Rozmowa
Tak kiedyś górale tańczyli zbójnickiego (Narodowe Archiwum Cyfrowe)
Tak kiedyś górale tańczyli zbójnickiego (Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Nie napisałabyś tej książki, gdyby nie zamordowano twojego dziadka?

Nie wiem. Może tak, choć w mojej rodzinie nie do końca pielęgnowało się tę historię. Oczywiście mówiło się, że dziadek został zabity, bo ta zbrodnia wpłynęła na los całej rodziny, natomiast nie stygmatyzowało się sprawcy. Do tego stopnia, że nawet zapomnieliśmy, jak miał na imię. Dwóch moich wujków, którzy jeszcze żyją, pamięta jedynie, jak miał na nazwisko i gdzie mieszkał. To pokazuje, że w nas wszystkich dokonał się proces wybaczania. Przywołuję śmierć dziadka, żeby trochę uzasadnić, dlaczego podjęłam się takich trudnych tematów. I dlaczego w książce próbuję wniknąć głębiej, chcąc poznać historię rodzinną sprawców i ich motywy działania. Bo interesuje mnie nie tyle sama zbrodnia, ile wszystko to, co dzieje się, zanim do niej dojdzie. Później zaś niezwykle ciekawe są mechanizmy dochodzenia do prawdy, wymierzania sprawiedliwości i karania sprawców.

Na samym początku jest tajemnica. Znalezione w lesie ciało twojego dziadka i nic więcej. I szukamy sprawcy. Powiedz, dlaczego zamordował?

Chciał przejąć stanowisko mojego dziadka, który był leśniczym w atrakcyjnym regionie.

Piszesz, że zabójstwo twojego dziadka zmieniło życie całej rodziny. W jaki sposób?

Dziadek zostawił pięcioro dzieci, z których najstarsze, czyli mój ojciec, miało 19 lat. Reszta to była drobizna: 7, 9, 12 i 14 lat. Mojej babci chciano odebrać dzieci i umieścić je w domu dziecka, bo uznano, że może sama sobie z nimi nie poradzić. W Polsce była wtedy powojenna bieda, do tego  jedyna bomba, jaka podczas wojny spadła na Orawie, trafiła centralnie w dom, który mój dziadek dopiero co wybudował, doszczętnie go niszcząc. Dziadkowie wynajęli więc jakiś domek, ruinę z klepiskiem, i w nim mieszkali. Dlatego kiedy nadleśnictwo zaproponowało mu objęcie nowego rejonu, obiecując za to m.in. wybudowanie leśniczówki, w której mogłaby zamieszkać cała rodzina, zgodził się. Niestety, zaraz potem został zamordowany. Babcia została z niczym. Wtedy mój ojciec przejął rolę głowy rodziny i ostatecznie wszyscy jakoś sobie poradzili, wyszli na ludzi. Ale były oczywiście mniejsze i większe dramaty. Na przykład najmłodszy z braci, Jasiek, został wysłany do wojska aż do Szczecina. A że nie miał do czego wracać, został tam, choć do dziś tęskni za górami. Moja babcia do końca życia mieszkała w baraku, bo trudno jej było wyjść z biedy. Ta zresztą odcisnęła piętno na mojej rodzinie. Ojciec bał się jej tak bardzo, że do końca swoich dni każdą rozmowę ze mną zaczynał od pytań, czy mam co jeść i czy mam w domu ciepło. Pytał o to nawet wtedy, gdy dobrze mi się powodziło.

'Moja babcia do końca życia mieszkała w baraku, bo trudno jej było wyjść z biedy' (Marek Podmokły / Agencja Wyborcza.pl)

Przejmujące.

Tak, dlatego jestem trochę zła, że kiedy jeszcze żył mój tata, nie dopytywałam o szczegóły zabójstwa dziadka, bo przecież od tego to się zaczęło. A może jednak nie? Co ciekawe, w moim domu nikt nigdy nie tłumaczył ewentualnych niepowodzeń czy kłopotów brzemieniem tej zbrodni. I teraz myślę sobie, że jest w tym jakaś głęboka mądrość. W tym, że nie nosimy w sobie zadry. Że pokoleniowo nie pielęgnujemy tej zbrodni. Że na dobrą sprawę nawet nie wiemy, czy są potomkowie tego człowieka. Gdy zbierałam materiały do książki, owszem, przemknęło mi przez myśl, że może powinnam  pojechać do wsi, gdzie mieszkał zabójca dziadka. Ale po co? – zapytałam siebie. Żeby pomyśleli, że ich ścigam? Swoją drogą, o mało nie upiekło się zabójcy. Policja rozwiązała sprawę dopiero po roku i to przez przypadek.

Jaki przypadek?

