Twój antywojenny i antyreżimowy film "Pod szarym niebem" jest o miłości. Filmowa historia Ilji i Leny inspirowana jest losami małżeństwa białoruskich dziennikarzy: Igora Iljasza i Kaciaryny Andrejewej, aresztowanej 15 listopada 2020 roku.
Podczas pracy nad filmem cały czas miałam w głowie hasło: nie rób pomnika! Szukałam sposobu, by pokazać, jaka jest cena bohaterskiej postawy, czynu, który często trwa zaledwie kilka minut.
Tym samym dialogujesz z bardzo mocno określonym typem heroicznej postaci, głęboko zakorzenionym w polskim krajobrazie filmowym – jest ona obecna chociażby w kanonicznych dziełach Andrzeja Wajdy, patrona szkoły, którą kończyłaś.
Znam dorobek Andrzeja Wajdy, znam bohaterów jego filmów, nierzadko podejmują trudne decyzje i kładą swoje życie na ołtarzu sprawy. Mnie jednak dużo bardziej interesowało – w całym swoim skomplikowaniu – jak dochodzi do tych decyzji. Co na nich zaważa, co ma na nie wpływ. Jaki ciąg wyborów – słusznych, świadomych lub nie – doprowadza do punktu bez powrotu, którego raczej nikt się nie spodziewa na początku. Ludzie bardzo rzadko podejmują życionośne decyzje z pełną tego świadomością, wiedząc, że właśnie ten jeden krok w tym momencie zaważa na całym ich przyszłym życiu.
Film "Pod szarym niebem" jest rozwinięciem krótkiego metrażu "Na żywo" z 2022 roku…
W "Na żywo" dwie dziennikarki – wzorem wspomnianej już Kaciaryny i jej operatorki Darii Czulcowej – transmitowały na bieżąco wydarzenia, które miały miejsce w Mińsku. W pewnym momencie stanęły przed decyzją, czy prowadzić transmisję wobec realnego zagrożenia, jakim może być ich aresztowanie, czy odpuścić. W "Pod szarym niebem" akcenty są gdzie indziej, a sama decyzja, podjęta praktycznie bez zastanowienia, staje się elementem tego ciągu nieprzypadkowych przypadków.
Przyjrzałam się temu procesowi głębiej, dopiero gdy porozmawiałam z Darią, która po dwóch latach wyszła z więzienia i przeprowadziła się do Polski. Ona, gdy tylko zobaczyła "Na żywo", powiedziała mi: "Wiesz, to nie jest tak, że ja w tej konkretnej chwili stanęłam przed wyraźnym wyborem, że ryzykuję i dobra, niech wsadzają mnie na te dwa lata. Przyjechałam jak zwykle do pracy, miałyśmy zadanie do wykonania. Choć wiedziałyśmy, że wiąże się to z ryzykiem, w tej konkretnej chwili nikt nie rachował, nie kalkulował, nie uświadamiał sobie, co stawia na szali".
Życie bywa kanwą dla filmowej opowieści: Daria i Kaciaryna zostały aresztowane w listopadzie 2020 roku, po tym jak dla telewizji Biełsat transmitowały wydarzenia z Placu Przemian w Mińsku, gdzie trzy dni wcześniej na śmierć pobito aktywistę Ramana Bandarenkę. Kaciaryna bywała wcześniej zatrzymywana, ale po kilku dniach zwykle ją wypuszczano. Daria ostatecznie wyszła na wolność, Kaciaryna początkowo została skazana na siedem dni aresztu, później na dwa lata więzienia. Przebywa tam jednak do dziś: w 2022 roku zwiększono jej wyrok do ponad ośmiu lat niewoli pod zarzutem zdrady państwa.
Tak, Kaciaryna wciąż przebywa w więzieniu. Nie poznałam jej osobiście, nigdy nie miałyśmy ze sobą bezpośredniego kontaktu. Wie jednak, że filmy powstały... Poprzez swojego męża Igora wyraziła na nie zgodę, przez niego też dowiaduje się o kolejnych pokazach, festiwalach i nagrodach.
