Liczba rodzących się dzieci stale spada. Jaka czeka nas przyszłość, jeśli się to nie zmieni?
Obecnie na Ziemi żyje ponad 8 mld ludzi – o prawie miliard więcej niż 10 lat temu. Jednocześnie cały czas media alarmują o spadającym wskaźniku dzietności w krajach rozwiniętych. Czasem mam wrażenie, że te dwie informacje są ze sobą sprzeczne.
Wszystko zależy od tego, z jakiej perspektywy spojrzymy na problem. Dzieci się rodzą, ale nie tam, gdzie chcielibyśmy, aby się rodziły. Nie w Europie i nie w krajach wysoko rozwiniętych.
Na całym świecie rodzi się mniej dzieci niż chociażby jeszcze 10, 20 czy 30 lat temu. Nawet w Afryce Subsaharyjskiej. Obecnie kobieta rodzi tam średnio 4,5 dziecka, a 20 lat temu rodziła jeszcze 5,5 dziecka.
Na drugim krańcu jesteśmy my – kraje Europy oraz kraje wysoko rozwinięte. Dla nas poziomem na dziś niemożliwym do osiągnięcia jest dzietność zbliżona choćby do 1,7–1,8 dziecka na kobietę, co pozwoliłoby zrekompensować utratę ludności powodowaną zgonami.
Najnowsze badania CBOS wskazują, że aż 8 proc. Polaków w wieku 18-40 lat nie planuje mieć dzieci. Polacy i inne nacje europejskie wymrą?
Wzrost demograficzny ma ogromny wpływ na przetrwanie cywilizacji czy danego narodu, ale nie pisałabym aż tak czarnych scenariuszy. A jeżeli nawet miałoby do tego dojść, to w bardzo dalekiej przyszłości. Populacje będą się jednak powoli kurczyć, co ma zarówno swoje pozytywne, jak i negatywne konsekwencje.
Pozytywne?
Im mniej ludzi, tym mniejsze zasoby potrzebne, by zaspokoić ludzkość, czyli z punktu widzenia przyszłości planety to dobra wiadomość. Pod względem społecznym i ekonomicznym na poziomie poszczególnych państw – już niekoniecznie.
Im mniej dzieci, tym większa dysproporcja między liczbą osób starszych, czyli takich, które nie są w stanie już pracować, a wymagają opieki i chcą żyć na przyzwoitym poziomie, a liczbą osób młodych – pracujących. Obecnie na każde 100 osób w wieku produkcyjnym przypada około 40 osób w wieku poprodukcyjnym. W 2070 roku będzie już tych osób 80. Wiele krajów wysoko rozwiniętych, w tym Polska, ma systemy emerytalne, które polegają na tym, że osoby pracujące finansują świadczenia osób już na emeryturze – pieniądze na bieżące wypłaty emerytur pochodzą ze składek wpłacanych przez młodsze pokolenia, które pracują. Dlatego ten system nazywa się "solidarnościowym".
Czyli im mniej osób pracujących, tym mniejszy tort do podzielenia?
Tak możemy to określić. Możemy oczywiście dołożyć do emerytur z budżetu, aby utrzymać poziom życia osób starszych. Ale ostatecznie skądś te pieniądze trzeba wziąć – zarówno te z budżetu, jak i z ZUS, które pochodzą z pracy.
System ubezpieczeń społecznych obejmuje także ubezpieczenia zdrowotne, rentowe, chorobowe i wypadkowe. Żebyśmy mogli więc dożyć późnej starości i przeżyć tę starość godnie oraz żeby ci, którzy nie są w stanie pracować, również mogli liczyć na wsparcie państwa, musi wystarczająco dużo osób pracować. Czyli musi się rodzić więcej dzieci.
Ale się nie rodzi.
Nie rodzi się i wskazywanych jest tysiąc powodów spadku dzietności. Pojawiają się argumenty związane z wysokimi kosztami życia, wysokimi kosztami utrzymania dzieci, brakiem wystarczającej liczby placówek opiekuńczych, zbyt krótkimi urlopami rodzicielskimi.
Ludzie, którzy nie chcą mieć dzieci, są egoistami? Ludzie bezdzietni też pracują i tym samym także łożą na tych, którzy nie pracują. Z ich podatków opłacane są także chociażby takie świadczenia jak 800+.
