W tej konkurencji wiedziemy w Europie prym wspólnie z Włochami, Portugalią, Grecją Słowacją i Chorwacją. Główny Urząd Statystyczny podaje, że odsetek "gniazdowników" – czyli osób w wieku 25–34 lata, które mieszkają z rodzicami – wynosi u nas dokładnie 52,9 proc.
Sara: Synku, mama ma dziś randkę, prześpij się u kolegi
"Syneczek" dobija do trzydziestki. Byłoby przekłamaniem, gdybym powiedziała, że ustaliliśmy, że będziemy mieszkać razem, dlatego że on do zbyt długich rozmów nie jest raczej skłonny. Tak po prostu wyszło, skoro nie ma stałej dziewczyny, a tutaj, w mieszkaniu, zawsze był – i jest nadal – jego pokój. A tak naprawdę to teraz są już dwa, bo mieszkanie składa się z salonu z kuchnią oraz jego sypialni i jego gabinetu.
Syn pracuje zdalnie. Trudno, żeby osiem godzin dziennie siedział po turecku na łóżku. Potrzebował mieć gabinet, więc go ma, a ja śpię na rozkładanej sofie w salonie. Ale wszystko jest git. Nie czuję, ani żeby mnie to ograniczało, ani okradało z przestrzeni.
W zasadzie trudno byłoby mówić, jak wygląda nasze "wspólne" życie, dlatego że w praktyce bardzo mało jest tej wspólnoty. Nie spędzamy razem czasu, nie pijemy popołudniowej herbaty ani nie oglądamy wspólnie filmów. Nawet w lodówce nic nie jest wspólne. Półki nie są podpisane, ale – znowu – tak wyszło, że dwie są tylko jego i ja mu tam nic nie ruszam. Nie jadamy też wspólnych posiłków. Syn zamawia dietę pudełkową, ja jem obiady w pracy. Chciałabym czasem coś dla niego zrobić, ale mi nie pozwala. Idę do kuchni i mówię: "Syneczku, może zrobię ci kawę?". "Żadnej kawy, wszystko mam zaplanowane, co kiedy będę pił". Jadę na zakupy: "Kończą ci się płatki, dokupię, bo ci braknie na śniadanie". "Ty mi niczego nie kupuj, bo tylko mącisz".
Czasem się czuję jak obsługa w hotelu, której on sobie nie życzy. Co nie zmienia faktu, że generalnie mieszka nam się razem dobrze. Gdyby syn był bezrobotnym w nałogach i pozostawał na moim utrzymaniu, pewnie bym długo nie wytrzymała, ale ja mam u siebie dziecko, które jest moją dumą. Syn jest taki mądry! Dobrze zarabia, na tle rówieśników wyróżnia się nie tylko ubiorem, ale i zachowaniem. Przyznaję, może i jest trochę "snobkiem", jednak mnie, jako matce, jego maniery i styl bycia imponują. Nie mam wątpliwości, że jest wyjątkowy.
Nasze relacje są partnerskie, wręcz kumpelskie. Syn mówi do mnie po imieniu. Ani on, ani ja nie krępujemy się, kiedy potrzebujemy mieć mieszkanie tylko dla siebie. Nie tylko on randkuje. Wychowałam go samotnie, jestem singielką w trakcie poszukiwania partnera życiowego. Bywa, że mówię: "Synku, mama ma dziś randkę, prześpij się u kolegi". A kiedy to on zaprasza kobietę na kolację ze śniadaniem, ja wpraszam się na noc do przyjaciółki. Normalka.
Czy wolałabym mieszkać z nim, czy bez niego? Wolałabym mieszkać ze swoim ukochanym, jednak teraz takiego mężczyzny w moim życiu nie ma. Jest za to dorosłe dziecko, które musiałoby wydawać kilka tysięcy złotych miesięcznie na wynajem. Po co? Oczywiście, że syn dokłada się do rachunków – płacimy za rachunki pół na pół, on kupuje nawet własne środki czystości – ale i tak jest to dla niego nieporównywalnie tańsza opcja niż wynajem na wolnym rynku.
Widzę to tak, że gdy pozna kobietę życia, wtedy wezmą kredyt na mieszkanie i moje dziecko się ode mnie wyprowadzi, ale na razie nie ma nawet przebąkiwania na ten temat.
