Po prostu pieniądze
Zdjęcie ilustracyjne (Fot. Grzegorz Skowronek / Agencja Wyborcza.pl)
Zdjęcie ilustracyjne (Fot. Grzegorz Skowronek / Agencja Wyborcza.pl)
Weekend Gazeta.pl zaprasza do rozmowy o pieniądzach. Bez warszawocentryzmu, bez wstydu, bez tezy. W nowym cyklu Anna Kalita pyta nie tylko o oszczędności i kredyty, lecz także o wydatki na edukację czy o skrajne ubóstwo.

O tym, że duża część naszego społeczeństwa nie ma żadnych oszczędności, instytucje finansowe informują od lat. Wyniki badań, które przeprowadziła pani w październiku tego roku, potwierdzają tę tezę. Chciałabym, żebyśmy skupiły się na tych osobach, które nie oszczędzają, mimo że je na to stać. Jeśli ktoś jest pod kreską, to oczywiste, że nie odkłada.

To wcale nie jest takie proste, że nie oszczędzają te osoby, które mają mało pieniędzy, a te, które mają dużo, oszczędzają.

Ale po kolei. Ekonomiści są zgodni, że człowiek powinien mieć zabezpieczenie, które w razie utraty pracy pozwoli mu przeżyć pół roku. Wyniki naszego badania* pokazały, że taką bezpieczną poduszkę finansową ma zaledwie 28 proc. Polaków.

Sytuacja pozostałej części jest dużo gorsza, a najbardziej niepokojące jest to, że 37 proc. Polaków ma zgromadzonych tylko tyle pieniędzy, że wystarczyłoby im na przeżycie maksymalnie dwóch miesięcy.

Prof. Dominika Maison (Fot. Archiwum prywatne)

Więcej niż co piąta osoba, bo dokładnie 22 proc., nie byłaby w stanie przeżyć nawet miesiąca. Jednocześnie 82 proc. ankietowanych uważa siebie za osoby oszczędne. Potwierdza to tezę, że nie stać nas na oszczędności. 

Niekoniecznie. Słowo "oszczędzanie" jest rozumiane na dwa sposoby: jako odkładanie pieniędzy na zabezpieczenie przyszłości, ale też jako oszczędności podczas dokonywania codziennych zakupów: kupowanie mniej lub kupowanie taniej.

Oszczędzam w ten sposób, że łapię okazje na przecenach?

Kupowanie na przecenach jest jedną z takich strategii oszczędzania podczas codziennych zakupów. Jednak również tu kryje się pułapka. A więc może komuś się wydawać, że jest osobą oszczędną, podczas gdy w rzeczywistości jest bardzo rozrzutny, ponieważ wpada w pułapkę promocji, ulega sklepowym pokusom i w rezultacie kupuje bardzo dużo niepotrzebnych rzeczy.

Zjawisko oszczędzania jest fascynujące. Badamy je z moimi współpracownikami od lat. Wśród osób, które kupują w sposób oszczędny, wyodrębniliśmy osoby, które są gospodarne, oraz te, o których mówimy, że zaciskają pasa. Jedni i drudzy robią dokładnie to samo – starają się minimalizować wydatki i odkładają pieniądze – jednak różnica polega na emocjach, które towarzyszą tym zachowaniom.

Ludzie gospodarni bardzo rozsądnie zarządzają swoimi pieniędzmi i zazwyczaj towarzyszą temu pozytywne emocje. Gdy kupią coś taniej, są zadowoleni, bo na przykład dzięki temu mogą kupić więcej lub zaoszczędzić na coś w przyszłości.

Uroczyste otwarcie galerii handlowej w Lublinie (Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Wyborcza.pl)

A ci, co zaciskają pasa, cierpią?

Tak, ponieważ to są osoby, które mają ciągłe poczucie, że są biedakami, że nie stać ich na wiele rzeczy, które chcieliby mieć. Często wcale nie zarabiają mniej niż osoby gospodarne, a jednak w ten sposób odbierają swoją sytuację, ich zakupom towarzyszą negatywne emocje, wstydzą się, że muszą ograniczać swoje wydatki. Uważają, że to, że muszą robić zakupy w tańszym markecie, jest niesprawiedliwe.

Ten sposób myślenia występuje bardzo często u materialistów, czyli u osób, które postrzegają swoją wartość, ale również wartość innych ludzi, przez pryzmat dóbr materialnych.

