Rozmowa
Szwedzi uczą dzieci w szkołach zaprzyjaźniania się. Zdjęcie ilustracyjne (Fot. Grzegorz Skowronek / Agencja Wyborcza.pl)
Szwedzi uczą dzieci w szkołach zaprzyjaźniania się. Zdjęcie ilustracyjne (Fot. Grzegorz Skowronek / Agencja Wyborcza.pl)

Początek roku szkolnego po raz kolejny rodzi w głowie pytania o to, co powinno się w polskiej szkole zmienić. Czego tak naprawdę potrzebują uczniowie?

Zacznijmy od ogórków. 

O wycieczce po ogórki małosolne opowiedziała mi Judyta, jedna z narratorek mojej książki "Cała nadzieja w szkole", która jest wychowawczynią w szkole podstawowej. Uczniowie poprosili ją, aby zabrała ich kiedyś na wycieczkę do... sklepu spożywczego. Gdy tam weszli, cała klasa 12-latków rzuciła się na ogórki małosolne. Nie chipsy, nie colę, nie słodycze – ogórki.  

O czym jest dla ciebie ta historia? 

O tym, że dzisiejsze 12-latki mają tak mało samodzielności w życiu, że możliwość samodzielnego wyboru produktu w sklepie jest dla nich ekscytująca.  

Według autorów raportu, na który powołujesz się w książce, głównym problemem naszego modelu edukacji jest "niezamierzone, lecz utrwalone zachęcanie uczniów do bierności", odbieranie im inicjatywy i ciekawości świata.  

Młodzi ludzie często skarżą mi się na brak możliwości wyboru, na to, że nie mogą w szkole o niczym decydować. Mówią, że nawet nie mają wpływu na to, co wisi na gazetce szkolnej, a co dopiero na to, czego chcą się uczyć. To naprawdę niepokojące. Nie zgadzam się z takim podejściem. Jeśli nie nauczymy się w młodym wieku, że mamy prawo decydować, że możemy wyrażać swój głos, ale i zmieniać zdanie, to nasze dorosłe życie stanie się dryfowaniem. Bardzo mi zależy na dawaniu dzieciom i młodzieży poczucia, że mają coś do powiedzenia. Tylko gdzie mają się tego nauczyć? W szkole to się może nie udać, bo ona ogranicza możliwości wyboru do minimum. 

Justyna Suchecka. (Fot. Wojtek Biały)

A później my, dorośli, od tych samych młodych ludzi oczekujemy, że będą odważni, samodzielni, odpowiedzialni.  

Ale jak to ma się stać? Magicznie z dnia na dzień? Kilka lat temu rozmawiałam z prof. Wojciechem Cellarym z Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu na temat kłopotu, który młodzi Polacy mają z rozwiązywaniem problemów. Profesor wskazywał na codzienne przykłady: nie pozwalamy dzieciom kupować samodzielnie biletu w automacie, kupujemy sami, bo tak jest szybciej, w szkole uczniowie nie mogą własnoręcznie obsługiwać sprzętów takich jak mikroskop, "bo jeszcze popsują". Kiedy mają więc się nauczyć, co się jak robi, co jak działa, że różne działania i decyzje mają konsekwencje? 

Kiedy przeczytałam w twojej książce, że szkoła to jest pierwsze demokratyczne doświadczenie w życiu człowieka, to… się zdziwiłam. 

Piszę o szkole od kilkunastu lat i też, gdy usłyszałam to zdanie po raz pierwszy, w rozmowach z socjologiem Przemkiem Sadurą i pedagożką Igą Kaźmierczyk, zrobiłam wielkie oczy. Ta myśl jest tak zaskakująca pewnie dlatego, że w praktyce to doświadczenie najczęściej wcale nie jest demokratyczne. Od lat w mediach pojawia się dyskusja o tym, że młodzi ludzie nie głosują w wyborach. Ale pomyślmy: dlaczego mieliby głosować, jeżeli w szkole nauczyli się, że ich głos nic nie znaczy? A 18 lat uczenia się, że nie masz na nic wpływu, to bardzo dużo czasu, żeby ugruntować swoje myślenie na ten temat i uwierzyć, że naprawdę nic od ciebie na świecie nie zależy.  

