Ania, mama 7-letniej córki i 3-letniego syna, mieszkają na warszawskiej Woli
Moja córka ma siedem lat i poszła właśnie do pierwszej klasy szkoły społecznej. Ten wybór to wynik doświadczeń, które mamy za sobą.
Córka chodziła do prywatnego żłobka, potem do bardzo dobrego publicznego przedszkola, które miało świetną kadrę, doskonale dogadujących się rodziców, zżyte dzieci. To mnie zachęciło do wysłania córki do zerówki przy szkole publicznej, bo w naszej dzielnicy tak to funkcjonuje. Nie brakowało mi optymizmu, ale dostałam obuchem w głowę.
Wyznaję zasadę, że co się dzieje w szkole, zostaje w szkole i to nauczyciele są od reagowania w grupie. Chciałabym mieć do nich pełne zaufanie, ale niestety szybko je straciłam.
Zdarzało się, że dziecko zapomniało bidonu i nie miało jak nalać wody z nalewaka, więc przez cały dzień nic nie piło, innym razem część dzieci nie dostała jedzenia ze względu na błąd w systemie płatności, ale nikt nie poinformował o tym rodziców przez cały dzień.
Dzieci były też karane jak za czasów "Superniani" i za przewinienia z całego dnia sadzane w odosobnieniu bez wiedzy, za co "siedzą". Dodatkowym problemem była nauka zmianowa, a także 30-osobowe klasy, co sprawiało, że nauczyciel nie był w stanie zapanować nad tym, co się dzieje z dziećmi w sali. Siedziałam w pracy i tylko kombinowałam, co zrobić, żeby jak najszybciej córkę z zerówki odebrać.
Mając już takie doświadczenia, postanowiłam przenieść córkę do szkoły społecznej. Tu na razie wszystko nam się podoba. Dzieci mają zajęcia dodatkowe, angielski na wysokim poziomie, klasy są małe. No i najważniejsze: dziecko czuje się zaopiekowane i zauważone, czuje się szacunek, zarówno nauczyciela do dzieci, jak i dzieci oraz rodziców do nauczyciela.
W szkole najważniejsze jest dla mnie, żeby uczyła dziecko samodzielności i odpowiedzialności, oczywiście wymagam też przekazania wiedzy, ale bardziej nauczenia, jak i skąd ją czerpać.
Owszem, społecznie jest trochę trudniej, bo dzieci do szkoły są dowożone z całej okolicy, trudniej jest im się widywać po zajęciach. Ale córka ma łatwość nawiązywania relacji, jest otwarta, więc sobie poradzi. Chciałabym, żeby moje dzieci, kończąc edukację, znały swoje mocne strony, wiedziały, co chcą robić w życiu. Niech robią cokolwiek, co im da satysfakcję i sprawi, że będą szczęśliwe.
Czy u źródeł moich wyborów leży presja? Trochę tak, czułam ją jeszcze przed urodzeniem dziecka. Z każdej strony dostawałam komunikaty, że wszystko powinnam robić jak najlepiej dla dzieci. Z drugiej strony mamy w dzisiejszych czasach tak dużo możliwości wyboru, że analizujemy je drobiazgowo i mocno się spinamy.
Oczywiście zastanawiam się, dlaczego płacimy co miesiąc grube pieniądze za coś, co w teorii powinniśmy mieć bezpłatnie. Potrzeba naprawdę dużej reformy szkolnictwa, żeby państwowe szkoły zaczęły w końcu funkcjonować normalnie.
Justyna Suchecka, dziennikarka zajmująca się tematem edukacji, autorka książek "Cała nadzieja w szkole", "Pokolenie zmiany", mama niespełna rocznej córki
Od 14 lat piszę o edukacji, a odkąd 10 miesięcy temu urodziłam córkę, słyszę pytanie, do której szkoły ona pójdzie! Wyniosłam się z dużego miasta, w mojej miejscowości jest tylko publiczne przedszkole i publiczna szkoła podstawowa, nie będę więc miała w ogóle dylematu, co wybrać.
