SMS: Świat skończył się dzisiaj
Jana (fot. Karol Grygoruk / RATS Agency)
Jana (fot. Karol Grygoruk / RATS Agency)

Co się nie wydarzyło

23 lutego, po czterech latach pracy i nakręceniu 250 godzin zdjęć, wreszcie usiedliśmy z moim partnerem do montażu filmu. W międzyczasie była białoruska rewolucja, wydarzyła się pandemia. To miał być film o patriarchacie, pewnie do teraz już byśmy skończyli. Cóż, 24 lutego zmienił ten plan.

A dopiero co, w styczniu, dostałam Paszport Polityki, czyli te pięć sekund uwagi, z której można skorzystać, przenieść ją tam, gdzie trzeba. Jak ktoś mi powiedział: wszystkie drzwi były przede mną otwarte. Teraz coraz więcej drzwi się zamyka. Tracę różne możliwości w sztuce. Jestem zapraszana – na przykład na festiwal 48 Hour w Berlinie – już nie w godzinach otwarcia, jak było wcześniej, tylko jednak trochę później.

Zawsze miałam lęk w sobie, żeby nie być zapraszaną na wystawy tylko dlatego, że jestem kobietą. Albo dlatego, że przynależę do któregoś narodu. Żeby nie być zapraszaną po to, by wypełniać nierówność. Ale żeby dostawać te zaproszenia za to, co robię. Teraz jestem zapraszana mniej, bo Ukraina jest ważniejsza. I słusznie.

Więcej wiadomości i historii naszych bohaterów na stronie projektu: SMS: Świat skończył się dzisiaj >>>

24 lutego

Obudził mnie mój partner, bo on sobie zawsze rano wiadomości czyta. Powiedział, że wojna się zaczęła. Ja najpierw trochę ten fakt wypierałam, bo chyba z tydzień wcześniej w mediach białoruskich były takie newsy, że już wojna. A jednak się nie zaczęła.

A potem mieliśmy przypływ adrenaliny: trzeba coś robić! No i wsiedliśmy do samochodu, zapakowaliśmy go rzeczami i pojechaliśmy na granicę. Wiadomo, że jak chce się coś zrobić, to zawsze najlepiej zobaczyć na miejscu, co jest naprawdę najbardziej potrzebne. Po drodze dostawałam zdjęcia pokazujące warunki, jakie panowały po ukraińskiej stronie granicy. Już wtedy próbowałam dobić się do polityków z prośbą o pomoc humanitarną po tamtej stronie.

Dotarliśmy na granicę w nocy i spotkaliśmy kilkudziesiecioro Białorusinów uciekających z Ukrainy. I pierwszego ukraińskiego ochotnika jadącego na wojnę. Był tłum ludzi i chaos. I zero informacji. I ogromna potrzeba tej informacji. Pomyślałam, że czas w autobusie przewożącym ludzi spod granicy do Przemyśla to już jest ten moment, kiedy oni nie są w takim szoku jak na przejściu granicznym w kolejce. Siedzą, mają chwilę, żeby posłuchać. I potrzebują słyszeć informacje w zrozumiałym dla siebie języku.

Wiedziałam, że trzeba z tymi informacjami do nich dotrzeć. Ale trochę mi zajęło ogarnięcie tego logistycznie, bo – szczerze – nie przypuszczałam, że można tak na chama, po prostu przyjechać, założyć uniform, być i robić, co tylko się chce.

Wiadomości Jany: 'Idziecie teraz pod ambasadę?'. 'Tak'Wiadomości Jany: 'Idziecie teraz pod ambasadę?'. 'Tak' fot. Karol Grygoruk / RATS Agency

Przeszłość

Przyjechałam do Polski z Białorusi na studia w 2010 roku. Jestem z polskiej rodziny i tak naprawdę do 2020 roku nie bardzo czułam tę białoruskość w sobie.

Po Aleppo zauważyłam rosnącą nienawiść w Polsce i wtedy zaproponowałam używanie słowa Nowak zamiast Uchodźca. Miałam taki pomysł, żeby trafić ze swoim przekazem do grup, które raczej na co dzień się tym nie interesują. Natknęłam się na konkursy miss i pomyślałam, że dzięki nim mogę dotrzeć do milionów osób w Polsce. Więc weszłam w to, wzięłam udział w konkursie. W całym tym miss świecie było tyle przykładów na potwierdzenie patriarchatu, że z moim partnerem zdecydowaliśmy się o tym zrobić film. I tak pracowaliśmy cztery lata. Wszystko to miało być z dystansem do bohaterki, czyli do mnie, bo dystans do siebie i swojego wizerunku jest ważny, żeby wiedzieć, jak i do czego go wykorzystać.

