Na jakim jest pan etapie życia?
Jeżeli chodzi o chorobę?
Generalnie.
(chwila ciszy) Dobrym, bardzo dobrym… Zaskoczyła mnie pani tym pytaniem. Nie wiem, na jakim jestem etapie.
Może odpowiedź przyjdzie później. Nie tak dawno nie widział pan żadnej nadziei na przyszłość.
Trwało to mniej więcej trzy lata. Myślę, że nie ma kozaków, którzy by nie doświadczyli takiego stanu.
Na Instagramie, na Facebooku owszem, są osoby, które kiedy opowiadają o swoim życiu, to wychodzi na to, że zawsze mają siłę i nadzieję, jednak ja nigdy się z taką osobą nie spotkałem.
Mówi pan, że "nie sztuką jest przejść przez życie prostą drogą, ale podnieść się po upadku i iść dalej". Pan jest urodzonym twardzielem?
Nie. Życie mnie zmusiło, żebym był twardy. Pochodzę z biednej rodziny. Szybko się nauczyłem brać za siebie odpowiedzialność. Kiedy mówię, że pieniądze nie mają znaczenia, zdarzają się osoby, które się wtedy denerwują, ponieważ pieniądze są dla nich najważniejsze w życiu.
Niby zawsze wiedziałem, że to nieprawda – przecież dużo czytałem, rozmawiałem ze starszymi, mądrymi ludźmi – jednak nigdy dogłębnie tego nie odczułem. Aż ciężko zachorowałem. Przeszedłem podwójny udar, prawa strona ciała stała się całkowicie nieruchoma, niezależna od mojej woli.
Twierdzenie, że pieniądze nie mają znaczenia, może szokować tym bardziej, że aby się rehabilitować, sprzedał pan mieszkanie i samochód. Intensywne, trwające kilka lat leczenie kosztowało około miliona złotych.
Nie żałuję wydanych na to pieniędzy.
Po roku od zachorowania moje problemy finansowe zintensyfikowały się do tego stopnia, że straciłem wszystko, co udało mi się zgromadzić. Oczywiście, że brak pieniędzy to kłopot, implikujący chociażby konieczność kontaktów z komornikami, którzy nie są przyjaźni. Kiedy byłem zdrowy, szkoliłem m.in. komorników...
Pracował pan nie tylko w zawodzie aktora, ale także jako coach, trener wystąpień publicznych.
Kiedy szkoliłem komorników, miałem przekonanie, że to są fajni ludzie, ale w momencie, kiedy moje życie zależało bezpośrednio od przedstawicieli tej grupy zawodowej, dotarło do mnie, że tu nie ma empatii, ale czerpanie korzyści finansowych z nieszczęścia drugiego człowieka. Jeżeliby wierzyć, że reinkarnacja istnieje, w kolejnym wcieleniu czeka ich bardzo zły los.
Psychiczna odporność człowieka, który jest obezwładniony, nie może się ruszać, nie może zarabiać, a jednocześnie jest rzucony na żer komornikom, jest bardzo niska. Wydawałoby się, że szanse na przetrwanie są nikłe.
Z czego pan wtedy czerpał siłę?
Mógłbym teraz rozwinąć pawi ogon i opowiadać rzeczy w stylu: "Każdego dnia wstawałem i stawiałem sobie trzy cele", ale to brednie. Są momenty w życiu, kiedy nie ma przestrzeni na robienie jakichkolwiek planów. Chodzi tylko o to, żeby się nie poddać.
Jeżeli się człowiek nie poddaje, życie podsuwa ścieżki, które wcześniej nie przyszłyby mu nawet do głowy. Naprawdę tak jest!
Po udarze słyszał pan od lekarzy rzeczy, które mogły rozłożyć na łopatki: że szans na odzyskanie sprawności nie ma.
A jednak, jak widać, siła ducha człowieka jest, nie chcę powiedzieć niezmierzona, ale na pewno bardzo duża. Niesamowita!
Pół roku od rozpoczęcia rehabilitacji był pan w stanie ukroić sobie kromkę chleba. Wyobrażam sobie, jak ta pierwsza kromka musiała cieszyć!
Bardzo! Pomimo że mocno odbiegała od normy kromki chleba. A jednak to było swego rodzaju zwycięstwo.
Jednocześnie nachodziły mnie myśli, że skoro potrzebowałem ponad pół roku, żeby samodzielnie ukroić byle jaką kromkę chleba, to jakie mam szanse, żeby walczyć o sprawność? A przecież w zawodzie aktora potrzebna jest nienaganna sprawność. Na scenie widać każdą, nawet najmniejszą dysfunkcję. "Nie ma sensu w ogóle do tego startować. Ta choroba mnie wycięła w pień!" – to uczucie było dojmujące.