Myślę, że ludzie są tak samo egoistyczni – lub tak samo altruistyczni – jak byli kiedyś. Po prostu kiedyś posiadanie dzieci było koniecznością, a dziś nie jest. Dziś dzieci się mieć nie opłaca. Za kilka lat będziemy mieli z tego powodu duże problemy. Wszyscy na tym stracimy.
Ludzie chyba aż tak nie kalkulują?
Zależy, jak na to spojrzymy. Ludzie chcą, aby były spełnione odpowiednie warunki, zanim zaczną starać się o dzieci. Czekają, aż osiągną jakąś pozycję zawodową, znajdą odpowiedniego partnera, będą mieli wystarczająco dużo środków, by pokryć koszty posiadania dziecka.
Problem jest taki, że posiadanie dziecka ma kiepski PR. Kapitalizm i duża koncentracja ludzi na pracy i bogaceniu się niekorzystnie wpłynęły na poziom dzietności. W Polsce okresem mocno uderzającym w wartości rodzinne i chęć powiększania rodziny były lata 90. – czyli okres po transformacji ustrojowej, który bardzo rozkręcił Polskę gospodarczo, ale miał też wiele negatywnych konsekwencji. Mam wrażenie, że odczuwamy je do tej pory.
Pod jakim względem?
Niepewność związana z pracą była tak duża, że posiadanie dziecka było dodatkowym czynnikiem zwiększającym ryzyko, że się tej pracy nie będzie miało lub że się ją straci. Dziecko utożsamiane było z dużym kosztem i ciężarem.
Moim zdaniem wciąż w ten sposób myślimy. Z naszych badań wynika, że w Polsce nadal 30 proc. matek oraz 60 proc. ojców boi się nieprzychylnej reakcji szefa na wieść o planowanym pójściu na urlop rodzicielski.
Obecnie coraz więcej mówi się o trudach związanych z rodzicielstwem, głównie o tym, co zabiera, a nie co daje, zarówno na poziomie indywidualnym, jak i społecznym.
Mówi się też o innych problemach - z niepłodnością, czy związanych z tym, jak trudno w obecnych czasach budować bliskie, trwałe relacje.
To prawda. I to oczywiście ważne, żeby o tych problemach mówić, bo one są realne, natomiast nie zapominajmy o tym, że te dzieci po coś są, że żyjemy w jakimś systemie, z którego czerpiemy korzyści.
Rządy krajów, w których dzietność pikuje, robią wszystko, aby rozkręcić reprodukcję, i wdrażają – niektóre na szeroką skalę – różne polityki prorodzinne. Ich efekt jest jednak raczej rozczarowujący. Japonia walczy z niską dzietnością od 1990 roku – długi urlop rodzicielski, świadczenia pieniężne za posiadanie dziecka – mimo to wskaźnik dzietności tam jest jednym z najniższych na świecie i wynosi 1,26 dziecka na kobietę. Ostatnio rząd japoński wpadł na nowy pomysł, jak rozkręcić reprodukcję, i zaczął promować wesela.
Jeszcze gorzej jest w Korei Południowej, gdzie wskaźnik dzietności wynosi 0,78. Są jednak kraje takie jak Szwecja i Finlandia, gdzie wsparcie dla rodzin jest bardzo duże – dostępność usług opiekuńczych jest wysoka, urlopy rodzicielskie są długie, bardzo promowana jest równość płci, która ma przełożenie na polityki prorodzinne, i gdzie wskaźnik dzietności jest stosunkowo wysoki na tle innych krajów Europy – wynosi około 1,8 dziecka na kobietę.
W Szwecji jednak ten wskaźnik nie wzrósł, po prostu utrzymuje się od lat na podobnym poziomie.
Pytanie, czy to nie jest pewnego rodzaju sukces przy ogólnym trendzie spadkowym? Wpływ programów prorodzinnych na poziom dzietności jest trudny do zmierzenia. Na to, czy ludzie będą chcieli mieć dzieci, czy nie, wpływa mnóstwo czynników, na wiele nie mamy wpływu.
W Polsce programy 500+ i 800+ nie odwróciły ogólnego trendu spadkowego, podobnie jak znaczny wzrost w ciągu ostatnich kilkunastu lat liczby żłobków i przedszkoli. Urlopy rodzicielskie zostały przedłużone – wskaźnik dzietności ani drgnął. Obecnie jest dokładnie na takim samym poziomie jak w 2003 roku, czyli 1,2 dziecka na kobietę.
