Filipie, czy to prawda, że twoja fundacja nie wypłaciła mamie chorego Oskara 350 tys. zł?
Trwa kolejna masowa fala hejtu. Szczerze – to jestem wykończony. Przeorany tysiącami wiadomości, w których ludzie piszą do mnie "złodzieju" i "morderco". Że zaraz będę odpowiedzialny za śmierć dziecka, któremu – tak jak podejrzewałem – śmierć nie grozi, a dodatkowo mam zapłacić za bezsensowne leczenie pieniędzmi, z których moja fundacja została okradziona.
Skala absurdu, w którym się znalazłem, wynikająca wyłącznie z dobrych chęci i potrzeby niesienia pomocy, już mnie przerosła. Aktualnie kończę z pomocą komukolwiek poza sobą. Jeśli czynisz dobro z czystego serca, zakładasz, że wszyscy dookoła mają tak samo, a to – jak się przekonałem – wielki błąd logiczny.
Co zamierzasz?
Uważam, że życie powinno być fajne. Po prostu fajne. Zostało mi jakieś 40–50 lat życia. I dużo, i mało, ale mam już dość złych emocji. Za dużo stresu, a stres skraca życie. Kiedy wykryłem sprawę, niezwłocznie zgłosiłem ją do prokuratury. Zarówno w temacie zniknięcia pieniędzy z konta fundacji, jak i podejrzenia fraudu [przestępstwo polegające na stosowaniu nieuczciwych praktyk poprzez świadome wprowadzanie w błąd w celu uzyskania korzyści – przyp. red.] popełnionego przez panią Monikę Kozieł. Jestem do pełnej dyspozycji prokuratury oraz policji. Samolot z mojego nowego domu leci niecałe cztery godziny, stawię się o każdej porze dnia i nocy. Pracę obu tych służb oceniam wzorowo.
Ludziom, którzy przez kilkanaście lat oglądali mnie w mediach, wydawało się, że mnie znają, że wiedzą o mnie wszystko. Tymczasem moje życie w ostatnich kilku latach to był coraz większy rozjazd między tym, co o sobie czytałem i słyszałem, a tym, kim byłem.
Ja też mam wobec ciebie ambiwalentne odczucia. Gdy się objawiłeś w telewizji, wydawało mi się, że jesteś fantastycznym gościem, który organizuje akcje porywające innych. Później stałeś się bardziej nonszalancki i miałam wrażenie, że odbiła ci sodówka.
Łatwo powiedzieć. Często słyszę od innych: "Filip, myślałam, że jesteś strasznym bucem". Albo: "Wydawałeś mi się bezczelny, wręcz arogancki". Zastanawiam się, skąd w ogóle taka opinia? Staram się być miły dla innych nie na 100 proc., ale na 150. Obiegowa opinia kontrastuje z tym, jaki naprawdę jestem. Czasem lubimy oceniać ludzi i budować o nich opinię przez pryzmat wyrwanych z kontekstu dwóch minut czy dwudziestu sekund. A przecież nie jesteś uśmiechnięta przez 24 godziny na dobę. Może gdy spotykasz się z hejtem i negatywnymi komentarzami, budujesz sobie warstwę obronną, taki pancerz czy skorupę, w której człowiek może się zamknąć. Ale to nie znaczy, że jestem arogancki.
Takie komentarze nie biorą się znikąd. Zresztą twoja książka ma tytuł "Niejednoznacznie pozytywny" i – jak sam piszesz – tak cię określił Edward Miszczak. Pamiętam na przykład, jak kiedyś udawałeś w programie osobę chorą psychicznie.
To największa tragedia, jaka mi się przydarzyła w moim medialnym życiu. Setki osób, żeby mnie ukarać, zaczęły mi wysyłać zdjęcia wypadku samochodowego, w którym zginął mój syn. Wiesz, jak pracujesz w "Dzień dobry TVN", który jest top of the top programów w Polsce, bardzo wiele osób nie życzy ci dobrze. Odcinki, w których występowałem, były bacznie obserwowane i niektórzy czekali tylko, żeby coś mi wyciągnąć.
Jak to w takim razie wyglądało z twojej strony?
