Rozmowa
Jerzy Kulej w 1994 roku (Wojciech Surdziel / Agencja Wyborcza.pl)
Jerzy Kulej w 1994 roku (Wojciech Surdziel / Agencja Wyborcza.pl)

Opowie mi pan, jak to jest być synem słynnego pięściarza?

Pamiętam zapach potu na sali bokserskiej i pamiętam miękkość materacy, na których skakałem. Jak miałem trzy-cztery lata, tata czasem zabierał mnie na treningi. Gdy dorastałem, w sposób zupełnie naturalny zacząłem bawić się w boks. Jeździłem na zgrupowania razem z zawodnikami naszej kadry. 

Ale nie było tak od razu. W latach 60., kiedy i ja przyszedłem na świat, podczas komplikacji przy porodzie wyciągano dziecko kleszczami za główkę. Jestem jedną z ofiar tego procederu – mam uszkodzony centralny ośrodek nerwowy. Różnica między sprawnością mojej lewej ręki a prawej czy lewej nogi i prawej jest ogromna. Dzięki rehabilitacji poprzez sport doszedłem do takiej formy, że skończyłem Akademię Wychowania Fizycznego.

Tata wychowywał pana na twardziela?

Właśnie tak - i to był jego kolosalny błąd. Mam zupełnie inną konstrukcję psychiczną niż on, choć tata też był bardzo wrażliwy. Ale miał zarazem niesamowitą odporność psychiczną, dzięki czemu osiągnął w sporcie tak duży sukces. W stresie potrafił się niesamowicie zmobilizować i wykraczał ponad swoje możliwości. Mnie natomiast stres zawsze deprymował i presja ze strony ojca doprowadzała do wielu problemów. Nie potrafiłem dorównać mojemu wielkiemu ojcu, który był wspaniałym sportowcem. Chciałem, ale było to kompletnie niemożliwe. 

Wie pani, ja byłem chłopcem, który reagował pozytywnie na pochwały, a on stosował inne metody. Z tego powodu nie do końca był w moich oczach dobrym ojcem.

Waldemar Kulej na premierze filmu 'Kulej. Dwie strony medalu' (mat. prasowe)

Co ma pan na myśli?

Tata narzucał mi swoją wolę, a ja przyjmowałem ją bezkrytycznie i próbowałem realizować to, co kazał. Ponieważ nie byłem w stanie sprostać jego oczekiwaniom, czułem ogromną frustrację.

Przeżywałem problemy wewnętrzne – z jednej strony wydawało mi się, że świat należy do mnie, a z drugiej nie byłem w stanie sprostać wygórowanym ojcowskim oczekiwaniom. Chciał mnie ulepić na swój wzór, ale nie miał żadnych doświadczeń wychowawczych, bo nie przekazał mu ich jego ojciec. Dziadek podczas wojny był partyzantem, walczył w lasach pod Częstochową, tatę wychowywała więc sama mama, a tak naprawdę ulica i koledzy. Gdy byłem małym chłopcem, było mi bardzo trudno. Dopiero gdy odszedł, uwolniłem się z tej zależności i zacząłem realizować swoje plany życiowe. 

Mam wspaniałą żonę, która jest dla mnie ogromnym wsparciem, mam wspaniałego syna i córkę oraz dwie wnuczki. Trochę mi smutno, że gdy będą dorosłe, mnie w ich życiu nie będzie, ale teraz dają mi bardzo dużo radości. Mój syn jest niepełnosprawny, ale dzięki sportowi jest w dobrej formie. Razem chodzimy na siłownię i razem pływamy. Wobec córki, nauczony doświadczeniem, zastosowałem inną taktykę niż ojciec wobec mnie. Nie zachęcałem jej do sportu, tylko mówiłem, żeby sama wybrała kierunek, a ja będę ją wspierał, popychał od tyłu, żeby mogła się realizować. Córka skończyła rehabilitację na AWF-ie, a teraz robi szkołę pielęgniarską. Chce pomagać innym. 

Rozmawialiście z ojcem o frustracji, jaką pan czuł?

