Twoja książka nie jest pierwszą o tym mieście. Przed tobą Grzegorz Piątek napisał "Gdynię obiecaną". Czym się różnią wasze spojrzenia?
Na pomysł napisania o Gdyni wpadliśmy jednocześnie. Opowieść Grzegorza kończy się jednak w roku 1939, a moja zaczyna się w 1945. Chciałam się dowiedzieć, co działo się w Gdyni po wojnie.
Gdy dziewięć lat temu pracowałam nad książką o luksusie w PRL-u, często przyjeżdżałam do Gdyni. Wysiadałam na dworcu PKP i czułam radość, trochę jak na Termini w Rzymie. Pomyślałam wtedy, że może warto byłoby sprawdzić, jak mieszka się w Gdyni. I być może napisać książkę.
I przyjechałaś?
Najpierw w pandemiczne wakacje 2020 roku. Nad morzem były tłumy, bo nie można było wyjeżdżać za granicę, więc spacerowałam po dzielnicach Gdyni. Poszłam w górę, do lasu, i wyszłam na ulicę Wolności. Lubię sprawdzać, jak ulica albo plac o tej nazwie wygląda w różnych miastach. Akurat w Gdyni ulica Wolności biegnie od lasu do dworca. Wzdłuż stoją modernistyczne kamienice oraz wille, widać morze.
Nomen omen, ulica Wolności łączy się w Gdyni z ulicą Warszawską, a ty przecież jesteś z Warszawy...
No właśnie. Gdy szłam w kierunku Warszawskiej, patrzyłam na morze i pomyślałam, że muszę tu przyjechać na rok. Że znajdę jakąś kameralną kamienicę, a jej mieszkańcy opowiedzą mi o losach Gdyni.
Przyjechałam w lecie 2021 i tak mieszkam tu już prawie cztery lata w bloku z widokiem na morze. Co prawda nie znalazłam kamienicy, której mieszkańcy opowiedzieliby mi historię miasta, więc przepytałam ponad sto osób i moja książka się rozrosła.
U mnie przeprowadzka z Warszawy nad morze była planem na emeryturę. Na szczęście pandemia sprawiła, że mogłam to zrobić wcześniej. Ale ja nie pochodzę z Warszawy, więc było mi łatwiej niż tobie. Trójmiasto jest moim miejscem na Ziemi, a twoim?
Nie mówię, że przeniosłam się do Gdyni na zawsze. Na pewno Trójmiasto zostanie częścią mojego życia. Mam tu już znajomych, bliskie osoby, fajne miejsca. Wracam tutaj, a nie do Warszawy. Ale przecież z Warszawą jestem związana na życie. Co będzie, pokaże czas.
Krótko po tym, jak się przeniosłam do Gdyni, pisali do mnie znajomi i pytali, czy jest fajnie, jak to zrobiłam i czy często chodzę nad morze. Panuje przekonanie, zresztą też je miałam, że mieszkanie nad morzem to jak wakacje.
Też tak myślałam, dopóki po przeprowadzce nie zaczęłam żyć normalnym życiem.
Ja z kolei miałam obawy, że ciężką pracą nad książką obrzydzę sobie Gdynię. Było blisko, ale tak się nie stało. Zresztą mam jeszcze kilka wymarzonych spacerów, na przykład od Kaczych Buków do Babich Dołów. Bardzo lubię wychodzić poza modernistyczną fasadę i patrzeć, jak mieszkają ludzie daleko od centrum.
Jaka jest zatem Gdynia poza Śródmieściem, które zna większość turystów?
Bardzo wielu moich rozmówców na pytanie o skojarzenie z Gdynią mówiło: "Moja Gdynia". I ta swojskość, zwyczajność jest widoczna w dzielnicach poza Śródmieściem. W Gdyni mieszka 240 tys. ludzi, z czego większość poza pasem nadmorskim. W willach albo na osiedlach z wielkiej płyty. Może nie wszyscy za nimi przepadają, ale trzeba przyznać, że wiele z nich jest całkiem dobrze zaprojektowanych urbanistycznie.