Chodziłam do szkoły w małej miejscowości, mój mąż – do najbliższej na swoim osiedlu. Obydwoje wspominamy te doświadczenia jako budujące i ważne dla nas.
Dla mnie najważniejsze jest, żeby szkoła była blisko. Dzięki temu dziecko ma czas na pasje, budowanie relacji, przyjaźnie, tworzenie społeczności. Uczyłam się w takich szkołach i jestem przekonana, że jeśli nie tracimy dwóch godzin na korki i dojazdy, to wszystko inne jest wtórne.
Chciałabym, żeby moja córka wyszła ze szkoły z umiejętnością nawiązywania relacji. Jest to podstawowa kompetencja, a mając ją, można sobie wszędzie poradzić. Wyszłam z domu, w którym słyszałam, że najważniejsze to być w życiu szczęśliwym. Można się naturalnie zastanawiać, co to znaczy, ale dla mnie to posiadanie wokół siebie ludzi, których kocham, lubię, na których mogę liczyć. Szkoła też może przyłożyć do tego cegiełkę – właśnie wtedy, kiedy nauczy nas budowania relacji.
Chciałabym, żeby z systemu edukacji wychodzili młodzi dorośli, którzy lubią się uczyć, są gotowi chłonąć wiedzę całe życie, tymczasem u nas kończy się szkołę i przestaje się czytać, bo tak jesteśmy edukacją sterroryzowani, że widzimy w niej tylko przymus, a nie radość odkrywania.
Kolejna sprawa – otwartość na zmiany. Kiedy wybierałam liceum, rodzice zapytali tylko, czy jestem pewna, że chcę do szkoły dojeżdżać. Podkreślili, że to jest mój wybór, ale jeśli zmienię zdanie, to zawsze będę mogła wrócić do szkoły w mojej małej miejscowości. Dało mi to największy komfort edukacyjny – wiedziałam, że zmiana zdania nie byłaby porażką, tylko wyborem.
W 2021 roku OKO.press zrobiło sondaż, z którego wynikało, że 55 proc. badanych – gdyby pieniądze nie były przeszkodą – wybrałoby dla dziecka szkołę niepubliczną. Tak zrobiłoby 44 proc. wyborców PiS [56 proc. Konfederacji, 59 proc. Lewicy – przyp. red]. Przed konsekwencjami reformy edukacyjnej Anny Zalewskiej do szkół niepublicznych w Warszawie uciekło 1,5 tys. uczniów. Ale pamiętajmy, że są też ludzie na drugim biegunie, którzy posyłają dzieci do szkół religijnych, ultrakonserwatywnych, żeby się przypadkiem "genderem" w szkole publicznej nie zaraziły. Chciałabym, żeby Mateusz Morawiecki nie wrzucał z dumą zdjęcia córki, która idzie do niepublicznej szkoły, ale żeby nasi politycy nie wprowadzali reform, które ich dzieci nie obejmą.
I jeszcze jedna kwestia: jako współcześni rodzice mamy nieprzepracowany pewien temat. Wciąż czujemy, że dziecko jest wizytówką rodzica. Tymczasem nawet ci najfajniejsi i najbardziej empatyczni rodzice powinni się uwolnić od myśli, że wybory ich dzieci, sposób życia czy ocena z fizyki nie jest ich oceną, że nie biorą udziału w konkursie na matkę i ojca roku.
Bardzo uwalniające są historie uczniów, którzy oblali osiem przedmiotów w liceum, zaczęli rok od nowa i rozkwitli, zmieniając profil oraz nawiązując przyjaźnie. Uczmy dzieci, że mają prawo zmieniać zdanie. Nie trzymajmy się kurczowo przekonania, że u nas wszystko w porządku, poślemy tylko dziecko na korepetycje z pięciu przedmiotów, dzięki temu przejdzie do następnej klasy i nie zmienimy szkoły na stojącą niżej w rankingu.
