Rozmowa
Zdjęcie ilustracyjne (Grażyna Marks / Agencja Wyborcza.pl)
Zdjęcie ilustracyjne (Grażyna Marks / Agencja Wyborcza.pl)

Na przestrzeni ostatnich 10 lat rok 2023 był rekordowy, jeśli chodzi o liczbę dzieci, które trafiły do pieczy zastępczej. Bardzo dużo zostało także pozostawionych po urodzeniu w szpitalach. Jak pan interpretuje te dane?

Te dane od wielu lat utrzymują się mniej więcej na podobnym poziomie – mamy w Polsce około 75 tys. dzieci w pieczy zastępczej. Czyli tyle, ile liczy na przykład Konin albo Piotrków Trybunalski.

Od zeszłego roku ta liczba wzrosła o ponad 1200. W pierwszej chwili pojawia się refleksja: to nie jest zbyt dobra informacja, ponieważ rośnie liczba rodzin, które nie są w stanie zapewnić dzieciom odpowiedniej opieki i dzieci są porzucane.

No właśnie niekoniecznie. Ta liczba rośnie z kilku powodów. Przede wszystkim coraz częściej jako społeczeństwo reagujemy na przemoc i oznaki zaniedbania. Jesteśmy bardziej świadomi tego, jakie są prawa dziecka, do kogo się zwrócić, gdy zaobserwujemy niepokojącą sytuację.

Jeżeli chodzi natomiast o liczbę dzieci pozostawianych w szpitalach, to jestem przekonany, że każdy przypadek jest inny. Nie znamy wszystkich przyczyn, dla których matka postanawia dziecko w szpitalu zostawić. Nie oceniam tych decyzji i bardzo bym chciał, aby nikt nigdy nie musiał tego typu wyborów dokonywać. Jednocześnie wierzę, że ich podłożem jest chęć działania na rzecz dobra dziecka. Ostatecznie lepiej oddać je w szpitalu, niż pozostawić na śmietniku czy skazać na życie w warunkach, które nie są dla niego odpowiednie.

Kryzys pieczy zastępczej w Polsce (Jakub Orzechowski / Agencja Wyborcza.pl) , Zdjęcie ilustracyjne (Jakub Orzechowski / Agencja Wyborcza.pl)

Czy rzeczywiście częściej reagujemy na przemoc wobec dzieci? W praktycznie każdej historii opisanej w mediach, w której dziecko było ofiarą przemocy, mowa jest o tym, że ludzie raczej odwracali oczy od krzywdy, nie reagowali, a jeśli reagowali, to nieskutecznie.

Nie mam twardych danych, które potwierdziłyby to, że rzeczywiście reagujemy częściej. Mogę mówić o sobie, o ludziach, których znam, o pracownikach naszego stowarzyszenia, którzy między innymi wskutek szkoleń, które prowadzimy, stają się bardziej wyczuleni na pewne sytuacje i mają znacznie mniejsze niż kiedyś obiekcje przed zgłaszaniem problemu policji, dzielnicowemu lub pracownikowi socjalnemu.

Ja zawsze zgłaszam, gdy coś mnie zaniepokoi.

Bo temat pana bezpośrednio dotyczy.

To prawda. Niedawno przechodziłem obok sklepu i zauważyłem nastolatków pijących alkohol. Od razu zadzwoniłem po strażników miejskich, a oni mnie poinformowali, że już ktoś dzwonił w tej sprawie. Ucieszyło mnie to! Pozostało mi tylko zadać pytanie: to dlaczego wciąż nie ma tu żadnego funkcjonariusza?

I tu pojawia się kolejne pytanie: jak reagują służby? Czy w ogóle reagują?

Z mojego doświadczenia wynika, że w tej kwestii też jest coraz lepiej. Znam fantastyczne osoby pracujące w służbach, czy to w policji, czy w instytucjach pomocy społecznej. Rozumieją perspektywę dziecka, rodziny, wiedzą, co się w tych rodzinach z największymi trudnościami dzieje. Oczywiście, że nie jest idealnie, często trzeba być upartym i natarczywym, jeśli niepokoi nas jakaś sytuacja, to uderzać najlepiej nie w jedno miejsce, ale w kilka – zgłosić sprawę pracownikowi socjalnemu, ale też pedagogowi w szkole, do której uczęszcza dziecko.