Kaciaryna otrzymuje korespondencję wyłącznie od rodziny, więc jestem w stanie przesłać jej dosłownie parę słów wsparcia, które można przekazać jej ustnie. Miałam jednak ten przywilej, że mogłam porozmawiać o wielu rzeczach właśnie z Igorem, który stanowił inspirację dla filmowego Ilji. Podczas jednej z rozmów powiedział mi: "Człowiek myśli potem, gdzie popełnił błąd? I czy w ogóle popełnił? Która konkretnie decyzja zaważyła na tym, że to się potoczyło tak, a nie inaczej? Czy można było tego uniknąć? Jesteśmy racjonalnymi ludźmi. Zawodowo zawsze chcieliśmy robić rzeczy ważne, ale nie dążyliśmy do męczennictwa czy bohaterstwa".
Ta rozmowa podsunęła mi myśl, na której zbudowałam ewolucję głównej bohaterki. Lena podejmuje szereg słusznych w danym momencie decyzji, jednak bez pełnej świadomości ceny, którą będzie musiała za nie zapłacić. Konsekwencje okazują się tak duże, że nikt nie umiałby tego w tamtym momencie przewidzieć. Zresztą tę cenę wtedy, w 2020 roku, mało kto mógł sobie w pełni wyobrazić. Kaciaryna i Daria były pierwszymi dziennikarkami podczas ówczesnych protestów, które nie tylko dostały areszt administracyjny, ale też usłyszały zarzuty karne. Pierwszymi, które nie dość, że zostały skazane na długi wyrok w kolonii karnej – w przypadku Kacii dwa lata zmieniły się w lat osiem!
Ilja też staje przed wyborem.
Jako że najpierw było życie, a potem filmowa fikcja, ja nie tyle wymyślałam, co zrobią postaci, ile głównie próbowałam zrozumieć ich wybory, często na pozór nielogiczne.
Filmowy Ilja, tak jak Igor, faktycznie staje przed wyborem – i tu muszę przyznać, że na początku nie rozumiałam decyzji Igora. Dlaczego został na Białorusi? Czy jej będzie lżej, jak on zostanie i będzie siedział, czy jemu będzie lepiej, jak trafi za kraty tak jak ona? Ale Igor w pewnym momencie powiedział mi wprost: "Mara, źle o tym myślisz. To nie jest decyzja na temat walki z systemem czy element pracy dziennikarskiej. Tu chodzi o przyszłość naszego małżeństwa". W jego przekonaniu sytuacja, kiedy on wyjeżdża i żyje przez ileś lat w rzeczywistości tak odbiegającej od tego, czego ona doświadcza, sprawiłaby, że straciliby to coś, co ich łączy, pewną kluczową więź, bliskość. Nie wybrał walki. Wybrał żonę.
Bo to nie więzienia oddalają ludzi od siebie…
To prawda. I dlatego jest to film o miłości.
Kaciaryna ma dziś 30 lat, zostały jej jeszcze cztery lata niewoli. Jest powrót do życia po takim doświadczeniu?
A co to znaczy powrót? Nigdy nie ma powrotu, bo czasu nie można cofnąć. Nie ma powrotu w takim samym sensie, w jakim nie można wymazać pewnych doświadczeń. Stąd też wzięło się myślenie Igora, który wybiera współuczestniczenie i wspólne przeżywanie opresyjnych doświadczeń wraz z Kacią. Nie można wymazać doświadczenia. Jedyne, co możemy zrobić, to nauczyć się z nim żyć.
Za swój film otrzymałaś nagrodę w kategorii debiut reżyserski lub drugi film na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni w tym roku. W kuluarach mówiło się, że to odważny werdykt, ale trochę jednak polityczny i nie do końca poprawny.
