. Spóźnialskim pozostało pozbierać to, co w krypcie zostało – łącznie z dziecięcą czaszką i kośćmi kobiety – i udawać, że to oni są posiadaczami "właściwych" szczątków. W 2009 rząd w Ankarze napisał do Włochów z prośbą o zwrot skradzionych relikwii. Podobny list trafił też do Watykanu, ale pozostał bez odpowiedzi. Zwrot akcji nastąpił pod koniec 2022 roku, kiedy podczas prac konserwatorskich odkryto w świątyni jeszcze niższy poziom. Prace trwają, być może prawdziwe szczątki Mikołaja nigdy nie opuściły Turcji? Wszystko jest możliwe, a ta historia, dobrze opowiedziana, brzmi jak fabuła przygodowej książki albo serialu.

Do prowincji Antalya z każdym rokiem przybywa coraz więcej Polaków. Plasujemy tuż poza podium, które obsadzają Rosjanie, Niemcy i Brytyjczycy (Fot. Marcelina Szumer-Brysz) , Antyczny teatr w Aspendos co roku gości festiwal operowy (Fot. Marcelina Szumer-Brysz)

Więcej atrakcji kościół nie ma do zaoferowania, ale przed nim rozciąga się szeroki plac z kawiarenkami i lodziarniami, a w samym Demre znajduje się też jedna z najpiękniejszych plaż wybrzeża: Sülüklü Plaji. Jej jasny, drobny piasek przypomina bałtycki, a wejście do morza jest łagodne. Woda bardzo długo jest płytka, dzieci mogą się w niej bezpiecznie bawić. Na plaży działa przyjemny, choć nieco zaniedbany klub plażowy, w którym można zamówić jedzenie, pobujać się w hamaku, napić kawy i herbaty albo pograć w szachy lub turecką tavlę. Idealne miejsce na odpoczynek po całodziennym zwiedzaniu.

Warto wiedzieć, że nic nie wywołuje na twarzach Turków takiego uśmiechu jak maluchy. Dzieci, traktowane tu jak błogosławieństwo od Allaha, mają specjalne miejsce w społeczeństwie i przeważnie wszędzie (prócz hoteli i lokali oznaczonych jako 18+) są mile widziane. Na bazarach zawsze ktoś zechce poczęstować je owocami, w restauracjach kelnerzy z pełnymi tacami lawirują wokół biegających maluchów, w autobusach na widok dziecka starsze panie wyciągają cukierki, obcy mogą chcieć pogłaskać czy połaskotać dziecko w wózku lub spacerujące z rodzicami. Nie musimy się na to godzić, ale warto wiedzieć, że to kulturowa norma, i nie być zdumionym. Jeśli sobie tego nie życzymy, wystarczy to okazać gestem. Ja nauczyłam też syna słówka yapma – nie rób tego.

Marcelina Szumer-Brysz. Dziennikarka i reporterka, współpracuje z "Tygodnikiem Powszechnym" i działem zagranicznym "Gazety Wyborczej", a wcześniej z "Przekrojem". Jej teksty ukazały się także na łamach kilku tureckich pism. Przez cztery lata mieszkała w Izmirze, dziś dzieli życie między Turcję a Polskę. Autorka nagradzanych książek reporterskich "Wróżąc z fusów. Reportaże z Turcji", "Izmir. Miasto giaurów" oraz "Turcja. Na wschód od Zachodu".