Jesteś Włochem, który woli mieszkać w Polsce niż w słonecznej Italii. Gdy cię poznałam, zastanawiałam się nawet, czy zmieniłeś nazwisko, żeby brzmiało bardziej swojsko.
Rzeczywiście to zabawne, bo moje nazwisko Polce może kojarzyć się z Polską, choć nie ma z nią nic wspólnego. Jest za to dość popularne w środkowej części Włoch.
Co sprawiło, że wiele lat temu przyjechałeś do Polski?
W latach 80. dużo pisano we Włoszech o Gdańsku, Solidarności, Stoczni i Lechu Wałęsie. Odbywały się nawet przeglądy polskich filmów – podczas jednego z nich zobaczyłem "Wesele" Andrzeja Wajdy. Nie rozumiałem nic, nie znałem kontekstu historycznego, ale byłem zachwycony. Pomyślałem: Co za szalony naród! Muszę go poznać! Studiowałem wtedy na Uniwersytecie w Mediolanie germanistykę, ale rzuciłem ją i przeniosłem się na polonistykę.
Chciałeś się nauczyć polskiego? Po co?
To była emocjonalna decyzja. Nie myślałem, że język polski może mi się do czegokolwiek przydać. Chłonąłem go, rozczytywałem się w poezji Tadeusza Różewicza, Czesława Miłosza, Zbigniewa Herberta i Wisławy Szymborskiej. Miałem sporo szczęścia, bo dzięki ówczesnej umowie rządu polskiego i włoskiego można było dostać stypendium i pojechać do drugiego kraju. Polacy bili się, żeby jechać do Włoch, natomiast ja we Włoszech byłem jedynym, który chciał się wybrać do Polski. Bez problemu dostawałem stypendium i dwa razy do roku jeździłem do Warszawy, żeby uczyć się polskiego.
Kiedy przyjechałeś pierwszy raz?
W 1983 roku. Niewiele jeszcze po polsku rozumiałem, ale to mnie nie zniechęcało. Uparłem się, żeby koniecznie wybrać się na kilka dni z Warszawy do Gdańska. Znalazłem pokój u starszej pani we Wrzeszczu i dzięki niej poznałem rodzinę nauczycieli, którzy mieli domek na Kaszubach. Polubiliśmy się i po wyjeździe utrzymywałem z nimi kontakt listowny. Później raz na dwa miesiące przyjeżdżałem do nich. Mówili tylko po polsku, więc musiałem się szybko uczyć, bo inaczej bym zginął. Mieli dwie małe córeczki, które zadawały mi pytania po polsku, a ja musiałem sobie radzić.
Było ciężko?
Polski był dla mnie trudny. Pamiętam, że gdy zacząłem się go uczyć, bardzo zaskoczyła mnie pisownia. Moi znajomi z Włoch dziwili się, że istnieje język, w którym występuje obok siebie tyle spółgłosek bez samogłosek.
Nie to co we włoskim, w którym wszystko musi przede wszystkim ładnie brzmieć.
Ja się jednak nie poddawałem i mówiłem coraz lepiej. Zacząłem regularnie bywać w Polsce, poznawałem nowych ludzi. A były to ciężkie czasy, sklepy puste. Nie pochodzę z zamożnej rodziny, ale dostawałem stypendium w dolarach. Po wymianie na czarnym rynku starczało mi na spokojne życie w Polsce.
Nie mogłem zrozumieć, że chociaż wszystkiego wtedy brakowało, Polacy byli niesamowicie gościnni. Zapraszali mnie, a stoły uginały się od jedzenia. Bywało też, że zadłużali się, żeby nakarmić mnie najlepiej, jak mogli.
Polacy wspierali się i pomagali sobie nawzajem. To mnie urzekło. Dlatego zakochałem się w Polakach i w ogóle w całej Polsce. Podziwiałem ludzi, którzy działali w Solidarności. To były czasy, kiedy nie było polskiego piekiełka, Polacy mieli wspólnego wroga – władzę i Związek Radziecki.