Rok po zabójstwie moi wujowie przez przypadek podsłuchali na targu w Nowym Targu rozmowę kobiet. Baby stały w kółku, a jedna z nich, gorączkowo coś opowiadając, co chwila wykrzykiwała: "Sabała". Zaintrygowani wujowie podeszli bliżej i usłyszeli, że sąsiadka zdającej tu właśnie relację, kłócąc się z mężem, wrzeszczała na podwórku ile sił w płucach: "Co, chcesz mnie załatwić jak Sabałę?". Wujowie oniemieli. Jeden z nich pobiegł na policję, policja zgarnęła opowiadającą. Powiedziała, o kogo chodzi, i tak zabójca wpadł. Kiedy go zatrzymano, przyznał się do wszystkiego. Dostał 12 lat. Tylko 12. Ciało dziadka znaleziono dopiero po trzech tygodniach. Zabójca, który gorliwie brał udział w poszukiwaniach, co noc przenosił ciało na przeszukane tereny. Dziadka  odnaleźli chłopcy, którzy poszli nielegalnie ściąć choinkę na święta. Widać było, że został uderzony siekierą w głowę, ale ponieważ ciało było częściowo rozszarpane przez zwierzęta, linia obrony poszła w stronę, że nie można ze stuprocentową pewnością stwierdzić, że to właśnie uderzenie siekierą było bezpośrednią przyczyną zgonu. Stąd 12 lat.  

Zauważył istotną zależność: im mniej rozwinięta gospodarczo wieś, tym bardziej agresywni ludzie (Marek Podmokły / Agencja Wyborcza.pl)

Czy twój tata został policjantem, żeby tropić przestępców i wymierzać sprawiedliwość?

Nie wiem. Może i tak, ale bardziej prawdopodobne jest to, że to była po prostu dobra praca. Skończył szkołę podoficerską w Szczytnie i piął się po kolejnych szczeblach kariery także po to, żeby pomagać rodzinie. Prawie do końca życia ich wspierał, również finansowo.

Co ciekawe, któregoś razu, oczywiście wiele lat po zdarzeniu, podczas jakiegoś zebrania wiejskiego mój ojciec spotkał zabójcę dziadka. Ten potem podszedł do niego, mówiąc: "I co? Pewnie będziesz się teraz mścił". Był bardzo zdziwiony, gdy tata mu odpowiedział: "Odsiedziałeś swoje, sprawa jest zamknięta".

Próbowałaś się doszukać specyfiki zbrodni podhalańskiej i jej przyczyn?

Są takie same jak wszędzie: chciwość, zazdrość, miłość, alkohol, pieniądze, choroby psychiczne... Motywy zbrodni od zarania dziejów się nie zmieniają. Zło zawsze w nas było i zawsze będzie, niezależnie od tego, gdzie mieszkamy. Przyznam jednak, że przyszło mi do głowy, iż halny może mieć w tym swój udział. Zresztą nie mnie pierwszej. Kiedy jednak poszłam tym tropem i zapytałam o to specjalistów, sprawa okazała się skomplikowana, więc odpuściłam halnemu. Choć gdy spojrzymy na statystyki, to wyraźnie widać, że sporo potrafi namieszać. To przecież jemu w głównej mierze przypisuje się próby samobójcze. Nie do końca słusznie. Albo inaczej – nie do końca w sposób bezpośredni. Targnięcie się na swoje życie to niewątpliwie efekt zaburzeń psychicznych, a tych na Podhalu nie brakuje. Niestety, do niedawna mieliśmy tu chów wsobny, który sprzyja takim chorobom. Od wieków górale pobierali się między sobą, ograniczając w ten sposób dopływ krwi z zewnątrz. Chodziło głównie o to, żeby pomnażać majątki. Jeden duży ród łączył się z innym dużym rodem i tak wszyscy byli szczęśliwi. Mało kto zdawał sobie sprawę z konsekwencji, którymi były choroby genetyczne i psychiczne. Przed halnym u niektórych osób wzmagają się depresyjne nastroje – i to właśnie może być powodem, że popełniają samobójstwa. Cóż, na Podhalu niestety wciąż nie jest zaskoczeniem, gdy ktoś się powiesi, bo górale samobójcy głównie się wieszają.

A kiedy jeden góral zabije drugiego albo góralka góralkę, to ludzie są zaskoczeni?