Co ciekawe, materializm jest cechą charakteru, która rozkłada się po równo w całym społeczeństwie. W każdej grupie – wśród młodszych i starszych, osób z niższym i z wyższym wykształceniem, wśród mieszkańców miast i wsi – ich znajdziemy.

Nasze ostatnie badania dotyczące Black Friday wykazały wyraźnie, że skorzystaniem z okazji promowanych w tym czasie są częściej zainteresowane osoby, dla których bardzo ważne są cele typowo materialistyczne, jak bycie bogatym czy osiągnięcie sukcesu finansowego. Black Friday nie jest komunikatem dla gospodarnych, ponieważ te osoby często powiedzą: "Niczego teraz nie potrzebuję, więc nie będę nic kupować". Natomiast osoby o wysokim poziomie materializmu częściej są podatne na komunikaty marketingowe informujące o zniżkach czy promocjach. Materialista zawsze ma niezaspokojone potrzeby konsumpcji, chce kupić kolejną rzecz, więc jest łasy okazji.

Uważa, że powinien jeździć autem klasy premium, i jeśli posiada samochód niższej klasy, jest z tej przyczyny nieszczęśliwy?

Jest to prawda do pewnego stopnia. Jednak trzeba bardzo uważać z interpretacją zachowań. To, że ktoś kupuje luksusowy i drogi samochód, nie musi oznaczać materializmu. Może go po prostu na taki samochód stać, ale gdy go kupi, nie potrzebuje od razu lepszego, droższego. Jednak w przypadku materialisty sytuacja wygląda inaczej. Ma on cały czas poczucie, że jego życie nie wygląda tak, jak powinno. Jego potrzeba posiadania jest niezaspokajalna. Kiedy w końcu kupi samochód klasy premium, to okaże się, że ktoś ma taki sam albo lepszy. I znowu pragnie czegoś lepszego, większego, droższego.

Czyli szukając partnera życiowego, lepiej nie decydować się na materialistę? Z taką osobą chyba trudno się żyje?

Uważam, że w związkach najważniejsze jest dopasowanie. Jednak niewiele osób zdaje sobie sprawę, że dopasowanie powinno dotyczyć takich kwestii jak podejście do pieniędzy, style wydawania pieniędzy czy wartości dotyczące posiadania. Materialista nie zrozumie niematerialisty.

'Black Friday nie jest komunikatem dla gospodarnych' (Fot. Cezary Aszkiełowicz / Agencja Wyborcza.pl)

Bo to frajer?

W oczach materialisty tak. "Jak możesz jeździć cały czas takim kiepskim samochodem? Nie masz żadnej ambicji?!"

Obserwacje życiowe pokazują, że ludzie często kłócą się o pieniądze. Potwierdzają to też badania naukowe. Moim zdaniem przyczyną tych kłótni są bardzo często priorytety. Już nas na to stać czy jeszcze nie? Najpierw odłożymy na przyszłość i na emeryturę czy wydamy pieniądze w tej chwili na przyjemności? A jeśli w tej chwili, to na kanapę czy na egzotyczną podróż? Co się dla nas liczy: posiadanie czy doświadczenia? Dlatego na pewno lepiej będzie dwóm materialistom, niż gdy w parze obie osoby mają odmienne podejście do pieniędzy.

Dopasowanie w podejściu do pieniędzy może być bardzo ważne, ale chcę wyraźnie powiedzieć, że nie jest tak, że tylko gospodarni "są fajni". Jak taki gospodarny za daleko pójdzie w swoim oszczędzaniu…

To się stanie sknerą.

A to też nie jest dobre. W zdrowym podejściu do pieniędzy bardzo ważna jest równowaga pomiędzy gospodarnością a radością wydawania. Oznacza to, że osoba powinna dobrze zarządzać swoim budżetem, a jak stać ją na coś, to wydawać i czerpać z tego przyjemności.

Wróćmy do oszczędzania.

Ekonomiści, którzy patrzą na zjawisko oszczędzania z makroperspektywy, często mówią, że jest ono bardzo mocno powiązane z tym, ile kto zarabia. I jeśli ktoś zarabia więcej, to ma większe oszczędności. I oczywiście do pewnego stopnia tak jest. Nie da się mieć bardzo dużych oszczędności, mając minimalne zarobki.

Jednak liczne badania, jakie przeprowadziłam ze swoim zespołem, wyraźnie wskazują, że nawyk oszczędzania, ale też ilość zaoszczędzonych pieniędzy lepiej wyjaśniają cechy psychologiczne niż same zarobki.