Ja uważam, że nie dodają miastu uroku. Pomijam fakt, że w niektórych blokach wejścia do windy są na półpiętrach.
Tak jest w blokach z lat 60., czyli czasów późnego Gomułki. Na pewno chodziło o to, żeby było taniej. Sama mieszkam w takim bloku i widzę, że dla starszych osób zejście czy wejście pół piętra do windy to spory problem. Ale w Warszawie mieszkałam na trzecim piętrze bez windy, więc cieszę się, że w ogóle ona jest.
Uśmiechasz się mimo tych utrudnień, nawiązując do hasła promującego miasto "Uśmiechnij się, jesteś w Gdyni"? Dobrze ci się tu mieszka?
Uśmiecham się, choć nie wszystko mnie zachwyca. Na przykład komunikacja miejska w Gdyni jest bardzo zła. Poza szlakiem eskaemki trudno się dostać poza Śródmieście. Cóż, jestem przyzwyczajona do Warszawy, gdzie komunikacja jest rewelacyjna, więc każdy może mi zarzucić, że mam przewrócone w głowie. Bo pewnie mam.
Dziwi mnie ta komunikacja, bo przeglądając gazety z lat 90., znalazłam informacje, że już wtedy mówiono, że trzeba odciążyć miasto od samochodów, spowolnić ruch na Świętojańskiej, która jest główną ulicą miasta, może nawet zamienić ją w deptak. Pierwsza solidarnościowa ekipa, ze słynną prezydentką Franciszką Cegielską na czele, już w 1990 roku, w kampanii do pierwszych wyborów samorządowych, zapowiadała rozwiązania, które wciąż wydają się nowoczesne. Ale nic z tego nie wyszło. Obecnie w Gdyni jest 700 samochodów na 1000 mieszkańców, a każde ograniczenie miejsc parkingowych wzbudza ogromne awantury i protesty mieszkańców.
Nie mam samochodu, ale je rozumiem. Poruszanie się zbiorkomem jest po prostu kłopotliwe. Pomiędzy dzielnicami na ogół trzeba się przesiadać, wiele autobusów i trolejbusów nie kursuje w weekendy.
Już na początku jako przyjezdną dziwiła mnie propaganda sukcesu, którą uprawiały władze miasta. Wydawała mi się nieznośna, nie tylko dlatego, że musiałam raz czy drugi poczekać na trolejbus.
Ale bohaterowie twojej książki mówią, że są z Gdyni dumni, że kochają to miasto. To większa miłość niż warszawiaka do Warszawy?
Totalnie! Warszawę się raczej lubi, niż kocha, można ją krytykować. Gdynię się kocha. Skąd ta miłość gdynian do Gdyni? Pradziadkowie dzisiejszych 40-latków budowali to miasto. To jest bardzo ważne. Ktoś, kto pracował tu w latach 70., opowiadał mi, że każdy, kto pochodził z rodziny budowniczych Gdyni, z automatu dostawał coś w rodzaju aureoli wokół głowy.
Po wojnie był pomysł, żeby przyłączyć Gdynię do Gdańska. Ale nawet gdyńscy notable mówili, że jest to niemożliwe ze względu na ogromne przywiązanie gdynian do ich miasta. To się nie udało, jednak powojenna Gdynia straciła znaczenie. Nadal były port i stocznia, ale większość ważnych instytucji przeniesiono do Gdańska. Myślę, że to umocniło w gdynianach przywiązanie do miasta.
W latach 70., gdy najpierw hucznie obchodzono 50-lecie decyzji o budowie portu, a potem nadania Gdyni praw miejskich, powstało Koło Starych Gdynian. Żeby się do niego zapisać, trzeba było wypełnić deklarację i napisać parę słów uzasadnienia. Czytałam te uzasadnienia. Najbardziej wzruszyło mnie takie: "Ukochałam Gdynię już w kolebce". W innych też było dużo o miłości. Nie o tym, że w Gdyni jest morze i czyste powietrze, ale o miłości romantycznej. Słowo daję.
