Rozmowa
Bartłomiej Topa. (Fot. Dawid Żuchowicz / Agencja Wyborcza.pl)
Bartłomiej Topa. (Fot. Dawid Żuchowicz / Agencja Wyborcza.pl)

"Innego końca nie będzie" to poruszająca opowieść o stracie i o śmierci. Gdy oglądałam ten film, musiałam robić sobie przerwy, choć ma niespełna półtorej godziny.

Podobnie jak pani oglądałem ten film na raty. Musiałem go dawkować, ból mieszał się we mnie ze współczuciem. Rodzina mojego bohatera po jego śmierci ogląda wspólnie nagrane filmy i na nowo definiuje swoje życie. Odbywa się to w niezgodzie i we wku*wieniu, pada pytanie "dlaczego?".

W moim przypadku śmierć jest bardzo świadomą częścią codzienności. Myśl o niej przekłada się na moje relacje i stosunek do pracy. Jest w tym jakiś paradoks, bo jednocześnie życie jest dla mnie niezwykle istotne.

Domyślam się, że nawiązuje pan do straty syna, który zmarł na pana rękach zaledwie trzy godziny po narodzinach. Ta tragedia sprawiła, że zaczął pan intensywniej żyć?

Nastąpiło we mnie coś w rodzaju odrodzenia czy odnowienia. Na wielu poziomach. Na przykład zmysły… są jeszcze bardziej wyczulone. Żyję też zdecydowanie intensywniej. Pytanie "dlaczego?" cały czas jest we mnie obecne, chociaż dzisiaj jestem już pogodzony z tym, co się stało. W jakimś wymiarze jest to kolej rzeczy i nie do mnie należy jej ocena.

Żyć intensywniej znaczy również szybciej? Tak to zadziałało w moim przypadku.

Ja raczej zwolniłem. Nie biorę się za trzy rzeczy naraz, tylko za jedną i na niej staram się skupić. Cenię sobie autorefleksję i milczenie. Przyglądam się światu, który pędzi tak strasznie. Bodźców jest ogromnie dużo, więc potrzebuję weryfikować, co jest dobre dla mnie i mojej rodziny. Dobre w zestawieniu z wartościami, którymi się kieruję: szczerością, uczciwością, lojalnością, łagodnością, cierpliwością, zrozumieniem czy empatią. Kolejność przypadkowa.

Czerpię przyjemność ze spaceru z psami, z wypicia kieliszka wina od czasu do czasu. I rozmowy, która przynosi spokój.

W tle za panem widzę wnętrze, które mnie urzeka...

Mieszkamy w domu z 1936 roku na Saskiej Kępie. Zerwaliśmy tapety i został miszmasz, który bardzo mi odpowiada. Rozmawiając z panią, siedzę w pokoju dziewczynek, za mną widać ich łóżka. Chwilowo nie mam przestrzeni dla siebie, ale już niedługo będę też miał tutaj swój kąt.

Bartłomiej Topa. Kadr z filmu 'Innego końca nie będzie' (Katarzyna Średnicka)

Opowie mi pan o domu, z którego pan pochodzi?

Było nas pięcioro – rodzice i dzieci. Mam o cztery lata starszą siostrę i o półtora roku młodszego brata. Wyrosłem w domu wrażliwym, łagodnym i cierpliwym, ale i pełnym trudności lat 70.-80., zmagania się z zapewnieniem podstawowych potrzeb. Wyjechałem z Nowego Targu, gdzie się urodziłem i mieszkałem, mając 18 lat, na studia do Łodzi.

I potem zacząłem myśleć o domu jako o miejscu w moim sercu. Bez względu na to, gdzie powieszę kapelusz, tam jest mój dom, pod warunkiem że jestem ze sobą w zgodzie. Teraz mój dom jest w Warszawie. Buduję go z moją rodziną, bardzo liczną, patchworkową. Ale mój dom jest też wśród zieleni, w górach, nad jeziorem. Mam różne miejsca wyciszenia, do których zapraszam najbliższych. Właśnie tak rozumiem mój dom.

Dom rodzinny opuścił pan z własnej woli, nie z przymusu, prawda?

Opuszczenie domu jest trudnym momentem, ale czasem trzeba w życiu zacząć na nowo. Jestem z Podhala i moja rodzina tam została. Brat mieszka w Zakopanem, skąd pochodził nasz tata, siostra jest dyrektorką szkoły w Ochotnicy Dolnej. A mnie trochę wygnało z gór. Przed laty gościem w naszym domu bywał ksiądz Józef Tischner, wspominam słowa, które do mnie kierował: "Synu marnotrawny, kiedyś może tu wrócisz". Ale raczej się to nie zdarzy. Choć nie lubię nudy Mazowsza, potrzebuję oprzeć wzrok o jakieś skały.

Ale ma pan mocne góralskie korzenie!