Kiedy słyszę o szkołach niepublicznych, w których jest egzamin bazujący na tym, jak rodzic przygotował do niego dziecko, zapala mi się czerwona lampka. Mówi się, że sprawdza kompetencje społeczne dzieci, ale czy na pewno? A może to analiza, czy wśród kandydatów nie ma dzieci neuroatypowych, ze spektrum autyzmu czy z ADHD, żeby się nad nimi nie pochylać, choć to właśnie szkoły niepubliczne wyspecjalizowane są w opiece nad nimi.
Gdybyśmy jako państwo zdiagnozowali, co poza klasowym wyborem stoi za posyłaniem do szkół niepublicznych – czyli brak zmianowości, mniejsze klasy – to myślę, że znaleźlibyśmy dużo recept z rozwiązaniami dla szkoły publicznej.
Kasia mieszka w Milanówku, ma 19-letniego syna, który zaczyna studia, i 5-latka. Jej partner ma 11-letniego syna
Mam słabe doświadczenia ze szkołami publicznymi, ale wcale nie najłatwiejsze z prywatnymi. Bardzo ważne są osoby, które prowadzą szkołę i klasę. Ich niestety nie da się poznać na etapie wyboru placówki. Nasz pięciolatek chodzi do prywatnego przedszkola Montessori. W jego przypadku nie za bardzo rozważam szkołę publiczną, a nasza sytuacja finansowa – co jest ogromną zaletą i komfortem – pozwala nam na wysłanie go do szkoły niepublicznej.
Synek ma dość specyficzne potrzeby, dlatego myślimy o kontynuacji edukacji w metodzie Montessori lub Waldorfa, bo dobrze w tym systemie funkcjonuje.
Wiem z doświadczenia, że nie ma co się napinać, że trzylatek musi chodzić na angielski, rozwijać się plastycznie. Mój starszy syn dopiero w siódmej klasie zaczął mówić po angielsku, bo poszedł na prowadzone w tym języku zajęcia związane z jego pasją. Wcześniej chodził na różne zajęcia dodatkowe – bez efektów.
Obserwuję jednak presję społeczną i psychologiczną. Rodzice obracają się w swojej bańce, w której zapewnienie startu jest kluczowym obowiązkiem. W tej grupie najwyższą wartością są osiągnięcia, najlepsza edukacja jest gwarantem statusu. Zaryzykuję przekonanie, że robią to, odpowiadając na oczekiwania wobec nich jako rodziców. Że muszą przycisnąć dziecko, żeby ono też przycisnęło, bo to szóstka w dzienniku, a nie bieganie po łące przez dwie godziny liczy się w społecznym odbiorze tej bańki.
A przy okazji rodzice zasypują własne niespełnione ambicje, podbudowują swoje poczucie wartości. Gdzie jest w tym przypadku koniec tych oczekiwań: najlepsza podstawówka, liceum, studia na Harvardzie i co potem? Najwyższe stanowisko w jakiejś organizacji? Stres. Kiedy jest czas, w którym dziecko, ten człowiek, o którego rodzice mają za zadanie dbać, będzie mogło zacząć żyć? Sama cisnęłam z nauką, ze sporym kosztem psychicznym zrobiłam doktorat. Gdybym dzisiaj mogła inaczej pokierować moim życiem, to nie robiłabym z nauki fetyszu, bo – o czym dowiedziałam się dość późno – nie było to do końca dla mnie.
Od szkoły oczekuję więc zrozumienia dla zainteresowań, mądrego nauczyciela czy nauczycielki widzących dziecko jako osobę, "dorzucania peletu do pieca", obserwowania, co dziecko interesuje, i podążania za nim. Chciałabym, żeby moje dziecko ze szkoły wyszło z narzędziami, którymi będzie mogło dowolnie żonglować, żeby dostało możliwość bycia człowiekiem, który czuje się dobrze sam ze sobą, wie, czego chce, i umie ocenić swój potencjał.