Trafiłaś na kogoś, kto Gdyni nie lubi?
Było kilka takich osób. Słyszałam też żart, że jedyną zaletą Gdyni jest eskaemka do Gdańska, ale nie padł z ust gdynianina, tylko gdańszczanina.
Pewnie pamiętasz, jak kilka lat temu Gdynię okrzyknięto najszczęśliwszym miastem w Polsce? Zgłębiałam wtedy metodologię tych badań i uznałam – podobnie jak ty – że jest ona nieco naciągana.
Hasło, że Gdynia jest najszczęśliwszym miastem w Polsce, to był propagandowy majstersztyk. Początki były poważne. Z sondaży przeprowadzanych przez sopocką pracownię socjologiczną w latach 90. wynikało, że gdynianie są bardzo zadowoleni z życia w swoim mieście. W 2010 roku sondaż zrobiony na zlecenie "Gazety Wyborczej" przyniósł rekordowy wynik: 97 proc. mieszkańców Gdyni było zadowolonych, że mieszka akurat tu. Potem wygrywała w kategorii zadowolonych i bardzo zadowolonych mieszkańców w kolejnych Diagnozach Społecznych, które opracowywał prof. Janusz Czapiński z zespołem socjologów.
Sonda, o której mówisz, została przeprowadzona w 2022 roku na potrzeby portalu z ogłoszeniami mieszkaniowymi. Zdziwiło mnie więc, że chwalił się nią Urząd Miasta. Ówczesny prezydent Wojciech Szczurek nagrał na bulwarze Nadmorskim filmik, w którym mówił, że socjologowie po raz kolejny uznali Gdynię za najszczęśliwsze miasto w Polsce. A to nie był wniosek socjologów, tylko raport z ankiety portalu mieszkaniowego.
Prawdopodobnie zwyczajnie chodziło o to, żeby podbić ceny mieszkań w Gdyni, która była wówczas – i do tej pory jest – najtańsza w Trójmieście. Mnie samej też długo wydawała się najbrzydsza z całej trójki.
Naprawdę tak uważałaś? Zapytałam prezydenta, dlaczego chwali się tym raportem, a on odpowiedział, że nie odbiorę mu radości z tego tytułu.
Przecież sama przyznałaś, że się w Gdyni uśmiechasz!
Uśmiecham się, ale dostrzegam rozjazd między mitem a rzeczywistością. Gdynia chwaliła się, że jest – jak przystało na nowoczesne czasy – miastem 15-minutowym. Ta idea zakłada, że można w ciągu 15 minut dojść z domu do miejsc, gdzie załatwia się wszystkie sprawy. Tymczasem są tu całe połacie, gdzie oprócz domów nie ma nic. W 15 minut można dojść do przystanku, skąd autobus odjeżdża dwa razy na godzinę albo kilka razy dziennie. I dopiero stamtąd pojechać do przychodni, przedszkola, spożywczaka. Ciekawym przykładem jest Kamienna Góra, jedno z najpiękniej położonych miejsc w Polsce. Niby rzut, nomen omen, kamieniem od Świętojańskiej, ale pod warunkiem, że jest się osobą sprawną. Dla innych spacer po bułki w dół i potem w górę może być kłopotliwy. Autobus przez Kamienną Górę przejeżdża siedem razy dziennie. Można nim dojechać na Działki Leśne – prawie tak samo pięknie położone i jeszcze trudniejsze dla niezmotoryzowanych, bo oddzielone od Śródmieścia przejściami podziemnymi wymagającymi zejścia i wejścia po schodach.
Takich rozczarowań znalazłam więcej. Sprowadzone do wspólnego mianownika nazwałabym: za bardzo globalnie, za mało lokalnie.
Mnie bardziej zasmuca dzisiejsza Świętojańska, która jest główną ulicą miasta. Kiedyś tętniła życiem, a dziś przypomina wymarłą.