Nie kusiło cię, żeby pomagać swoim polskim znajomym?
Przyjeżdżałem do Polski, jak tylko mogłem. Zapraszałem też znajomych z Gdańska i Warszawy do Włoch. Trzeba było mieć wtedy zaproszenie, więc załatwiałem formalności w konsulacie i gwarantowałem im utrzymanie. Faktycznie jednak załatwiałem pracę dla Polaków i dla siebie. Jeździliśmy zbierać jabłka w Tyrolu Południowym. Przez półtora miesiąca ciężkiej pracy zarabiali tyle, ile w Polsce nie zarobili przez cały rok.
Jednocześnie nadal poznawałem polską literaturę i poezję. Zaproponowałem włoskiemu wydawnictwu przetłumaczenie opowiadania Tadeusza Borowskiego. Dostałem bardzo dobre recenzje i polski coraz bardziej mnie wciągał.
W 1993 roku rzuciłem pracę w wydawnictwie i zamieszkałem w Gdańsku. Zatrudniłem się jako lektor włoskiego w jednej z pierwszych szkół językowych w Trójmieście. Po sześciu latach wróciłem do Włoch, żeby zająć się chorującym ojcem. Gdy zmarł, mama poprosiła, żebym został, więc zostałem.
I wydawało się, że już do Polski nie wrócisz?
W 2003 roku mama zmarła. Bardzo to przeżyłem, bo byliśmy silnie związani. Równocześnie dostałem kartę stałego pobytu w Polsce i kupiłem małe mieszkanie na gdańskiej Starówce. Pomyślałem, że spróbuję życia w Trójmieście.
To był 2011 rok, miałem na karku ponad 50 lat. Znajoma mówiła: "Jesteś szalony, że chcesz na nowo zaczynać życie w obcym kraju", ale zdecydowałem, że spróbuję.
Bez kłopotu znalazłeś pracę?
Uczyłem Polaków włoskiego. Pewnego razu najważniejsze włoskie wydawnictwo turystyczne zaproponowało mi napisanie przewodnika po Polsce. Następnie dla serii "Altre Culture" napisałem przewodnik po polskich zwyczajach, obyczajach i tradycjach, który doczekał się czterech wydań oraz dla innych wydawnictw napisałem przewodniki po Łodzi, Wrocławiu, Krakowie, Warszawie. No i oczywiście po Gdańsku. Jestem po uszy zakochany w Gdańsku, ale podobają mi się też inne polskie miasta. Opisywałem je, sam robiłem również zdjęcia.
Jesteś pionierem promowania Polski we Włoszech, oprowadzasz też po Trójmieście turystów z Włoch. Co im opowiadasz?
Staram się, żeby zrozumieli polskiego ducha, więc opowiadam im sporo o historii Polski. Są zachwyceni, gdy słyszą o Stoczni Gdańskiej, Solidarności i Lechu Wałęsie. Ale też o Gdyni, która w czasach, gdy brakowało wszystkiego, była miastem ze sklepami zaopatrywanymi przez marynarzy.
Jeden z Polaków opowiadał mi, że jego babcia miała w PRL-u sklep z materiałami w Sopocie. Jej mąż był marynarzem, więc przywoził towar z zagranicy. Mówię Włochom, że tak działał wtedy w Polsce mały biznes.
Tu widzę nasze podobieństwo do Włochów, którzy mają się za "furbi", czyli sprytnych. Pamiętam, jak opowiadałeś o tym na jednym z pierwszych wykładów o współczesnych Włoszech.
I wy, i my musieliśmy sobie dawać radę, zwłaszcza po wojnie. Załatwiać jedzenie czy ubrania przez znajomych albo przez rodzinę za granicą. Nie było łatwo, ale za to nie było nudno.