I niestety wiem, że takie myślenie może być utopijne w przypadku niektórych szkół ze względu na obłożenie, przeludnienie, możliwości czasowe.
Julia, mama bliźniąt, mieszka w centrum Warszawy
Przed wyborem dzieciom szkoły czułam ogromną presję. Związana ona była z rozmowami – głównie ze znajomymi z pracy w dużej korporacji – którzy utrzymywali, że powinnam posłać dzieci do szkoły podstawowej niepublicznej, a dopiero liceum wybrać publiczne, najlepiej z pierwszej dziesiątki rankingu "Perspektyw".
Ich słowa padły na dobry grunt, bo dwa lata temu bałam się indoktrynacji, HiT-u, pisowskiej władzy, także tego, że w szkole rejonowej mniej i gorzej uczy się języków, klasy będą zbyt liczne, mały kontakt z nauczycielem. Uważałam, że powinnam inwestować w lepszą edukację dzieci, a nie posyłając ich do niepublicznej szkoły, zaniedbałabym je.
Życie zweryfikowało moje myślenie już podczas rekrutacji, która miała miejsce rok przed pierwszą klasą. Od dzieci oczekiwano, że będą umiały czytać ze zrozumieniem – moje dzieci mają teraz osiem i pół roku i wciąż tego nie potrafią, miały spełnić odpowiednie kryteria w liczeniu, malowaniu. Leworęczność i nieprawidłowy chwyt ołówka już na starcie dyskwalifikowały syna w rekrutacji. Dzisiaj widzę, że on by sobie tam nie poradził, doświadczałby ogromnego stresu.
Na korytarzu niepublicznej podstawówki wisiały wyniki konkursu czytelniczego – jedna dziewczynka w miesiąc przeczytała 15 książek. Wypracowania zawieszone na ścianie były wykaligrafowane. W drugiej klasie podstawówki!
Egzamin i klimat tej szkoły dały nam do myślenia co do oczekiwań wobec dzieci. Miałam poczucie, że w tej szkole kształtuje się przyszłych menedżerów wyższej klasy, dyrektorów i prezesów. Uznaliśmy, że wolimy, żeby bliźnięta miały normalne dzieciństwo, że chcemy mieć dzieci radosne, a nie przytłoczone.
Dwa lata temu najważniejsze dla mnie było, żeby dzieci były dobrze wyedukowane. Dzisiaj uważam, że powinny być szczęśliwe i realizować się tak, jak zechcą. Wcześniej sądziłam, że nasz wybór daje im dobry start, który umożliwi im pójście, gdziekolwiek będą chcieli. Kiedy już jestem w systemie edukacji publicznej, mam poczucie, że mogę ich wzmocnić – na własną rękę. Bardzo zależało mi na włączeniu się w życie szkoły i wydawało mi się, że tylko szkoła społeczna daje możliwość uczestnictwa w jej życiu, a tak nie jest.
Bardzo zależało mi na włączeniu się w życie szkoły i wydawało mi się, że tylko szkoła społeczna daje możliwość uczestnictwa w jej życiu. Chciałam piec ciasta, pomagać przy konkursach, inicjować wyjścia. Okazało się, że w szkole publicznej też można - jestem w trójce klasowej, co chwile są wycieczki, festyny, urodziny.
Dzisiaj się cieszę, jak się nasze losy potoczyły. Dzieci chodzą do rejonowej szkoły, uczą się w swoim tempie, na angielski chodzą dodatkowo, ich wychowawczyni ma duże poczucie humoru i zdrowy dystans. Mają fajnych kolegów, dogadujemy się z rodzicami, mam przykłady dzieci, które wyszły z tej podstawówki i są zadowolone, dobrze zorganizowane, radzą sobie w liceach.