Tego, że nic od nich nie zależy, niestety uczą się w polskiej szkole również nauczyciele. Cytujesz w książce wiersz Łukasza Kamińskiego, nauczyciela języka polskiego, pt. "list do ministerstwa": "mówię im, żeby żyli odważnie i pięknie / kiedy sam nie mam już na to siły".  

To jest właśnie kluczowe pytanie: jak nauczyciele mają wychowywać młodych ludzi w kierunku samodzielności, kreatywności i odpowiedzialności, jeśli sami są systematycznie pozbawiani tych cech w swojej pracy? Prawo oświatowe jest skonstruowane tak, jakby traktowało nauczycieli jak wrogów. Autor wiersza Łukasz Kamiński to reprezentant całej grupy młodych ludzi, którzy chcieli zmieniać świat, a po kilku latach w szkole tracą swoją pasję i energię do życia. A system nie dysponuje żadnym mechanizmem, który mógłby ich zatrzymać i pomóc im w dalszym rozwoju. 

Niedawno w mediach pojawił się głośny przypadek nauczyciela z Łodzi, który po dwóch tygodniach pracy w szkole (to był jego pierwszy w życiu etat) wysłał do uczniów nieodpowiednią wiadomość. Pisał w niej, że będzie musiał ich "brutalnie spacyfikować". Reakcja społeczności była – słusznie – pełna oburzenia. Ale warto zwrócić uwagę na zachowanie dyrektorki szkoły w tej sytuacji. Ona zaapelowała do rodziców: "Proszę państwa, to jest pierwsza praca tego pana. On zrobił źle, on wie, że zrobił źle. Ale proszę was o czas dla niego, żeby mógł się na tym błędzie nauczyć i odnaleźć w nowej zawodowej roli".  

Bardzo odważne. 

To jest oczywiście radykalny przykład. Ale prawdą jest, że nauczyciele czują ogromny lęk, bo niezależnie od tego, jak zareagują, zawsze mogą spotkać się z krytyką. Jeśli krzykną, usłyszą, że są agresywni, a jeśli nie zareagują, zostaną zlekceważeni. Znalezienie równowagi w tej sytuacji jest niezwykle skomplikowane, zwłaszcza na początku kariery. To jest coś trudnego do wyobrażenia dla kogoś, kto nie ma doświadczenia pracy w oświacie. Brak wsparcia i zrozumienia ze strony społeczeństwa i niewystarczające wynagrodzenie sprawiają, że młodzi nauczyciele często czują się przytłoczeni. 

'Egzaminy państwowe powinny lepiej pozwalały sprawdzić poziom krytycznego myślenia uczniów i uczennic.' Zdjęcie ilustracyjne (Fot. Patryk Ogorzałek / Agencja Wyborcza.pl)

Historia nauczyciela z Łodzi przypomina mi o twoich słowach z książki: "Wiem, że odwagi nie nauczą ludzie, którzy sami nie są odważni. Wyciągania wniosków z błędów nie nauczą ci, którzy nie potrafią się przyznać do własnych pomyłek. A szkoła tresuje takie postawy nie tylko wśród uczniów, ale i wśród nauczycieli". 

W polskim systemie edukacji błędy są często stygmatyzowane, fetyszyzowane. Potknięcia traktowane są jak przesądzające o czyimś losie wyroki, łatki nadające trwałą tożsamość. Słaba ocena ze sprawdzianu oznacza, że po prostu jesteś słaby z tego przedmiotu. Zniszczysz coś – jesteś ten niezdarny. Prosty przykład: część szkół nie pozwala na poprawianie sprawdzianów, a jeśli już, to tylko raz albo tylko na dwójkę, nie ma miejsca na naukę z pomyłek. Jeśli w szkole nie tworzy się atmosfery, w której pomyłki są akceptowane, to jak mają się tego nauczyć dzieci? Nauczyciele, którzy sami boją się popełniać błędy, nie będą w stanie nauczyć tego swoich uczniów. Rodzice również nie zostali nauczeni, że mogą popełniać błędy, więc nie przekazują tej umiejętności dzieciom. To powielany wzór. Zobacz: w nauce historii gloryfikujemy głównie wielkie zwycięstwa, ale idę o zakład, że Polacy mieliby najwięcej ciekawych rzeczy do powiedzenia na temat przegranych powstań. 