Nie po to niedawno synek wydał pieniądze na eleganckie mebelki do gabinetu, żeby miał się wyprowadzać od mamusi.
Agata: Wbijają szpileczkę: "Syneczek ciągle w domciu mieszka?"
Mąż co jakiś czas mówi synowi: "Ja, jak miałem 20 lat, to się z twoją mamą ożeniłem, a ty jesteś po trzydziestce i co?". "I się nie ożeniłem".
Czasem pół żartem, pół serio pyta go wprost: "Będziesz sobie szukał własnego lokum?". "Tata, przecież ja cały czas szukam".
I tak już szuka od pięciu lat. Niby. Bo ja nie podejrzewam, żeby chciał się tak naprawdę wyprowadzić. Za dobrze mu z nami jest. Mąż chyba trochę mnie o to obwinia. "Pięciogwiazdkowy hotel mu tu urządziłaś!" –mawia. Trochę tak jest: mamusia i wysprząta elegancko, i zawsze coś pysznego do jedzenia przygotuje. Syn jest mądry i pracowity. Skończył dwa kierunki studiów, robi karierę. Dlaczego miałabym go nie rozpieszczać? Ale nie tylko jemu, ale i mnie jest dobrze tak, jak jest. Mam jedno dziecko. Wie pani, jak to wspaniale mieć je blisko?
Cała nasza trójka ma bardzo dobre relacje. Syn pracuje od rana do wieczora, a kiedy wraca do domu, zawsze zatrzymuje się na zakupy. Nie składamy się "na życie", tylko tak to wyszło naturalnie, że rachunki opłacamy my z mężem, a jedzenie kupuje syn. Rozrzutny jest. Same rarytasy przywozi. (śmiech)
Bywa, że na spotkaniu towarzyskim ktoś, niby w żartach, ale jednak, wbija nam szpileczkę: "Taki dorosły syneczek, a ciągle w domciu mieszka?". Myślę, że te osoby po prostu sobie nie wyobrażają, jak fajne my mamy życie. Nie tylko lubimy razem spędzać czas – wylegiwać się na kanapie, gadać i oglądać telewizję – ale jak ostatnio pojechaliśmy z mężem nad morze, to nagle wieczorem patrzymy, a na podjeździe staje auto syna: "Tak wpadłem. Zachód słońca z wami obejrzeć". A o czwartej rano następnego dnia wstał, żeby do pracy zdążyć.
Martwi mnie tylko jedno. Ostatnio na głos odważyła się wypowiedzieć ten lęk przyjaciółka, która również mieszka ze swoim dorosłym dzieckiem: "Wiesz, Agata, my to chyba babciami nie zostaniemy".
Niby te nasze dzieci mieszkają z nami, bo to taniej, niż gdyby miały wynajmować, ale tak naprawdę to mieszkają z nami dlatego, że są samotne. Nie chcę być wścibska, nie wtrącam się, niczego synowi nie narzucam, ale przyznam, że bardzo bym chciała mieć wnuki. Pocieszam się, że może jeszcze nic straconego? Może kiedyś? Może jednak?
Może takie czasy, że młodzi potrzebują więcej czasu, żeby dorosnąć?
Maria: Kiedyś mnie to martwiło, dzisiaj cieszy
Pewnie każda matka tak uważa, ale mój syn to naprawdę świetny facet: wykształcony, odnoszący sukcesy, przystojny, a do tego dobry człowiek. Dziewczyny za nim szalały, a on zakochał się tylko raz. Kiedy go zostawiła, to był dla niego straszny cios. Nigdy więcej nie wszedł w żaden związek. Najbliższą rodziną syna pozostajemy ja i mąż. Cieszymy się, że dał nam "wnuka na czterech łapach" – pięknego owczarka niemieckiego, który daje nam wszystkim mnóstwo miłości i wypełnia dom radością. Bez niego byłoby pusto i smutno.