Nie zamierzałem udawać osoby chorej psychicznie, zwłaszcza że sam mam ten problem i wiem, że nasz kraj nie radzi sobie z opieką psychiatryczną. Gdy słyszę, że udawałem osobę chorą, flaki się we mnie przewracają. Jestem ekstrawertyczny, mam ADHD i czasami szybciej coś zrobię, niż pomyślę. Ale nie miałem żadnej, nawet najmniejszej intencji, żeby z kogokolwiek się śmiać. Moja wydawczyni krzyczała mi do ucha, że musimy kończyć, bo zaraz muszą wejść reklamy. Współprowadząca stała się bardziej gościem niż prowadzącą program, a rozmawialiśmy o tym, jakie mamy odruchy behawioralne w centrum handlowym przed świętami. Powiedziałem, że zaraz zejdę na atak paniki, jak nie skończymy tej rozmowy, skończyliśmy i zająłem się innymi sprawami. Nagle wieczorem mój telefon zaczynają zalewać zdjęcia z wypadku, których próbowałem uniknąć najbardziej na świecie. Wiedziałem, że jak zobaczę nawet ułamek tego, co się wydarzyło, będzie po mnie. I tak dokładnie było. Jeśli więc rozmawiamy o niejednoznacznej pozytywności, to proponuję, żeby każdy najpierw spojrzał na siebie, bo najłatwiej jest oceniać innych.
Trochę uprościłeś.
Jeszcze raz powtórzę: nie miałem nawet grama intencji, żeby obrazić kogoś, kto ma problemy psychiczne. Sam mam je gigantyczne. A na każdym portalu w Polsce czytałem, że jestem idiotą, kretynem, debilem i matołem. Jak czytasz o sobie coś takiego przez dwa tygodnie non stop, a do tego masz falę tzw. rajdów internetowych, to znaczy setki nastolatków robią memy o tobie czy o śmierci twojego dziecka, masz poczucie, że ci ludzie chcą, żebyś się zaj***ł – i to będzie ich sukcesem. Jak żyjesz czymś takim, to naprawdę w pewnym momencie masz już, k***a, dosyć.
Pojawiły się komentarze, że chcesz na swojej tragedii zarobić.
Czytałem też, że chcę się wybielić czy ocieplić swój wizerunek. Napisz tak: pie***lę to.
W takim razie po co napisałeś tę książkę?
To książka o miłości. O miłości do siebie, do rodziców, do dziecka. Ta do dziecka jest największa i najważniejsza. Po to żyjemy. To uczucie trwalsze i ważniejsze niż sama śmierć.
Mam prawie 40 lat. Wyjeżdżam z kraju i nie będzie mnie już w Polsce. Nie dam już rady przetrwać w Polsce kolejnej zimy. Pół roku życia tutaj mija mi w bezsensie. Nie chcę już tracić czasu.
Wyjedziesz z Polski na stałe?
Chcę zamknąć pewien etap w moim życiu, chcę rozprawić się z demonami, które w pewnym momencie bardzo mnie goniły. W 2015 roku, po wypadku syna, rzuciłem się w wir kariery i zdobyłem wszystko, co można było zdobyć, łącznie z Wiktorem i Telekamerą. Prowadziłem największy show i największe festiwale, ale w pewnym momencie to paliwo już przestało mnie grzać. Po prostu się wyczerpało.
Na razie jeszcze nie jestem gotowy na przerobienie wszystkiego, co mam do przerobienia. Terapeuta – i to niejeden – mówi mi: "Filip, przyjdzie na to czas". Moja książka to też historia o żałobie, o tym, żeby nikogo nie oceniać. Czy ktoś chodzi na cmentarz, czy chodzi na imprezy, czy się uśmiecha, czy się nie uśmiecha. Nie mamy o tym zielonego pojęcia.
Chciałem też dać nieśmiertelność mnie i Maksowi. Za sto lat nie będzie mnie, nie będzie ciebie. Gdy chodzę na Powązki, patrzę na daty na grobach. 1850, 1916. Myślę sobie wtedy, że ludzie mieszkali w tych samych kamienicach i tak samo jak my zastanawiali się, co założyć na randkę. A dziś już ich nie ma i nikt o nich nie pamięta. Zero. Zostały po nich tylko nagrobki. Chciałbym, żeby historia mojej miłości do Maksa stała się nieśmiertelna.
Książka jest napisana świetnie. Pewnie była też dla ciebie rodzajem autoterapii. Ulżyło ci?
Bardzo! Gdy przeczytałem pierwszą pozytywną opinię, byłem szczerze wzruszony. Tak, była to dla mnie forma terapii.
Pamiętnik, który jest jej częścią, napisałeś krótko po stracie syna.
To o tym, jak bez sensu było dla mnie dziewięć lat temu wstawanie z łóżka, ale nie jestem jeszcze gotowy, żeby rozmawiać o pamiętniku.
A o żałobie?