Zobacz wideo 12-letni Tadek ratuje żaby. "Każda się liczy"

Piszesz, że im więcej kompetencji uznamy za kluczowe w szkole, tym mniejsza jest szansa, że którejkolwiek z nich nauczymy naprawdę porządnie. Więc gdybyś miała wskazać tylko jedną z nich, najważniejszą, co by to było? 

To mam przemyślane od dawna, chociaż nie jest to żadna umiejętność z unijnej listy kompetencji. Zaprzyjaźnianie się. Umiejętność zaprzyjaźniania się to jest umiejętność budowania bezpiecznego świata. Bo jeśli kończysz szkołę z bliskimi relacjami i siecią kontaktów, to masz już bardzo wiele. Nie w znaczeniu "kapitału ludzkiego", który da ci później przewagę na rynku pracy, tylko właśnie tego, że jak będziesz mieć gorszy dzień, to będziesz wiedzieć, do kogo z tym zadzwonić. Albo że w ogóle będziesz mieć do kogo zadzwonić z czymkolwiek. Zaprzyjaźnianie się z ludźmi łączy w sobie inne ważne umiejętności: empatię, współpracę, którym też poświęcam uwagę w książce. Do tej trójki dopisałabym jeszcze krytyczne myślenie i listę kluczowych kompetencji mogłybyśmy na tym zamknąć. Nie wiem, czy coś w dzisiejszym świecie może dawać większe poczucie stabilności i bezpieczeństwa niż krytyczne myślenie i bliskie relacje. 

Zaprzyjaźniania trzeba się uczyć? 

Byłam tak samo zdziwiona, gdy pierwszy raz usłyszałam od psycholożki Małgorzaty Wójcik z Uniwersytetu SWPS, że Szwedzi uczą dzieci w szkołach zaprzyjaźniania się. Jak to? To się nie dzieje samo? No nie. Tutaj wracamy do początku naszego dzisiejszego spotkania. Zanim włączyłaś dyktafon, rozmawiałyśmy o mojej córce, o tym, że obserwowanie dzieci uświadamia człowiekowi, jak wiele umiejętności musiał nabyć w drodze rozwoju. Że na przykład dziecko nie umie tak po prostu przekładać przedmiotów z rączki do rączki, musi się tego w którymś momencie nauczyć. Nie mówiąc już o chodzeniu, mówieniu – dla dorosłego człowieka to coś oczywistego. Więc tak samo jest z zaprzyjaźnianiem się – nie możemy zakładać, że to oczywistość i wydarzy się samo. 

Przypominam, że mamy od lat w szkołach przedmiot wychowanie do życia w rodzinie, czyli WDŻ. Przecież to jest miejsce, gdzie powinno się nas uczyć o relacjach w rodzinie, o tym, że rodziny są różne, o rodzinach z wyboru, o przyjaźniach, o tym, jak one mogą funkcjonować zdrowo, kiedy one są niebezpieczne dla nas, kiedy są toksyczne.  

Czyli nie trzeba byłoby nawet dodawać nowego przedmiotu? 

Ja w ogóle jestem głęboko przekonana, że nie trzeba wprowadzać żadnego nowego przedmiotu, żeby ulepszyć polski system edukacji. Wystarczy zliftingować te, które już mamy. Od lat powtarzam, że polska szkoła nie potrzebuje rewolucji, tylko spokojnych, mądrych zmian na podstawie tego, co już jest. Szkoła przyszłości, o której jest moja książka, to nie jest szkoła XXII wieku, ale szkoła następnego dnia, następnej lekcji. W szkole przyszłości nie chodzi o to, że rozdamy wszystkim tablety, dzieci będą uczyć się kodowania i języka chińskiego. Albo że lekcje będą na hamakach w lesie, a każdy będzie się uczył, czego chce. Ja nawet nie jestem przeciwniczką systemu pruskiego! W końcu to on dał nam powszechność edukacji. 

