Lata temu, przed rosyjską agresją na Ukrainę w 2014 roku, uczestniczyłam w spotkaniu kobiet ze znaną psycholożką. Mówiła o miłości, seksie, ale dopiero gdy zakrzyknęła: "Dziewczyny! Przestańcie się umartwiać! Wasze babcie odkładały na czarną godzinę, bo przeżyły wojnę. Wy niczego nie musicie się obawiać! Czarnej godziny nie będzie" – sala zareagowała najmocniej. Do dziś pamiętam tamto westchnienie ulgi.
Potrzeba bezpieczeństwa jest fundamentalna dla każdego człowieka. Tylko że problem polega na tym, że ono nikomu nie jest dane raz na zawsze, dlatego powiedzieć "końca świata nie będzie" jest – delikatnie mówiąc – nieodpowiedzialne. Tego nie można zrobić nigdy.
Czarne godziny zawsze będą się zdarzały w przyszłości, tak jak zdarzały się w przeszłości.
To nie nasze babcie wymyśliły to określenie. W 1888 roku ukazała się książka Ignacego Kraszewskiego zatytułowana "Czarna godzina". Ponad 130 lat temu polski publicysta rozważał kwestie rozmaitych trudności – dotyczących głównie materialnych aspektów życia – które mogą człowieka dopaść w trudnej do przewidzenia perspektywie czasu. Dzieło nie zrobiło furory.
Jako psycholog najlepiej pan wie i rozumie dlaczego. Kobiety uczestniczące w spotkaniu, któremu się przysłuchiwałam, były udręczone wiecznym zamartwianiem się i szczęśliwe, gdy usłyszały kojące "wszystko będzie dobrze". To są wspaniałe słowa, które chyba wszyscy potrzebujemy od czasu do czasu usłyszeć.
Oczywiście.
"Wszystko będzie dobrze", "nie ma żadnej czarnej godziny" – to są piękne zaklęcia. Wszyscy opieramy swoje funkcjonowanie na iluzjach. Psychologowie wyróżnili ich kilkaset.
Z punktu widzenia finansów szczególnie ważne są te dotyczące bezpieczeństwa – które wielu osobom daje praca na etat, świadomość odprowadzanych składek do ZUS – czy kontroli, która daje poczucie zdecydowanie większego wpływu na różne rzeczy, niż faktycznie mamy.
Pamiętajmy również o iluzji postępu.
Czyli przekonaniu, że jest dobrze, a będzie coraz lepiej i lepiej. Jeszcze kilkanaście lat temu wielu z nas tak właśnie patrzyło na życie.
Na tej iluzji zbudowano całą konsumpcyjną filozofię życia! I prawdą jest, że można to było racjonalnie podbudować: system polityczny w naszym kraju się zmienił, dołączyliśmy do świata zachodniego, przyjęto nas do Unii Europejskiej i NATO. Ze wszystkich stron zabezpieczyliśmy swoje bezpieczeństwo, a w dodatku gospodarka się rozwijała – byliśmy "zieloną wyspą".
Z ekonomicznego punktu widzenia opłaca się lansować huraoptymizm, dlatego też bywa on sztucznie pompowany. Politycy, ale też my sami, bardzo umiejętnie potrafimy przywoływać przeróżne statystyki – porównywać np. średnie pensje czy standard życia rok do roku – żeby sobie udowadniać, że jest coraz lepiej. Nie ma żadnej sinusoidy! Jest stały wzrost! – to wszystko są zaklęcia.
À propos polityków – chcę zwrócić uwagę na bardzo ważną iluzję sprawiedliwego świata, w którym obowiązują przewidywalne reguły, np. związki przyczynowo-skutkowe. Świat jawi się jako przyjazny, taki, w którym nic złego się nie przydarzy tym, którzy kierują się zdrowym rozsądkiem i minimalizują ryzyko problemów.
Tą iluzją bardzo łatwo manipulować – można np. roztoczyć wizję, że sprawiedliwy świat nastąpi dopiero po wyborach.
Mówi pan, że to iluzje, a przecież bez poczucia, że jesteśmy bezpieczni, mamy wpływ na swoje życie, a świat jest sprawiedliwy, trudno by było żyć.
Nieprzypadkowo psychologowie prof. Mirosław Kofta i dr Teresa Szustrowa napisali książkę "Złudzenia, które pozwalają żyć".
Tylko widzi pani, nawiążę do mojego guru, amerykańskiego psychologa dr. Martina Seligmana, który pisze, że optymizm jest fantastyczną sprawą i nie da się bez niego żyć, tylko trzeba pamiętać o jednej rzeczy: okej, można chodzić z głową w chmurach, ale nogi trzeba trzymać mocno na ziemi!