Czyli znów przerzucanie odpowiedzialności na obywatela?

Nie chodzi o to, żeby obywatele robili całą robotę, ale wciąż jest nas zdecydowanie więcej niż służb. Nie chciałbym żyć w państwie rodem z powieści George'a Orwella, w którym na każdym rogu stoi policjant. Chciałbym za to żyć w kraju, w którym nie boimy się chwycić za telefon i interweniować, oczywiście adekwatnie do swoich możliwości.

Bardzo podoba mi się to, jak wpłynął na kierowców przepis, aby ustępować pierwszeństwa pieszemu, zanim ten jeszcze wejdzie na pasy. Weszło nam to w krew. Nawet jak jadę za granicę, gdzie ten przepis nie obowiązuje, to tak robię, piesi patrzą na mnie często ze zdziwieniem i czekają, aż przejadę.

Chciałbym, aby tak samo weszło nam w krew nieodwracanie oczu od krzywdy innego, szczególnie dziecka. Powinniśmy myśleć o dzieciach jako o dobru społecznym, o wspólnej wartości, o którą trzeba dbać. A nie: nie moje dziecko, nie moja sprawa. Pamiętajmy, że "wszystkie dzieci nasze są". 

Warto reagować nawet w pozornie błahych sprawach?

Oczywiście. Często, gdy robię zakupy, jestem świadkiem sytuacji: dziecko jest rozdrażnione i daje o tym znać swojemu opiekunowi. Rodzice radzą sobie z tym różnie, nierzadko jednak pada znamienne: "Jak nie będziesz grzeczny, to pan cię zabierze". Jest to forma zastraszania i kiedy to ja mam być tym strasznym panem, odpowiadam dziecku, że nie ma takiej możliwości. Staram się też chwilę porozmawiać z rodzicem. Reakcje bywają różne, ale coraz częściej przybijamy sobie piątkę na pożegnanie zarówno z dzieckiem, jak i rodzicami.

Nie chodzi o to, aby na każdym kroku zwracać rodzicowi uwagę, że robi coś nie tak – bo my byśmy zrobili inaczej – ważne, żeby reagować, gdy dzieje się coś naprawdę złego. Zdaję sobie jednocześnie sprawę, że każda tego typu reakcja rodzi też pewne ryzyko po obu stronach. Może się wiązać z bezpośrednią konfrontacją z opiekunami dziecka, ale też może od nich wymagać czasu, wysiłku, zaangażowania.

Zobacz wideo "Obowiązkiem dorosłych jest zrobienie wszystkiego, by dzieci nie cierpiały"

Byłam z synem w kawiarni, bawiliśmy się w kąciku dla dzieci z 10-letnim chłopcem. Od słowa do słowa nagle wyznał, że jego tata go bije, brat go bije, a mama go nie lubi. W kawiarni był z opiekunką, która jednak zupełnie się nim nie zajmowała. Bardzo przykro było tego słuchać. Czy powinnam była coś zrobić?

Pierwszym krokiem jest oczywiście rozmowa. Jeśli się uda, to warto doprecyzować z dzieckiem, co to znaczy, dlaczego tak sądzi, jak to wpływa na jego życie. Potem warto skonfrontować te zasłyszane informacje z opiekunem odpowiedzialnym za to dziecko. Jeśli nadal są wątpliwości, warto je przekazać odpowiednim służbom. Bardzo ważne, aby cały czas mówić, jak to reagowanie, nieodwracanie oczu jest ważne. Ale tak jak wspomniałem, idziemy ku lepszemu. Takim dużym krokiem w tym kierunku jest nowelizacja Ustawy Kodeks rodzinny i opiekuńczy, nazywana potocznie "lex Kamilek", która zawiera przepisy dotyczące ochrony dzieci przed przemocą.