Góralskie i górskie, a nawet właśnie skaliste, może trochę chropowate. Góry ukształtowały mój charakter i lubię to w sobie.

Jest pan zadziorny?

Bywam.

Bartłomiej Topa (Albert Zawada / Agencja Wyborcza.pl)

Już jako dzieciak pan taki był?

Jako dziecko czasem czułem się niesprawiedliwie oceniany czy karany. Mówiłem do moich rówieśników czy rodziny: "Zobaczycie, jeszcze kiedyś będziecie chcieli polecieć ze mną moim helikopterem". Myślę, że ta wewnętrzna siła pozwoliła mi przetrwać trudne chwile. Często popłakiwałem po kątach, czułem się nie na miejscu.

Moja mama była księgową w Nowotarskich Zakładach Przemysłu Skórzanego. Nabawiła się nerwicy i zrezygnowała z pracy. Tata wziął na swoje barki utrzymanie rodziny. W latach 70. i 80. wyjeżdżał do Stanów do pracy, żeby nam było łatwiej. Cała nasza trójka dostała wszechstronną edukację. Była i szkoła muzyczna, i sport, i sfera duchowa też nie była zaniedbana. Jak to w tamtych czasach, Kościół był bardzo obecny w naszym życiu. Ważne były spotkania w Klubie Inteligencji Katolickiej, jedynej wówczas zatoce normalnego myślenia.

Ten Kościół w panu został?

Zmienił się raczej w formę wiary w człowieka. Wierzę w dobro i piękno, i w Boga, który w tym wszystkim jest. Wierzę w nawigowanie sercem i w to, że ludzie, których spotykam, też mają serca. I to nas łączy.

Pielęgnuje pan wspomnienia z dzieciństwa?

Mam sporo zdjęć z dzieciństwa, szkoły średniej, studiów, ale ich oglądanie nie jest dla mnie jakimś rytuałem. Filmów – tak jak bohaterowie "Innego końca nie będzie" – nie mam, bo mój ojciec ich nie nagrywał. Moi kumple z podstawówki nagrywali nasze występy, gdy tworzyliśmy zespół wzorowany na The Beatles. Bardzo chciałbym te filmiki kiedyś zobaczyć.

Pan swoje dzieci nagrywa?

Mam jakiś kłopot, żeby rejestrować komórką moje prywatne, intymne życie. Nie lubię tego. Wolę chłonąć chwile, które przeżywam. Nie chcę się odrywać od nich po to, żeby patrzeć na nie przez ekran telefonu. Moja Gabrysia natomiast rejestruje życie rodziny. I w sumie, mimo moich wątpliwości, później cieszę się, że te momenty zostały uchwycone. Inaczej bezpowrotnie by zniknęły. Nasze małe mają po trzy i pół roku, więc każdego dnia obserwuję, jak się zmieniają. Przez tydzień były na wakacjach i gdy wróciły – inne dzieci! Cudownie jest patrzeć, jak się rozwijają.

Wojtek Smarzowski, z którym byłem blisko w latach dwutysięcznych, codziennie nagrywał swoich synów. Zresztą mojego syna Antka, który ma obecnie 21 lat, też. Miał pełną dokumentację tego, co się działo z dziećmi, i to było fantastyczne. Kiedyś rzucę na białą ścianę moje myśli i wspomnienia, by podzielić się nimi z najbliższymi.

Bartłomiej Topa jako tata w filmie 'Innego końca nie będzie? (Katarzyna Średnicka)

A często wraca pan pamięcią do przykrych wspomnień?

Jak się pojawia jakiś problem, to wracam do przeszłości i próbuję zrobić do niej jakieś odniesienia, żeby ten problem przepracować. To się zdarza. Na co dzień sporo pracuję z emocjami, nad moimi lękami, mam wsparcie terapeutów. To część mojej higieny, nie tylko zawodowej.

Mógłby pan powiedzieć, jakie lęki ma pan dzisiaj?

Myślę dużo o najbliższych, chciałbym, żeby byli zdrowi i spełnieni. Spory wpływ na mnie ma obecna sytuacja polityczna w kraju i na świecie. Jest sporo obszarów obarczonych lękiem, ale się z nim na co dzień mierzę. Każdy z nas musi się spotkać ze swoim King Kongiem.

I na razie pan wygrywa?

Co jakiś czas.

To efekt pozytywnego myślenia?

Nie liczę na to, że od powtarzania sobie, że dostanę Oscara, nagle się to zrealizuje. Ale też, szczerze mówiąc, nie mam takich ambicji. Oscar jest we mnie i ludziach, których spotykam na ulicy. Niedawno taksówkarz powiedział do mnie: "Panie Bartku, jak ja się cieszę, że pan dzisiaj jedzie ze mną". I to jest piękne. Uśmiechy ludzi, których mijam na ulicy czy spotykam w teatrze.

