W jakim stanie dzieci trafiają do domu dziecka?
Są zawsze bardzo wystraszone i straumatyzowane. Większość z nich wiekowo to szkoła podstawowa. Trafiają do nas z powodu całkowitej niewydolności wychowawczej rodziców, z powodu przemocy i alkoholizmu. Pochodzą z rodzin, w których matka szła do sklepu po wódkę dla siebie oraz chipsy dla dziecka i tym je karmiła. Mieliśmy chłopca, który miał tak wielki brzuch, że baliśmy się, że jest chory. Okazało się, że brzuch był wzdęty z głodu. Trafiło też do nas rodzeństwo odebrane matce, która zupełnie sobie nie radziła. Ma szóstkę dzieci – trójkę z mężem i trójkę z kochankiem. Mąż pracuje za granicą, a ona potrafiła wyjechać na dwa tygodnie z kochankiem i zostawić dzieci same, żeby opiekowały się sobą nawzajem. Najmłodsze nie miało roku.
Co przywożą ze sobą dzieci?
Swoich rzeczy nie mają dużo: jakaś pamiątka z rodzinnego domu, trochę ubrań, często jakiś rozbity telefon. Zwracam uwagę na buty: zawsze są zniszczone i brudne. Pracuję w zawodzie 24 lata i widzę, że te środowiska, z których przychodzą dzieci, się nie zmieniają. To zawsze są takie same historie. 500+ nic tutaj nie zmieniło. Przyjmowałam wiele dzieci i za każdym razem, kiedy przychodzi kolejne, towarzyszy mi ten sam strach, jak ono sobie poradzi. W pracy muszę się trzymać w ryzach, ale nawet teraz, po tylu latach, kiedy wracam do domu po przyjęciu dziecka, łzy mi płyną po policzkach.
Co się z nim dzieje, kiedy trafia do państwa?
Mamy trzy–czteroosobowe pokoje. Staramy się dobrać dzieci według wieku i charakteru. Czasem dziecko płacze przez dwa–trzy dni... Wszystkie są wrażliwe, cudowne i bardzo nieszczęśliwe. Zawsze zaczynamy od lekarza rodzinnego, bo dzieci są zaniedbane, wycieńczone. Zawsze coś wychodzi – jakieś problemy z kręgosłupem, ostatnio z nerkami. Rodzice ich nie badali. Przez pierwsze tygodnie dzieci zazwyczaj dużo jedzą, na zapas. Później widzą, że jedzenie się nie skończy. Na każdym dyżurze obserwuję, co które z nich lubi, jak się zachowuje z kolegami. Powstaje diagnoza psychologiczna i pedagogiczna i piszemy plan pomocy dziecku.
Co się w nim znajduje?
U sześcio–siedmiolatka często jest wpisana nauka wiązania butów, jedzenia nożem i widelcem, mycia zębów. Rodzice tego nie nauczyli. W planie pomocy są też długoterminowe cele – rozwój konkretnych zainteresowań, może korepetycje, jeśli okazuje się, że są problemy w szkole, psychoterapia. I staramy się to krok po kroku realizować. Muszę zaznaczyć, że taki standard został wdrożony niedawno. Możemy tak pracować od niecałych czterech lat, od kiedy zmienił się dyrektor i udało się nam pozyskać prywatnych sponsorów. Wcześniej to było średniowiecze. Nie mieliśmy środków, żeby odpowiednio zadbać o dzieci. Wie pan, ja się długo wstydziłam, że pracuję w domu dziecka.
Jak w ciągu 24 lat zmienił się dom dziecka, w którym pani pracuje? Zaczynała pani po roku 2000.