Wiem, że nie mogę się sama zapędzać, bo wiele rzeczy w kwestii edukacji mnie stresuje, i muszę się pilnować, żeby dzieci nie wyręczać, nie pomagać, jeśli nie jestem o pomoc proszona. Jako dawna piątkowa uczennica mam syndrom pierwszej ławki – on jest silniejszy niż potrzeba, żeby dzieci były prymusami. A oni – inaczej niż ja – nie mają samych wybitnych opinii.
Lucyna Kicińska, pedagożka i terapeutka narracyjna, od 19 lat specjalizuje się we wsparciu nastolatków w pokonywaniu różnorodnych kryzysów emocjonalnych
Wielu rodziców ma w głowach jasny plan na dziecko, w którym podstawówka jest przepustką do dobrego liceum, a dobre liceum na studia. Często powodem, dla którego posyłają dzieci do szkół niepublicznych, jest przerażenie doniesieniami medialnymi – że w szkole rejonowej dzieci są niedopilnowane, klasy przeładowane, nauczycielom się nie chce, za to szkoła prywatna roztoczy nad ich dzieckiem parasol ochronny – zajmie się dobrostanem psychologicznym i rozwojem edukacyjnym. Taka opinia jest krzywdząca i nieprawdziwa.
Nie jest tak, że jeśli dziecko ma potencjał edukacyjny, to szkoła jest w stanie go zniszczyć. Nawet jeśli klasa w podstawówce rejonowej będzie dwa razy liczniejsza niż w szkole niepublicznej. Nie ma reguły, że wszystkie szkoły prywatne są wspaniałe, a publiczne fatalne.
Często słyszę, że w szkołach publicznych nauczyciele źle uczą. A ja chciałabym wiedzieć, jakie rodzice mają kwalifikacje do takiej oceny? Czy wzięli odpowiedzialność za edukację swojego dziecka – a mają taką możliwość – podejmując się edukacji domowej i od trzech lat mają sukcesy na tym polu? Jeśli tak, to faktycznie mają mandat do podjęcia dyskusji z nauczycielem na temat jego kwalifikacji czy metod pracy.
U nas niestety wszyscy są ekspertami od wszystkiego – od skoków narciarskich, powodzi, edukacji też. Pytanie, czego od nauczycieli oczekujemy? Że nauczą dziecko wszystkiego od A do Z czy że nauczą je, jak się uczyć, a dziecko będzie to trenowało? Bo to rodzic powinien dopilnować, żeby dziecko ćwiczyło – pisanie, liczenie.
Szkoła prywatna może się jawić jako miejsce, w którym dziecko będzie uczone, wychowywane, zajmowane, zaopiekowane, zabawione. Tymczasem dzieci na poziomie klas 1–3 mają ogromną potrzebę wsparcia ze strony rodzica. Szkoła nie nauczy dziecka pisać, tylko pokaże, jak kreślić literki, ale szlaczki trzeba ćwiczyć w domu, podobnie jest z czytaniem. W szkole prywatnej przejmowana bywa rola rodzica, bo on płaci i oczekuje.
Bywa tak, że w podstawówkach prywatnych, kiedy u dziecka rozpoznawane są trudności, na przykład przez pracującego w szkole psychologa czy pedagoga, rodzice im zaprzeczają, domagając się, skoro płacą niemałe pieniądze, większego zaangażowania szkoły.
Na poziomie szkoły ponadpodstawowej wyłapujemy dzieci, które mają całościowe zaburzenia rozwoju. One były u dziecka od urodzenia, przez całą szkołę podstawową. To wiele lat, w których dziecko mogło dostać pomoc dostosowaną do swoich potrzeb, także psychologicznych, a nie tylko ogromną energię nauczyciela szkoły prywatnej, który pracował w kilkuosobowej klasie i miał taką możliwość.
