Wracasz do telewizji. Czy to będzie wspólny program z Filipem, o czym spekulowano jakiś czas temu?
W tym momencie nie mamy żadnych wspólnych zawodowych planów ani projektów. Filip dosyć poważnie zaangażował się w gastronomię. To jest teraz jego pasja. Z mediami dał sobie na razie spokój, nie wiem, czy na stałe, czy chwilowo. Realizuje się w swoim imperium kebabowym, a ja trzymam kciuki, żeby mu się udało. W końcu ma już na karku czterdziestkę.
Filip mówił mi, że jesteś bardzo wymagającym ojcem.
Pewnie tak… Mama jest od tego, żeby przytulać i głaskać, a tata ma być dużo bardziej krytyczny i czasami powiedzieć: Halo, może byś to zrobił inaczej? Czasem mam już dość pytania mnie o syna. Dlatego nie wchodzę w jego rolę i nie wypowiadam się w jego imieniu.
Nie wybierasz się na zawodową emeryturę?
Absolutnie nie! Formuła mojego nowego programu "Bitwa o palety" w Superpolsacie jest taka: cztery dwuosobowe ekipy licytują trzy palety. Dwie z nich opakowane są folią transparentną, czyli mniej więcej widać, co na nich jest, a jedna jest opakowana czarną folią, więc uczestnicy kupują kompletnie w ciemno. Muszą pamiętać, że z każdej licytacji jedna ekipa wychodzi bez palety, ale ryzykując, można zarobić kilka czy nawet kilkanaście tysięcy złotych. Na telewizyjną emeryturę się nie wybieram, choć emeryturę pobieram. Jestem stypendystą Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, który co miesiąc wypłaca mi całkiem niezłe pieniądze. W końcu przez wiele lat pracowało się na etacie.
Możesz powiedzieć, jakie to pieniądze?
Moja emerytura to około średniej krajowej, więc nie narzekam [średnia krajowa to obecnie 8144,83 zł brutto – przyp. red.]. Pracuję, bo lubię, poza tym dodatkowe pieniądze zawsze się przydadzą, i to każdemu. Jestem zdrowy, sprawny, więc czemu nie?
Rzeczywiście, masz 70 lat i wciąż jesteś w świetnej formie. Podpisałeś pakt z diabłem?
Od ponad 50 lat gram w siatkówkę. Niedawno zamieniłem twardy parkiet na piasek i gram w siatkówkę plażową z przyjaciółmi. Trzy razy w tygodniu po półtorej godziny. Poza tym mam ogródek, w którym zawsze jest coś do roboty. Teraz akurat spadają liście, więc grabienia jest od groma. Lubię pracować na świeżym powietrzu, a to wszystko zapewnia mi sporą dawkę ruchu.
Nie mam problemu z wiekiem. Jeszcze parę lat temu walczyłem z siwizną. Przyciemniałem sobie włosy, żeby nie było widać siwych, ale one i tak wyłaziły. W końcu doszedłem do wniosku, że to dziwnie wygląda, gdy stary facet ma czarne włosy, i przestałem je farbować. Teraz wmawiam sobie, że jestem blondynem.
Czy ten blondyn przestrzega specjalnej diety?
Jestem wszystkożerny. Jedyne, co niedawno ograniczyłem, to słodycze, ponieważ mam lekko podniesiony cukier. Kiedyś naprawdę jadłem ich dużo, teraz też od czasu do czasu pozwolę sobie na ciasteczko czy czekoladę, ale robię to dużo rzadziej. Zrezygnowałem też ze słodzenia kawy i herbaty, co jeszcze niedawno było dla mnie nie do pomyślenia.
Jako dziecko i potem jako młody człowiek mogłem jeść słodycze bezkarnie. Obżerałem się nimi do nieprzytomności, właściwie mogłem funkcjonować, jedząc wyłącznie landrynki i chałwę. W ogóle lubię jedzenie. Uważam, że to jedna z większych przyjemności w życiu, których z wiekiem ubywa, więc czemu sobie nie poszaleć?
Twoje dzieciństwo było słodkie?
Jestem chłopakiem z przedmieść Warszawy, z osiedla Zacisze. Koło naszego domu była pętla autobusowa, dalej już tylko pola. Kiedy mama wybierała się do centrum Warszawy, mówiła, że jedzie do miasta. To były tereny z małymi domkami i dużą ilością zieleni, gdzie można było szaleć w chowanego, grać w piłkę i jeździć na rowerze.
Urodziłem się w robotniczej, licznej rodzinie. Mam dwie siostry i brata. Ja jestem najmłodszy, co ma swoje dobre strony, bo starsze rodzeństwo się mną zajmowało. Mój tata był malarzem pokojowym, a mama najpierw zajmowała się domem, a potem pracowała jako pomoc w szpitalu. Bardzo dużo serca dostawałem od cioci Helenki, która mieszkała po sąsiedzku i nie miała swoich dzieci. Byłem jej oczkiem w głowie.
