Monodram "Mianujom mie Hanka", poświęcony losom Ślązaków, grany przez Grażynę Bułkę to jeden z najchętniej oglądanych spektakli w Teatrze Telewizji w ostatnich latach. Obejrzało go niemal pół miliona widzów - najwięcej od 2021 roku. Teraz aktorka odwiedza ze sztuką śląskie miejscowości.
Grażyna Bułka: Dzień dobry, kochana! Czy pani pozwoli, że na razie będziemy siedzieć w kuchni? Mam tu trochę roboty. Zawsze nastawiam dużo jedzenia, póki jestem w domu. Nie mogę przecież męża zostawić z niczym, kiedy wyjeżdżam grać!
Anna Kalita: Mowy nie ma! Jak przystało na Ślązaczkę, gotuje pani na pewno dla swoich bliskich dużo i pysznie.
O, proszę, żur mam nastawiony, buraki będę dzisiaj też do kiszenia dawać, wstawiłam gar rosołu.
Cały Śląsk płakał, kiedy 27 stycznia w Teatrze Telewizji pokazano pani monodram "Mianujom mie Hanka", w którym opowiada pani o zawiłych losach śląskich rodzin. Dzięki pani Śląsk ma swoje pięć minut. Cała Polska chce dziś o nim słuchać.
Syn mi powiedział: "Wiesz co, Grażka, wszyscy, którzy może niekoniecznie się ukrywali, ale nie eksponowali swojej śląskości, nagle poczuli, że to jest coś ważnego. Że jest w tym siła!".
Wie pani, jakie to jest katharsis dla mnie za każdym razem, gdy gram Hankę? Jestem Ślązaczką z dziada pradziada, urodzoną w Lipinach, dzielnicy Świętochłowic. I nie żadna ze mnie "zakamuflowana opcja niemiecka". Jestem Grażyna Bułka, bardzo odkryta opcja!
Ale prawda jest taka, że kiedyś byłam zakamuflowana – brzydkie słowo, ale akurat w tym kontekście pasuje – ponieważ wiele razy dostawałam po pysku za to, że jestem Ślązaczką. Pracę w zawodzie zaczynałam 42 lata temu, kiedy bycie aktorką Ślązaczką naprawdę nie było łatwe. Przez 30 lat pracowałam w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej. Za każdym razem, gdy przyjeżdżali do nas dyrektorzy spoza Śląska – nieistotne, czy z Warszawy, czy z Pcimia – czułam siekierę nad głową: czy słychać akcent?!
Miałam przekonanie, że moje pochodzenie dobrze mi w tym zawodzie nie zrobi. Aż znalazłam się w Teatrze Korez w Katowicach i nagle dotarło do mnie, że to, czego się bałam, jest moją największą siłą. Największą wartością, jaką mogę przekazać ludziom.
Po "Mianujom mie Hanka" komentarze są takie, że widz, patrząc na panią, czuje, że łzy, które pani wylewa, są autentyczne i że opowiada pani również historię swoją, swojej rodziny oraz starszej pani, która mieszkała z wami w familoku i której synów wzięli do Wehrmachtu.
Nazywała się Małgorzata, a ja miałam wrażenie, że ona żyje już na tym świecie co najmniej ze 150 lat! (śmiech)
Kiedy jesteśmy dziećmi, starsze osoby często wydają nam się niewyobrażalnie stare.
(śmiech) Tak właśnie jest. Pani Małgorzata mieszkała piętro wyżej. Kiedy była już bardzo stara, moja mama się nią opiekowała. Chodziłam razem z nią.
Przyglądałam się zdjęciom, które były oprawione w ramki: dwóch młodych mężczyzn i jeden dojrzały. W mundurach Wehrmachtu. Nie dziwiło mnie to.
W mojej rodzinie też tak było: jeden brat mamy był do końca wojny w Wehrmachcie, a drugi stamtąd uciekł do Armii Andersa i walczył w Egipcie.
Miała też pani w rodzinie powstańca śląskiego.