A jaki werdykt byłby poprawny? Jest w ogóle coś takiego? Wybrałam temat, który mnie boli i który znam. I krótki metraż "Na żywo", i "Pod szarym niebem" powstały z głębokiej potrzeby opowiedzenia historii, co zrobiłam w pełnej zgodzie ze sobą i swoją wrażliwością artystyczną. Chcę wierzyć, że właśnie to nagrodzono w Gdyni.
A czujesz zmianę w podejściu do Białorusinów w Polsce?
Tak, oczywiście, od czasu wybuchu pełnoskalowej inwazji w Ukrainie mierzymy się z tym także jako filmowcy. Białorusini są traktowani jak obywatele państwa agresora, choć wielu przeprowadziło się tu, uciekając przed reżimem, który jest tej agresji współwinien. Niektórzy wręcz doświadczyli tej agresji na sobie, uciekali do Polski z objętej wojną Ukrainy, bo właśnie do Ukrainy wyjechali, ratując się przed represjami w 2020 roku. Popieram potępianie reżimu Łukaszenki i związanych z nim podmiotów, jednak niestety często wszystko, co białoruskie, jest wrzucane do jednego worka.
Dasz mi jakiś przykład?
Zaraz po wybuchu wojny w Ukrainie wylądowała u mnie pewna Białorusinka. Uciekła z Ukrainy, do której wcześniej przyjechała z Białorusi. Była ofiarą tej wojny, ale w Polsce odmówiono jej założenia konta bankowego jako obywatelce kraju agresora. Później to zostało wyjaśnione.
Jeden z festiwali filmowych w Polsce odmówił udzielenia akredytacji białoruskim filmowcom jako uczestnikom ze względu na obywatelstwo. Dopiero list wyjaśniający, że są to twórcy, którzy pracują na wygnaniu, zmienił podejście organizatorów. Regulaminy niektórych festiwali europejskich wyłączają białoruskich twórców ze zgłaszania swoich dzieł, a białoruskich krytyków z możliwości przyjazdu na dany festiwal. Staramy się tłumaczyć sytuację i walczyć z uprzedzeniami. Między innymi z tego powodu powstała organizacja zrzeszająca niezależnych białoruskich filmowców, czyli Białoruska Niezależna Akademia Filmowa – chcemy i musimy uzmysławiać nie tylko zagranicznym festiwalom, ale też partnerom, producentom, sponsorom i mediom, że nie wszyscy białoruscy twórcy są orędownikami reżimu Łukaszenki.
Który trwa już blisko 30 lat.
W białoruskich więzieniach przebywa obecnie półtora tysiąca osób. I choć nie spadają bomby na głowy więźniów politycznych, to ci więźniowie są maltretowani, głodzeni, męczeni, dręczeni, systematycznie pozbawiani możliwości kontaktu z bliskimi, wtrącani do karcerów, w których spędzają długie miesiące – i żeby była jasność, karcer to jest puste betonowe pomieszczenie, w którym masz stać przez cały dzień. Prycza jest rozkładana wyłącznie na noc. Nie możesz ze sobą zabrać niczego prócz tego, co masz na sobie, nie masz nawet kołdry. Ludzie są zgarniani i wtrącani do aresztów codziennie za okazywanie wsparcia Ukrainie, za robienie przelewów dla potrzebujących, za komentarze w mediach społecznościowych. To jest stała rotacja więźniów.
Nie należy zestawiać cierpień Ukraińców i Białorusinów, to nie są zawody. Pamiętajmy jednak, że Białoruś to nie jest kraj, który jednogłośnie wybrał Łukaszenkę w 2020 roku. To jest naród, który protestował przez kilka miesięcy mimo bezprecedensowej przemocy i strasznych rzeczy, do których dochodziło na ulicach i w więzieniach. Zapomina się o tym, na jak duży zryw przeciwko tyranii Łukaszenki zdobyli się Białorusini – i jak brutalnie został on stłumiony. Nadal jest tłumiony!
Tym większą odpowiedzialność czułaś, realizując swój film?