Wszędzie były duże przestrzenie. Jedna duża kuchnia, w której dzieci same niczego nie przygotowywały. Wielka, potężna stołówka, długie korytarze. Stare, zniszczone meble, wyciągnięte, wypłowiałe zasłony w oknach. Typowy bidul. Było bardzo biednie. Wie pan, kiedy wstydziłam się najbardziej? Jak odprowadzałam do szkoły chłopaka, który miał spodnie związane sznurkiem. Nie dało się załatwić paska i koniec. Mieliśmy ponad 90 dzieci. Najmłodsze – niespełna roczne, najstarsze – prawie pełnoletnie. Większość wychowanków miała po kilkanaście lat; sądy zbyt późno orzekały pozbawienie praw rodzicielskich. Przyjeżdżali do nas już bardzo zdemoralizowani. W domu często rozwiązywali swoje problemy siłą, zdarzały się ucieczki. Nieraz odwoziłam dzieciaka do izby wytrzeźwień albo na odwyk. Mieliśmy te dzieci ratować, ale często to było niemożliwe. Po kilku latach pracy uświadomiłam sobie, że zapewniamy im przetrwanie, ale one nie będą w stanie funkcjonować jako dorośli w społeczeństwie.
Zdarzyło się coś nadzwyczajnego, że zdała sobie pani z tego sprawę?
Wzięłam do domu na święta Bożego Narodzenia Roberta. To był taki szczypiorek, blondyneczek o niebieskich, zalęknionych oczkach. Był bardzo małym dzieckiem, kiedy do nas trafił. Zawsze zostawał w domu dziecka na święta, podczas gdy jego koledzy wyjeżdżali do rodzin biologicznych. Wtedy sądy rodzinne prawie zawsze pozwalały na wyjazd, bez względu na sytuację w domu, a rodzice często o to prosili, bo mogli ubiegać się o zasiłek celowy. Kiedy dzieci wracały, musieliśmy je na nowo odwszawiać i leczyć. Ale Robert nie miał rodziców, bo się zapili na śmierć. Musiałby zostać w Wigilię sam, więc wzięłam go na święta do domu. Mówię: "Zrób sobie kanapkę". A on na to, że nie umie kroić chleba. Miał 12 lat. Rozumie pan? W domu dziecka chleb zawsze był pokrojony w koszyku… Myśmy tych dzieci w ogóle nie przygotowywali do życia. W latach 2000 instytucja zapewniała im fizyczny byt i nic więcej. A czasem dzieci dodatkowo krzywdziła.
To znaczy?
Rozdzielanie rodzeństwa nie było niczym niezwykłym. Mieliśmy taką siódemkę, która mieszkała u nas przez rok. Któregoś dnia zebrał się zespół, podjął decyzję, że dzieci pójdą do adopcji, każde gdzie indziej. Było oczywiste, że stracą ze sobą kontakt. Kiedy myślę o tej sytuacji, do dzisiaj jest mi trudno. Nie powinniśmy byli takich rzeczy robić, ale pod pretekstem dobra dziecka takie rzeczy się działy. Dzieci to są takie same osoby jak my. Jednak nikt ich nie zapytał o zdanie. Zespół podjął decyzję, że jak się je rozdzieli i odda do adopcji, to będzie dla nich lepiej. Przepisy formalnie zabraniają tego dopiero od 2011 roku. Później mieliśmy podobną sytuację z czwórką rodzeństwa. I wtedy powiedziałam: nie. Nie przyłożę do tego ręki. I wzięłam je do siebie. W 2013 roku zostałam mamą zastępczą.
Państwo widziało niewydolność instytucji, o której pani mówi. W 2011 roku przyjęto dużą ustawę o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej. Określała kierunek rozwoju na lata. Między innymi do 2015 roku miano odejść od umieszczania dzieci poniżej siódmego roku życia w domach dziecka, a do 2020 roku – dzieci poniżej dziesiątego roku życia.
Bardzo dobry pomysł, młodsze dzieci powinny trafiać do rodzin. Małe dziecko potrzebuje mieć swojego człowieka, który tak samo pachnie, tak samo się zachowuje, na którego może liczyć o każdej porze dnia i nocy. Od tego zależy jego prawidłowy rozwój, jego emocjonalność. To, jak będzie przez całe życie nawiązywać relacje. Tylko że ta ustawa niczego w praktyce nie zmieniła. To działa tylko na papierze.
Dlaczego?
Co mamy robić z dziećmi z wielodzietnych rodzin, gdzie najmłodsze dziecko ma rok, a najstarsze np. 12 lat? Takie rodzeństwo powinno trafić do rodziny zastępczej albo do rodzinnego domu dziecka. Ale za ustawą nie poszedł rozwój rodzinnej pieczy zastępczej. Często nie ma więc alternatywy dla domu dziecka.