Gdy byłem już dorosłym mężczyzną, odbyliśmy na ten temat rozmowę. Tata przyznał, że dotarło do niego, iż przyjął wobec mnie złe metody wychowawcze. I że zdaje sobie sprawę ze swojego błędu. "Chciałem dla ciebie jak najlepiej" - tłumaczył. Zrozumiałem, że nie potrafił inaczej. Dziś nie mam do niego żalu. Uważam, że był wspaniałym sportowcem i wspaniałym człowiekiem, ale koszty tego ponosiliśmy mama i ja. Mama zapewniała tacie poczucie bezpieczeństwa i spokoju, a on mógł się realizować w sporcie. Oboje z mamą żyliśmy w cieniu wielkiej gwiazdy.

Liczył się tylko sport?

Tata najbardziej kochał boks. Zakochał się w nim bardzo wcześnie, gdy jako 11-latek musiał sobie w szkole poradzić z dużym kolegą, który go nękał fizycznie. Kupił sobie wtedy książkę o podstawach boksu i ćwiczył lewy prosty. Problem z kolegą się rozwiązał, a on był coraz lepszy.

Helena i Jerzy Kulejowie (arch. prywatne)

Nie rozpieszczał pana, nawet gdy był pan mały?

Jego nie było w domu. Kiedy się pojawiał, pytałem mamę [Helenę Kulej - przyp. red.], co to za pan, czy to wujek, a mama odpowiadała: "To twój tata". Gdy byłem malutki, przywoził mi z zagranicy najróżniejsze zabawki. Kiedyś dostałem od niego z Japonii mechaniczny samochód i robota na baterie. Lubiłem się nimi bawić. Raz nawet za pomocą młotka postanowiłem sprawdzić, co jest w środku, co je ożywia. Niestety, zabawek nie dało się później złożyć. Na jednym z dawnych zdjęć tata się ze mną bawi. Oczywiście było pozowane, bo tata nigdy się ze mną nie bawił. To zdjęcie powstało dla kibiców, żeby im pokazać, że po powrocie z olimpiady tata przywiózł prezenty swojemu synkowi.

Ojciec non stop był na zgrupowaniach, na meczach, olimpiadach. Na tych wyjazdach nie stronił od alkoholu i towarzystwa innych kobiet. Mama dowiadywała się o tym od innych i było jej bardzo ciężko. Ale łączyła ich wielka miłość. Burzliwa. Bardzo się kochali i boksowali w tym wspólnym życiu. Mama powiedziała niedawno tak: "Jurek walczył na ringu, a ja walczyłam z nim". Spędzili razem 21 lat.

Jak się poznali?

Doskonale znam tę historię z opowiadań. Tata wypatrzył mamę na parkiecie na fajfach w 1961 roku i postanowił ją zdobyć fortelem. Wysłał do mamy kolegę, który był od niego przystojniejszy, i ten poprosił, żeby mama się z nim umówiła. Mama się zgodziła, a wtedy okazało się, że na kawę przyszedł nie ten przystojny chłopak, tylko tata. Powiedział, że bardzo przeprasza, ale przyszedł w zastępstwie, bo kolega nie mógł przyjść. 

Zakochali się w sobie i wzięli ślub, a rok później przyszedłem na świat ja. Ale na 365 dni w roku taty nie było w domu przez około 300. Bardzo to przeżywałem, bo tata był noszony na ramionach przez kibiców, a w domu, jak już się pojawiał, to czasami było święto, a czasami bywał agresywny. Wychodził na bankiety i nie było go po kilka dni. Wracał na ciężkim kacu i wszczynał awantury. Płaciliśmy wysoką cenę za jego popularność.

Jerzy Kulej z wnuczkiem i wnuczką (arch. prywatne)

Pana dzieciństwo nie było szczęśliwe?

Tego nie powiedziałem. Czułem się zaopiekowany i szczęśliwy. Mama okazywała mi dużo czułości, kochała mnie ogromną matczyną miłością. Wciąż łączy nas silna więź. Dzisiaj mogę spłacić dług i odwdzięczyć się za miłość, jaką mi dawała, bo teraz to ja się nią opiekuję.

Wracając do taty, gdyby nie on, na pewno byłbym innym człowiekiem. Po szkole średniej myślałem, żeby pójść na SGGW. Chciałem zostać leśnikiem. Naciski ze strony taty były jednak tak silne, że poszedłem na AWF. Bez przerwy słyszałem: "Zobacz, ile dał ci sport". Nie miałem innej możliwości. Ale nie żałuję, że wybrałem AWF, bo sport rzeczywiście bardzo wiele mi dał.