Ustawa dokładnie określa procedury interwencji w przypadku podejrzenia krzywdzenia dziecka, zasady korzystania z internetu i zasady bezpiecznych relacji dorosły-dziecko. Możemy się dowiedzieć z niej, jakie zachowania są nieakceptowalne wobec dzieci, na przykład: zawstydzanie, upokarzanie, lekceważenie, obrażanie dziecka, przemoc fizyczna. Standardy dopasowane są oczywiście do charakteru danej placówki.

Ustawa obowiązuje od 15 lutego, a od 15 sierpnia w przypadku braku odpowiedniej kontroli nad dzieckiem może zostać nałożona kara. I już widać jej efekty.

To znaczy?

Jako ojciec pierwszoklasistki i przedszkolaka sprawdziłem, czy nowe standardy ochrony zostały wprowadzone w placówkach, do których moje dzieci uczęszczają. Tak się stało. Pracownicy zostali sprawdzeni pod kątem niekaralności, przeszli szkolenia, jak rozpoznawać objawy przemocy, jak ją zgłaszać. Co więcej, dzieciaki wzięły udział w warsztatach edukujących na temat tego, czym jest przemoc wobec dzieci, oczywiście treść szkoleń dostosowana była do ich wieku.

Widziałem, że standardy pojawiły się nie tylko w placówkach oświatowych, ale i w innych instytucjach publicznych, jak chociażby kościołach – czy to w budynkach, czy na stronach internetowych.

Dostałem już sygnał, że ktoś interweniował w sprawie krzywdzenia dziecka w jednym z miejsc niebędących placówką oświatową dzięki temu, że znalazł informację o zasadach ochrony małoletnich na stronie internetowej, a była to mała firma świadcząca usługi agroturystyczne. 

Rodzice, których dzieci uczęszczają do pewnej placówki oświatowej, zgłosili nieodpowiednie zachowanie jednej z opiekunek, która krzyczała na dzieci. Powołali się właśnie na przepis określający zasady bezpiecznej relacji dorosły–dziecko.

W wielu miejscach wciąż jednak nie wdrożono zmian.

Gdzie?

Chociażby w hotelach. Praktycznie w żadnym hotelu, do którego skierowałem zapytanie, nie ma informacji na temat nowych przepisów.

Hotele też ta ustawa obowiązuje?

Obejmuje dużo miejsc, w których przebywają dzieci, w tym obiekty turystyczne – są to kategorie związane ze zdrowiem, edukacją i wypoczynkiem.

Co powinny wdrożyć takie miejsca jak hotele?

Każdy hotel, podobnie jak każda inna placówka, w której są dzieci, powinien przeprowadzić szkolenia dla swoich pracowników. Podczas meldowania gości personel powinien sprawdzić tożsamość dziecka oraz jego relację z osobą dorosłą. Każdy hotel powinien opracować jasne i zrozumiałe procedury interwencji w przypadku podejrzenia zagrożenia dobra dziecka i wyznaczyć osobę odpowiedzialną za podejmowanie interwencji.

I co bardzo ważne, standardy ochrony małoletnich należy komunikować nie tylko pracownikom, lecz także gościom: dzieciom i ich opiekunom. Informacje te powinny być opracowane w zrozumiałej formie i udostępnione na przykład w postaci broszur lub plakatów w pokojach hotelowych oraz na stronie internetowej obiektu. Ja takich informacji nie znalazłem.

Jak pracownik hotelu może rozpoznać, że dziecko jest zaniedbane czy krzywdzone?

Takim symptomem jest chociażby jego wygląd – dziecko może być brudne, ubrane nieadekwatnie do pogody, może nieprzyjemnie pachnieć. Warto zwrócić uwagę na sposób, w jaki rodzice się do niego zwracają: czy krzyczą, czy je obrażają.