Tak, tym bardziej że jest to pierwszy film fabularny białoruskiego twórcy – w tym wypadku twórczyni – który opowiada o wydarzeniach z 2020 roku. Jest to też pierwszy fabularny film białoruskiej autorki na białoruski temat wyprodukowany przez zagranicznego producenta. Swoisty papierek lakmusowy, który miał pokazać, czy taki rodzaj współpracy działa. Mam nadzieję, że po tym filmie moim kolegom i koleżankom będzie łatwiej rozmawiać z producentami stąd i przekonywać ich do tego, że warto opowiadać uniwersalne historie, które jednak niekoniecznie dzieją się w Polsce.
Polskie kino jest obecnie kinem absolutnie światowym i jest w nim przestrzeń, by tworzyć narracje z innego, ale bliskiego porządku. Polskie kino przestaje być kinem stricte narodowym, do głosu dochodzą artyści spoza kraju, mieszkający tu od lat czy studiujący w szkołach filmowych, a pochodzący z innego kręgu kulturowego. I dobrze. To otwarcie kulturowe opłaci się wszystkim.
W swoich filmach przywracasz głos tym, którzy na co dzień go nie mają. Tak jest nie tylko w filmie "Pod szarym niebem", ale też w twoich krótkich metrażach, chociażby w "Córce", gdzie prym wiedzie samodzielny ojciec, który heroicznie walczy o sprawiedliwość i godność dla zgwałconej nastoletniej córki, czy w "Równaniu".
"Równanie" to mój pierwszy film, pierwsza etiuda, zrobiona na podstawie reportażu Mariusza Szczygła, która dostała się na Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Opowiada o kobiecie, która z powodu obsesji religijnej zatłukła dziecko swojego konkubenta. Myślę, że tym, co łączy moje filmy, jest niezgoda na systemową opresję. W "Równaniu" sprzeciwiam się dogmatycznej religii, która staje się źródłem przemocy, zamiast dawać harmonię, spokój i dobro. W "Córce" mówię o systemowej opresji wobec kobiet w Polsce i poniżającym traktowaniu ofiar gwałtu przez system państwowy, prawny i szkolny. Z kolei w "Na żywo" bohaterki mierzą się z pełnym terroru i nadużyć politycznym porządkiem.
Mieszkając na Białorusi, doświadczyłaś nadużyć systemu?
Przyjechałam do Polski w wieku 17 lat i całe moje życie zawodowe budowało się już tutaj, w mediach na wygnaniu. Natomiast świadomość opresji systemowej była wpisana w moje dzieciństwo. Mój tata był niezależnym dziennikarzem, kilkakrotnie został zatrzymany. Rzeczywistość późnych lat 90. i pierwszych po 2000 roku w mojej ojczyźnie pełna była napięcia politycznego. Porwano kilku oponentów Łukaszenki, zniknęli wówczas bez wieści: Juryj Zacharanka, Wiktar Hanczar, Anatol Krasouski i Dzmitry Zawadski. Byłam dzieckiem, ale to były osoby ze świata mojego taty, słyszałam te nazwiska, miałam świadomość, że stało się im coś złego. Bałam się o tatę. Bardzo dobrze pamiętam ten strach do dziś. To poczucie nosisz potem w sobie przez całe życie.
Tęsknisz za Białorusią?
I tak, i nie. Nie ma dla mnie teraz możliwości powrotu bez ryzyka aresztowania, więc staram się nie tęsknić zbyt mocno.
Ostatni raz byłam w kraju na przełomie 2021 i 2022, jeszcze przed premierą "Na żywo", choć już po zdjęciach. Pojechałam wtedy okrężną drogą przez Rosję, omijając bezpośrednią granicę między Polską a Białorusią – taka podróż była uznawana za bezpieczniejszy wariant, który nie zwracał od razu uwagi służb. A ja musiałam jechać, mój tata był ciężko chory. Zmarł 4 marca 2022 roku. Na pogrzeb już nie mogłam jechać – po inwazji Rosji na Ukrainę ominięcie Białoruskiej granicy nie wchodziło w grę. Nie całkiem się jeszcze z tym pogodziłam, choć rozumiem, że decyzja była słuszna. Mama przyjeżdża do mnie kilka razy w roku, choć nie jest to łatwe przez wielogodzinne kolejki na granicy.