Zgodnie z tą ustawą placówka powinna też "objąć dziecko działaniami terapeutycznymi". Jak to wygląda u państwa?
To bardzo ważne, bo każde dziecko, które do nas trafia, potrzebuje leczenia i diagnozy. Ten zapis sobie był, ale długo nie byliśmy w stanie zrobić tego w sensowny sposób. Jeszcze kilka lat temu mieliśmy jednego terapeutę zajęciowego, jednego psychologa i pedagoga na wszystkie dzieci.
Teoretycznie od 2020 roku domy dziecka mogą być maksymalnie 14-osobowe. Chociaż to się udało?
U nas ta zmiana zaczęła się dość sprawnie, bo w 2013 roku podzielono placówkę i stopniowo dochodziliśmy do tych "czternastek". Obecnie dalej jesteśmy w tym samym budynku, ale zamiast jednej placówki są cztery. Każda z własną nazwą i swoją księgą wieczystą. To nadal jest instytucja, z tablicą ogłoszeń na korytarzu, tabliczką "centrum administracyjne placówek opiekuńczo-wychowawczych". Taki kołchoz. Ale rzeczywiście jest też zmiana na lepsze. Mamy oddzielne wejścia, oddzielne salony. Pojawiły się nowe etaty. Od tego czasu na dyżurze może być dwóch wychowawców, choć i to nie zawsze, bo kiedy ktoś jest na dłuższym zwolnieniu, jesteśmy sami z czternastką dzieci. Ale kiedy jest nas dwoje, mam czas, żeby z dziećmi pogadać, chodzimy na spacery, do kina. Teraz np. jestem umówiona z jednym z naszych chłopców, bo trener Startu, naszego klubu sportowego, zauważył go i chce, żeby u nich grał. Tylko musi na trening przyjść z kimś dorosłym. I mogę z nim pójść, bo z pozostałymi dziećmi zostanie drugi wychowawca. Nie musiałam go odsyłać ani kombinować. Pyta pan o najważniejsze zmiany w funkcjonowaniu naszego domu. Ważne było szkolenie, które mieliśmy siedem lat temu. Wtedy pierwszy raz usłyszeliśmy w domu, że to jest ważne, żebyśmy z dziećmi nawiązywali więzi. Że bez bliskości i zaufania nigdy nie wyleczą swoich traum.
To brzmi jak podstawy, a nie rewolucja.
Tak, ale my to szkolenie mieliśmy siedem lat temu!
To był 2017 rok, nastolatki już siedziały na TikToku!
Tak. Ale u nas to była nowość, że dzieci zabrane z rodzin biologicznych potrzebują mieć dorosłych, którym mogą zaufać. Dopiero za tym szkoleniem poszła zmiana mentalności. Kiedy wcześniej pozwalałam na siebie powiedzieć "ciocia", byłam wzywana do dyrektora. "Pamiętaj, to są dzieci z domu dziecka. Ty jesteś wychowawcą. Nie wolno ci się z nimi wiązać!". Wychowawcy intuicyjnie wiedzieli, że taki dystans nie jest dla dzieci dobry. Ale proponowano nam, żebyśmy co mniej więcej pół roku zmieniali grupę: właśnie po to, żebyśmy się nie przywiązali do dzieci, a one do nas. Ja ich w ogóle nie byłam w stanie poznać. Teraz jest tak, że dziecko samo decyduje, czy chce do mnie mówić "pani Beatko", czy "ciocia". I tak dzieci dzielą się naszą szóstką wychowawców, my się między sobą później dzielimy informacjami: na co zwrócić uwagę, czego dziecko potrzebuje. Są dzieci, które nikogo nie wybrały, szczególnie te, które dołączyły niedawno.
Żeby nawiązywać więzi, potrzebna jest w miarę stała kadra. Jak duża jest rotacja w pani zespole?