Rodzice cię nie rozpieszczali?
W mojej rodzinie nie było szczególnej wylewności. Nie mówiliśmy sobie „kocham cię" czy podobnych rzeczy, ale była serdeczność i wspieranie się na co dzień. Rodzice dawali mi dużo swobody i już pod koniec szkoły podstawowej jeździłem samodzielnie na treningi na drugi koniec Warszawy. Sport był dla mnie najważniejszy. Dawał wiele radości, uczył ciężkiej pracy, wygrywania i przegrywania. W pewnym momencie wydawało mi się, że zostanę aktorem. Chodziłem do kółka teatralnego w domu kultury na Zaciszu, wystawialiśmy przedstawienia, ale ostatecznie nawet nie próbowałem zdawać do szkoły teatralnej, bo jednak wygrał sport. Wybrałem Akademię Wychowania Fizycznego, a w trakcie tych studiów przyszło dziennikarstwo. Mieliśmy na Akademii swoje pisemko, pod tytułem "Miniatury", i właśnie w nim pisałem.
Twoją nieodłączną cechą jest wysoka kultura osobista. Wyniosłeś ją z domu?
Uczono mnie szacunku dla innych. Z rodzeństwem do tej pory utrzymujemy świetne kontakty. Spotykamy się, rozmawiamy i wzajemnie wspieramy. A to nieczęste. Mój brat Andrzej jako pierwszy w rodzinie poszedł do Liceum im. Władysława IV. Pomyślałam sobie, że skoro Andrzej, który w dzieciństwie miał problem z kręgosłupem, trafił do renomowanej szkoły, to i ja spróbuję. I spróbowałem. Brat skończył Politechnikę Warszawską, specjalizował się w aparaturze medycznej, a siostry pokończyły technika.
Ale to ty jesteś najsławniejszy z całej rodziny!
Powiedziałbym, że każdy z nas ma swoje supermoce. Andrzej jest świetnym elektronikiem, Stasia ma zdolności manualne i gdy mam problemy z uszyciem czegoś, to jadę do Stasi. Basia natomiast potrafi wspaniale gotować. Mnie się akurat trafił taki rozstaw osi jak kolejarzom wąskotorowym z piosenki Skaldów.
Jak wyglądały twoje podróże po Polsce w czasach koncertów "Lata z Radiem"?
Przede wszystkim było bardzo intensywnie. W tygodniu pracowaliśmy w radiu, a w weekendy wyjeżdżaliśmy w Polskę, żeby prowadzić duże koncerty. To właśnie wtedy poznałem największe gwiazdy polskiej piosenki: Marylę Rodowicz, Skaldów, Krzysztofa Krawczyka czy Alicję Majewską. W "Lecie z Radiem" śpiewali wtedy wszyscy.
Odwiedzaliśmy małe miejscowości. W Warszawie koncert "Lata z Radiem" był taką sobie atrakcją, a tam przychodziły tłumy. Nie dość, że występowali artyści z pierwszej ligi, to jeszcze było mnóstwo atrakcji dla dzieciaków. Zjeżdżalnie, wata cukrowa i piłeczki na gumce. Trochę jak na jarmarku, a właściwie pikniku.
Wszyscy chcieli was dotknąć, porozmawiać?
Wtedy mało kto miał aparat fotograficzny, ludzie zbierali autografy. Podpisywaliśmy więc tysiące kartek, co było trochę męczące. Dziś ludzie proszą o zdjęcie telefonem. Stajesz, uśmiechasz się, pyk i zdjęcie gotowe. W tamtych czasach podpisywaliśmy się na czymkolwiek, na tackach po frytkach czy bibułkach. Okropne! Postęp technologii sprawił, że nasze kontakty z publicznością stały się przyjemniejsze.
Podchodziły do ciebie fanki i prosiły o spotkanie?
Nie, fanki przychodziły do artystów. Gdy występował Just 5, nastolatki potrafiły przez całą noc stać przed hotelem, w którym mieszkaliśmy. Wrzeszczały: "Bartek, Bartek", bo Bartek Wrona był ich idolem. Potem już sprawdzaliśmy, czy jesteśmy w tym samym hotelu, co Just 5. Jeśli tak, to uciekaliśmy w inne miejsce albo ich eksmitowaliśmy, żeby nie mieszkać tam, gdzie oni. Chcieliśmy przespać noc.
Dzięki wyjazdom z "Latem z Radiem" poznałeś swoją żonę, z którą jesteście od 40 lat.
Poznałem Dorotę podczas wyborów Miss Lata z Radiem. Na taki szalony pomysł wpadliśmy i choć wydawałoby się, że wybory miss w radiu będą karkołomne, to się udało. Dziewczyny prezentowały się na koncertach i w radiu. I właśnie w radiu poznałem Dorotę, która – jak się potem okazało – zgłosiła się tylko po to, żeby poznać mężczyznę, który krył się za głosem znanym jej z radia. Bardzo się jej podobał, ale o tym dowiedziałem się później.