To był dziadek ze strony taty.
Takie właśnie skomplikowane bywają losy śląskich rodzin.
Dlatego ja podczas spektaklu wszystko mówię z serca. Jak to mówi Hanka: "Jo nie musza niczygo znokwiać [wymyślać – przyp. red.], bo jo to wszystko wyniosła z doma!".
Kiedy więc opowiada pani o synach, którzy umarli na wojnie, myśli pani zawsze o dzieciach swojej sąsiadki.
Ta kobieta w ciągu kilku miesięcy straciła męża i dwóch synów. Bez względu na to, po której stronie frontu walczyli, trudno sobie nawet wyobrazić, jak wielkie nieszczęście przeżyła.
Cieszę się, że mogę opowiadać o naszej historii z perspektywy kobiet. Ktoś kiedyś próbował uczynić mi z tego zarzut: "Przecież to mężczyźni ginęli na wojnie!". "To prawda – odpowiedziałam – ale czy pomyślałeś o tych wszystkich wdowach z dziećmi, które zostały same, musiały przejąć cały ciężar utrzymania rodziny, a były bez środków do życia? Tak jak Hanka? O kobietach, które wiecznie cierpiały?"
Na scenie płacze pani za tymi wszystkimi Ślązaczkami, które były gwałcone przez czerwonoarmistów, a o których cierpieniu przez lata milczeliśmy. Podobnie jak o Niemcach i Ślązakach, których w 1945 roku zesłano do obozu pracy Zgoda w Świętochłowicach. Wychowałam się na Śląsku, studiowałam nauki polityczne, a o istnieniu tego miejsca bardzo długo nie wiedziałam.
Ja o tym, że tam był obóz, wiedziałam zawsze, ale że długo po wojnie zsyłano tam m.in. nas, Ślązaków, dowiedziałam się dopiero przy "Hance"! A przecież to wszystko się działo w moich rodzinnych Świętochłowicach.
Zadawano ludziom cierpienie wiele miesięcy po zakończeniu wojny, więc nie można udawać, że to robili jacyś "inni". To robili nasi.
Kiedy zapytałam o Zgodę moją mamę, powiedziała: "Wiesz, dziołcha, o tym się nigdy nie godoło, bo te ludzie biedne, co tam były, musiały podpisać lojalka, że to, co się tam działo, nigdy nie ujrzy światła dziennego". Bogu dzięki, że jednak ujrzało! Do swojej śmierci w 2008 roku Salomon Morel [funkcjonariusz UB, komendant obozu Zgoda, oskarżony o zbrodnie przeciwko ludzkości – przyp. red.] pobierał emeryturę od polskiego państwa. To co mieli sobie myśleć te biedne Ślązoki? Może, że "tak trzeba było"?
Że im się należało?
Czacha dymi, kiedy się słucha opowieści z tamtych czasów.
Rano moja oma [babcia – przyp. red.] spotyka się z sąsiadką i pyta: "Co to było za drewniane auto z małymi okienkami, co tu nocą podjechało?". A tamta mówi: "Wywieźli mojego ślubnego do Oświęcimia [obóz Zgoda był filią Auschwitz – przyp. red.]. A to był normalny chop! Może miał korzenie niemieckie…
Czyli jako folksdojcza go zesłali…
... ale czy to jest powód, żeby człowieka zamykać w obozie?!
Wcale się nie dziwię, że dla tak wielu osób "Hanka" jest oczyszczeniem. Po każdym spektaklu zawsze wielu widzów czeka na mnie pod garderobą. Pierwszy raz w życiu mnie widzą, a się przytulają i opowiadają o swoich rodzinnych historiach. Bardzo się cieszę, że tym spektaklem daję im narzędzie terapeutyczne, za pomocą którego mogą znaleźć ukojenie.