Przez kilka lat czułem się tak, jakbym był zatopiony w zupie beznadziei. I dzisiaj mówię innym: to jest bardzo trudne, ale bez nadziei da się żyć.
Czytałem wiele żywotów świętych. Bardzo często doświadczali oni lat, podczas których Bóg wystawiał ich na najcięższe próby. Nie twierdzę, że zasłużyłem sobie na świętość. Mówię tylko, że współczesny świat sprzedaje człowiekowi fałszywą opowieść, jakoby można było wieść wyłącznie szczęśliwe życie. To jest nieprawda.
Każdy miewa upadki. Na tym polega życie.
Czy w najtrudniejszych chwilach ktoś pana wspierał? Lekarz? Psychoterapeuta?
Synowie. Oni byli dla mnie remedium. Traktowali mnie tak, jak chciałem być traktowany i jak powinni być traktowani wszyscy chorzy.
Czyli jak? Mam obserwację, że miewamy tendencję m.in. do infantylizowania chorych.
Choroba w stanie ostrym może być okropna, a nawet przerażająca. W moim przypadku tak właśnie było. Z osoby bardzo sprawnej fizycznie trafiłem na wózek inwalidzki. Prawie wcale nie byłem w stanie mówić ani okazywać emocji. Zobaczyć mnie w takim stanie – to był dla bliskich szok.
Pyta pani, jak powinno się zachowywać wobec chorego. Normalnie! Nie uciekać od choroby, ale też nie popadać w nadopiekuńczość.
I moi synowie tak właśnie się zachowywali. Najstarszy, Adrian, pomagał mi również finansowo, za co jestem mu bardzo wdzięczny. Zarówno on, jak i dwóch synów z drugiego małżeństwa, Stasio i Tadzio, dawali mi mnóstwo siły.
A w momencie, kiedy byłem już zdecydowany na ogłoszenie upadłości konsumenckiej, w moim życiu pojawił się człowiek, którego kiedyś szkoliłem – doradca finansowy. Przyjrzał się moim zobowiązaniom, skontaktował z wierzycielami, ustalił, co i w jakich ratach będę spłacać.
Duże miał pan szczęście do ludzi w chorobie.
Oczywiście, że miałem.
Powiedział pan, że nie stawiał sobie wtedy celów. Jak zatem pan funkcjonował? W terapii odwykowej człowiekowi mówi się np. tak: "Myśl tylko o najbliższych 24 godzinach. Masz przed sobą dobę, masz ją przejść w trzeźwości i to będzie sukces". Takie krótkofalowe spojrzenie wielu osobom pomaga.
To bardzo cenna rada.
Dla mnie wtedy nie było nawet mowy o wybieganiu myślami na dwa–trzy dni naprzód. Abstrakcja! Doba to też była zbyt długa perspektywa.
Każdego kolejnego dnia wstawałem i wiedziałem, że muszę zacząć ćwiczenia, na które nie miałem ani sił, ani ochoty…
Ponieważ były bolesne…
Bardzo bolesne, a w dodatku na początku nie widziałem, by przynosiły jakiekolwiek rezultaty.
Sprężałem się na pół godziny, robiłem przerwę i ćwiczyłem kolejne pół godziny. To nawet nie były cele, tylko chwilowa mobilizacja do działania. W ten sposób rehabilitowałem się sześć, siedem, a czasem osiem godzin dziennie.
Bywało trudno. Zdarzały się bolesne upadki. Dużo by opowiadać. Chociażby o jeździe rowerem…
Wspomina pan, że wiele razy upadał twarzą na jezdnię.
I to nie dlatego, że byłem nieostrożny. Ja byłem piekielnie ostrożny, ale co z tego, skoro jechałem wolno na zielonym świetle i nagle wjeżdżał we mnie samochód? Przewracałem się, waliłem łbem o beton, podczas gdy ten samochód niejednokrotnie się zatrzymywał, a kierowca mnie opier*zielał jak burą sukę.
Wie pani, że ja nawet nie mam do nich pretensji? To są ludzie z klapkami na oczach.
Którzy chcą żyć w kolorowym świecie, w którym nie ma chorób i cierpienia?
Którzy żyją w świecie, w którym jest mnóstwo chorób i cierpienia, tylko że oni nie chcą tego zauważać. A ponieważ nie widzą świata i ludzi wokół siebie, to można im tylko współczuć.