Do 2020 roku byłam Polką, polską artystką, a teraz jestem nazywana artystką i aktywistką polsko-białoruską albo białoruską. Mój zawód i to, jak ludzie mnie postrzegają, uległo w pewnym sensie deformacji. 

We wrześnu 2020, już po wyborach w Białorusi, wiedziałam że moje PKB będzie bardziej przydatne w Polsce niż w więzieniu białoruskim. Zaczęłam codziennie przychodzić przed budynek, w którym mieści się przedstawicielstwo europarlamentu w Warszawie, i przez minutę krzyczałam dla Białorusi. Każdego dnia o tej samej godzinie przychodziłam i krzyczałam. To był swego rodzaju pomnik w czasie, dość utopijny pomysł.

Tam poznałam cztery osoby, które – jeszcze ze śladami siniaków – przyjechały z Białorusi.

Były w jakiejś patologicznej sytuacji, bo białoruski rząd zablokował ich konta, a tu ci ludzie spali w najtańszym hostelu, nigdzie nie mogli otrzymać informacji ani o tym, jak starać się o ochronę międzynarodową, ani jak założyć konto w Polsce. Wpisali w Google "Białoruś Warszawa pomoc", znaleźli jakąś organizację, ale nie otrzymali kompletnie żadnego wsparcia.

Potem się okazało, że takich osób jest o wiele więcej. I tworzy się kula śniegowa potrzeb. Mnie wtedy jakby ktoś patelnią w głowę uderzył, bo zawsze myślałam, że jak są organizacje czy fundacje zajmujące się pomocą, to tam wszystko działa. A okazuje się, że nie.

Więc zaczęliśmy na własną rękę pomagać – my, czyli ekipa Partyzantki. Są w niej różne osoby, w Polsce żyjące od 5–15 lat, które sobie obiecały, że nie będą już robić nic związanego z Białorusią. No i nagle one poczuły, że jest potrzeba. I łączy nas poczucie solidarności. Stworzyliśmy strukturę opartą na podziale na ministerstwa pomocowe: od zajmującego się językiem polskim aż do ministerstwa finansów. Chodziło nam o coś więcej, nie tylko o łączenie ludzi w pary: tych, którzy potrzebują się nauczyć języka, z tymi, którzy go znają, czyli taki trochę Tinder językowy, ale też o głębszą więź, wsparcie, wymianę informacji.

Kiedy minął rok od białoruskiej rewolucji, w Polsce cały czas Białorusini mieli problemy, i to takie podstawowe. Udało mi się "dokrzyczeć" do Senatu. Mówiłam tam, że jeśli ktoś przyjeżdża na granicę, a Straż Graniczna nie mówi ani po rosyjsku, ani po białorusku, to fajnie by było, gdyby pojawił się taki numer, pod który ten człowiek będzie mógł zadzwonić i dowiedzieć się co dalej. Wtedy do Polski przyjechało już między 300 a 500 tys. Białorusinów.

Przyjechałam do Polski z Białorusi na studia w 2010 rokuPrzyjechałam do Polski z Białorusi na studia w 2010 roku fot. Karol Grygoruk / RATS Agency

Teraz

Po pierwszej wizycie na granicy ukraińskiej byłam przerażona. Koleżanka z TVN-u mnie zaprosiła, żebym mogła zrobić raban, zwrócić uwagę Dworczyka, że tej pomocy, która jest tak bardzo potrzebna, na miejscu nie ma. A przecież od jej dostarczania są centra zarządzania kryzysowego!

Po pierwszej wizycie na granicy ukraińskiej byłam tak tym wszystkim przerażona. Szczególnie zdjęciami osób tłoczących ze strony ukraińskiej. Myślałam od razu o systemowym rozwiązaniu i dlatego próbowałam dotrzeć do Dworczyka, żeby zwrócić uwagę, że tej pomocy, która jest tak bardzo potrzebna jak po ukraińskiej, tak i polskiej stronie, na miejscu nie ma. A przecież od tego są centra zarządzania kryzysowego!

Dostaliśmy wtedy od Straży Granicznej biuro, żeby móc sobie zrobić kawę, ogrzać się. I dostarczać ludziom informacje. Miły gest, ale czy to wystarczająco dużo: że pozwalają nam pomagać i nie przeszkadzają?

I tak z jednej strony ludzie spychani przez WOT, który mówi, że udziela informacji, a zna tylko kilka słów: "żenszczina, chodzim chodzim, bezplatna". Z drugiej strony wpadające w panikę kobiety, które nie wiedziały, że podjeżdżające niemieckie autobusy to polska państwowa pomoc. Przecież to taka ważna ludzka potrzeba: wiedzieć, co się z tobą stanie za chwilę.