Hanka nosi w sobie bardzo dużo nieszczęścia, ale ma też autentyczną radość życia. Potrafi się roześmiać, piosenkę zaśpiewać…
"Łożenił się wróbelek…"! [Grażyna Bułka śpiewa fragment, który pojawia się w spektaklu – przyp. red.]. Śpiewam tę piosenkę moim wnukom, Franciszkowi i Jankowi. Młodszy, dwuipółletni, oglądał sztukę w telewizji i się cieszył: "Ja to znam!". (śmiech)
To wszystko są rzeczy fajne, ludzkie, miłe, łapiące za serce. Specjalnie tak to jest wymyślone, żeby pierwsze minuty spektaklu były na tyle łagodne, żeby na miękko ludzi wprowadzić w temat. Chociaż i tak zdarzają się widzowie, którzy płaczą od pierwszej do ostatniej minuty. A ile godzin myśmy wspólnie z Mirkiem Neinertem [reżyser spektaklu "Mianujom mie Hanka" – przyp. red.] przepłakali! Wychodziliśmy z sali, ludzie się łapali za głowę: "Co wam się stało?! – Nic, ‘Hankę’ próbowaliśmy".
Dobrze, że jest też w tej sztuce miejsce na radość. Jedna moja sąsiadka zawsze powtarza: "Tego szczęścia w życiu jest ino tak tyla [tak mało – przyp. red.]". Więc się trzeba z tego cieszyć.
W "Hance" jest przestrzeń na nostalgię za urokami dzieciństwa. Czy w familoku faktycznie wszyscy żyliście jak w rodzinie?
Tak! To było coś niebywałego. Większość rodzin miała podobny status: robili albo na hucie, albo na grubie [w kopalni – przyp. red.], tak samo jak mój tata. Niektórzy byli biedni, albo nawet bardzo biedni, ale nigdy nie widziałam żadnych obiboków [leni – przyp. red.] ani łożartusów [pijaków – przyp. red.].
Mam takie same wspomnienia. Dopiero gdy po przemianie ustrojowej zamknięto wiele zakładów pracy, takie dzielnice jak Bobrek w Bytomiu zaczęły faktycznie sprawiać upiorne wrażenie. Jedno wielkie nieszczęście.
Wie pani, kiedy najbardziej boleśnie i namacalnie zaczęło mi się w głowie jarzyć, że jest bardzo źle? Kiedy z piwnic zaczęły nam znikać kompoty i przetwory. Bezrobotni ludzie się włamywali, bo po prostu nie mieli co jeść. Ale kiedy ja byłam młoda, pracowali wszyscy. Prawdziwy Ślązak to nie miglanc [osoba uchylająca się od obowiązków – przyp. red.]!
Uwielbiam słowo "miglanc"!
A moje ulubione to maszkecić. (śmiech)
Czyli delektować się, rozkoszować podczas jedzenia słodyczy. Ale wracając do miglanca…
Kto się migał od roboty, ten był zawżdy palcem wytykany: "Tyś jest nierób!".
To chyba oznacza, że się starzeję, bo bardzo często i chętnie wracam myślami do cudownych czasów mojej młodości. Ten mój plac na Lipinach to było dla mnie centrum świata! Mieliśmy tak wspaniałą piekarnię! Do dziś dzieci i wnuki rodzin, które wtedy mieszkały w naszym familoku, przyjeżdżają tam kupować najlepszy chleb.
Od piekarzy my, dzieciaki, dostawaliśmy często żymły [bułki – przyp. red.] albo kołoczki [drożdżówki – przyp. red.], a raz w tydniu [tygodniu – przyp. red.] kierownik piekarni pozwalał nam z familoka przyjść i się wykąpać pod prysznicem! Pamiętam, jak my szli całą rodziną do piekarni z ręcznikami, z mydłem. (śmiech)
To były czasy, które już nigdy nie wrócą. Ludzie żyli wtedy razem. Tworzyli społeczność. Do picia w każdym domu robiło się to samo: kompot albo gorzką miętową herbatę. Jak mi się chciało pić, nie musiałam lecieć na drugie piętro do mamy, bo u każdego my, dzieciaki, dostawaliśmy pić albo sznitę [kromka – przyp. red.] chleba z masłem i cukrem. Jezu, jaki to był rarytas!