Bartłomiej Topa na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, 2013 rok (Renata Dąbrowska / Agencja Wyborcza.pl)
Zobacz wideo Porzucone, odebrane rodzicom. Maluchy czekają na miłość

Ja też mam do pana pewien rodzaj sympatii i bardzo się cieszę, że od roli Zenka w "Złotopolskich" tak się pan rozwinął aktorsko. Może nawet – wybaczy pan szczerość – przerósł pan nieco moje oczekiwania.

Nie wartościuję tego, co robię, ale rzeczywiście życie daje mi tyle wspaniałych impulsów. Obdarowuje mnie na każdym kroku i dzisiaj to zauważam.

Sporo jeżdżę teraz po Polsce ze spektaklami "Dobrze się kłamie" czy "Kolacja dla głupca" i odbiór ludzi jest zawsze pozytywny. A ja bardzo lubię być z widzami, daje mi to pewien rodzaj spełnienia. Nigdy nie przypuszczałem, że ten zawód przyniesie mi tyle radości.

Czasem zazdroszczę aktorom tej radości, która towarzyszy ich pracy.

Tak, ten zawód to nieustająca zabawa. I mimo że czasami płaczemy i rwiemy włosy z głowy, to dotykamy takich miejsc swojego wnętrza, jakich nigdy byśmy nie dotknęli, gdyby nie ta profesja. Wierzę, że ciągle jest jeszcze przede mną wiele nieodkrytych wrażeń i emocji.

Wie pani, kiedyś było tak, że chodziłem na różne castingi czy przesłuchania i nie byłem wybierany. Myślałem: w porządku, wybrali kogoś, kto miał cechy idealne do tej roli. Nie czuję zazdrości czy żalu, że dla mnie nie było miejsca. Jestem pogodzony z tym, co przynosi życie. Mam zgodę na siebie.

Bartłomiej Topa na planie serialu, Łódź, 2017 rok (Tomasz Stańczak / Agencja Wyborcza.pl)

Dla mnie jest pan przykładem osoby, która pokazuje, że można się podnieść po trudnych przejściach, chociażby po stracie dziecka, i wieść szczęśliwe życie. Wydaje mi się też pan dziś bardziej promiennym człowiekiem niż kilka lat temu, kiedy rozmawialiśmy pierwszy raz.

Rzeczywiście tak jest. Każdemu los rzuca kłody pod nogi, więc nie chcę się do nikogo porównywać. Każdy ma swoją historię. Mam jednak poczucie, że nawet jak się pojawiają trudności, to mam narzędzia w postaci moich wartości, żeby się z nimi zmierzyć i je rozwiązać.

Niedawno oczarował pan widzów rolą Jana Pawła Adamczewskiego, głowy szlacheckiej rodziny, w serialu "1670". Podobno niebawem zobaczymy drugi sezon tej produkcji?

Tak, jesienią. Ta rola to dla mnie niewątpliwy prezent, więc go w sobie pielęgnuję. Fantastycznie czuję się w komedii, która opowiada o rzeczach poważnych w sposób totalnie niepoważny, obśmiewa nasze cechy, może nawet te narodowe, pomniki, które zbudowaliśmy i których kurczowo się trzymamy, choć tak naprawdę nie są nam do niczego potrzebne. To trafia w moją filozofię totalnego dystansu.

Nie przypuszczałem jednak, że ten serial będzie tak bardzo popularny. Niedawno wrzuciliśmy zwiastun i w ciągu tygodnia zobaczył go milion osób.

Jest pan gotowy na jeszcze większą popularność?

Staram się na niej nie skupiać. Wczoraj jechałem tramwajem i jeden z pasażerów intensywnie wpatrywał się we mnie… Był zdziwiony i pewnie myślał, że to na pewno nie on, nie Topa. Na końcu języka miałem: "Dzień dobry panu, nie myli się pan – tak, to ja".

Nazywam się Bartłomiej Topa i jeżdżę tramwajami?

No właśnie jeżdżę. A co panią u mnie zaskoczyło?

To, że jest pan bardziej wrażliwy, niż może się wydawać. I że potrafi pan okiełznać swój "górski" charakter.

Jest we mnie jakiś rodzaj porywczości, ale jeżeli widzę w czymś sens, to staram się ją okiełznać i znaleźć kompromis. A to w moim przypadku naprawdę nie jest łatwe. 

Bartłomiej Topa. Aktor i producent filmowy. W dorobku ma role m.in. w filmach "Kler" i "Drogówka" oraz w serialach "Karbala", "Skazana" i "1670". Jest związany z Gabrielą Mierzwiak, mają córki bliźniaczki – Jagodę i Malinę.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Prowadzi też własny talk-show "Domowy kryminał" w telewizji Active Family. Specjalizuje się w niebanalnych rozmowach z fascynującymi ludźmi. Pasjonatka Włoch, włoskiego, kawy i słoni.