Pewnie dlatego i wy, i my mamy jakąś smykałkę do radzenia sobie w trudnych warunkach. Oczywiście Polacy są bardziej poważni niż Włosi, ale uważam, że tak jak my bardzo lubicie się bawić, wychodzić do restauracji i pić kawę w kawiarnianych ogródkach. Niedawno w jednym z takich ogródków spotkałem znajomego Polaka, który mówi do mnie: "Zobacz, mamy słońce jak w Palermo".
A co nas różni?
Polacy bardziej obowiązkowo podchodzą do pracy. Znajomi Włosi mówią, że z Polakami pracuje się lepiej. Z kolei Polacy, którzy wyjeżdżają do Włoch, żeby tam mieszkać i pracować, narzekają czasem, że jest im ciężko. Nie każdemu odpowiada włoski styl życia.
Masz na myśli "piano, piano", czyli "powoli"?
Właśnie. Z kolei wielu moich znajomych Włochów nie może zrozumieć, jak mogę żyć w Polsce. Zwłaszcza jeśli chodzi o klimat.
Co im odpowiadasz?
Że w Polsce jest mi dobrze. Nie byłbym już w stanie wytrzymać włoskich upałów, odpowiada mi to, że w Polsce jest chłodniej. We Włoszech, zwłaszcza w dawnych czasach, bez klimatyzacji, pogoda od czerwca do sierpnia przypominała prawdziwe piekło. Nie chciałbym już do niego wrócić.
Polska kuchnia też mi smakuje, choć unikam mięsa i tłuszczu. Wybieram warzywa, które przecież są łatwo dostępne, lubię polskie zupy: żurek, ogórkową i pieczarkową. Kwaśny smak, który nie do końca Włochom pasuje, mnie odpowiada. Mam wrażenie, że w polskiej kuchni jest tyle zup, ile we Włoszech makaronów.
Włochom, którzy przyjeżdżają do Polski, wyjaśniam, że zupa to pierwsze danie, do którego czasem podaje się chleb. Do drugiego dania chleba się już nie podaje, co Włochów bardzo dziwi i jest dla nich dramatem. Jeszcze 20–30 lat temu, gdy wybierali się w podróż za granicę, zabierali ze sobą spaghetti i sos pomidorowy, bo inne jedzenie im nie smakowało. Teraz stali się ciekawi lokalnej kuchni i chętnie jej próbują. W Polsce najbardziej lubią pierogi. Polecam im też zamówienie na pierwsze danie żurku lub barszczu, a latem chłodnika litewskiego. Oprócz pierogów proponuję im schabowego, który jest podobny do włoskiej Cotoletta alla Milanese, bigos, śledzia, gołąbki, a zimą golonkę na piwie. Smakuje im, ale są tacy, którzy po paru dniach mówią, że tęsknią już za włoskim jedzeniem.
Rozumiem ich, bo dla mnie włoska kuchnia jest najlepsza na świecie. A co pokazujesz Włochom, których oprowadzasz po Polsce?
Głównie Trójmiasto. W Gdańsku – Główne Miasto i Europejskie Centrum Solidarności. Kiedy mamy więcej czasu, proponuję też Sopot, Oliwę i Westerplatte. Gdy chcą zobaczyć coś więcej, zabieram ich na Kaszuby albo do Łeby, żeby pokazać polską Saharę, czyli wydmy. Czasem jedziemy do Fromborka i Torunia. Bywa, że proponuję wycieczkę do Pruszcza Gdańskiego i zwiedzanie Faktorii, która była jednym z końcowych punktów na szlaku bursztynowym, łączącym wybrzeża Bałtyku z terenami Cesarstwa Rzymskiego. Tym, którzy chcą zobaczyć jeszcze więcej, polecam wycieczkę po Warszawie, Krakowie i Wrocławiu.