Oczywiście. Nie chciałabym, żeby po naszej rozmowie powstało wrażenie, że zabójstwo jest na Podhalu czymś powszechnym i akceptowanym. Że to jakiś sposób załatwiania spraw. Nic z tych rzeczy. Z drugiej strony cytuję w książce bardzo ciekawy artykuł krakowskiego prawnika, dr. Andrzeja Zachuty, który bójkom i pobiciom na Podhalu poświęcił pracę doktorską. Badał lata 60. i 70. i... no cóż, wyszło mu, że w tym czasie biliśmy się na potęgę, w kraju nie mając sobie równych. Z tym że zauważył on istotną zależność: im mniej rozwinięta gospodarczo wieś, tym bardziej agresywni ludzie. Samo Zakopane więc i Nowy Targ wypadały w tych statystykach nieźle – w przeciwieństwie do zapadłych podhalańskich wsi.

O co się bito?

O wszystko albo o prawie wszystko. Pobicia były sposobem na rozwiązywanie różnych problemów – od finansowych po towarzyskie. Do bójek dochodziło na imieninach, na weselach, a nawet na  pogrzebach. Biliśmy się dużo i namiętnie. Co ciekawe – i co podkreślił dr Zachuta – to w dużej mierze wina naszej kultury i tradycji opartej przecież na micie zbójnika. Wychowywaliśmy się i do dziś wychowujemy na legendzie o Janosiku, który co prawda grabi bogatych, by dawać biednym, ale jednak grabi! Zabija! Kiedy przyjrzymy się tańcowi zbójnickiemu, to zobaczymy rytualny wojenny taniec.

Pamiętam, że jeszcze w latach 70., 80., a nawet 90. na Podhalu działali tzw. bitnicy, czyli grupy, które wzajemnie na siebie napadały, niby w obronie swojego terytorium. Ci z Olczy bili się z tymi z Kościeliska i bywało, że trup słał się gęsto. To były klasyczne gangi, a jednak do dziś opowiada się o nich z pewną estymą jako o części naszej kultury.

Górale wciąż są postrzegani jako krewcy i wyrywni.

Bo tacy jesteśmy. I do dziś, gdy zabraknie nam argumentów, możemy przejść na pięści, ale robimy to niezwykle rzadko. Po pierwsze, dlatego że mamy coraz więcej argumentów. A po drugie, bardzo sprawnie operujemy znacznie skuteczniejszą  bronią, czyli dowcipem i ciętą ripostą. Dziś górale raczej coś obśmieją, niż pójdą na zwarcie, a że są błyskotliwi, potrafią dotknąć do żywego jak nikt inny. I przyznaję to z nieskrywaną dumą.

A przemoc domowa jest częstym problemem na Podhalu?

Myślę, że nie jesteśmy od niej wolni. Trzeba pamiętać, że Podhale to duża wioska i wiejskie zachowania są tutaj dobrze widoczne, a patriarchat jest bardzo mocny, bo "co mi tu baba będzie podskakiwać". W przypadku dwóch z sześciu opisywanych przeze mnie zbrodni dwie kobiety zabiły swoich oprawców. Były ofiarami przemocy domowej. Ja jednak wychowałam się w góralskiej rodzinie, w której rządziły kobiety – i to od zawsze. Nigdy nie widziałam, żeby moja babcia, moja mama czy moje ciotki bały się swoich mężów.

Moja mama jest z jedenaściorga dzieci, górali z krwi i kości. Nigdy nie słyszałam, żeby któraś z kobiet w tej rodzinie miała problem z chłopem. Ale może wynikało to z ich mądrości życiowej, w której był spory margines na "męską wolność", typu: jak chłop chce się od czasu do czasu napić, to trzeba mu dać święty spokój.

Ale jeśli już robi awantury, to może trzeba zareagować. Myślę, że właśnie z tym mamy największy problem. Nie wiemy, jak i kiedy reagować. Często nie umiemy ocenić sytuacji i fałszywie pojmując poczucie prywatności, biernie przyglądamy się nieszczęściu. Przykład: nastolatka spotyka się z dużo starszym mężczyzną. Wszyscy o tym gadają, ale nikt nie reaguje, a gdy ona w końcu go zabija, szok! Inna historia: żona gnębi męża. I wielu to dostrzega. Później nawet zeznają: "Baliśmy się, że tego nie wytrzyma, że zrobi sobie coś złego, że się powiesi". To gdzie byliście? – pytam. Dlaczego nie reagowaliście? Wiem, że brzmi to jak oskarżenie, ale czas powiedzieć sobie prawdę: musimy nauczyć się pomagać w takich sytuacjach. Na szczęście coraz częściej reagujemy, kiedy krzywda dzieje się dzieciom, ale kiedy coś złego dzieje się wśród dorosłych, wciąż nie wiemy, co zrobić. Nie wiemy, czy wypada. Przyglądamy się więc temu, mówiąc: przecież są dorośli, to sobie poradzą.