Bardzo zależy mi na tym, żeby ten przepis był żywy i aby ludzie z niego na co dzień korzystali. Może to dziwnie zabrzmi, ale to dobrze, że tak często do mediów trafiają w ostatnim czasie historie krzywdzonych dzieci, bo to tak naprawdę dzięki nim coś się w naszym kraju zmienia. Choć wolałbym, aby te zmiany wprowadzane były nie tylko wskutek takich tragedii jak ta, która spotkała Kamilka z Częstochowy. Jako stowarzyszenie prowadzimy także działania orzecznicze i bardzo byśmy chcieli, aby władze korzystały z naszego know-how i traktowały poważnie nasze propozycje zmian legislacyjnych. My na co dzień stykamy się z przypadkami przemocy wobec dzieci i nierzadko są to historie mrożące krew w żyłach. Odkąd zostałem ojcem, trudniej jest mi zrozumieć, jak to możliwe, że rodzice są w stanie robić takie rzeczy swoim dzieciom.

Grób Kamila Mrozka, ośmioletniego chłopca skatowanego pod koniec marca przez ojczyma (Grzegorz Skowronek / Agencja Wyborcza.pl) , Magdalena B., matka 8-letniego Kamilka z Częstochowy (Grzegorz Skowronek / Agencja Wyborcza.pl)

Czy rosnąca liczba dzieci, które trafiają do pieczy zastępczej, może się wiązać także z tym, że są one zabierane z miejsc, gdzie dzieje im się krzywda, szybciej, niż było to dawniej?

Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. Decyzja o odebraniu dziecka rodzicom nigdy nie jest podejmowana przez jedną osobę. Jest to także proces, który wymaga wnikliwej analizy. Mamy oczywiście w kraju placówki interwencyjne, gdzie trafiają dzieci, nad którymi rodzice tu i teraz nie są w stanie sprawować należytej opieki, a dzieci te nie mają dziadków lub innej rodziny, która mogłaby się nimi zająć. Odseparowanie dziecka od biologicznych rodziców na dłuższy czas, czyli uruchomienie procedury umieszczenia go w pieczy zastępczej, jest jednak generalnie traktowane w Polsce jako ostateczność. Czy to dobrze, czy źle? Mogę odpowiedzieć jak rasowy psycholog – to zależy.

Od czego?

Najważniejsza jest dla nas perspektywa rodziny, to, żeby zachować jej integralność. Często jest tak, że problem w rodzinach jest czasowy – nastąpił kryzys, z którym w danym momencie rodzina sobie nie radzi. I zamiast separować dziecko od rodziców, wystarczy po prostu wdrożyć intensywniejsze wsparcie asystenta rodziny, który pomoże odbudować rodzinne zasoby potrzebne do sprawowania opieki nad dziećmi.

Ale jest też druga strona medalu.

Tak, to sytuacje, kiedy zaniedbanie i przemoc wniknęły w rodzinną tkankę i dawanie kolejnych szans po prostu wystawia dziecko na potencjalne krzywdzenie. Kluczem jest zatem odpowiednia diagnoza sytuacji, co bywa wyzwaniem, zwłaszcza jeśli opiekunowie deklarują chęć poprawy.

O czym jeszcze może świadczyć rosnąca liczba dzieci trafiających do pieczy zastępczej?

O przemianach kulturowych. Żyjemy w czasach, w których rodzice są wiecznie zagonieni, nie poświęcają wystarczająco czasu i uwagi swoim dzieciom, często te dzieci – w ich mniemaniu – stają na drodze do realizacji ich potrzeb.

Mam jednak wrażenie, że ten problem dotyczy raczej rodzin wysoko funkcjonujących.

A nie ma wysoko funkcjonujących alkoholików? Powinniśmy odejść od myślenia, że krzywda dziecka wiąże się najczęściej z biedą rodziców, ich brakiem wykształcenia, że dotyczy zawsze nizin społecznych. Ja wiem, że obrazki przedstawiające ciasne mieszkania, w których latają muszki owocówki, a w lodówce wszystkie produkty są przeterminowane lub lodówka świeci pustkami, wyglądają dobrze w materiałach dziennikarskich, ale to nie jest prawdziwy obraz rzeczywistości. Znam rodziny, w których na pierwszy rzut oka niczego nie brakuje, są pieniądze, dziecko chodzi do dobrej szkoły, na zajęcia dodatkowe, ma swój pokój, ale z jakiegoś powodu przejawia zachowania agresywne i na przykład rzuca krzesłem w nauczyciela. Potem często okazuje się, że nie wszystko jest w domu tak kolorowo, jak by się wydawało, że jest choroba alkoholowa albo dziecko nie dostaje praktycznie żadnej uwagi ze strony opiekunów, stosuje się wobec niego przemoc, czy to fizyczną, czy psychiczną. Albo rodzice z innych powodów, na przykład z powodu choroby psychicznej, nie są w stanie zapewnić dziecku odpowiedniej opieki.