Prawda jest taka, że część osób po prostu nie potrafi oszczędzać. Wynika to często z różnego rodzaju cech lub deficytów psychologicznych. Po pierwsze, może stać za tym mała umiejętność odraczania gratyfikacji. Nie potrafią sobie powiedzieć: Nie muszę tego mieć teraz, kupię to za rok, kiedy się poprawi moja sytuacja finansowa.

Jak ktoś zarabia nawet mało, ale jest osobą sumienną, dobrze kontrolującą swoje zachowania, z tzw. przyszłościową perspektywą czasową – czyli bierze pod uwagę długofalowe konsekwencje swoich czynów – zazwyczaj jakieś oszczędności ma. Choćby minimalne, jeżeli mu na większe nie pozwalają zarobki.

Natomiast osoba nieposiadająca tych cech może zarabiać nawet bardzo duże pieniądze, ale jest w stanie wydać wszystko zaraz po otrzymaniu pensji, nic nie odkładając na przyszłość.

Ma pani na myśli zakupoholików?

Zakupoholizm jest klinicznym uzależnieniem od kupowania, które możemy uznać za chorobę. Nie dotyczy dużej grupy ludzi i raczej nie chciałabym tutaj mówić o tych osobach.

Natomiast wydawanie całej pensji bez odkładania pieniędzy wcale nie oznacza klinicznego zakupoholizmu, ale może wynikać z braku wspomnianej przeze mnie wcześniej gospodarności. Mogą to być po prostu hedoniści, osoby podejmujące bardzo spontaniczne decyzje – w tym decyzje zakupowe – cieszące się z każdej chwili, lubiące sobie sprawiać przyjemności. Dopóki nie zaburza im to codziennego funkcjonowania – w porządku. Najwyżej nie mają oszczędności. Natomiast jeżeli kupowanie staje się nadmiernym i niekontrolowanym kupowaniem, takim, że potem nie starcza im na opłacenie rachunków, możemy mówić o poważnym problemie.

'Ludzie gospodarni są zadowoleni gdy kupią coś taniej, bo dzięki temu mogą kupić więcej lub zaoszczędzić na coś w przyszłości' (Fot. Dominik Gajda / Agencja Wyborcza.pl)

Skupmy się na tych osobach, które nie oszczędzają, bo są pod kreską, nie starcza im na zaspokojenie codziennych potrzeb.

I tu trzeba dobrze zrozumieć, co to znaczy "zaspokojenie codziennych potrzeb". Dla jednych to mieć co jeść i dach nad głową, dla innych jest to opłacenie co miesiąc prywatnej szkoły i zajęcia pozalekcyjne dla dzieci, dobry samochód i zagraniczne wakacje dwa razy w roku. Jedni i drudzy mogą nie mieć oszczędności i jedni i drudzy mogą tłumaczyć, że nie mają na to, żeby mieć oszczędności.

Rzecz w tym, że u każdej z tych osób mamy bardzo różne poczucie, co jest wydatkiem koniecznym.

Są osoby, które obiektywnie żyją pod kreską. Mam na myśli na przykład samotną matkę pracującą za najniższą krajową, której dziecko nie łapie się na alimenty z Funduszu Alimentacyjnego, bo przekraczają próg dochodowy.

I tu znowu wiele zależy od cech charakteru i podejścia do pieniędzy. Niekiedy takie osoby potrafią coś odłożyć i mają tzw. zaskórniaki. 

Skąd się w człowieku bierze materializm? 

Materializm jest bardzo złożonym i nie do końca wyjaśnionym zjawiskiem. A w szczególności dyskusyjną kwestią jest jego geneza. Niewątpliwie źródeł materializmu można szukać w domu rodzinnym. Znaczenie ma obserwacja zachowań rodziców, jak patrzą na pieniądze, jakie wartości panują w domu. Zatem jednym z czynników jest powielanie wzorców panujących w domu rodzinnym.

Duże znaczenie – nie tylko dla rozwoju materializmu, ale i bardziej ogólnie, funkcjonowania w świecie finansów – ma również wychowanie. Na przykład to, jak rodzice traktują pieniądze w kontekście wychowania. Jeżeli na przykład płacą dziecku za dobre oceny czy sprzątanie domu, to przekazują wzorce, że wszystko można kupić i wysiłek warto podejmować tylko za pieniądze. Tak kreuje się materialistów. Także sposób, w jaki rodzice dają dzieciom kieszonkowe, może wpływać na ich późniejsze zachowania finansowe. Na przykład gdy rodzice dają dzieciom regularnie pieniądze, uczą je samodzielnego zarządzania nimi. Ale wtedy nie powinni mieć do dziecka pretensji, gdy wyda je "na głupoty". 