Trudno jest zbadać wpływ halnego na zachowania górali (Adrianna Bochenek / Agencja Wyborcza.pl)
Zobacz wideo Marcin z Kętrzyna - współczesny mistrz świata rycerzy

Z kilkoma zabójcami udało ci się porozmawiać.

Tak, ale żaden nie chciał rozwijać tematu, więc poznałam ich wyłącznie z akt. I mówiąc szczerze, zdarzyło mi się im współczuć. To nie są seryjni psychopaci. To w większości przypadków ludzie, których zawiedli najbliżsi. Których nikt nie kochał. Sędzia Maciej Czajka, który orzeka w najtrudniejszych sprawach karnych, powiedział w książce poruszające zdanie: "Współczuję wszystkim skazanym. Proszę wierzyć, że nad wyraz często sami moglibyśmy się znaleźć w takich sytuacjach i naprawdę mamy bardzo dużo szczęścia, że się nie znaleźliśmy". Dlatego czytając tę książkę, spójrzmy na te historie z perspektywy tych, którym się udało. Oczywiście żadnego zabójstwa nie można usprawiedliwić, ale można spróbować spojrzeć na sprawców jak na ludzi.

Paweł H., który zabił Kasię i dostał dożywocie, powiedział mi tak: "Zabijając Kasię, zabiłem siebie". Myślę, że każdy, kto kogoś zabił, zabił jakąś część siebie i będzie miał wyrwę w duszy do końca życia.

Dlatego interesowało mnie też to, w jaki sposób sprawcy wracają do normalnego życia.

A jak wracają? Co robią po odsiedzeniu wyroku?

Nieźle. Niektórzy nawet świetnie. Wszyscy wrócili do siebie, mieszkają, gdzie mieszkali, i mimo że są to często małe lokalne społeczności, zbudowali swoje życie na nowo. Nikt na co dzień nie wytyka ich palcami, co pokazuje, że ta społeczność im wybaczyła. Owszem, pamiętają, co się stało – bo takie zdarzenia właściwie nie zacierają się w lokalnej pamięci – ale wybaczyli, nawet jeśli nie powiedzieli tego głośno. Szkoda, że państwo nie jest tak uważne i wspierające, choćby – choć brzmi to paradoksalnie – przez system kontroli. Jeśli ktoś okrutnie zgwałcił dwie dziewczyny, nie może po wyjściu na wolność pozostać bez nadzoru. Pilnowanie takiego człowieka, kierowanie go na terapię  jest próbą zaopiekowania się nim. I tak powinniśmy na to patrzeć. 

Beata Sabała-Zielińska (Elżbieta Moore)

Nie zapominajmy, że góralska społeczność jest zamknięta. Policjant kryminalny w twojej książce opowiada tak: "A już tu, na Podhalu, wyjątkowo niechętni. Tu wciąż pokutuje myślenie typu: ‘Przychodzą źandary, to co im będę mówił. Przecie to kłopot! Trzeba będzie w sądzie zeznawać. Wezwą na policję, a jak wezwą, to a nuż coś wyniuchają!’".

No cóż, my, górale, znani jesteśmy z kombinowania. Jak były ciężkie czasy, to sobie radziliśmy, jak umieliśmy. A to coś przemyciliśmy, a to czymś handlowaliśmy – biznes się kręcił. Wojenne szlaki kurierskie w czasach komuny wykorzystywane były do przemytu różnych rzeczy – od krupicy po ortaliony, biżuterię, złoto, dolary, a nawet brown sugar. Dlatego gdy pojawiała się policja, nikt z nią chętnie nie współpracował. Ale myślę, że to nie tylko specyfika Podhala.

Przykład: zdarza się, że gdy śmigłowiec TOPR-u idzie do remontu, nad Tatrami z ratownikami TOPR-u lata niebieski policyjny sokół. Konia z rzędem temu, kto ich przyjaźnie pozdrowi. Przeciwnie. Nieraz się zdarzało, że ratownicy, nie mogąc namierzyć miejsca zdarzenia, prosili zgłaszającego wypadek, by pomachał w stronę śmigłowca, wskazując w ten sposób rannego. "Czyś pan zgłupiał? – słyszał na to ratownik. – Przecież to policja!"

Jesteśmy społeczeństwem postsocjalistycznym, w którym władza gnębiła obywateli – i to pokutuje. Na Podhalu nikt chętnie z policją współpracował nie będzie. Myślę, że potrzeba jeszcze co najmniej dwóch pokoleń, żeby to zmienić.

Beata Sabała-Zielińska. Dziennikarka i pisarka. Jest rodowitą góralką, mieszka w Kościelisku.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Prowadzi też własny talk-show "Domowy kryminał" w telewizji Active Family. Specjalizuje się w niebanalnych rozmowach z fascynującymi ludźmi. Pasjonatka Włoch, kawy i słoni.