Każdy z nas potrzebuje balansu, który tak naprawdę opiera się na bilansie rozmaitych zasobów, m.in. finansowych. Nieszczęście zaczyna się wtedy, kiedy człowiek "traci kontakt z bazą", czyli jego przekonania o otaczającym świecie składają się wyłącznie z iluzji.
Powiedział pan, że końca czarnej godziny nigdy nie należało ogłaszać. Dziś na pewno można ogłosić powrót ery czarnej godziny.
Stara zasada: w łańcuchu najważniejszych jest nie 120 mocnych, ale to jedno jedyne ogniwo, które jest słabe. Czarna godzina następuje tam, gdzie nieprzyjazna okoliczność lub okoliczności trafiają w to miejsce. Tyle wystarczy, żeby nasz, nawet mozolnie zbudowany, skomplikowany życiowy system runął.
Chronimy się myśleniem życzeniowym, zgodnie z którym nieszczęścia przytrafiają się tylko innym, dlatego bardzo niechętnie dopuszczamy do siebie prawdę, że każdemu bez wyjątku zagraża czarna godzina oznaczająca zdarzenie losowe, którego nijak nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Człowiek może być młody i cieszyć się pełnym dobrostanem zdrowotnym, ale będzie miał wypadek czy usłyszy fatalną diagnozę i stanie twarzą w twarz z końcem dotychczasowego życia.
Do tego dochodzą oczywiście czarne godziny, które uderzają w zbiorowe poczucie bezpieczeństwa. W ostatnich latach było ich całe mnóstwo: pandemia, wojna w Ukrainie, a teraz na Bliskim Wschodzie, aktualnie w naszym kraju – i nie tylko – powódź.
A ponieważ na to wszystko nakłada się jeszcze wizja zbliżającej się globalnej katastrofy klimatycznej, możemy obserwować zjawisko masy krytycznej, przesytu – kiedy czerwonych flag "Uwaga! Niebezpieczeństwo!" pojawia się zbyt wiele, one przestają działać.
Po drodze mieliśmy jeszcze inflację. Moja znajoma, obserwując w tamtym czasie tłumy w kawiarniach i restauracjach, komentowała: "To bal na Titanicu!". Kiedy człowiek traci – jak pan twierdzi iluzję – że ma wpływ na to, co będzie, może machnąć ręką: Bawmy się póki czas.
O to właśnie chodzi. A im więcej pojawia się sygnałów ostrzegawczych, tym mniej jesteśmy na nie wrażliwi. Podwyższamy swój próg wrażliwości. Pandemia dotknęła bezpośrednio każdego i proszę zwrócić uwagę, że wcale nie skłoniła Polaków do oszczędzania.
Jak nie odkładaliśmy na czarną godzinę, tak nie odkładamy – potwierdzają to kolejne dane.
Co więcej, minęło raptem parę lat, a ludzie coraz częściej mają tendencję do wybiórczego wspominania epidemii koronawirusa. Sięgają pamięcią nie do permanentnego poczucia zagrożenia życia, ale do pozytywów, które w tamtym czasie były ich udziałem, choćby pracy zdalnej czy możliwości spędzania więcej czasu z rodziną. Nasza psychika nieustannie dąży do tego, by postrzegać rzeczywistość jako bardziej przyjazną, niż ona w rzeczywistości jest.
Na konkretne pytanie, jak przygotować się na czarną godzinę, ekonomiści odpowiadają: zgromadzić zapas 6, a najlepiej 12 pensji.
Kiedy nasze babcie zarządzały budżetem domowym, posługiwały się tzw. systemem kopertowym. Pieniądze odkładane – z każdej pensji – do jednej z kopert były przeznaczone właśnie na czarną godzinę. Nie wolno ich było pod żadnym pozorem tknąć. Dziś można ten system bez najmniejszego problemu uprawiać na kontach i subkontach bankowych. Na czarną godzinę kiedyś i dziś ludzie zaopatrują się też m.in. w złoto.
Maciej Samcik nazywa to inwestycją "na wypadek końca świata".
Złoto jest nie tylko ponadczasowe i uniwersalne, ale też z psychologicznego punktu widzenia ma tę zaletę, że jeśli trzyma pani pieniądze w nawet najlepszej skrytce w domu, to zawsze jest ryzyko, że panią skusi i coś z tego pliku banknotów pani uszczknie. A złoto jest nienaruszalne. Od uchodźców z Ukrainy słyszałem, że kiedy uciekali z domów, zabierali m.in. biżuterię, kosztowności.