Tymczasem, jak pokazują nasze badania, niedawanie dziecku kieszonkowego, a jednocześnie dawanie mu pieniędzy za każdym razem, kiedy prosi: Mamo! Kup mi!, jest najgorszą rzeczą, jaką można zrobić w kontekście uczenia dziecka zarządzania pieniędzmi.

Przedświąteczny Poznań (Fot. Łukasz Ogrodowczyk / Agencja Wyborcza.pl)

Bo sprawia, że dziecku się wydaje, że jak jest potrzeba, to pieniądze zawsze po prostu spadają z nieba?

Szczególnie że jeśli nie da mama, to może da tata albo babcia. A jeżeli rodzice dadzą 20 czy choćby 10 zł na tydzień i dziecko wyda je natychmiast – na wspomniane "głupoty", jak na przykład chipsy w szkolnym sklepiku – i prosi o więcej, powinno usłyszeć: Wydałeś/wydałaś już wszystko, co dostałeś na tydzień, więc musisz poczekać do kolejnej wypłaty. Trudno. W przyszłym tygodniu znowu dostaniesz taką samą kwotę i będziesz mógł/mogła inaczej nią dysponować.

A jeśli mówimy o sytuacjach, gdy dziecko prosi o coś drogiego, co mocno wykracza poza jego kieszonkowe, na przykład rower, to "mądrzy finansowo" rodzice mogą powiedzieć: Dobrze, uzbieraj połowę jego ceny i jak będziesz miał tę kwotę, my ci dołożymy resztę i będzie rower.

W ten sposób młody człowiek uczy się zarządzania pieniędzmi, kontroli, nabiera poczucia sprawstwa, zaczyna sobie stawiać cele, przewidywać, planować. I w ten sposób uczy się również oszczędzania.

Mimo że nie ma szkół, które uczą bycia rodzicami, to jednak większość instynktownie raczej potrafi sobie z wychowaniem dziecka poradzić. Jednak problemem, na którym często zawodzi intuicja, jest właśnie socjalizacja finansowa. W naszych badaniach dotyczących edukacji finansowej wielu rodziców pokazywało dużą bezradność i niewiedzę, jak powinni postępować, na przykład czy rozmawiać z dzieckiem o pieniądzach, czy dawać kieszonkowe, czy kontrolować wydatki.

I czasami, niestety, postępowali źle, ucząc swoje dzieci zachowań nieadaptacyjnych, które mogą być przyczyną ich wielu negatywnych zachowań w dorosłym życiu, na przykład nadmiernego zadłużania.

Kiedy jest dobry czas na to, żeby zacząć rozmawiać z dzieckiem o pieniądzach?

Najprostsza reguła jest taka, żeby mówić, tłumaczyć, kiedy dziecko o to pyta, a nie mówić na przykład: Kiedy będziesz starszy, to się dowiesz. Jedno dziecko zapyta, gdy ma dwa lata, inne, gdy ma cztery.

W naszych badaniach byli rodzice, którzy traktowali rozmowy o pieniądzach jako swoiste tabu i rozmawiali o finansach tylko, jak dziecko spało. Natomiast bardzo ważne jest, aby traktować pieniądze jako naturalny element życia i odpowiadać dziecku, jak pyta, i nie ukrywać się przed dzieckiem z rozmowami o kwestiach finansowych.

Jeszcze 10 lat temu mogłoby się wydawać, że edukacja finansowa nie jest szczególnie istotna. Nasze babcie i nasi dziadkowie odkładali na czarną godzinę, pamiętając czasy wojny. My żyliśmy w złotych czasach, nasz świat wydawał się zmierzać tylko ku większemu dobrobytowi. Jednak po pandemii i wobec ataku Rosji na Ukrainę wydaje się, że powinniśmy zrewidować myślenie o przyszłości i pieniądzach, a wizja czarnej godziny powinna wrócić.

Wygląda jednak na to, że te doświadczenia nie wpłynęły na wszystkich w ten sam sposób. Ci, którzy mieli skłonność do oszczędzania, utwierdzili się w tym, że należy oszczędzać, i starają się zabezpieczać swoją przyszłość jeszcze bardziej. Natomiast osoby, które nie potrafią kontrolować wydatków, często utwierdziły się w tym, że nie ma nad życiem kontroli, ponieważ "nie wiadomo, co będzie! Trzeba się cieszyć życiem!".