Wokół byli sami porządni ludzie. Patologii nigdy nie widziałam. Nie rozumiem, skąd się takie opowieści o Ślązakach biorą!
Wspomniała pani również o innych opowieściach. O "zakamuflowanej opcji niemieckiej". Czy pani pamięta, co poczuła, kiedy w 2005 roku PiS próbował zdyskredytować Donalda Tuska hasłem, że miał "dziadka w Wehrmachcie"?
Ponieważ ja jestem bardzo impulsywny człowiek, to w takich sytuacjach muszę się hamować, bo w pierwszym odruchu dałabym w pysk: "Opanuj się, człowieku! Zrób krok wstecz, dowiedz się czegoś, zanim zaczniesz opowiadać historie z mchu i paproci!".
To o dziadku Tuska to nie było kłamstwo, ale przepraszam bardzo, trzeba najpierw zrozumieć historię, żeby coś mówić.
W wielu śląskich rodzinach – o czym opowiada "Hanka" – również dziadkowie i ojcowie nosili mundury Wehrmachtu. 20 lat temu prawa strona sceny politycznej postawiła sprawę jasno: to dyskwalifikuje nie tylko tamtych mężczyzn, ale też ich potomków.
Ja nawet nie potępiam tych polityków. Mnie jest ich żal. To naprawdę są boroczki [biedaki – przyp. red.]. Mówię o tych wszystkich posłach, senatorach i europarlamentarzystach z PiS, którzy zostali wybrani z naszego regionu. Zastanawiam się, jakim trzeba być człowiekiem, żeby wywodząc się stąd, być takim ignorantem? Powtarzać bezmyślnie i bezwolnie to, co ktoś im kazał. Dlaczego? Dla jakich korzyści? Zastanawiam się, co się w ich głowach dzieje i dlaczego tak postępują.
Na łożu śmierci może się tak zdarzyć, że sobie pomyślą: "Matko Bosko! Co jo zrobioł?!".
No nic. Niech im się lekko żyje, niech będą zdrowi. Tego im życzę.
Jak pani wystawiała "Hankę" w europarlamencie, nikt z PiS nie przyszedł?
Wszyscy dostali zaproszenia na spektakl, ale z tamtej strony sceny politycznej nie przyszedł nikt. Dokładnie tak samo było w polskim Sejmie, kiedy grałam "Hankę" w Sali Kolumnowej.
W ostatnich latach deklaracja: Jestem Ślązaczką/Ślązakiem, stała się niejako deklaracją polityczną.
A przecież to jest kompletna bzdura!
Że w moich żyłach płynie trochę niemieckiej krwi – moja babcia Maria Klimas urodziła się przed wojną w Ratiborhammer, czyli dzisiejszej Kuźni Raciborskiej – to co to znaczy? To znaczy tylko tyle, że płynie. A co ja z tym robię, to jest moja prywatna sprawa. I nie życzę sobie, żeby mnie z tego powodu ktoś obrażał.
My po prostu są – jak to mówię w "Hance" – Ślązoki. I tyle.
Co to oznacza, już trochę pani opowiedziała: Ślązaczka jest pracowita, dba o dom, o rodzinę.
Nie zawsze, ale w większości przypadków Ślązacy są bogobojni. A przede wszystkim zaradni! I oszczędni!
Tata robił, co mógł, żeby na naszą czteroosobową rodzinę zarobić. Dorabiał grą na akordeonie. Nigdy nie braliśmy pożyczek. Jak ja sobie przypomnę moją mamę! Mama szpanowała [naprężała – przyp. red.] firanki. Do dziś pamiętam, jak w mieszkaniu unosił się zapach krochmalu. Pięknie je potem zwijała w rulony, jak ludzie przychodzili po odbiór. Robiła też przetwory i sprzedawała. Dzięki temu ciutkę więcej mieliśmy. Nigdy nie mieliśmy biedy.