W Europie gorzej jest tylko na Malcie (1,13 urodzeń na kobietę), w Hiszpanii (1,19) i we Włoszech (1,25).
Powinniśmy odejść więc od myślenia, że dana polityka prorodzinna jest w stanie zwiększyć poziom dzietności. Co oczywiście nie znaczy, że nie są one ważne i potrzebne. Są ważne dla tych, którzy dzieci chcą mieć i je mają. Powinny być także zakrojone na szeroką skalę, nie dotyczyć wyłącznie jednego obszaru funkcjonowania rodzin. I powinny funkcjonować wiele, wiele lat. Rządy muszą dawać obywatelom poczucie stabilizacji. I doskonalić się w tych obszarach, które wciąż szwankują.
Francja jest krajem, w którym poziom dzietności na tle innych państw europejskich pozostaje stosunkowo wysoki. Rząd bardzo wspiera rodziny w wielu obszarach. Francuzi mogą rozliczać podatki, dzieląc swoje dochody na liczbę osób w rodzinie. We Francji bardzo rozbudowany jest także system taniego budownictwa mieszkaniowego. Francuzi z co najmniej dwojgiem dzieci otrzymują wsparcie finansowe, które uzależnione jest od wysokości dochodów.
Polityki prorodzinne we Francji funkcjonują od wielu lat. Może właśnie dlatego wskaźnik dzietności we Francji na poziomie 1,67 jest dla Polski szczytem marzeń. Ale we Francji dzietność także spada, choć wolniej niż w Polsce. W tej chwili tamtejszy rząd zamierza skupić się na walce z bezpłodnością – szacuje się, że we Francji osób dotkniętych bezpłodnością jest około 3,3 mln. Państwo zamieszkuje 65 mln osób. Mam wątpliwości, czy to jakoś szczególnie zwiększy poziom dzietności. Podobnie sytuacja wygląda ze wsparciem par homoseksualnych w posiadaniu dzieci czy samodzielnych rodziców.
Jakie inne rozwiązania prorodzinne mogłyby zachęcić ludzi do zakładania rodzin?
Myślę, że gdybyśmy znali odpowiedź na to pytanie, już dawno byśmy to zrobili. Mogę powiedzieć, jakie rozwiązania warto byłoby rozważyć.
Wracając do systemu emerytalnego i solidarności pokoleniowej – skoro od tego, ile jest dzieci, zależy wysokość naszej emerytury, może warto byłoby podjąć dyskusję o uzależnieniu wysokości emerytury albo wysokości płaconych składek od liczby posiadanych dzieci? Dzieci w pewnym sensie są dobrem publicznym, nie tylko prywatnym. Tego typu rozwiązania są wprowadzane częściowo do systemów emerytalnych – np. w Niemczech i we Francji wychowywanie dzieci przekłada się na dodatkowe "punkty" zwiększające wartość przyszłej emerytury.
A co z tymi, którzy nie mogą mieć dzieci?
Zdaję sobie sprawę, że takie rozwiązanie budzi silne emocje. I nawet jeśli nie miałoby wejść w życie, to bardzo bym chciała, aby odbyła się w Polsce rzetelna dyskusja na ten temat. Przede wszystkim po to, aby maksymalnie dużo osób w naszym kraju zaczęło myśleć o dzieciach jako o zasobie, a nie jako "koszcie" czy "obciążeniu". Dyskusja o wszystkich "za" i "przeciw", ekspercka, a nie polityczna.
Jakie jeszcze rozwiązania mogłyby zachęcić pary do powiększania rodziny?
Duże zmiany powinny zajść w obszarze rynku pracy, który – przynajmniej w Polsce – jest wręcz antyrodzinny. Jest to na tyle ważny obszar funkcjonowania rodzica, że może – w perspektywie długoterminowej – w istotny sposób wpłynąć na decyzję o posiadaniu dziecka.
A konkretnie co powinno się zmienić?
Pracodawcy powinni mieć dużo bardziej elastyczne podejście do rodziców, zwłaszcza bardzo małych dzieci. Rozumieć, jak wygląda opieka nad małym dzieckiem, jak dużym jest wyzwaniem pod względem logistycznym. Powinni być otwarci na modyfikacje w trybie pracy pracownika.