Ze wszystkimi decyzjami w moim życiu było tak samo. Ojciec nie narzucał mi swojej woli do końca, tylko pewne rzeczy sugerował, a ja przyjmowałem je jako pewnik, jako najlepsze rozwiązanie. I to z bardzo prostego powodu - uważałem, że ojciec wie wszystko najlepiej. Po prostu bardzo mi imponował. 

Czym najbardziej?

Swoją determinacją, konsekwencją, przebojowością. Tym, że nie było dla niego rzeczy niemożliwych. Jak sobie coś założył, musiał to zrealizować.

Jerzy Kulej, Warszawa 2010 rok (Bartosz Bobkowski / Agencja Wyborcza.pl)
Zobacz wideo Justyna Żełobowska: 24-latka, która uczy ludzi boksu

A jakie miał słabości?

Miał niestety ogromną słabość do alkoholu i problem z kobietami. Wciąż musiał zdobywać kolejne, cały czas był niezaspokojony. Musiał szukać kolejnych przygód i kolejnych kobiet. Dla mamy było to bardzo trudne, bo uważała, że jest wystarczająco dobra i atrakcyjna, żeby go zaspokoić. Cóż, tata był niewdzięcznym mężem.

W 1982 roku, po wielu próbach dogadania się, rodzice się rozstali. Nadal łączyła ich jednak ogromna więź. Do końca swojego życia tata wspierał mamę, opiekował się nią i ją odwiedzał. Przyjaźnili się do końca jego życia. 

Ja zawsze trzymałem stronę mamy, broniłem jej. Zdawałem sobie sprawę, że jako żona mistrza była na słabszej pozycji. Miałem do taty wielki żal, że stało się tak, jak się stało. Życie z mistrzem miało dwie strony medalu.

Może to, co mówię, zabrzmiało smutno, dlatego chciałbym powiedzieć, że przeżyłem z ojcem także wiele wspaniałych chwil. Wyjeżdżaliśmy razem na spływy kajakowe, pływaliśmy i nurkowaliśmy. Jeździliśmy też razem na Mazury, gdzie łowiliśmy węgorze. Tata nauczył mnie polować na nie pod wodą i to właśnie z nim upolowałem swoją pierwszą rybę.

Waldemar Kulej z ukochaną żoną Maniusią (arch. prywatne)

Wyczuwam w pana słowach nostalgię.

Teraz, gdy mam ponad 60 lat, mój stosunek do relacji z tatą bardzo się zmienił. Staram się pamiętać tylko dobre chwile, a te smutne wypierać. I to mi się udaje. 

Przez całe życie to tata był na podium, a my z mamą pozostawaliśmy ukryci w jego cieniu. Dlatego bardzo się cieszę, że scenarzysta filmu Rafał Lipski i reżyser Xawery Żuławski wyciągnęli mamę z tego cienia i postawili ją nawet nie na równi z tatą, ale niektórzy twierdzą, że wręcz z przodu taty. To moja mama jest główną postacią w filmie i doskonale widać, jakie miała zasługi w jego sukcesach. Ksawery powiedział mi nawet, że zastanawiali się, czy nie dać filmowi tytułu "Kulejowie". Pozostali jednak przy tytule pierwszej biografii taty.

Wspomniał pan, że rodzice walczyli ze sobą w codziennym życiu. Jestem ciekawa, które z nich wygrałoby na domowym ringu?

Myślę, że sędzia podniósłby ręce obojga i ogłosił remis. Co prawda ich wspólne życie się zakończyło, bo się rozstali, ale do końca pozostali prawdziwymi przyjaciółmi. Oczywiście rozwód nie był ani sukcesem mamy, ani taty, ale gdy przyglądałem się z boku ich późniejszym relacjom, czułem wdzięczność do ojca, że mama nie jest samotna. Wspierał ją finansowo, bo mama ma niską emeryturę, a on zawsze miał dodatkowe dochody. Do końca swojego życia jej pomagał i za to daję mu duży plus. 

Po rozwodzie mama z nikim się nie związała. Trudno było jej znaleźć kogoś, kogo pokochałaby tak mocno jak tatę. Nie chciała też go z nikim porównywać. Tata natomiast ożenił się po raz drugi z Krystyną, poetką. To fantastyczna kobieta, którą traktujemy jako członka rodziny. Razem czytali poezję, a ona nawet pisała wiersze dla niego. Rozstali się po 11 latach, ponieważ Krystyna na stałe mieszkała w Anglii i ta odległość sprawiała, że tata szukał przygód w Polsce. Po tym rozstaniu tata wiązał się przelotnie z różnymi kobietami. Do końca życia pozostał zdobywcą. Często bywał na różnych imprezach i żartował, że robi za małpę. Nie lubił bywać sam, wolał pokazywać się z atrakcyjnymi kobietami.