Teraz zespół się ustabilizował, ale co roku pojawiają się nowi, a odchodzi jedna, dwie, trzy osoby. Często młodzi pracownicy popracują kilka miesięcy i odchodzą. Dzieciaki zawsze testują nowych wychowawców, sprawdzają, na ile mogą sobie pozwolić. Czasem to jest śmieszne, bo mówią, że zęby umyte albo że dziś nic nie było zadane. Świeżak w zawodzie w to wierzy. Wychowawca, który dłużej pracuje, już wie, że to nie musi być prawda, i mówi: "No chodź, niuniek, zobaczymy, co masz zadane". "Ale ja nic nie mam". "No chodź, zobacz, tu muszę cię zapytać, to musimy zrobić"... Jak przychodzi ktoś nowy, to się sypią jedynki w szkole. Czasem to testowanie nie jest sympatyczne: "A co ty mi możesz? Nic mi nie zrobisz, jak mnie zmusisz?". I trzeba szukać sposobu. Początki są trudne, wiele osób rezygnuje. Bo i pieniądze są nieduże. Ja po 24 latach stażu pracy w tym domu zarabiam trochę więcej niż cztery tys. na rękę i to jest szczyt szczytów. To o jakiej stałości zatrudnienia możemy mówić? A to jest naprawdę trudny zawód. Dzięki temu, że mamy możliwość nawiązywać bliskie relacje z dziećmi, ta praca ma sens, ale wiąże się z dużym obciążeniem emocjonalnym.
Na pewno ma pani wiele przykładów...
Opowiem panu historię. Był taki Szymek. To był piękny chłopczyk z krótkimi włoskami, miał czarne, głębokie oczy, jak węgiel. Ale był tak strasznie zdemoralizowany… Ten błysk w oczach będę pamiętać do końca życia. To był mały dorosły: miał dziesięć lat, ale kiedy patrzył, to jakby przenikał człowieka na wylot. To było jeszcze w czasach, kiedy zmienialiśmy grupy, żeby się nie przywiązywać, ale oprócz mnie nikogo nie słuchał, więc zmieniał grupę razem ze mną. Często go przytulałam. Powtarzałam, że jest dobry, że potrafi. Ale był nie do opanowania: opuszczał placówkę, wymykał się, potrafił po godzinie na mieście przynieść mi pięć telefonów komórkowych. On był tak trudny. Nie mógł być inny, bo kradł dla ojca. Pracował jako wytrych – tata robił małe przejście do zamkniętego sklepu, on się przeciskał i wszystko wynosił. Tata czasem go wystawiał za drzwi i kazał mu wrócić z jedzeniem. Nie znał innego życia. Te pięć telefonów dla mnie to był prezent. Innego razu, wieczorem, znów zniknął i nagle wbiega do domu. Za nim wielki facet. Ja zastanawiam sobą młodego i pytam: "Co?". "Ja go zabiję", mówi facet. I okazuje się, że Szymek otworzył wielki samochód z bydłem i krowy wyszły na ulicę. "Ja tego chłopaka…" "Przecież to jest dziecko!" "Jakie to jest dziecko, jak sobie poradził z kłódką?!" Nie było na niego żadnego straszaka. Kiedy zmarł jego ojciec, to nikt z moich kolegów nie chciał jechać na pogrzeb. Bo się go bali! Byłam jedyną osobą, która miała jakikolwiek wpływ na to dziecko. Jakikolwiek. Ale dwa razy próbował podpalić nasz dom: raz podłożył ogień w piwnicy, a drugi raz podpalił wielki krzak, od którego zajął się budynek.
I co się z nim stało? Ma pani z nim kontakt?
W wieku dziesięciu lat został umieszczony w ośrodku dla młodocianych przestępców. Nie było wyjścia, stwarzał zagrożenie dla pozostałych dzieci. Trzeba było z nim pójść do sądu rodzinnego. Szedł ze mną za rękę i mówił: "Obiecaj mi, że wrócimy do domu dziecka". I ja obiecałam. A wiedziałam, że nie możemy wrócić. W sądzie musiałam opowiedzieć o wszystkich sytuacjach, które się wydarzyły, sąd wydał nakaz umieszczenia go w ośrodku wychowawczym – od zaraz. Czekaliśmy w pokoju sędzi na asystę i Szymek pisał na maszynie "moja okochana matka beata" [pisownia oryginalna – przyp. red.]. W pewnym momencie weszło dwóch osiłków i zabrało tego chłopaka. To było najstraszniejsze doświadczenie, jakie przeżyłam w swoim życiu zawodowym.