Problem polega jednak na tym, że dużo łatwiej kontroluje się przepracowane godziny niż efekty pracy.
Mój przyjaciel – ojciec dwojga kilkuletnich dzieci – żalił mi się, że w pracy nie pozwalają mu na więcej niż jeden w tygodniu dzień pracy zdalnej, mimo że dojazd do pracy zajmuje mu dwie godziny w jedną stronę.
Mój znajomy chciał wziąć kilka dni wolnego na chore dziecko, zgłosił to kadrom, w odpowiedzi usłyszał: "Nie ma pan żony?". Pod względem prorodzinności miejsc pracy jesteśmy w Europie na szarym końcu.
W wielu miejscach pracy rodzice nieustannie mają problem, aby w sytuacji awaryjnej wyjść wcześniej z biura. Często jest tak, że próbują łączyć pracę z opieką nad chorym dzieckiem w domu.
Już nie wspomnę o wciąż funkcjonującym zjawisku "kary za rodzicielstwo", które dotyka zwłaszcza kobiety wracające po macierzyńskim na rynek pracy. Kobiety mające dzieci zarabiają mniej w porównaniu z kobietami, które ich nie mają, oraz z mężczyznami – zarówno tymi z dziećmi, jak i bezdzietnymi.
Biorąc pod uwagę niską efektywność polityk prorodzinnych, musimy być przygotowani na to, że dzietność może już nigdy nie wzrośnie na tyle, abyśmy mogli przestać obawiać się o naszą przyszłość. Może powinniśmy inwestować w coś zupełnie innego niż w polityki prorodzinne?
Jak już wspomniałam, polityki prorodzinne są ważne bez względu na to, czy przyczyniają się do wzrostu dzietności, czy nie.
A jakie są alternatywy? Jednym z rozwiązań jest dłuższa praca i podnoszenie wieku emerytalnego. W Japonii przykładowo w 2021 roku wprowadzono prawo, które zmusza firmy do umożliwienia pracownikom kontynuowania pracy do 70. roku życia, nawet jeśli osiągnęli oni tradycyjny wiek emerytalny, czyli 65 lat. Obecnie 40 proc. firm w tym kraju zatrudnia osoby po 70. roku życia.
Poza Rumunią Polska ma najniższy wiek emerytalny dla kobiet w całej Europie – 60 lat – i 65 lat dla mężczyzn.
I według sondaży Polacy nie chcą dłużej pracować.
Moim zdaniem dlatego, że mają w głowie 40-godzinny tydzień pracy. Też bym w tym wieku nie chciała tyle pracować. Ale mogłabym pracować na część etatu.
Prawdopodobnie firmy będą jednak zmuszone otworzyć się na pracowników zarówno starszych, jak i tych chcących pracować mniej – w ciągu 10 lat liczba osób pracujących zmniejszy się o 12,6 proc.
Kolejnym rozwiązaniem jest znalezienie zamiennika pracy człowieka.
Roboty?
Dokładnie. Proces robotyzacji w Polsce przebiega na razie dość powoli. Na tle wielu krajów europejskich wypadamy dość marnie. Już nie wspominając o Stanach Zjednoczonych czy Japonii lub Korei Południowej, gdzie bardzo dużo inwestuje się w nowe technologie i ich obsługę.
Dlaczego u nas tak wolno przebiega ten proces?
Brakuje specjalistów w dziedzinie automatyki, robotyki i sztucznej inteligencji. Koszty związane z wdrożeniem systemów robotycznych są bardzo wysokie. W Polsce nadal mamy stosunkowo niskie koszty pracy – w UE niższe koszty pracy mają jedynie Bułgaria i Rumunia. Więc inwestycje w roboty jeszcze nie do końca się kalkulują, co nie zachęca do inwestowania w robotyzację.
Jednocześnie wszyscy boją się, że roboty zabiorą nam pracę.
To prawda, to są wyzwania, przed którymi będą stały wszystkie kraje. W Korei Południowej, która jest liderem w robotyzacji przemysłowej, rząd już inwestuje w programy przekwalifikowania siły roboczej.