Przyczyna odebrania dziecka zawsze jest taka sama – dziecko jest krzywdzone. A dlaczego jest krzywdzone, to już problem bardziej złożony.

Z jednej strony poziom naszego życia rośnie, ale z drugiej nasza sieć wsparcia społecznego jest coraz bardziej uboga. Kiedyś było normą, że tuż obok nas mieszkali dziadkowie lub inni członkowie rodziny, którzy wspólnie wychowywali z nami dziecko. Teraz jesteśmy sami. Mówi się, że żyjemy w ciekawych czasach – fajnie, ale mają one także swoje konsekwencje, szczególnie jeśli chodzi o psychikę. Coraz częściej borykamy się z różnymi zaburzeniami psychicznymi, na przykład depresją. Jeżeli choroba jest zaawansowana lub w ostrym stadium, uniemożliwia opiekę nad dzieckiem.

Chciałbym jednak, aby wybrzmiała inna kwestia. Dla mnie problemem nawet nie jest to, że do pieczy trafia więcej dzieci – w moim przekonaniu to nieznaczny wzrost. Bardziej niepokoi mnie to, że nie bardzo mamy te dzieci gdzie umieszczać.

I co wtedy?

Borykamy się z kryzysem pieczy zastępczej. Problem dotyczy każdej organizacji zapewniającej tego typu opiekę, i to nie tylko w Polsce, lecz także w całej Europie.

Sytuacja jest naprawdę poważna i skutkuje na przykład tym, że dzieci trafiają do domów, do których po prostu trafić nie powinny. Nieraz spotkałem się w swojej karierze z sytuacją, że rodzicami zastępczymi dziecka zostawali jego dziadkowie, którym wcześniej odebrano ich własne dzieci, bo byli niewydolni wychowawczo.

My, jako stowarzyszenie, jesteśmy w stanie odpowiedzieć rocznie na zaledwie 10 proc. pytań o możliwość przyjęcia jakiegoś dziecka. Co roku przyjmujemy około 50 z 500 dzieci, które szukają domu zastępczego.

To niewiele.

Większych możliwości nie mamy. Nie jesteśmy w stanie tych dzieci w naszych domach pomieścić. Celem jest przecież to, aby zapewnić im komfort, bezpieczeństwo, aby mogły się rozwijać, pokonywać swoje ograniczenia, a nie po prostu egzystować. Mamy też określone standardy – jest maksymalna liczba dzieci, które mogą mieszkać w jednym domu.

Niestety, coraz mniej osób jest zainteresowanych pracą w rodzinnej pieczy zastępczej. Różne działania promujące tę ścieżkę zawodową nie przynoszą większych rezultatów. Mam tu na myśli przede wszystkim zawodowych rodziców zastępczych.

Stanowią zaledwie 5,8 proc. wszystkich rodzin zastępczych. Rodziny spokrewnione stanowią 63,8 proc., niezawodowe, czyli tworzone przez dalszych krewnych – 30,4 proc.

To bardzo mało. Liczba rodzin zastępczych systematycznie spada od 2012 roku. W ciągu 10 lat ubyło nam ponad cztery tys. rodzin zastępczych.

Dlaczego tak jest?