Doświadczenia ostatnich lat nauczyły mnie przede wszystkim szczególnej uważności, życzliwości oraz delikatności w stosunku do innych.
Kiedy przyszedł moment, w którym pan powiedział sobie: "Udało się! Wyzdrowiałem!"?
Mniej więcej od roku czuję, że stoję twardo na nogach. Mogę robić wiele sensownych rzeczy…
Gra pan w teatrze, w serialu…
Ale też np. wczoraj była konferencja medyczna, podczas której mówiłem o komunikacji lekarzy z pacjentami.
Wielu chorych i ich bliskich ma doświadczenia totalnego braku komunikacji lekarzy z pacjentami.
Wiem o tym. Nie jestem naiwny. Nie oczekuję, że moje działania nagle zmienią rzeczywistość. Po prostu robię to, co mogę, na taką skalę, na jaką jestem w stanie.
Być może nasze życie polega właśnie na tym, żeby się uczyć wzajemnej życzliwości? Mówię zupełnie serio! Życzliwości oraz wdzięczności za wszystko, co mamy. Wdzięczność to jest wspaniałe uczucie! I nic nie kosztuje. Jeśli w życiu można osiągnąć prawdziwy sukces, to jest chyba właśnie to. Teraz to widzę.
A wcześniej oczywiście, że był taki czas, kiedy wydawało mi się, że sukces to jest szybki samochód, piękny dom, sława…
I tak rozumiany sukces pan osiągnął.
Zarabiałem dobre pieniądze, miałem bardzo ciekawą pracę, w której czułem się doceniany. A jednak prywatnie nie wszystko się układało.
Kiedy rozwodził się pan z żoną Małgorzatą, media plotkarskie prześcigały się w informowaniu: "Rozenek pije samotnie w górach!", "Rozenek jest zrozpaczony!". Urządzono na was polowanie.
I o czym to świadczy? Przecież w tych mediach pracują tacy sami ludzie jak pani i ja. I nagle przestają brać pod uwagę, co czują ci, na których polują. Tłumacząc to sobie zapewne w ten sposób: sława ma swoją cenę, a czytelnicy chcą dostawać takie informacje.
Kto sprawdził, czy czytelnicy rzeczywiście tego właśnie chcą?
Bycie obiektem takiego polowania musi być bardzo bolesne. Czy da się od tego odciąć?
Nie. Nie da się.
Powiedział pan, że jest teraz na dobrym etapie życia…
Bardzo dobrym.
Mówił pan, że nie liczył na miłość, a jednak ona się w pańskim życiu pojawiła. Uwielbiam cytat z angielskiego pisarza Samuela Johnsona: "Powtórne małżeństwo to triumf nadziei nad doświadczeniem". Pan planuje trzeci ślub…
Nie planuję. Ten ślub niedawno się odbył! (śmiech)
Gratulacje! Udało się panu zorganizować uroczystość tak, by media plotkarskie o niej nie doniosły.
Udało się. I było cudnie. (śmiech)
Jak powinny brzmieć mądre życzenia dla państwa? Zamiast wyświechtanego "wszystkiego dobrego"…
(chwila ciszy) Świadomego życia razem.
Ja nie myślę teraz o sobie i o swojej żonie, tylko o nas. Jesteśmy my! Jeżeli będziemy świadomie żyli w ten sposób, będzie wspaniale.
Wyraził pan nadzieję, że czytelnicy nie są żądni plotek, dlatego zostawmy prywatne sprawy. Czy napisze pan kolejną książkę?
Pewnie tak. Ku pokrzepieniu serc chorych. Bardzo chcę im coś od siebie dawać. Często spotykam się z osobami po udarach. Prowadzimy naprawdę świetne rozmowy, a czasami bywa też tak, że niczego nie musimy mówić. W spojrzeniu jest wszystko, czego potrzeba.
Przede wszystkim zrozumienie, co czuje człowiek chory. Tytuł pana poprzedniej książki – zaczerpnięty z crossfitu – "Padnij powstań. Życie po udarze" jest świetny.
Crossfitowe ćwiczenie o tej nazwie również jest bardzo fajne. Dziś potrafię je już normalnie, prawidłowo wykonać. Wcześniej nie lubiłem go specjalnie, ponieważ jest bardzo wysiłkowe, natomiast kiedy po chorobie zrobiłem pierwsze padnij, powstań, poczułem się fantastycznie.
Kiedy to było?
Jakieś trzy i pół roku od zachorowania.
Brzmi jak cud. Przecież niedowład prawej strony ciała miał nie ustąpić. Kiedy pan się spotyka z osobami po udarach, o czym chcą rozmawiać?