Spotkała go pani później?
Wiele lat po tym zdarzeniu Szymek przyjechał mnie szukać, ale byłam wtedy na długim zwolnieniu. Zastanawiam się: chciał mnie zobaczyć, czy mnie uderzyć, bo byłam jedyną osobą, której ufał, a ja go tak bardzo zawiodłam. Wiele lat później w telewizji leciał program Przemka Kossakowskiego o młodzieży w ośrodkach wychowawczych. Mąż do mnie mówi: "Zobacz, to Szymek". Wiem, że wyszedł z ośrodka, kiedy miał 18 lat, ale nie odnalazł się na zewnątrz. Sąd mu zasądził młodzieżowy ośrodek wychowawczy do 21. roku życia. Nie wiem, może teraz jest w więzieniu. Do dzisiaj się zastanawiam, czy gdybyśmy wtedy mieli takie możliwości jak dzisiaj, to ta historia mogła się potoczyć inaczej. Czy on mógłby z nami zostać...
A jak teraz wygląda placówka?
Możemy wysyłać dzieci do prywatnych terapeutów i psychiatrów, są pieniądze na aparaty do zębów. Kilka lat temu to było nie do pomyślenia. Dzieci dostają bony do sklepów, możemy jechać na zakupy do sieciówek i kupować nowe, ładne ubrania. Nie chodzi tylko o pieniądze. Chcemy, żeby dzieci czuły się tu u siebie. Przy okazji remontu w każdym pokoju dzieciaki dostały próbniki i wybierały kolory ścian. W jednym pokoju tapetowali ścianę w postaci z jakiejś gry. Same wybrały meble. Każda placówka raz w tygodniu układa jadłospis i dzieci same decydują, co chcą jeść. Kiedy potrzebują czegoś droższego, mogą skorzystać ze swojego depozytu 800+.
Staramy się, żeby to życie było możliwie normalne. Mamy dwunastogodzinne zmiany, więc jeden wychowawca odprowadza i odbiera młodsze dzieci ze szkoły, robi z nimi lekcje. Te starsze same idą i wracają. Kiedy chcą, mogą wyjść, chociaż muszą się zawsze wpisać do zeszytu. Instytucja. Ale staramy się, żeby na tyle, na ile się da, było jak w domu rodzinnym. Na urodziny jest tort od zaprzyjaźnionej cukierni, czasem w mniejszym gronie jedziemy na pizzę albo do kina, są też goście spoza domu dziecka. Na studniówkę dziewczyny mają kosmetyczkę, fryzjera, malowanie paznokci. Same jeżdżą i wybierają sobie sukienki. My, wychowawcy, uczestniczymy w ważnych wydarzeniach też w wolnym czasie, jeśli jesteśmy ważną osobą w życiu danego dziecka.
Dzieciaki mają gości spoza domu dziecka?
Tak, przychodzą koledzy ze szkoły, siadają razem przy komputerze, robią jakiś projekt do szkoły. To nie jest żaden problem. Od kiedy pokoje są ładne, nie wstydzą się. Ale ta stygmatyzacja, że się jest z domu dziecka, istnieje i tak. W szkole są uczniowie, którzy się z naszych dzieci naśmiewają. Niestety, taki przykład idzie też ze strony dorosłych. Jak mówiłam, z mężem prowadzimy też rodzinny dom dziecka. Nauczyciel zapytał naszą przybraną córkę – na forum – czy ona jest z domu dziecka. Wstała, powiedziała, że ma mamę i żeby do niej zadzwonił. Bo my im z mężem mówimy: "Jesteście naszymi dziećmi, urodziliście się w naszych sercach". U nas nie ma żadnych szyldów, dzieci wchodzą i wychodzą, kiedy chcą. A za dzieckiem z instytucji to się ciągnie. Co ma powiedzieć w takiej sytuacji? Spuści oczy, "no tak, w domu dziecka mieszkam".