Bo to bardzo wymagające zajęcie. Może dawać mnóstwo satysfakcji, ale jednak wymaga sporego poświęcenia. Tak naprawdę zmienia życie o 180 stopni. Nie jest to praca przy taśmie, nie jest to także praca "od do", nie można o 16 w piątek zamknąć laptopa i się odciąć, potrzeby dziecka nie poczekają do poniedziałku. To rodzaj misji. I bądźmy szczerzy, stawki za taką pracę nigdy nie będą dorównywać stawkom na stanowiskach menedżerskich w korporacjach.

Żeby zostać rodzicem zastępczym, trzeba także spełnić określone warunki, dać się prześwietlić. Nie każdy jest na to gotowy. Kandydaci na rodziców zawodowych nie od razu też rozpoczynają pracę, przygotowanie do pełnienia tej funkcji zajmuje sporo czasu.

Młodzi, którzy wchodzą na rynek pracy, mają nieco inne podejście do życia niż my, gdy byliśmy młodzi. Chcą się poświęcać raczej sobie, swojemu rozwojowi, a nie innym, priorytetem jest wygoda. Jak zapyta pani w podstawówce dzieci, kim chcą zostać w przyszłości, to większość odpowie, że influencerem. Coraz mniej młodych dorosłych chce mieć własne dzieci, a co dopiero zajmować się dziećmi innych, w dodatku pochodzącymi z domów bardzo dysfunkcyjnych, które borykają się z różnego rodzaju problemami zdrowotnymi lub zaburzeniami, bo w życiu płodowym były eksponowane na przeróżne środki psychoaktywne. Naprawdę bardzo rzadko do pieczy trafiają tzw. sieroty naturalne, czyli dzieci, których rodzice na przykład zginęli w wypadku.

Zdjęcie ilustracyjne (Krzysztof Ćwik / Agencja Wyborcza.pl) , Rodzinny dom dziecka w Białymstoku (Marcin Onufryjuk / Agencja Wyborcza.pl)

Czy wobec tego celem nie powinno być postawienie akcentu na działania wspierające rodziny z trudnościami, tak aby dzieci trafiających do pieczy było po prostu coraz mniej?

Oczywiście, do tego właśnie dążymy. Ale to ogromne wyzwanie. Przede wszystkim należy poświęcić odpowiednio dużo czasu na nawiązanie relacji ze wspieranymi, bo bez tego trudno o otwartość w sprawach często bardzo trudnych. To jest pierwszy, niezwykle trudny krok, by zastosować skuteczną pomoc – musimy przekonać obcych dla nas ludzi do opowiedzenia nam o trudnych i krępujących sytuacjach z ich życia. Im więcej zbierzemy informacji o funkcjonowaniu rodziny, problemach ją trapiących, tym łatwiej nam wspólnie zaplanować działania służące poprawie sytuacji. Bardzo często powód zgłoszenia się rodziny z prośbą o wsparcie jest całkiem inny niż ten, który rzeczywiście dezorganizuje jej życie, a wachlarz tych problemów jest naprawdę szeroki – od uzależnień, poprzez przemoc, bezradność opiekuńczo-wychowawczą i niestabilną sytuację zawodową, po różnego rodzaju niepełnosprawności lub przewlekłe choroby.

Bardzo często, niestety, problemy w rodzinie są tak poważne i tak rozległe, że pomoc jest po prostu niemożliwa – wtedy najlepszym, a tak naprawdę jedynym słusznym wyjściem jest odseparowanie dziecka od systemu rodzinnego.

Łukasz Łagód. Psycholog, absolwent Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Od 2015 r. związany ze Stowarzyszeniem "SOS Wioski Dziecięce w Polsce". Na co dzień wspiera działania Programów Umacniania Rodziny "SOS Rodzinie", szuka efektywnych oraz innowacyjnych form i metod pracy. Trener metody Team Up (ruchowa metoda pracy z dziećmi uchodźczymi zwiększająca ich rezyliencję), prowadzi zajęcia akademickie z zakresu psychologii rozwoju i wychowania. Prywatnie mąż, ojciec, syn, turysta, gitarzysta, stolarz amator.

Ewa Jankowska. Dziennikarka. Redaktorka. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu, z wykształcenia psycholożka i kulturoznawczyni. W mediach od 2011 roku.