To jakich jeszcze zmian, skoro już jesteśmy przy systemie pruskim, potrzebujemy? 

Życzyłabym sobie większej autonomii szkoły i nauczycieli. Żeby podstawa programowa była dokumentem, który określa, czego chcemy młodych ludzi nauczyć, a metody nauczania pozostawia konkretnemu nauczycielowi albo placówce. To znaczy: jeżeli w szkole w Bogdańcu doszliby do wniosku, że im się sprawdzają lepiej lekcje 40-minutowe, a w Kostrzynie 60-minutowe, a w ogóle w pierwszej klasie to robią 20-minutówki, a w ósmej wykłady półtoragodzinne, to, na Boga, niech oni tak robią – nie potrzebujemy do tego decyzji ministra ani nowego systemu edukacji publicznej. Jeżeli w jakiejś szkole uznano by, tak jak w Radowie Małym, że fajnie będzie uczyć matematyki, na przykład ułamków, na przykładzie robienia pizzy, to niech robią tę pizzę. Bo to jest właśnie miejsce na autonomię i kreatywność nauczycieli.  

'Szkoła to miejsce na autonomię i kreatywność nauczycieli.' Zdjęcie ilustracyjne (Fot. Przemek Wierzchowski / Agencja Wyborcza.pl)

Które dyskusje na temat polskiej edukacji uważasz za bezsensowne? 

W edukacji jest kilka sztandarowych tematów, które wracają jak bumerang i które odwracają uwagę od tego, co ważne. Na przykład nieśmiertelna debata o liście lektur. Czy "Pan Tadeusz" ma być omawiany w całości w ósmej klasie, w liceum, czy tylko we fragmentach? Przepraszam wszystkich zaangażowanych w tę debatę, ale to nie jest kluczowe zagrożenie dla państwa polskiego. Zamiast koncentrować się na tym, co zrobić, aby nasze dzieci czuły się bezpiecznie, lubiły się uczyć i chciały chodzić do szkoły, my naprawdę dyskutujemy o rzeczach, które – gdybyśmy zapytali o nie dzieci i młodzież – nie byłyby dla nich istotne. Może powinniśmy zadać sobie raczej pytanie, co zrobić, aby chciały czytać. Albo dlaczego to ważne, żeby potrafiły czytać ze zrozumieniem. Jak piszą narratorzy mojej książki Anna Cieplak i Michał Krzykawski, czytanie to umiejętność, która jest nam niezbędna do świadomego życia, do przeżywania emocji i nazywania uczuć. Ale o tym w kontekście listy lektur się nie wspomina. 

W książce piszesz wprost: powracające dyskusje o liście lektur to działanie na szkodę państwa. 

Tak jak wszystkie debaty publiczne, które odwracają uwagę od tego, czym powinniśmy się w tym czasie zajmować. Marnujemy energię na czcze dyskusje, zamiast przekierować ją na ważniejsze i pilniejsze problemy, również w samej edukacji. Do tej grupy niepotrzebnych dyskusji dopisuję też niedawne zamieszanie wokół prac domowych i evergreen, czyli pytanie, czy można w czasie lekcji pić wodę i wychodzić do toalety. 

To może rozsądźmy tę ostatnią kwestię od razu. Można? 

Można. 

U mnie w szkole nie było wolno. Mówiono nam, że to "wyraz braku szacunku". 

Przecież to są prawa człowieka! 

Jak byłam w szkole, to nie wiedziałam, że mam coś takiego jak prawa człowieka. 