To moja mama wyszła z biedy. (płacz) Zaraz mi się chce ryczeć, jak o tym pomyślę. W podstawówce chodziła bez tydzień, jak to się godo [przez cały tydzień, jak to się mówi – przyp. red.], do szkoły boso.
Buty mama miała tylko na niedzielę, do kościoła.
Ale zawsze była tak schludnie ubrana! Posztopowane… Jak to się po polsku mówi?
Zacerowane?
Ja [tak – przyp. red.]! Jak się dziurka zrobiła w ubraniu, to się cerowało, było biednie, ale zawsze idealnie czysto!
W domach również!
Ordung [porządek – przyp. red.] musi być! (śmiech) Moja mama miała prawie 90 lat, jak umierała. Poruszała się o balkoniku, a wciąż otwierała bieliźniarkę i mówiła: "Jerunie! Tak nie może być!". Wywalała wszystko i układała równiusieńko. Kolorami! (śmiech)
Ciekawa sprawa z tym porządkiem. Moja babcia była taka sama. Być może nasze babcie intuicyjnie wiedziały to, o czym mówią dziś psychologowie: że porządek wokół mocno oddziałuje na naszą psychikę. Gdy się ma gorszy czas, dołek, trzeba pamiętać, żeby utrzymywać wokół siebie ład.
Coś o tym wiem. Jeżeli człowieka naprawdę dotknie depresja, to nawet nie patrzy, czy jest posprzątane, czy nie.
Tak więc w śląskich domach zawsze był porządek. I zawsze było coś ugotowane, czym można poczęstować gości. To dlatego taki wielki ten gar rosołu nastawiłam. Zawsze w zamrażalniku mam kilka porcji rosołu, żeby mnie nigdy nie zaskoczyły odwiedziny wnuków.
Kiedy to pani była dzieckiem, czy w szkole wolno było posługiwać się gwarą?
Na początku tak, bo nauczyciele byli Ślązakami tak samo jak my, więc na lekcjach mówiliśmy po polsku, natomiast na przerwach my godoli i to było normalne. Śląski to był nasz pierwszy język.
Problem się zaczął, kiedy pojawili się nowi nauczyciele. To byli ludzie zesłani, zmuszeni do przeprowadzki nakazami pracy. Śląsk to była dla nich kompletnie nieznana ziemia. Tak jakby nas dziś ktoś wystrzelił na Marsa!
Wie pani, człowiek się boi tego, czego nie zna, a oni nas kompletnie nie rozumieli. I często wcale nie chcieli zrozumieć. Nie wrzucam wszystkich do jednego worka, ale prawdą jest, że zachowanie niektórych nauczycieli, którzy młotem wybijali nam śląskość ze łbów, odbiło się na mnie potężnym piętnem. W dzieciństwie wtłoczono we mnie niechęć do Śląska. Dopiero jako dorosła kobieta zrozumiałam, że ja się nie mam czego wstydzić.
Mnie nie musi nikt uznawać! Jak słyszę hasła: "Uznajcie Śląsk", mówię: Kto i po co? Byłam i jestem Ślązaczką i jako Ślązaczka umrę. I czy mnie jakiś Kaczyński, czy Brudziński uzna, to mi to loto [mnie to obojętne – przyp. red.].
A czy jest dla pani ważne, żeby język śląski został uznany?
O to walczę, bo to część naszej tożsamości!
Donald Tusk widział "Mianujom mie Hanka" dwa razy. Rozmawiała pani z premierem o statusie języka śląskiego?
Oczywiście. Premier wszystko, co nam obiecał, spełnił: język śląski został przegłosowany w jednej i drugiej izbie parlamentu. Czekamy tylko na podpis prezydenta. Wiele petycji i filmików do prezydenta Dudy wysłałam.
Wspaniałe osoby na Śląsku o nasz język walczą.
Wśród nich Szczepan Twardoch. Pani w "Mianujom mie Hanka" też mówi po śląsku. Tak było i wtedy, gdy grała pani przed posłami w Sejmie, i wtedy, gdy spektakl wystawialiście w Brukseli.