Choć żałuję, że odebrano mi w jakimś sensie ten pierwszy dom, chcę podkreślić, że Polska jest moim drugim domem – z wyboru. Tak, wyjechałam swego czasu pod presją polityczną, ale jednak moja sytuacja jest kompletnie inna od sytuacji osób, które musiały uciekać wbrew własnej woli. To jest podwójnie trudne doświadczenie. A mówiąc, że Polska to mój drugi dom, muszę też dodać, że to mój jedyny dorosły dom. Na Białorusi mam tylko dom rodzinny. Zresztą ciekawa rzecz, co emigracja robi z tobą – to jest trudne, by w pełni przynależeć do miejsca, do którego się przeprowadzasz, ale po pewnym czasie przestajesz przynależeć do miejsca, z którego pochodzisz.
Jak trafiłaś do Polski?
Przyjechałam tu w 2006 roku na program stypendialny Rządu RP im. Konstantego Kalinowskiego, który stworzono po sfałszowanych wyborach na Białorusi. Program powstał z myślą o białoruskich studentach, którzy z powodów politycznych nie mogli zacząć bądź nie mogli kontynuować swoich studiów – w pewnym momencie wyrzucanie studentów z uczelni stało się bardzo popularnym sposobem wywierania nacisku. Miałam dopiero 17 lat, ale profesja i poglądy mojego taty robiły swoje. Ja też nie należałam do pokornych i milczących, więc już w liceum miałam pod górkę. Patrząc na doświadczenia starszych kolegów i koleżanek studiujących na państwowych uczelniach, zaczynałam nabierać realnych podejrzeń co do własnej przyszłości. Czułam, że może tak być, iż nie znajdzie się dla mnie ani jedno wolne miejsce na żadnej białoruskiej uczelni. Ewentualnie zostanę z niej wyrzucona pod byle pretekstem.
Początkowo nie stawiałaś jednak na Polskę.
Rozważałam Wilno, do którego przeniósł się Europejski Uniwersytet Humanistyczny zamknięty przez białoruskie władze w 2004 roku. Byłam z nim powiązana wspólnymi projektami realizowanymi przez uczniów i studentów jeszcze za czasów działania tej placówki w kraju. Jednak gdy ogłoszono program stypendialny w Polsce, postanowiliśmy spróbować. Zebraliśmy dokumenty, opisaliśmy naszą sytuację. Zostałam przyjęta.
Jak się tu odnalazłaś?
Wspaniale. Nie mówiłam ani słowa po polsku, znałam tylko "dziękuję" i "dzień dobry". Dziś mieszkam w Polsce dłużej, niż mieszkałam na Białorusi – 18 lat. Mimo że wyjeżdżałam z własnej woli, to doświadczenie emigracji zmienia człowieka, uruchamia w nim jakieś pęknięcie. Czuję to, choć przecież dla mnie to był moment, kiedy jeszcze wyjeżdżać jest łatwo i wszystko wydaje się możliwe: nie ma się ułożonego życia w żadnym konkretnym miejscu i można planować dorosłość tam, gdzie się chce.
Studiowałam dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim i już na pierwszym roku zaczęłam pracę jako dziennikarka dla niezależnych mediów białoruskich nadających z Polski na Białoruś – Europejskiego Radia dla Białorusi i telewizji Biełsat.
To po co ci to kino?
Przeszłam do świata kina z potrzeby głębszej opowieści o świecie. Moje filmy nie są odrealnione, nie są wyśrubowane formalnie – dotyczą otaczających mnie spraw, to są zawsze historie blisko życia. Stawiam na ludzi i na to, jak mierzą się ze współczesnymi wyzwaniami. Dla swoich filmów szukam bohaterów, z którymi łatwo jest się widzom identyfikować.