W publicznej szkole średniej, do której przepustką była prywatna podstawówka, nie ma takich możliwości, a bez orzeczenia o potrzebie kształcenia specjalnego niewiele można zrobić na rzecz takiego ucznia. Nie wspominając o tym, że nastolatek ma niewielką motywację, by uczestniczyć w treningach umiejętności społecznych czy rewalidacjach, jeśli do tej pory w nich nie uczestniczył. A nie uczestniczył, bo "problemu nie było".
Dziecko w szkole prywatnej może czuć presję, bo rodzice posyłają je tam, żeby zostało prawnikiem lub lekarzem, nie patrząc na jego umiejętności, potrzeby, zasoby. Przyszły sukces mierzalny będzie przez dziecko i musi być dostosowany do jego umiejętności i możliwości.
Za presją wyboru szkoły niepublicznej może stać kwestia statusowa, ale także opinie znajomych, że szkoła jest świetna. W prywatnych szkołach ze względu na czesne siłą rzeczy są dzieci z zamożniejszych domów i niektóre z nich obnoszą się ze stanem posiadania. Kiedy w takiej placówce ląduje dziecko, które rodzice zabrali w ramach ucieczki przed stawieniem czoła trudnościom edukacyjnym czy orzeczeniom, to ma podwójnie trudno – przez deficyty, ale i mniej zasobny portfel rodziców.
Pamiętajmy, że zawsze możemy szkołę zmienić, ale nie róbmy tego dlatego, że coś nam się nie podoba i tego nie zgłaszamy, nie dowiadujemy się, nie wyjaśniamy, tylko zakładamy, że nie zostaniemy wysłuchani. Ważne, żebyśmy byli także otwarci na to, że osoby w szkole mogą dostrzegać inne niż my trudności w funkcjonowaniu naszego dziecka.
Zabieranie ze szkoły jest też uczeniem dziecka, żeby się nie mierzyło z dyskomfortem, i skutkuje medialnymi doniesieniami, że oto "pokolenie Z to w czwartki je śniadania z przyjaciółmi i nie przychodzi do pracy".
Dyskomfort jest częścią życia, a słyszymy o młodych ludziach, którzy nie radzą sobie z wyzwaniami, bo te rodzą niewygodę, a oni nie musieli stawiać im nigdy czoła. Rodzice też uciekają przed zmierzeniem się z własnym dyskomfortem.
Dzieci czasami opowiadają nam o przeżyciach, ale nie zawsze oczekują od nas reakcji. Czy jeśli dziecku nie podoba się nauczyciel, to razu trzeba zmieniać szkołę? A jeśli to tylko pierwsze wrażenie? No i czy nauczyciel w ogóle musi się dziecku "podobać"? Nie chodzi o to, by ignorować słowa dziecka, ale warto zaczekać – żeby nie być rodzicem kosiarką, który usuwa wszystkie problemy sprzed dziecka.
Nie jest umiejętnością przyszłości zadzwonienie do mamy, kiedy szef nam każe przygotować raport, i oczekiwanie, żeby ona coś z tym zrobiła. Słowo 'kryzys' u rodziców wywołuje odruch zakładania peleryny superbohatera i przybywania z odsieczą.
Dziecko, bez względu na wiek, jest najważniejsze dla nas, rodziców, ale poza najbliższym kręgiem nie będzie mogło liczyć na taryfę ulgową, ochronę, zrozumienie i usprawiedliwienie. Naszą rodzicielską rolą jest też to, by nauczyć je radzić sobie w różnych trudnych sytuacjach, bo z nich składa się życie.
Ola Długołęcka. Redaktorka. Czujnie obserwuje ludzi i przysłuchuje się ich rozmowom. Ciekawią ją relacje między ludźmi, a zwłaszcza różnice międzypokoleniowe, lubi pisać o trendach, modach i zjawiskach. W wolnych chwilach trenuje jeździectwo.