Znam Polaków, którzy obawiając się wojny w naszym kraju, wybudowali sobie piwniczko-ziemianki. Ja zakupiłem agregat prądotwórczy. Mieszkam w domu i gdyby zabrakło zasilania, leżę na łopatkach: nie mam ani ogrzewania, ani światła. Podejmowanie takich działań na pewno ma sens. Pełnej kontroli i wpływu na to, co nam się przydarzy, nigdy nie osiągniemy, co nie zmienia faktu, że należy szacować – i minimalizować – ryzyka. Jeżeli ktoś jest huraoptymistą – hulaj dusza, piekła nie ma – oznacza to, że jest skłonny do niedoszacowania ryzyka. W psychologii pod tym pojęciem rozumie się iloczyn wielkości straty oraz prawdopodobieństwa zdarzenia się tej straty. Jeśli wybuduję sobie dom na terenie zalewowym, ryzyko, że go stracę przy następnym kataklizmie, jest spore.
Zabezpieczaniem się na czarną godzinę są oczywiście ubezpieczenia od rozmaitych zdarzeń. W czasie powodzi w 1997 roku premier Włodzimierz Cimoszewicz zasłynął niefortunną wypowiedzią: "Trzeba było się ubezpieczyć".
Niby czasy się zmieniły – dziś rząd gwarantuje pomoc wszystkim powodzianom, a premier Donald Tusk mianuje Marcina Kierwińskiego, który składa mandat w europarlamencie, by zostać pełnomocnikiem rządu ds. odbudowy po powodzi – a jednak nie do końca. Jak wtedy, tak dziś nie wszyscy powodzianie byli ubezpieczeni. Niektórzy tłumaczyli dziennikarzom: Nie kupiliśmy polisy na dom, bo nas na nią nie stać.
To jest ważna kwestia. Zabezpieczanie się lub nie na czarną godzinę jest bardzo silnie powiązane z tym, jakimi zasobami dysponujemy. Kilka milionów osób w naszym kraju ledwie wiąże koniec z końcem. Mowy nie ma o tym, żeby mogli cokolwiek odkładać.
Druga – z psychologicznego punktu widzenia nie mniej ważna – sprawa jest taka, że we wszystkich teoriach i całej wiedzy na temat oszczędzania zawsze zwraca się uwagę również na rzecz, która wynika wprost z naszej osobowości, naszego charakteru, temperamentu, a mianowicie na zdolność do odraczania gratyfikacji.
Odmówienia sobie przyjemności teraz, tutaj, natychmiast.
To jest fundament. Zdolność ta kształtuje się w człowieku mniej więcej do dziewiątego roku życia. Wszyscy ją posiadamy, tyle że w różnym stopniu.
Po latach wciąż aktualne i cenne są wyniki eksperymentu Waltera Mischela z 1972 roku. Dzieciom rozdano po ciastku i obiecano, że jeśli go nie zjedzą, za kwadrans dostaną kolejne. Tylko części udało się wytrwać. Eksperyment kontynuowano przez lata. Obserwowano, jak potoczą się losy tych dzieciaków. Różnica była zasadnicza.
Udowodniono, że zdolność do odraczania gratyfikacji determinuje całe mnóstwo naszych zdrowych zachowań, począwszy od radzenia sobie ze stresem, planowaniem, organizacją pracy, ale i spraw prywatnych.
Bez wątpienia warto tę umiejętność ćwiczyć.
W jaki sposób?
Wiele banków oferuje dziecięce i młodzieżowe karty bankowe. To jest edukacja finansowa poprzez frajdę. Dzieciaki dostają stówkę kieszonkowego, dwie stówki od dziadków na urodziny, zasilają konto, widzą, jak pieniędzy przybywa. I oczywiście – jak ich ubywa, gdy robią zakupy. Młody człowiek porównuje się do rodzeństwa, kolegów, sam ze sobą się ściga, ile mu się uda zgromadzić pieniędzy – to uczy gospodarowania.
Co z dorosłymi, którzy tego nie potrafią, a może i potrafią, ale – jak sam pan powiedział – nic na czarną godzinę nie odłożą, bo ledwie wiążą koniec z końcem?
Iluzja poczucia bezpieczeństwa podpowiada wiele narzędzi prostych, łatwych, prawie że bezbolesnych, pod tytułem kredyt albo chwilówka.
Nie ma się co przejmować na zapas, jeśli coś złego się wydarzy, to bez problemu zdobędę kasę z tego czy innego źródła. To są koła ratunkowe, które zwalniają człowieka z obowiązku uczenia się pływać. Koła bardzo kosztowne! Prosta droga, by wpaść w spiralę zadłużenia.
No dobrze, ale jeśli człowiek naprawdę tu i teraz nie ma, to co ma zrobić, żeby nie tylko ogarnąć rzeczywistość, ale jeszcze przegnać lęk o przyszłość?