Kiedyś martwiło mnie, że syn z nami mieszka. Myślałam, że w ten sposób zamyka się na ludzi, na romantyczne relacje. Dziś, kiedy skończył 50 lat, myślę: tak wybrał, życie jest, jakie jest, i trzeba się cieszyć. Tworzymy bardzo zgodną rodzinę. Nie tylko bardzo dobrze nam się razem mieszka, ale dziś – kiedy ja i mąż skończyliśmy "magiczną siedemdziesiątkę" – wręcz nie wyobrażam sobie innego rozwiązania. Starzejemy się. Coraz więcej rzeczy sprawia nam trudność, a mamy olbrzymi dom, w którym zawsze jest coś do zrobienia. Syn ma złote ręce. Mniejszy, większy remont? Dla niego to żaden problem. Wie, że odziedziczy dom. Jemu sprawia radość upiększanie rodzinnego gniazda, a nam – przyglądanie się, z jakim entuzjazmem to robi.
Syn i mąż tworzą fajny duet. Lubią razem obejrzeć mecz. Idą wtedy do syna na górę, a ja mam kanapę i duży telewizor tylko dla siebie. A jak jest ładna pogoda, lubimy wszyscy razem wyjść na obiad czy kolację do ogrodu, cieszyć oczy naszymi roślinami, rozmawiać o rzeczach ważnych, drobnostkach albo wspólnie pomilczeć.
Lubię czasem przyjrzeć się naszemu życiu tak, jakbym oglądała film. Cieszy mnie to, co wtedy widzę.
Anna: Z sześciu miesięcy zrobiły się trzy lata
Wytrzymałam tylko dlatego, że wiedziałam, że to rozwiązanie tymczasowe. Na stałe nie dałabym rady. Jestem towarzyska, lubię spotkać się z koleżankami w kawiarni, ale w domu jestem bardzo "osobna". Mój dom – moja twierdza.
Syn, synowa i malutki wnuk zamieszkali u mnie dlatego, że się budowali i nie byli w stanie opłacać wynajmu. "Mamusiu, pójdzie jak z płatka. Pół roku i się od ciebie wyprowadzimy!" – obiecywał syn. Dobrze, że jestem większą realistką niż on, bo dzięki temu nie byłam zaskoczona, że z sześciu miesięcy zrobiły się niemal trzy lata.
Żadnych konfliktów pomiędzy nami nie było, ale to w dużej mierze dzięki temu, że funkcjonowaliśmy według ściśle określonych zasad. Ustaliłam je ja. Dzieci wprowadziły się wdzięczne, że przyjęłam je pod swój dach, ale jeśli chodzi o prozę życia, nie miały żadnego pomysłu. Myślały, że "jakoś to będzie", a ja wiedziałam, że samo nic nie będzie. Ja, wdowa, i oni: dwie dorosłe osoby z malutkim dzieckiem, przy którym każdego dnia trzeba włączać pralkę. Woda, prąd – to by było nieuczciwe, gdybyśmy płacili rachunki po połowie. Zaproponowałam, że będziemy ponosić opłaty proporcjonalnie. Przygotowałam też grafik sprzątania.
Teoretycznie syn i jego rodzina mieli zająć jego dawny pokój, jednak już po chwili ich rzeczy – głównie zabawki wnuka – wypełniały każdy kąt. A ponieważ przy małym dziecku ciągle trzeba coś pichcić, gotować, podgrzewać, to tylko noc spędzali u siebie, a za dnia przebywali w kuchni lub salonie. Przy małym dziecku tak po prostu jest. Na szczęście sypialnia pozostała moim królestwem. Nie chcąc się stresować szumem, hałasem, rozgardiaszem, po prostu się tam zamykałam i czytałam albo oglądałam filmy.
Z synem miewałam scysje – po których on przychodził i pokornie przepraszał, że się uniósł – natomiast z synową nie spięłyśmy się nigdy. Zawsze powtarzam, jak wielkie miał szczęście, że pokochała go taka kobieta. Delikatna, spokojna, ale potrafi też stąpać twardo po ziemi, co jest tym większym dobrodziejstwem, że syn ma tendencje do bujania z głową w chmurach. Ponieważ wiem, że młoda żona i mama nie lubi wtrącania się, to jeśli cokolwiek komentowałam, to wyłącznie w formie komplementów.