Mieszkając w Polsce i będąc dziennikarką pracującą wyłącznie nad białoruskimi tematami, czułam rozdwojenie jaźni. Po pierwsze, żyłam w świecie, do którego nie przynależałam. Zajmowałam się sprawami, które w Polsce nikogo nie interesowały. A w Białorusi, w której byłam zanurzona po uszy, mnie nie było. Czułam się bardzo samotna w tym wszystkim, byłam permanentnie odłączona od kontekstów, w których pracowałam, ale też i od tych, w których żyłam. Co więcej, dziennikarska praca w warunkach autorytarnych wymaga dużej cierpliwości. Miałam poczucie, że to, co robię, nie przekłada się na nic, nie ma realnego wpływu. Przez lata powtarzałam widzom i słuchaczom to samo: nic się nie zmieniało. Nie chcę deprecjonować pracy koleżanek i kolegów, ja po prostu czułam, że przestaję się w tym odnajdywać. Być może miałam za mało cierpliwości – w końcu kto ją ma w wieku dwudziestu paru lat? Potrzebowałam innej formy ekspresji – pogłębionej, osobistej, mniej publicystycznej.
I dopiero gdy zaczęłam zajmować się filmem, poczułam, że przynależę. Złapałam coś, co sprawiło, że nie byłam już traktowana niczym obcy element. Kino sprawiło, że przestałam czuć się tak, jakbym żyła w świecie równoległym – jakimś alternatywnym bycie, alternatywnym wobec tego, który mnie otacza.
Choć w kinie też zachowuję tę podwójną tożsamość. Pracuję w polskiej branży filmowej od 12 lat, a jestem tu wciąż nazywana reżyserką białoruską. Z kolei na Białorusi czasami jestem postrzegana jako reżyserka polska. I faktycznie – estetycznie i artystycznie jestem zakorzeniona w polskiej tradycji filmowej, na której się zawodowo wychowałam.
No dobrze, a ty jak byś siebie nazwała?
Przyjmuję obie narodowości. Dziś wiem, że podwójna tożsamość to źródło mocy.
W listopadzie w Warszawie planowane są dwa pokazy filmu "Pod szarym niebem": 9 listopada o godz. 19 w Kinotece w ramach Northern Lights Film Festival oraz 23 listopada o godz. 20 w kinie Iluzjon podczas 10. Festiwalu Filmów Białoruskich Bulbamovie.
Mara Tamkovich. Polsko-białoruska reżyserka i scenarzystka. Studiowała dziennikarstwo na UW oraz reżyserię w Warszawskiej Szkole Filmowej i w Szkole Wajdy. Przez prawie dziesięć lat pracowała jako dziennikarka dla niezależnych białoruskich mediów nadających z Polski. Jej filmy krótkometrażowe były pokazywane na wielu festiwalach w Polsce i za granicą, otrzymując nagrody m.in. na MFF w Chicago, FPFF w Gdyni, MFF w Mińsku, FEST – New Directors | New Films Festival w Espinho. Pełnometrażowy debiut „Pod szarym niebem" miał światową premierę na prestiżowym Tribeca Festival w Nowym Jorku, a podczas 49. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni został uznany za najlepszy debiut lub drugi film. Członkini Gildii Reżyserów Polskich i Białoruskiej Niezależnej Akademii Filmowej.
Anna Serdiukow. Absolwentka Instytutu Dziennikarstwa i Laboratorium Reportażu na Uniwersytecie Warszawskim oraz Gender Studies na Uniwersytecie Jagiellońskim. Stypendystka École Supérieure de Journalisme de Lille. Członkini Polskiej Akademii Filmowej, Stowarzyszenia Filmowców Polskich, Stowarzyszenia Kobiet Filmowców, Międzynarodowej Federacji Krytyków Filmowych: FIPRESCI i Fundacji Filmowej Ex Anima. Publikuje, tłumaczy książki, konsultuje scenariusze, organizuje wydarzenia kulturalne, promuje polskie kino w kraju i za granicą. Dyrektorka Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film. Od października współprowadzi program FILMOZGRANI w Chillizet. Wegetarianka.