Kiedy europoseł Łukasz Kohut powiedział: "Pani Grażyno, wystawmy ’Hankę’ w europarlamencie", w pierwszym odruchu pomyślałam: Chopie! Co ty godosz?! Kto to będzie chcioł oglądać?!
A jednak chcieli!
Ja nigdy nie proszę o żadną specjalną garderobę. W europarlamencie się przebierałam w takim kamerliku [małym pokoju – przyp. red.], gdzie stały popsute krzesła – bez oparcia, niestabilne.
Na spektakl była przewidziana duża, piękna sala, ale przyszło tyle ludzi, że brakło miejsc. Brali nawet te połamane z tego mojego pokoiku!
Prawa strona widowni była dla obcojęzycznych, lewa dla polskojęzycznych. Obie miały tłumaczenie tekstu: jedni na angielski, drudzy na polski. I powiem pani, że ci, co mieli tłumaczenie na polski, oni w ogóle nie patrzyli na tekst. Oni patrzyli tylko na mnie. To znaczy na Hankę.
Piękny moment w życiu!
Kiedy w naszym Sejmie wyjrzałam zza drzwi do Sali Kolumnowej i zobaczyłam tę masę ludzi, którzy przyszli obejrzeć sztukę, wtedy też sobie pomyślałam: Bułka! To się naprawdę dzieje!
Cudne w pani historii jest również to, że udowadnia pani, że najlepsze lata życia można mieć w drugiej jego połowie.
Może gdybym teraz miała nie 62, a 22 lata…
…sodówka by uderzyła?
Może jednak nie, bo ja jestem z tych, co twardo stąpają po ziemi. Ale wie pani, ja się nie dziwię młodym, którzy bardzo szybko odnoszą duże sukcesy i tracą kontakt z rzeczywistością.
W ostatnich dniach mocno odczuwa pani splendor. W mediach społecznościowych napisała pani: "Boja sie łotworzyc lodowka, bo wyskoczy śniej Bułka".
(śmiech) Nie ukrywam, że jest to miłe. Nawet jak się czasem czuję zmęczona, to mówię sobie: Niejeden by chciał mieć to, co ty, więc ty to rób! Bo ty to robisz nie tylko dla siebie.
O Jezu, ale to górnolotnie zabrzmiało!
Dlaczego? Mieć poczucie, że praca, którą człowiek wykonuje, daje coś dobrego innym, to wielka rzecz.
Też tak uważam. I myślę, że wielu aktorów chciałoby móc tak jak ja jasno i czytelnie utożsamiać się z tym, co przekazują widzom.
Bardzo się cieszę, że znalazła pani czas, żeby ze mną porozmawiać o śląskości.
Bardzo miło mi się z panią maszkeciło. O, proszę! Jaki piękny jest śląski język. Jak wiele znaczeń może mieć to słowo. Maszkecenie to może być rozkoszowanie się pysznym jedzeniem, ale i rozmową. Tutaj, w tej mojej kuchni.
A teraz muszę, kruca fiks, wracać do warzenia [gotowania – przyp. red.] tego rosołu, co go nastawiłam dwie godziny temu!
Rozmowa pierwotnie ukazała się 7 lutego 2025 roku.
Grażyna Bułka. Aktorka teatralna i filmowa związana z Teatrem Polskim w Bielsku-Białej, a obecnie z Teatrem Śląskim im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach oraz Teatrem Korez. Nagrodzona m.in. Złotą Maską za rolę Świętkowej w "Cholonku" w 2009 r. oraz w 2017 r. za tytułową rolę w spektaklu "Mianujom mie Hanka". Mieszka wraz z mężem w Czechowicach-Dziedzicach. Ma dwóch synów oraz wnuki.
Anna Kalita. Fascynują ją ludzie i ich historie oraz praca, która pozwala jej te historie opowiadać. Kontakt do autorki: anna.kalita@agora.pl.