Ja nigdy nikogo nie straszę czarną godziną.
Psycholog – podobnie jak polityk – który by tylko straszył, nie zyskałby posłuchu. Zamiast tego powtarzam, że nikt z nas nie budzi się codziennie rano z myślą: co będę robił/robiła do końca życia?
Nikt nie podejmuje bieżących, operacyjnych działań z perspektywą "aż do śmierci". Perspektywa jest kluczowa, a im sytuacja finansowa człowieka jest trudniejsza, tym należy ją przyjąć krótszą. Kiedy jestem w totalnych tarapatach, skupiam się na najmniejszej jednostce operacyjnej, którą jest doba. Racjonalnymi postanowieniami co do tego, jak się będę zachowywał, obejmuję najbliższe 24 godziny. A na koniec dnia jest podsumowanie i rozliczenie. Sukces: od nikogo nie pożyczyłem ani złotówki!
Jak już mi to wejdzie w krew, przyjmuję perspektywę tygodnia, potem miesiąca. Uczę się lepiej, z większą satysfakcją gospodarować pieniędzmi. Budżet to jest tort, który można dzielić na wiele sposobów.
Perspektywa pięcio-, siedmio-, dziesięcioletnia pojawi się w głowie dopiero po czasie. I człowiek nie będzie sobie nią zaprzątał myśli każdego dnia, tylko od czasu do czasu.
Metoda małych kroków, tak?
Ona się sprawdza nie tylko w terapii uzależnień, ale też w pracy nad odzyskiwaniem wpływu na przeróżne sfery życia. Wpływ jest tutaj kwestią kluczową. Co leży w zakresie moich możliwości? Robię to, na co mam wpływ! A tym, na co nie mam wpływu, nie zawracam sobie głowy.
Na warsztatach z dłużnikami, żeby uświadomić hierarchię ważności, czasem proponuję ludziom ćwiczenie myślowe: proszę sobie wyobrazić, że słyszy pani komunikat, że za pięć minut będzie koniec świata. To jest nieodwołalne. Na co by pani wykorzystała ten czas?
Na telefony do bliskich. Mówiłabym, że kocham.
No jasne. Praca, pieniądze są bardzo ważne, ale nie najważniejsze. One nie przesądzają o tym, jakimi jesteśmy ludźmi. Oczywiście: planujemy wydatki, oszczędzamy, ubezpieczamy się…
A nawet zaopatrujemy w agregaty prądotwórcze!
(śmiech) Zapobiegliwość, zdrowy rozsądek nikomu jeszcze nie przeszkodziły w życiu. Ale też bez przesady! Natura jest bardzo mądra. Moglibyśmy mieć wzrok tak doskonale czuły, że widzielibyśmy wszystko niczym przez mikroskop. Proszę sobie wyobrazić tę dżunglę bakterii, roztoczy, mikrobów wokół! Na co to komu?
Analogicznie codzienne zamartwianie się tym, co się wydarzy za 10–20 lat, "na starość", albo nieustanne wymyślanie kolejnych czarnych godzin, które mogą nas dopaść, jest nikomu do niczego niepotrzebne. Tak samo jak zdrowy rozsądek człowiekowi jest potrzebny zdrowy dystans.
Pytanie, jak daleko powinniśmy sięgać myślami, żeby to było zdrowe dla naszej psychiki?
Wyobraźmy sobie, że płyniemy rzeką. Możemy siedzieć w łódce i nią sterować. Możemy patrzeć tuż przed siebie, obejmować wzrokiem kilka, najwyżej kilkanaście metrów, ale też mieć perspektywę najbliższego zakrętu lub docelowego punktu podróży, nawet jeśli ta podróż jest rozłożona na kilka dni. Można się też zdać na ślepy los. Sterowanie łódką a bycie jak kłoda drewna, która daje się nieść nurtowi rzeki, to są dwie zupełnie inne filozofie życiowe. Dobry punkt wyjścia to jest poczucie, że płyniemy łódką i cały czas trzymamy w rękach ster.
Roman Pomianowski. Psycholog, inicjator Programu Wsparcia Zadłużonych w Poznaniu – oferty działań doradczych i edukacyjnych zmierzających do przygotowania osób zadłużonych do obsługi swoich zobowiązań oraz zbudowania systemu wsparcia, np. we Wspólnocie Dłużników Anonimowych. Prowadzi szkolenia dla osób pracujących z zadłużonymi. Był członkiem Zespołu Ekspertów ds. Alimentów działającego przy RPO. Konsekwentnie bezpartyjny.
Anna Kalita. Fascynują ją ludzie i ich historie oraz praca, która pozwala jej te historie opowiadać. Kontakt do autorki: anna.kalita@agora.pl.