Jako Stewardesy Pokoju jeździmy autobusem między granicą a Przemyślem, tłumaczymy, rozmawiamy. Po rosyjsku. 

Przez naszą grupę w Medyce przewinęło się już ponad 70 osób, niektórzy zostawali na tydzień, inni na trzy miesiące. To głównie Białorusinki i Białorusini ale też osoby z Polski, Litwy, Ukrainy.

Żeby było łatwiej odróżnić naszych ludzi, wymyśliłam uniformy, które uszyła zaprzyjaźniona firma. I z powodu tych uniformów słyszałam potem, że to jest mój PR. Bo one nie wyglądały jak typowa żółta kamizelka. No nie mam siły!

A co mnie przeraża? Dziś chyba jeszcze bardziej to, że nic w systemowy sposób nie zostało rozwiązane aż do lipca. Że nie ma współpracy między NGO-sami, nieformalnymi grupami, rządem, samorządem lokalnym. Jak to jest możliwe, że jesteśmy jedynymi, którzy udzielają informacji 24 godziny na dobę przez siedem dni w tygodniu w zrozumiałym dla ludzi z Ukrainy języku?

Ale z tym językiem i białoruskością nie jest tak łatwo. Chyba w drugim tygodniu wojny pojawiła się wiadomość, że z białoruskiej strony na Ukrainę leciały rakiety. I wzmogła się agresja na granicy w stosunku do nas, ludzi z Białorusi.

Na początku chodziliśmy z dwiema flagami: ukraińską i białoruską. Mieliśmy ulotki i plakaty z napisem o darmowym białoruskim wsparciu dla osób z Ukrainy. Ale niektórzy nas przeganiali, zrywali plakaty, inni nie chcieli z nami rozmawiać. Oczywiście kiedy w autobusach najpierw witaliśmy ludzi, przekazywaliśmy informacje, a dopiero na koniec mówiliśmy, że jesteśmy Białorusinami i że Białoruś to nie tylko Łukaszenka, większość mówiła, że rozumieją i są nam wdzięczni za pomoc. Ale głosów sprzeciwu jest wiele. Ludzie mają pretensje, porównują rewolucję Białorusinów z Majdanem. Pytają, czemu się nie postawiliśmy jak trzeba. Albo porównują liczbę ofiar. No przecież nie da się tego porównać.

Raz na granicy pomagałam chłopakowi z Nigerii. Z powodu koloru skóry wyciągali go z autobusu. On miał atak paniki, a ze mnie w stresie wyszło takie zdanie: "Ja jestem z Białorusi, też jestem dyskryminowana".

Czuję teraz coraz większą grupową presję, żeby nagłośnić temat tej dyskryminacji. Ale najpierw mówiłam sobie i innym: spokojnie, poczekajmy, lepiej pokażmy ludziom, ile dobra możemy zrobić. Jednak cała ta sytuacja wywołuje pewien rodzaj traumy i strachu. Ja się na przykład boję rozmawiać z moimi ukraińskimi znajomymi, żeby przypadkiem ich nie stracić.

A przecież w Białorusi też jest jakby wojna, są ofiary. Ludzie siedzą w więzieniach, słyszą wyroki, są torturowani. To wszystko już ludzi nie dziwi. Albo wydaje się im, że tego nie ma. A jest.

Wiele jest niuansów, o których nie wypada mówić. W kontekście ukraińskim nie wypada. A napięcie rośnie.

Wystarczy posiedzieć przez 20 minut na poczcie polskiej, kiedy przychodzi Ukrainka i chce się o coś grzecznie dopytać. Zaraz jakiś Polak się odzywa: "Och, Ukrainka, to im wszystko wolno, Warszawę zaraz zabiorą".

Albo inna historia: dzięki współpracy z Teatrem Komuna robię taki dokumentalny stand-up, stworzony jeszcze przed wojną. I będąc w Białymstoku na festiwalu, w scenografii zamieściłam obraz, który zrobił mój partner. Wykonał go na protest – to była ukraińska flaga i cytat Pussy Riot: "Bogurodzico, przegoń Putina". Zostało to odebrane jako obraza. Strasznie mnie to zadziwiło: można Pussy Riot lubić, nienawidzić, nie rozumieć, ale to, ile one zrobiły dla walki z Putinem, jest niepodważalne. Odwracanie się od nich tylko dlatego, że się urodziły w Rosji, moim zdaniem jest pomyłką. Przecież to, skąd pochodzimy, jest zupełnie niezależne od nas!