Jeśli ktoś ci mówi, że jest pierwszy, drugi, trzeci i kolejny etap, to pier*oli głupoty. Nie ma czegoś takiego. Ja zawsze porównuję ją do aplikacji w telefonie. Na pewno masz taką, z której nie korzystasz, ale ona cały czas pobiera twoje dane i zżera ci baterię. Zauważam, że z biegiem czasu moja żałoba wyczerpuje mnie bardziej niż na początku. Kiedyś, gdy miałem mniej lat i więcej siły, akceptowałem ją, przyjmowałem, że jest, i równolegle funkcjonowałem. Dzisiaj jest coraz gorzej. Po dziewięciu latach odczuwam skutki żałoby o wiele dotkliwiej. Może to też czas, żeby zacząć w tym grzebać terapeutycznie? Choć terapeuta, tak jak ci mówiłem, stwierdził, że jeszcze jest na to za wcześnie. Ale znalazłem nowy sens w życiu.
Rzuciłeś telewizję na dobre?
Kiedyś utrzymywałem się z pracy w telewizji. Odchodząc, wiedziałem, że jeśli wrócę, to tylko i wyłącznie na moich zasadach. Telewizja na pewno nie będzie już core’em mojego życia. Jak się znowu pojawię, to wtedy, kiedy uznam, że nowy projekt jest tego wart. Ale na pewno nie chcę już być zależny od czyjejś decyzji i opinii. Działam w biznesie i spełniam się w tym. Totalnie.
Niedługo będę miał cztery dychy i czuję się, jakbym się urodził jeszcze raz. Chcę stworzyć dużą sieć gastronomiczną. Myślę o kolejnych punktach z kebabem. Pierwszy został przyjęty bardzo dobrze.
O ile się nie mylę, jakieś influencer skrytykował twoje kebaby.
Jak doskonale zdajesz sobie sprawę, moje nazwisko jest bardzo wdzięczne do krytykowania i daje duże zasięgi. Owszem, zostałem skrytykowany, ale nie wpłynęło to w żaden sposób na moje dzienne bilanse. Myślę, że ludzie, którzy do mnie przychodzą, nawet nie wiedzą, kim jest ten chłopak. A po mój kebab ustawiały się kolejki.
Ja w kolejce nie stałam, ale dowiedziałam się, że zająłeś się gastronomią właśnie po tej krytyce.
No widzisz!
Dlaczego akurat kebab?
Na przełomie lat 80. i 90. mój tata był gwiazdą "Lata z radiem", prowadził też programy w TVP. A mimo to jeździł w weekendy do Berlina Zachodniego, bo na Targówku, z którego pochodzi, budował dom. W tym Berlinie Zachodnim tapetował i malował ściany, a my z mamą jeździliśmy do niego polonezem albo pociągiem. Właśnie tam poznałem niepowtarzalny smak kebabu, który powstał w dzielnicy Kreuzberg. Gdy tylko go spróbowałem, pomyślałem, że to najlepsza rzecz, jaką jadłem. Jeszcze na studiach wiedziałem, że kiedyś założę swój biznes i że będzie to gastro. Wydałem pół miliona oszczędności na franczyzę sieci kanapkowej, ale musiałem ją zamknąć, bo za ścianą otworzył się kebab. Pół miliona, które zarobiłem na studiach, wpakowałem w dużą sieć i straciłem. Kiedy kariera telewizyjna zaczęła mnie coraz mniej cieszyć, pomyślałem, że to jest właśnie czas na biznes.
Wiem z książki, że twoja mama od zawsze daje ci ogromne wsparcie. Mówi, że możesz wyjechać i żyć, gdzie ci się podoba i jak ci się podoba.
Mama zawsze dawała mi wolność decydowania o tym, co chcę w życiu robić i gdzie mieszkać. Bardzo mi pomogła, żebym się nie bał wyznaczać sobie nowych celów i za nimi iść, żebym się nie bał podejmowania odważnych decyzji. Chociaż ona sama lubi być w jednym miejscu, lubi swój ogród, swoje psy. Ja natomiast wybudowałem w swoim życiu trzy czy cztery domy i w żadnym nie mieszkałem dłużej niż miesiąc. Muszę być w ruchu, wtedy czuję się spełniony.
A twój tata?