Wszyscy razem siadaliśmy codziennie do obiadów, a w weekendy również śniadań. Wtedy mogliśmy spokojnie pobyć razem, pogadać, pośmiać się. Te lata były nieocenione, szczególnie jeśli chodzi o moją więź z wnukiem. Czuję i wiem, że jestem dla niego bardzo bliską osobą.
Jak to było, kiedy dzieci się ode mnie wyprowadziły? Oczywiście, że na początku dziwnie. Tak duża zmiana sporo człowieka kosztuje. Zrobiło się pusto, ale też znowu po mojemu, a ja jestem człowiekiem, który pełen spokój i komfort odczuwa, kiedy wszystko jest na swoim miejscu.
Z synem i jego rodziną regularnie się spotykamy. Dziś ja u nich i oni u mnie jesteśmy gośćmi i myślę, że taka relacja służy nam wszystkim najlepiej.
Wanda: Niemal 40-letnia córka nie wie, ile kosztuje prąd czy gaz
"Dlaczego nie chodzisz do kościoła? Jaki ty mi dajesz przykład?" – nie ja tak mówię do córki, ale ona do mnie. Ciągle mnie strofuje, poucza, jakbym była dzieckiem. Stale daje mi odczuć, że jestem niewystarczająco dobra. A ponieważ ja również miewam gorsze dni i bywam wybuchowa, zdarza się, że się spinamy. Takie jest niestety tło naszego wspólnego mieszkania.
A mieszkamy razem od zawsze. Boleję nad tym nie dlatego, że to dla mnie trudne, ale dlatego, że jest mi bardzo przykro, że córce nie ułożyło się prywatne życie. Zawodowe owszem. To bardzo dobrze wykształcona, ambitna i pracowita dziewczyna. Ma prestiżową pracę. Natomiast zakochana była raz. Wspaniale było patrzeć, jak bujała w obłokach, ale niestety nie trwało to długo. Rozstali się, bo zdaniem córki on "był maminsynkiem". Co to konkretnie znaczy? Czy teraz kogoś ma? Czy szuka? Nie wiem. U nas nie ma czegoś takiego jak rozmowa. Proszę: "Usiądź przy mnie, porozmawiajmy". "Po co? Chcesz ode mnie czegoś? Bo jeśli nie, to nie mam czasu". Nie wiem, czyja to wina, że nie mamy przyjacielskich relacji. Pewnie moja.
Dlaczego córce nigdy nie przyszło do głowy, żeby się wyprowadzić z rodzinnego domu? Myślę, że dlatego, że jest jej wygodnie. W domu wszystko robię ja. Sprzątanie ogarniam najczęściej, kiedy jest w pracy. Jak w hotelu – tam też serwis pojawia się, kiedy opuszczamy pokój i wracamy na gotowe. Każdego dnia gotuję też obiad. A pieniądze? Prawda jest taka, że moja niemal 40-letnia córka nawet nie wie, ile kosztuje prąd czy gaz. Koleżanki radzą: "Powinnyście się składać po połowie". Nie. Ja nie będę ciągnąć kasy od własnego dziecka. Od czasu do czasu córka sama – spontanicznie, nie ma w tym żadnej regularności – przelewa mi jakąś kwotę na życie. Mnie to odpowiada. Przecież gdybym mieszkała sama, i tak opłacałabym rachunki.
Jak nam się razem mieszka? Czy odpowiedziałabym jednoznacznie: źle? Nie. Minusy są wpisane w każdą relację. Owszem, czasem działamy na siebie jak pies na jeża, ale przecież bywają i lepsze chwile. Córka robi dla siebie kawę, to i dla mnie zrobi przy okazji. Nie zawsze, ale jednak. Jestem samotna i myślę, że gdyby nie ona, byłoby mi bardzo smutno. Fakt, zbyt wiele ze sobą nie rozmawiamy, ale jednak w domu jest drugi człowiek. To już jest bardzo wiele. Wiem, że dla siebie samej nawet nie chciałoby mi się gotować.
Córka czasem mnie straszy, że się wyprowadzi. Tak jakbym to ja chciała, żebyśmy razem mieszkały. A przecież ja niczego bym tak nie chciała, jak tego, żeby znalazła miłość. Na razie jest, jak jest. Na szczęście mieszkanie jest bardzo duże, każda z nas ma własną przestrzeń, kiedy chcemy, możemy się zaszyć w samotności.