A co mnie przeraża? Dziś chyba jeszcze bardziej to, że nic w systemowy sposób nie zostało rozwiązane aż do lipcaA co mnie przeraża? Dziś chyba jeszcze bardziej to, że nic w systemowy sposób nie zostało rozwiązane aż do lipca fot. Karol Grygoruk / RATS Agency

Przyszłość

Będę próbowała teraz trochę się pozbierać, przystopować, żeby to wszystko mi na głowę nie siadło za bardzo. Staram się skupić, a tu telefon i wiesz, zaraz wszystko się rzuca, bo ważna sprawa wisi w powietrzu.

Trochę to jest marzenie, bo wiem, jak jest mi trudno się odkleić od tej pracy w terenie.

Stewardesy są oddelegowane gdzie trzeba, Partyzantki też sobie prawie same radzą.

A w świecie sztuki, rzecz jasna, wszystko toczy się dalej.

Chcemy skończyć film, który wydaje się coraz bardziej aktualny. Bo jeśli nie zrozumiemy, jakie mechanizmy rządzą poszczególnymi krajami, narodami i światem, to nie pójdziemy do przodu. A według statystyk osoby w Polsce, które określają się jako te o feministycznych poglądach, to ledwie 4 proc. społeczeństwa. Feminizm wciąż jest tematem tabu. Dlaczego? Dlatego, że się tego mechanizmu, jakim jest patriarchat, nie wizualizuje w popularny sposób.

Wiesz, nawet na tej granicy miałam kolejne przykłady do wykorzystania w filmie: WOT-owcy rzucający: "no chodź, słoneczko", bagatelizowanie naszej roli, bo jesteśmy kobietami. Ten film to taka trochę moja misja do zrealizowania przez kulturę.

Podczas ostatniego stand-upu dokumentalnego podeszły do mnie Białorusinki i powiedziały, że mam się na kulturze skupić i że jak potrzebuję pomocy w działaniach na granicy, to one mogą pomagać. I ja niby to wiem, ale kultura jest jednak jakoś dalej na piramidzie Masłowa.

Ale zdaję sobie sprawę, że z czasem wrzawa – nawet wokół najważniejszych tematów – cichnie. I tak też będzie z Ukrainą. Wtedy kultura powinna tworzyć powody do mówienia o sprawie na nowo. Do refleksji. Do poruszania tematu w mediach. Dlatego chciałabym wracać powoli do przestrzeni kultury.

Pomyśl, dlaczego Polacy tak fantastycznie ruszyli z pomocą Ukraińcom? Ja myślę, że też dlatego, że ważne dla nich jest hasło "Solidarność". Zamknięte w przemyślanej grafice, która istnieje w świadomości każdego Polaka i każdej Polki.

I ja bym chciała taką kulturę tworzyć. Która będzie działać i poruszać. Bo jeśli w ten sposób można poszerzać horyzonty empatii w ważnych sprawach, to trzeba to robić.

Anna Alboth. Dziennikarka i aktywistka. Media officer w Minority Rights Group, prowadzi programy dla europejskich dziennikarzy, a z wyjazdów, które organizowała na granice unijne i do obozów dla uchodźców w Europie i Afryce powstało ponad 600 tekstów i nagrań. Od 20 lat publikuje w polskich mediach, najczęściej na tematy prawoczłowiecze. Współtworzyła organizację European Youth Press, inicjowała kampanie migracyjne: od zbiórek do śpiworów do nominowanego do Pokojowej Nagrody Nobla: Civil March For Aleppo.

Karol Grygoruk. Fotograf dokumentalny. Absolwent Instytutu Stosowanych Nauk Społecznych UW oraz doktorant w Instytucie Twórczej Fotografii w Opavie. Wykładowca na Akademii Sztuk Pięknych w Szczecinie. Współtwórca agencji RATS. W projektach dokumentalnych i pracy naukowej, skupia się na tematyce społecznego wykluczenia, fotografii zaangażowanej, etyce oraz wpływie nowych mediów na kulturę wizualną. Mieszka i pracuje między Warszawą i Bliskim Wschodem.

Podziel się z nami swoją historią

Wybuch wojny w Ukrainie diametralnie zmienił otaczającą nas rzeczywistość. Projekt reportersko-fotograficzny "SMS: Świat skończył się dzisiaj" to próba zrozumienia tego, co dzieje się wokół nas. Teksty przygotowała Anna Alboth, zdjęcia - Karol Grygoruk. Podziel się z nami swoją historią. Opowiedz nam, co zmieniło się 24 lutego, jak wojna wpłynęła na Twoje życie. Wyślij formularz zgłoszeniowy do 31 sierpnia 2022 r. Krótko opisz swoje doświadczenia. O tym, kto dołączy do Tarasa, Oleny, Jany, Karoliny i Szymona, poinformujemy mejlowo, najpóźniej do 20 września.

Wyślij formularz