Najwięcej kontrowersji budzi – a wydaje się to jednym z najbardziej ludzkich i ekonomicznych rozwiązań – wykorzystanie pracy imigrantów. Tylko trzeba tych imigrantów chcieć do nas przyjąć.
Spodziewamy się dużych migracji ludności, związanych chociażby ze zmianami klimatu. Jest to nieuniknione. Imigracja to bardzo złożony problem i oczywiście, że imigranci to siła robocza, ale nie zawsze taka siła robocza, której dany kraj potrzebuje.
To znaczy?
Kraje europejskie potrzebują pracowników o odpowiednich kwalifikacjach, o konkretnym wykształceniu, w Europie czy w Polsce – z wysokimi kompetencjami cyfrowymi. Chodzi o to, żeby zapełnić luki na rynku pracy, aby to miało przełożenie na PKB.
Ale potrzebujemy także pracowników o niższych kompetencjach lub takich, którzy podejmą się pracy fizycznej – w budownictwie czy sektorze opiekuńczym.
To prawda. Powinniśmy się więc zastanowić, które luki mogłaby zapełnić migracja, a które robotyzacja. I co się będzie bardziej opłacać ekonomicznie i społecznie. A jeżeli jesteśmy w stanie zastąpić jakąś pracę i robotem, i migrantem, to na co ostatecznie powinniśmy się zdecydować, biorąc pod uwagę zarówno koszty społeczne, jak i gospodarcze.
Nie jest też tak, że imigranci tylko czekają na to, aby przyjechać do Polski, a jedyną przeszkodą są ewentualne konflikty na tle narodowościowym – choć jest to na pewno ważna kwestia. Kraje europejskie nieustannie konkurują między sobą o "jakościowych" imigrantów.
Wysokie poparcie dla takich polityków jak Donald Trump, Marie Le Pen czy ugrupowań takich jak PiS lub AFD raczej pokazuje, że ludzie nie chcą imigrantów.
Nie chcemy imigrantów, nie chcemy dłużej pracować, boimy się robotów, nie chcemy mieć dzieci, ale chcemy jednego – żyć na coraz wyższym poziomie. Tak się nie da! Coś za coś.
Zbyt mało mówi się o tym, że każde z tych rozwiązań podnosi nasz dobrobyt: migranci przyczyniają się do wzrostu PKB, dzieci wpływają zarówno na wzrost PKB, jak i stabilizację sytuacji gospodarczej, a roboty podnoszą efektywność pracy. Nikt – i mam tu na myśli przede wszystkim media – nie mówi o imigrantach jako o dobru, o tym, co wnoszą do PKB, a wnoszą wiele.
Według wyliczeń ZUS do 2032 roku powinniśmy przyjąć 2,6 mln migrantów, jeżeli chcemy utrzymać obecną równowagę między liczbą osób pracujących i niepracujących. Zaznaczam, że w ciągu ostatnich 10 lat przyjechało do nas trochę ponad milion...
Jeśli nie pójdziemy na żadne ustępstwa, będziemy musieli pogodzić się z tym, że będziemy coraz mniejszym krajem. Ma to jednak swoje konsekwencje.
Kraj mniejszy to kraj słabszy na arenie międzynarodowej.
I tym samym bardziej podatny na presję ze strony innych krajów, z mniejszym rynkiem wewnętrznym, z mniejszym zasobem talentów, ale też gorszym dostępem do usług publicznych.
Rozmowa została pierwotnie opublikowana 20 listopada 2024 roku.
Paula Kukołowicz. Doktor nauk społecznych, absolwentka socjologii na Uniwersytecie Warszawskim. Z Polskim Instytutem Ekonomicznym związana od 2019 r. Doświadczenie analityczne zdobywała, m.in. pracując w projekcie "Public Goods through Private Eyes" realizowanym na Uniwersytecie Warszawskim w ramach siódmego programu ramowego UE. Autorka i współautorka raportów dotyczących m.in. klasy średniej w Polsce, ekonomicznych i społecznych kosztów chaosu przestrzennego, bezwarunkowego dochodu podstawowego, a także publikacji naukowych dotyczących m.in. wpływu kwot wyborczych na reprezentację polityczną kobiet i wpływu różnorodności etnicznej na jakość dóbr publicznych.
Ewa Jankowska. Dziennikarka. Redaktorka. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu, z wykształcenia psycholożka i kulturoznawczyni. W mediach od 2011 roku.