Niestety. Tego zaszywania się jest najwięcej. Jest mi ciężko, bo bardzo bym chciała mieć dobre relacje z córką. Mam dobre, nawet bardzo dobre relacje z moim drugim dzieckiem. Tym, które ma własną rodzinę i mieszka oddzielnie.
Janina: Podziwiałam włoskie rodziny. Teraz sama taką mam
To nie jest kwestia pieniędzy. Córkę i jej męża byłoby stać, żeby mieszkać osobno. To może się wydawać dziwne, ale oni mają własne mieszkanie. Tyle że tamto jest na opłotkach miasta, więc je wynajmują i mówią, że stąd mają zdecydowanie lepszy dojazd do pracy. Ale czy to naprawdę dlatego wolą mieszkać ze mną i mężem? Ja myślę, że decydujące jest raczej to, że razem jest nam po prostu bardzo dobrze.
Córka wyszła za mąż na studiach. Wiadomo, jak to jest z młodymi – zawsze brakuje im pieniędzy, więc zaproponowaliśmy, żeby na początek zamieszkali z nami. Zostali na dobre. W tym roku stuknęło nam wspólnych 17 lat. Oczywiście nie jest to do końca wspólne życie, bo młodzi pracują praktycznie od rana do wieczora. W tygodniu raczej się mijamy, za to w sobotę i niedzielę jest czas na prawdziwe rodzinne życie. Celebrujemy wspólne śniadania, zięć parzy doskonałą kawę i snujemy opowieści o wszystkim i o niczym. Mam poczucie, jakbyśmy zawsze mieli szeroko pootwierane okna i świeże powietrze. Ja i mąż bardzo korzystamy na tym, że w domu jest "młoda krew". Nie mamy szans "zdziadzieć". Jesteśmy na bieżąco i książkowo, i muzycznie, i filmowo.
Jasne, że wprowadziliśmy pewne zasady. One muszą być, żeby móc żyć w harmonii. Podatki płacimy ja i mąż, dlatego że dom jest nasz, ale już wszystkie rachunki dzielimy pół na pół. My jemy dietetycznie, oni bardziej sobie folgują, więc każdy kupuje, co mu odpowiada, ale nie ma żadnych oddzielnych półek. W tygodniu gotuję ja, natomiast w soboty i niedziele oni. I obowiązuje święta zasada, że kto ostatni opróżnia garnek, ten go myje. W zlewie nie mają prawa zalegać rzeczy. Podobnie jak w korytarzu zbyt wiele par butów – od tego jest szafka, żeby je chować. W swoich pokojach dzieciaki mogą mieć, co chcą, ale powierzchnie wspólne funkcjonują na moich zasadach. Jak mi coś nie gra, potrafię ofuknąć. Bywam zołzą. (śmiech) Ale uważam, że na dłuższą metę wszystkim to wychodzi na dobre, bo nieporozumienia najlepiej od razu wyjaśniać, a nie kisić w sobie frustrację, bo jak się jej nazbiera i wybuchnie, to dopiero jest niefajnie.
Córka, jak mówiła mi "mamuś", tak zostało, ale z zięciem ja i mąż jesteśmy na "ty". Wszyscy się lubimy i lubimy to nasze wspólne życie. Koleżanki czasem się dziwią: "Oni nadal nie myślą o przeprowadzce?". Nie myślą. I czemu tu się dziwić? To jest naprawdę fajne! Czy jak jesteśmy na wakacjach we Włoszech czy Hiszpanii i widzimy wielopokoleniowe rodziny, nie patrzymy na nie z podziwem? Ja zawsze tak je odbierałam, a teraz sama taką rodzinę mam.
Dzieci są wdzięczne. Regularnie dziękują, że mogą z nami mieszkać, że tworzymy dla nich domową atmosferę. A czy czasem nie chcieliby mieć "pustej chaty"? Pewno, że by chcieli. I wtedy córka – niby w żartach – podpytuje: "Nie wybralibyście się z tatą na jakiś weekend?". (śmiech)
Anna Kalita. Fascynują ją ludzie i ich historie oraz praca, która pozwala jej te historie opowiadać. Kontakt do autorki: anna.kalita@agora.pl.