Z oszczędzaniem jest jak z paleniem papierosów: wszyscy palacze wiedzą, że to niezdrowe, a jednak palą. Tak samo wszyscy doskonale wiedzą, że trzeba oszczędzać, jednak nie wszyscy to potrafią. A spośród tych, którzy nie potrafią, jedynie część zdaje sobie z tego sprawę. Ta świadoma część potrafi przyznać: "Rozchodzą mi się pieniądze. Nie potrafię kontrolować wydatków".

Kluczowe dla zmiany przyzwyczajeń jest uświadomienie sobie, że w dużym stopniu przyczyna tego, że nie mam oszczędności, leży we mnie. Kolejnym krokiem jest motywacja, by to zmienić. A jeżeli nie potrafimy, to można skorzystać z "pomocy zewnętrznej". Ciekawym przykładem takiego zewnętrznego wsparcia był powstały w Stanach Zjednoczonych Christmas Club, do którego mogły się zapisać osoby, które chciały zaoszczędzić na święta Bożego Narodzenia, ale zazwyczaj im się to nie udawało. Chodziło o to, że odkładanie pieniędzy z pensji odbywało się przez cały rok i automatycznie – człowiek dostawał pensję już pomniejszoną o ustaloną kwotę, na przykład 50 dolarów. A w grudniu, przed Bożym Narodzeniem, otrzymywał uzbieraną kwotę, której w inny sposób nie dałby rady odłożyć.

Niektórzy sami potrafią znaleźć w sobie siłę, by zmienić swoje nawyki, ale inni potrzebują tego typu zewnętrznego wsparcia. Niektóre banki w naszym kraju również starają się wspomagać oszczędzanie u swoich klientów, na przykład oferując im specjalne konta, z których niczego nie można wyciągnąć przed określoną datą.

Zobacz wideo O konsumpcjoniźmie mówi dr Tomasz Stawiszyński

Kiedy pani wspomniała o palaczach, od razu przyszedł mi do głowy miliard wytłumaczeń w stylu "Mój dziadek palił do dziewięćdziesiątki!". Ci, którzy nie oszczędzają, też mają swoje argumenty: "Zobacz, jaka inflacja! Nie ma sensu trzymać pieniędzy, trzeba kupować!". Jednak gdzieś tam podskórnie brak zabezpieczenia na przyszłość musi powodować lęk?

Nie u każdego. Ludzie posiłkują się wieloma mechanizmami obronnymi, między innymi wyparciem. "A ja wiem, czy dożyję do przyszłego roku?! Jakoś to będzie!" Natomiast z drugiej strony, jeśli ktoś ma pieniądze, to dlaczego miałby je w nieskończoność kisić i niczego nie wydawać?

Cała rzecz polega na tym, żeby dostosować to, ile się wydaje, do tego, ile się ma, tak, żeby zawsze chociaż trochę zostało. Niekoniecznie trzeba zawsze kupować mało i najtaniej i odmawiać sobie przyjemności. Ważne, żeby przyjemności, jakie sobie człowiek sprawia, były adekwatne do jego możliwości finansowych.

Weekend może być codziennie - najlepsze reportaże, rozmowy, inspiracje >>

Dominika Maison. Profesor psychologii. Pracuje na Wydziale Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego. Zajmuje się naukowo psychologią konsumenta i psychologią finansową. Od lat z powodzeniem łączy teorię z praktyką. Specjalizuje się w marketingu społecznym, badaniach postaw i zachowań finansowych. Współpracuje z wieloma uczelniami na świecie, m.in. w USA, Belgii, we Włoszech i w Indonezji. Autorka ponad 120 artykułów naukowych i kilkunastu książek, m.in. "Polak w świecie finansów" (2013, PWN), "Psychologia konsumenta" (PWN, 2014) oraz najnowszej "Jakościowe metody badań społecznych. Podejście aplikacyjne" (PWN, 2022).

Anna Kalita. Fascynują ją ludzie i ich historie oraz praca, która pozwala jej te historie opowiadać. Kontakt do autorki: anna.kalita@agora.pl.

*Badania przeprowadzono na reprezentatywnej ogólnopolskiej losowo-kwotowej grupie 1041 osób w wieku od 18 lat wzwyż (kwoty dobrane wg reprezentacji w populacji dla płci, wieku i wielkości miejscowości zamieszkania) w dniach 20–23 października 2023, LINK: https://panelariadna.pl/news/czy-jestesmy-oszczedni