To jest bardzo ciekawe, że w szkole o prawach człowieka rozmawiamy w kontekście Chin, Korei i Amnesty International. To jest skala makro oczywiście. Ale w skali mikro – kto uczy dzieci w szkole, że mają jakieś prawa? I że jednym z nich jest zwykłe napicie się wody? I to jest właśnie minus systemu pruskiego, który polska szkoła opanowała akurat w tym zakresie za dobrze: wychowanie dzieci na karnych, idealnych żołnierzy. Żeby później z systemu edukacji opartego na strachu mogły wejść płynnie w kulturę zapie***lu w pracy.  

W polskiej szkole jest w ogóle dużo strachu. 

Tak, strach jako fundament, na którym ten cały system się opiera. Z niego wyrasta później ta bierność, o której rozmawiałyśmy wcześniej. I brak zaufania. To jest problem nie tylko na poziomie relacji w szkole, lecz także szerzej, systemowo i ministerialnie. Strach nie sprzyja spokojnej refleksji, ale sprzyja pośpiechowi. Mam wrażenie, że polska szkoła jest na wskroś przesiąknięta zdaniem, że jak człowiek się boi, to nie szuka rozwiązań mądrych, tylko szybkich. Czasem myślę, że kolejne reformy edukacji to sytuacja z tego memu: "Teraz szybko, zanim dotrze do nas, że to bez sensu!".  

Spośród kierunków zmian, które przedstawiasz w książce, co będzie najłatwiejsze i najszybsze do zmiany twoim zdaniem? 

Myślę, że najszybciej i najłatwiej jesteśmy gotowi zmienić system egzaminacyjny. Nie jestem zwolenniczką likwidacji egzaminów państwowych, ale jestem zwolenniczką poszerzenia możliwości sprawdzania tego, co weryfikujemy. Żeby na przykład przed przyjęciem na niektóre studia odbywały się rozmowy egzaminacyjne sprawdzające umiejętności miękkie kandydatów i kandydatek. Żeby egzaminy państwowe lepiej pozwalały sprawdzić poziom krytycznego myślenia uczniów i uczennic, a nie tylko umiejętność wykucia informacji albo zmieszczenia się w kluczu oceny.  

VI Liceum Ogólnokształcące im. Hugona Kołłątaja, w którym obowiązuje oryginalny sposób oceny uczniów. W szkole nie ma oceny niedostatecznej, a uczeń zawsze może poprawić otrzymany stopień. (Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Wyborcza.pl)

A co będzie teraz najtrudniejsze? 

Zbudowanie zaufania do szkoły i nauczycieli, przywrócenie prestiżu tego zawodu, dlatego od tego powinniśmy zacząć. Mówiąc szczerze, oczekiwałabym, że ministrowie i ministerki edukacji będą wręcz do znudzenia powtarzać, że ufają nauczycielom, że szanują nauczycieli, że stoją za nauczycielami, że mają na nich pomysł, że widzą dla nich przyszłość… Skoro już decyzją Romana Giertycha uczyniliśmy ich funkcjonariuszami publicznymi, to zacznijmy ich tak traktować. Teraz chodzi o to, żeby przywrócić narrację publiczną o nauczycielach jako o tej grupie, która nam buduje państwo. I nie w takim ujęciu, że jak dobrze wykształcimy młodych, to będziemy mieć w Polsce nagle doliny start-upów i rekordowe PKB. Będziemy mieć coś cenniejszego – obywateli odpornych na dezinformację, którzy znają swoje prawa i potrafią podejmować samodzielne decyzje. 

Rozmowa pierwotnie ukazała się 14 października 2025 roku.

Justyna Suchecka. Polska dziennikarka edukacyjna, przyjaciółka młodzieży i sojuszniczka nauczycieli. Dwukrotna laureatka Grand Press (2020, 2023) oraz Nagrody im. Andrzeja Woyciechowskiego (2023). Autorka książek: "Young Power. 30 historii o tym, jak młodzi zmieniają świat" (2020), "Nie powiem ci, że wszystko będzie dobrze" (2022), "Pokolenie zmiany. Młodzi o sobie i świecie, który nadejdzie" (2023) i najnowszej – "Cała nadzieja w szkole" (2024). 

Katarzyna Siekańska. Finalistka I edycji Polska Stories. Pisze o relacjach i codzienności.