Czyli to ona zagięła na ciebie parol?
Dorota zaplanowała akcję, a ja w tę akcję wszedłem. Początkowo bez świadomości. Przyznam, że zrobiła na mnie ogromne wrażenie, szczęka mi opadła. Dorotę zaprosił do programu w radiu mój kolega, który liczył, że się z nią umówi. Odmówiła mu, bo czekała na telefon ode mnie. No i się doczekała.
Wzajemnie akceptujemy swoją różnorodność. Ja kocham sport, Dorota za nim nie przepada. Na mecz jej nie namówię, nie ma najmniejszych szans, więc na siatkówkę chodzę z córką Weroniką. Dorota natomiast chętnie chodzi na spacery z psami, a mnie z kolei ten rodzaj aktywności średnio odpowiada. Nie robimy jednak z tego problemu. Lubimy nasz dom, lubimy być razem, lubimy spotykać się z rodziną i przyjaciółmi.
Filip opowiadał mi, że na wasz pierwszy wspólny dom zarabiałeś za granicą. Co tam robiłeś?
Zacząłem jeździć do pracy w Niemczech jeszcze w czasie studiów, pod koniec lat 70. W stanie wojennym miałem przerwę, a po nim, w latach 80., znowu dorabiałem do radiowej pensji w Berlinie Zachodnim. Pensja, którą dostawałem w Polskim Radiu, wystarczała na zaspokojenie minimalnych potrzeb. Byliśmy z Dorotą młodym małżeństwem, trzeba było się wybudować, umeblować, kupić coś fajnego na kark. A na to zawsze brakowało pieniędzy, więc znalazłem sposób, żeby tę sytuację poprawić.
W Berlinie Zachodnim tapetowałem, malowałem, kładłem wykładziny podłogowe. W dwa miesiące byłem w stanie zarobić tyle, ile w radiu przez cały rok. Dzięki temu mogłem w Polsce wybudować i urządzić dom, w którym zamieszkaliśmy razem z Dorotą i dziećmi.
A jaki był twój zakup życia?
Działka za miastem, którą mam do dzisiaj. Koszę na niej trawę, posadziłem drzewa, mam boisko do gry w badmintona wyłożone sztuczną trawą i sezonowy domek. Ta działka należała do mamy mojego przyjaciela, która była z nią związana sentymentalnie. Spotykałem się z panią Niną przez dwa tygodnie i namawiałem ją, żeby mi ją sprzedała za mniej, niż chciała, bo tyle nie miałem. Gdy przyszedł moment ustalenia ceny, zażyczyła sobie 150 zł za metr, a ja mówię: „Pani Nino, może chociaż dychę mniej". Nie zgodziła się, ale po tygodniu zadzwoniła do mnie i mówi: „Niech będzie, po starej znajomości".
Bardzo chętnie tam jeżdżę. Odwiedzają mnie wiewiórki, które postanowiły chyba na mojej działce zrobić sad orzechowy, bo masowo przynoszą włoskie orzechy i je zakopują. Podejrzewam, że niedługo na mojej działce wyrośnie piękny sad orzechowy dzięki nim.
Niech zgadnę: w pobliżu jest las, w którym sfotografowałeś się niedawno na tle grzybów?
W tym lesie nigdy nie spotkałem ani jednego grzyba. Może inni są sprytniejsi ode mnie? A zdjęcie, o którym wspomniałaś, pochodzi z naszej rodzinnej wyprawy na grzyby w Nieporęcie. Miało ich być tam bardzo dużo, a znaleźliśmy chyba tylko ze trzy, może cztery grzyby. Gdy w końcu zobaczyłem dużą rodzinę grzybów rosnących wokół pnia, postanowiłem ją uwiecznić. Na całe szczęście ich nie zebraliśmy, bo okazało się, że są niejadalne. Na zdjęciu jednak wyszły pięknie. Muchomory są bardzo fotogeniczne, nie uważasz?
To prawda. A ty się znasz na grzybach?
Właśnie średnio. Wiem, jak wygląda prawdziwek, koźlak, maślak i kurka. No i pieczarki. To wszystko. Zwłaszcza pieczarki ze sklepu to pewniaki.
Zygmunt Chajzer. Dziennikarz, prezenter. Prowadził m.in. "Idź na całość", "Gwiezdny cyrk" i "Taniec z gwiazdami". Wspólnie z Joanną Kruk jest gospodarzem Poranka w Radiu Pogoda.
Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Prowadzi też własny talk-show "Domowy kryminał" w telewizji Active Family. Specjalizuje się w niebanalnych rozmowach z fascynującymi ludźmi. Pasjonatka Włoch, kawy i słoni.