Podzieliłbym chorych na dwie kategorie. Do pierwszej należą osoby, które za wszelką cenę chcą wyzdrowieć. Ci chcą konkretnych informacji, co mają teraz robić.
Jak i ile ćwiczyć, w jaki sposób się mobilizować?
Zgadza się. Natomiast druga grupa osób wolałaby usłyszeć, że… nie da się z tego wyjść. Chcą, żeby ich żałować. Ale radzę sobie z tym. Pod koniec rozmowy również większość tych osób dochodzi jednak do przekonania, że chce samodzielnie funkcjonować.
Mówię o tym z ogromną pokorą. Kiedy się poznajemy, są sfrustrowani i zrezygnowani, dlatego że dotąd zewsząd słyszeli tylko negatywne informacje: że im się nie uda, że już nic nie będą w stanie zrobić sami. I nagle staję przed nimi ja i widzą na własne oczy, że jednak jakieś perspektywy są. Trzeba tylko bardzo chcieć.
Czy teraz, kiedy jest już pan zdrowy, stawia sobie pan cele? W życiu trzeba mieć cele? Wizualizować sobie, co to będzie za lat 10?
(śmiech)
Pytam pana o to absolutnie serio. Jako coacha.
A ja serio pani odpowiem: człowiek powinien się nieustannie rozwijać. W kontekście rozumienia świata, miłości, wrażliwości na inne istoty czujące powinniśmy się rozwijać do końca życia.
Natomiast stawianie sobie celów na "za 10 lat" w ogóle nie ma sensu.
"Chcesz rozśmieszyć Pana Boga, opowiedz mu o swoich planach na przyszłość"?
Jest w tym stwierdzeniu głęboka prawda. Istotą życia jest nieprzewidywalność.
A jeśli ktoś chce mieć koniecznie plan, to niech sobie spisze te punkty i za 10 lat się przekona, co się sprawdzi. (śmiech)
Czyli mówi pan, że trzeba zawierzyć losowi?
Przy czym oznacza to bardzo aktywny wysiłek. Ja nie namawiam nikogo do łatwego życia!
Bo jeśli sobie np. założę, że będę biegał 5 km dziennie, ale na 4. km usłyszę gdzieś w oddali piszczącego psa, to o wiele cenniejsze od kontynuowania biegu będzie ruszenie w tamtym kierunku, bo być może tego właśnie dnia uratuję jakieś życie. I to będzie tysiąc razy bardziej istotne niż to, żebym przebiegł te 5 km, tak jak to sobie zaplanowałem.
Powiedział pan, że w życiu ważna jest wdzięczność. Teraz doszła do tego uważność.
O, tak! Wdzięczność i uważność.
Natomiast pieniądze w ostatecznym rozrachunku naprawdę nie mają znaczenia. Bardzo często natomiast potrafią ludziom przesłaniać cały świat.
A świat jest cudowny! W chorobie uwielbiałem obserwować przyrodę. Była we mnie dychotomia: czułem, że los potraktował mnie niesprawiedliwie, bo nie zasłużyłem sobie na to, żeby mnie udu*iać na wózku inwalidzkim...
Długo pan zadawał sobie pytanie: dlaczego ja?
Kilka miesięcy, ale ponieważ nie znajdowałem odpowiedzi, przestałem to robić. A jednocześnie od kiedy zachorowałem, świat, wszystko wokół wydawało mi się piękne jak nigdy wcześniej.
Choroba bardzo pana zmieniła? Uwrażliwiła?
Bardzo.
Nie od razu potrafiłem odpowiedzieć na pani pytanie o to, na jakim jestem etapie życia. Otóż: na wspaniałym!
Również dzięki temu, że jest to etap, na którym zdecydowanie mniej skupiam się na sobie, natomiast bardzo uważnie przyglądam się światu i ludziom obok mnie.
Jacek Rozenek. Aktor teatralny, telewizyjny oraz dubbingowy. Konferansjer. Lektor. W 1995 r. ukończył PWST w Warszawie. Popularność przyniosła mu m.in. rola Artura Chowańskiego w serialu "Barwy szczęścia". Jest również coachem oraz ekspertem od wystąpień publicznych dla ludzi biznesu i polityki. W TVP2 prowadził program "Pytanie na śniadanie". Uwielbia sport, m.in. crossfit, jazdę konną oraz golfa. Ma trzech synów i żonę Marię. Z osobami po udarach komunikuje się m.in. na Facebooku.
Anna Kalita. Fascynują ją ludzie i ich historie oraz praca, która pozwala jej te historie opowiadać. Kontakt do autorki: anna.kalita@agora.pl.