Słyszałam mnóstwo opowieści o Świętojańskiej sprzed lat. Pachniała świeżo prażoną kawą, rozświetlały ją neony. Działały delikatesy ze słodyczami, owocami, kawą i wędliną, w kolonialnych sklepach były rzeczy przywożone przez marynarzy – papierosy i egzotyczne przyprawy, w komisach – dżinsy, płyty winylowe i kasety.
W latach 90. na Świętojańskiej otwierały sklepy zagraniczne firmy. Było dużo drzew, ale i samochodów, które jeździły w obie strony, dziś ruch jest tylko w jedną. Luksus mieszał się z przestępczością. W tej chwili Świętojańska rzeczywiście smuci. Wiele witryn jest do wynajęcia, zostały ostatnie sklepy z ubraniami i trochę knajp, ale te zaskakująco wcześnie się zamykają. W zeszłym roku przyjechała do mnie koleżanka z Krakowa. Chciałyśmy usiąść przy herbacie na Świętojańskiej. Była niedziela, jakoś po 17. Większość mijanych kawiarni zamykała się o 18. Wreszcie znalazłyśmy jedną czynną dłużej. Swoją drogą - już nie istnieje.
Błyskawiczna rotacja to kolejna cecha Świętojańskiej. Gdynianie żartują, że jeśli chce się coś kupić albo zjeść, lepiej zrobić to od razu, bo w drodze powrotnej może być w tym miejscu coś innego.
Oczywiście ma na to wpływ zbudowane w pobliżu duże centrum handlowe, ale też zmiana nawyków w ogóle. Ludzie przyzwyczaili się, że robią zakupy w galerii, a nie w mieście.
Sądzisz, że nowa prezydentka Aleksandra Kosiorek popchnie Gdynię do przodu?
Nie wiem. Piastuje urząd od ośmiu miesięcy i jeszcze nie bardzo wiadomo, jaki ma pomysł na Gdynię. Wygrała wybory, ale popierające ją ugrupowaniem, czyli Gdyński Dialog, nie zdobyło większości w Radzie Miasta – ta przypadła Koalicji Obywatelskiej, ruchom miejskim i Lewicy. Dogadali się dopiero pod koniec roku.
Mam wrażenie, że zniknął patos, złagodniała propaganda, już nie słychać, że Gdynia jest we wszystkim pierwsza w Polsce.
Nie wiem, jak sprawy się potoczą, ale na pewno gdyńska zmiana władzy to pouczająca historia. Z parlamentu dochodzą głosy, że ograniczenie władzy prezydentów, burmistrzów i wójtów do dwóch kadencji jednak się nie sprawdziło, może warto byłoby cofnąć ten przepis. Moim zdaniem nie warto.
Prezydent Wojciech Szczurek rządził Gdynią od 1998 roku. Długo cieszył się gigantycznym poparciem, zawsze wygrywał w pierwszej turze, w najlepszych czasach zdobywał ponad 85 proc. głosów. W wyborach 2024 roku poparło go 23 proc. głosujących, odpadł w pierwszej turze. Prezydentką została prawniczka bez doświadczenia samorządowego. Doświadczenia brakuje jej ekipie.
Można narzekać, a można się zastanowić, gdzie mieli doświadczenie zdobyć. Kiedy rządzi się dłużej niż 10 lat, człowiek – chce tego czy nie – staje się władcą.
Aleksandra Boćkowska. Dziennikarka, redaktorka, reporterka. Współpracuje m.in. z "Dwutygodnikiem", "Wysokimi Obcasami Extra" i "Vogue". Od 2021 roku sprawdza, jak to jest mieszkać w Gdyni. Autorka książek: "To nie są moje wielbłądy. O modzie w PRL", "Księżyc z peweksu. O luksusie w PRL", "Można wybierać. 4 czerwca 1989."
Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Prowadzi też własny talk-show "Domowy kryminał" w telewizji Active Family. Specjalizuje się w niebanalnych rozmowach z fascynującymi ludźmi. Pasjonatka Włoch, włoskiego, kawy i słoni.