Jerzy Kulej, 2010 rok (Bartosz Bobkowski / Agencja Wyborcza.pl)

Był duszą towarzystwa?

Brylował bez przerwy i wszędzie. Potrafił się dogadywać z największymi umysłami czy dyplomatami. Miał niesamowitą umiejętność docierania do ludzi, fantastycznie opowiadał. Często spotykał się z młodzieżą i z kibicami i bardzo kolorowo mówił o swoim życiu. Właśnie wtedy podświadomie zakiełkowała we mnie myśl, żeby udokumentować jego życie. Tata żartował: "Waldek, moim życiem można by wypełnić co najmniej trzy filmowe scenariusze". 

W filmie "Kulej. Dwie strony medalu" mamie najbardziej podobała się scena, w której dostaje od taty kwiaty na przeprosiny.

Dlaczego?

Bo nigdy żadnych kwiatów od niego nie dostała. Tata nie potrafił przyznać się do błędu, trudno było go nakłonić do wyznania, że jest mu przykro, że przeprasza. Moja mama i tak udźwignęła bardzo wiele. Miała raptem 19 lat, gdy pokochała tatę. Rozstanie dobrze im zrobiło, bo wtedy tata czuł większą potrzebę bywania z mamą, wszedł w rolę opiekuna. Gdyby nie to, pewnie ścieraliby się bez końca. Mama miała bardzo surowego ojca i myślała, że małżeństwo będzie dla niej wyzwoleniem, wyjściem na wolność. Tata jej bardzo imponował, potrafił o nią zabiegać i walczyć. I to walczyć dosłownie, bo usuwał z drogi wszystkich jej adoratorów. Kiedyś usłyszałem od mamy, że miał zespół Otella [polega na uporczywym podejrzewaniu partnera o niewierność, szukaniu nieistniejących dowodów i paranoidalnych zachowań – przyp. red.].

Poza wszystkim pana tata był bardzo czarującym mężczyzną, prawda?

Tak i bardzo o ten wizerunek dbał. W mediach jako ekspert i komentator zawsze wykazywał perfekcjonizm i niesamowitą wiedzę. Był bardzo lubiany i ja to rozumiem. Ja natomiast zawsze mówiłem szczerze to, co czułem, taką mam naturę. Po śmierci taty miałem do niego żal, że nagle odszedł i nie załatwił wszystkich swoich spraw. Zostawił po sobie bałagan, a nasze relacje nagle się urwały. Przyjaciele ojca zarzucali mi, że jestem nieobiektywny i chcę tatę oczernić. Bardzo mnie to bolało, bo ja przecież, jako jego syn, mam zupełnie inną perspektywę niż jego znajomi czy kibice. 

Waldemar Kulej z córką Karoliną (arch. prywatne)

Gdy tata odszedł, w pewnym sensie poczułem się wyzwolony. Wcześniej przez te wszystkie lata, kiedy cokolwiek robiłem, zastanawiałem się, co powie. Czy to zaakceptuje, czy skrytykuje, a tej krytyki się najbardziej bałem, bo jego zdanie było dla mnie najważniejsze. Gdy odszedł, poczułem ulgę. Pomyślałem sobie, że teraz mam swoje pięć minut, że wreszcie sam mogę decydować o wszystkim i tata nie będzie mnie krytykował. Czułem się wolny, oczywiście to uczucie przyszło do mnie po długiej żałobie. Dziś często unoszę do góry wzrok i dziękuję tacie za wsparcie, jakiego mi udziela.

Waldemar Kulej. Syn Heleny i Jerzego Kulejów. Skończył AWF, jest nauczycielem WF-u oraz trenerem II klasy boksu. Ma żonę, dwoje dzieci oraz dwie wnuczki. Jego ojciec Jerzy Kulej był podwójnym mistrzem Europy i ośmiokrotnym mistrzem Polski. Jako jedyny polski pięściarz wywalczył dwa złota olimpijskie.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Prowadzi też własny talk-show "Domowy kryminał" w telewizji Active Family. Specjalizuje się w niebanalnych rozmowach z fascynującymi ludźmi. Pasjonatka Włoch, kawy i słoni.