Ostatnio pokazuję też Gdańsk wycieczkom szkolnym. Młodzi Włosi niewiele wiedzą o najnowszej historii, bo kończą naukę na II wojnie światowej. Pokazuję im też szlak bursztynowy i szlak krzyżacki.
Jaki stereotyp o nas wydaje ci się najbardziej krzywdzący?
Ten, że Polacy są przesadnie religijni. Gdy zamieszkałem w Polsce, zdałem sobie sprawę, że informacje o nadmiernej religijności Polaków są mocno przesadzone. W latach 80. kościoły były pełne, Jan Paweł II często przyjeżdżał do Polski i zbierał setki tysięcy ludzi, więc włoskie media to podawały. Ale to już historia.
Dzisiaj jest różnie: są Polacy bardzo mocno wierzący i są niewierzący, jak w każdym innym kraju. Zdarzało mi się uczyć włoskiego osoby bardzo wierzące, wiele rozmawialiśmy i przekonałem się, że nie mają w sobie nic z zacofania. Zawsze to podkreślam, bo we Włoszech ten stereotyp jeszcze funkcjonuje.
Do Polski przyjeżdża coraz więcej Włochów, zauważyłeś?
A niektórzy nawet szukają tutaj pracy. Sporo zwiedzają i mówią mi potem, że Polska jest naprawdę pięknym krajem. Przyznają, że zanim przyjechali, mieli Polskę za biedną, brzydką i szarą. "Nie spodziewałem się, że tutaj jest tak ładnie i czysto, że są takie duże galerie handlowe, w których można kupić wszystko" – komentują.
Radzę im wtedy, żeby nigdy nie mówili źle o Polsce do Polaków, bo wtedy się bardzo denerwujecie. Poza tym nie znają tego kraju, nie wiedzą, jak tu się żyje, więc nie mają prawa do krytykowania. Radzę im tak: jeśli chcecie dowiedzieć się, czego Polacy w Polsce nie lubią, to zacznijcie mówić o negatywnych rzeczach we Włoszech. Wtedy dowiecie się, że w Polsce jest gorzej, bo Polacy będą się bardzo starali was do tego przekonać.
Ty naprawdę kochasz Polaków. Za co najbardziej?
Za poczucie humoru i ironię. Nawet w najtrudniejszych momentach potraficie żartować z siebie, a to bardzo cenna umiejętność. Moja fascynacja Polską nie jest racjonalna, jest emocjonalna. Patrzę na Polaków i uśmiecham się, bo czuję, jakbyśmy byli jednym narodem.
To nie przypadek, że Polacy i Włosi tak bardzo się lubią. W polskim hymnie narodowym jest wzmianka o Włoszech, a we włoskim hymnie o Polsce. To jedyny taki casus na świecie, wiedziałaś?
Czy to prawda, że chcesz zostać pochowany w Polsce?
Prawda!
W listopadzie ukażą się we Włoszech moje wiersze na nagrobki. Jeden jest o człowieku z Południa, który chce być pochowany w polskich lasach. To o mnie. Mam domek na wsi na Kociewiu. W środku wioski, wokół kościoła jest tam piękny cmentarz. Żartobliwie mówię, że pięknie będzie tam leżeć. Ludzie będą chodzić dookoła i plotkować, a ptaki będą śpiewać. Nie wyobrażam sobie już powrotu do Włoch. Czuję się bardziej Polakiem niż Włochem.
Roberto M. Polce. Pochodzi z Rzymu, mieszka w Gdańsku. Od 2018 r. jest wykładowcą na Uniwersytecie Gdańskim, nauczycielem włoskiego, tłumaczem polskiej literatury na włoski i poetą. Jest też przewodnikiem wycieczek po Polsce i po Włoszech.
Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Prowadzi też własny talk-show "Domowy kryminał" w telewizji Active Family. Specjalizuje się w niebanalnych rozmowach z fascynującymi ludźmi. Pasjonatka Włoch, włoskiego, kawy i słoni.