Mój ojciec z kolei to siła spokoju. On jest jak tafla jeziora w letni dzień. Daje mi poczucie stabilności i bezpieczeństwa. Nie jest wylewnym człowiekiem, nie rzuca zbyt dużej ilości słów, ale nie musi. W tym się fajnie uzupełniają z mamą, która jest totalnie inna. Ojciec jest też ostatnią wyrocznią w każdej sprawie. Jego zdanie nie jest dla mnie przesądzające, ale bardzo się z nim liczę. Prawda jest taka, że ile bym się nie nawściekał i nie krzyczał, to i tak na końcu wyjdzie na jego. Statystycznie zawsze ma rację.
W jaki sposób ty sobie radziłeś w trudnych momentach?
Wiesz, ja mogę sobie pozwolić na terapię, która kosztuje 500 zł za godzinę. Mam pracę, do której nie muszę chodzić, ale co powiedzieć na przykład mamie trójki dzieci, która pracuje na kasie w sklepie? Ona nie może sobie na to pozwolić. Moja sytuacja jest absolutnie nieadekwatna do sytuacji przeciętnego Polaka. Chciałbym o tym mówić i wykorzystywać swoje zasięgi w internecie, żeby coś z tym zrobić. Ideałem byłoby stworzenie takiego miejsca, w którym można by doraźnie przyjść po pomoc. Gdzie jest zieleń, woda i dobra energia. Ale to jest projekt, który na razie powstaje w mojej głowie.
Jak idę na cmentarz, to mam potem trzy godziny wyjęte z życia. Jak oglądam zdjęcia syna, to mam tydzień wyjęty z życia i tak dalej.
Mama Iwony Wieczorek powiedziała mi kiedyś, że codziennie budzi się o 4.12. Wtedy kamery po raz ostatni zarejestrowały jej córkę żywą.
Mnie na przykład śni się wypadek, chociaż go nie widziałem. I tak będzie już zawsze, do końca mojego życia.
Wierzysz w znaki?
Totalnie. Dostałem tyle namacalnych dowodów, że jest coś więcej, że ja się śmierci nie boję. Oczywiście to nie jest tak, że będę teraz skakał na bungee bez liny albo latał samolotem bez paliwa, ale wiem, że dalej jest "dalej". Mam tego pewność. Robię sobie zdjęcie i patrzę, a obok mnie stoi Maks. To nie jest przypadek, że światło ułożyło się akurat w kontur włosów mojego syna. To jasna, wyraźna postać, mam ją na zdjęciu.
W Otwocku pod Warszawą jest grupa wsparcia dla rodziców, którzy stracili dzieci. Czasem tam jeżdżę i słyszę, że każdy z nich ma takie historie. Na przykład pewni rodzice remontowali dom, a ich córka, chora na białaczkę, nie mogła się doczekać nowego pokoju. Niestety, zmarła, zanim rodzice go skończyli. Po pogrzebie mama znalazła w tym pokoju odciśnięty but dziecka. Wzięła miarkę i okazało się, że ślad miał długość stopy jej córki. Nie wiem, czy Bóg to religia, która polega na chodzeniu w niedzielę do ciemnego kościoła, czy to raczej jakiś kosmos. Ale wiem na miliard tysięcy procent, że na górze jest jakaś siła i ja w nią wierzę.
Twoja książka kończy się tak: "Uściskaj teraz kogoś, kogo kochasz, zadzwoń do rodziców, dzieci, przyjaciela. Nie zaniedbuj tego, co masz, bo pamiętaj – nic nie jest nam dane raz na zawsze. Wykonaj teraz prosty miły gest, nawet najprostszy. To najlepsze na świecie, co możesz teraz zrobić".
Gdy kłóciłem się ze swoją dziewczyną, to zawsze chciałem, żebyśmy się pogodzili. Bo nigdy nie wiesz, z jaką prędkością ktoś wjedzie na pasy. Nigdy nie wiesz, co czeka cię za godzinę, za tydzień, za miesiąc. Do dzisiaj nie potrafię sobie wybaczyć jednej sytuacji, gdy pojechałem z Maksem na koncert Eneja. On kochał Enej. Zdenerwowałem się, bo wziąłem go na barana, a on mnie niechcący kopnął. Kompletna bzdura. Dlatego napisałem te zdania na końcu. Naprawdę ktoś bliski cię zdenerwował? Przytul go i powiedz, że go kochasz. Nic ponadto.
Filip Chajzer. Dziennikarz radiowy i telewizyjny. Pracował w "Dzień dobry TVN", był też gospodarzem show TVN "Mali giganci". Syn znanego dziennikarza Zygmunta Chajzera.
Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Specjalizuje się w niebanalnych rozmowach z fascynującymi ludźmi. Pasjonatka kawy, słoni i klasycznych samochodów.