Od 2023 roku ustawa zakazuje budowy nowych placówek. Pojawiają się postulaty likwidacji domów dziecka i zastąpienia ich w całości rodzinną pieczą zastępczą.
Jak mnie to złości! Do tego potrzeba by ją od lat rozbudowywać, przeznaczyć na to realne środki. Mój mąż, żeby prowadzić nasz rodzinny dom dziecka, zrezygnował z pracy zawodowej. Umowa na prowadzenie rodzinnego domu dziecka to śmieciówka, dostaje najniższą krajową. To jest jego prywatna pensja, a na każde dziecko dostajemy 1361 zł i 800+. Z tego musimy je wyżywić, ubrać, opłacić leczenie i terapię, a każde tego wymaga. Nie powiem przecież, że "nie jedziemy na terapię, bo pieniądze, które dostaliśmy na ciebie, się skończyły". I prywatna pensja męża, i moja idzie na nasze dzieci. Jesteśmy rodziną, trzymamy się razem. Dziwi się pan, że rodzin zastępczych jest mało? O jakim my rozwoju mówimy? Kiedy jesteśmy na szkoleniach dla rodzin zastępczych, jesteśmy z mężem najmłodsi, a mamy po 50 lat. Młodych nie ma.
W 2022 roku ponad połowa rodziców zastępczych była w wieku 51–70 lat.
Dokładnie! Teraz zaczęła obowiązywać ustawa "kamilkowa", która wprowadza standardy ochrony małoletnich przed przemocą w rodzinie. Jeśli to nie ma być kolejny martwy przepis, to więcej dzieci będzie musiało trafić do pieczy zastępczej. Tylko gdzie? Domów dziecka mamy więcej nie budować – i dobrze – ale…
Od lat liczba rodzin zastępczych w zasadzie się nie zmienia.
Więc o jakim likwidowaniu domów dziecka możemy mówić? I gdzie będą trafiać kolejne dzieci? Niedawno był do nas telefon, dziewięcioro rodzeństwa szuka miejsca na cito, ale u nas nie ma miejsc. Dopóki coś się dla nich nie znajdzie, będą przebywać w swojej rodzinie, gdzie dzieje im się krzywda. I dochodzi do tragedii. Siedmiomiesięczny Wojtek ze Świebodzina by żył, gdyby było dla niego miejsce w pieczy zastępczej. Obecnie około tysiąca dzieci czeka na swoje miejsce. Więc co mamy robić? Będziemy ignorować przepis o "czternastkach" i dostawiać łóżka piętrowe na korytarzach? Możemy mówić w zasadzie o agonii rodzinnej pieczy zastępczej, a nie o likwidowaniu domów dziecka. Ale jeśli mówimy o tym, co mi się marzy: chciałabym, żeby dało się zlikwidować domy dziecka. Chciałabym być ostatnią osobą, która weźmie czapkę, zgasi światło i zamknie za sobą drzwi.
Dlaczego?
Bo my w placówce nigdy nie damy tego, co może dać rodzina. Stałości opieki i poczucia bezpieczeństwa. Moje dzieci w rodzinie zastępczej mają dużo więcej pewności siebie niż dzieci w domu dziecka. One nie wierzą w siebie, żeby nie wiem co, chociaż powtarzam im to samo, co własnym. W domu działa, w instytucji nie. "Możesz, potrafisz, popracujemy nad tym przedmiotem w szkole". "Nie, ja tego nie potrafię, nie nadaję się, nie potrzebuję tego". W mojej rodzinie to przynosi efekt, w domu dziecka – nie. Powiem: "Jesteś dla mnie ważny, ważna", ale za dwie godziny skończę zmianę i pójdę do domu, do swojego życia. Jak takie dziecko ma mi uwierzyć?
Myśli pani, że choć jedno dziecko w pani placówce jest szczęśliwe?
Nie wiem. Robimy wszystko, co możemy, żeby tak było. Ale one czekają, aż mama, tata zadzwonią. Bardzo długo o tym później mówią. Nie wiem, czy nie wolałyby wrócić do tych trudnych miejsc, z których do nas trafiły. Kiedy się stawiam na ich miejscu, myślę sobie, że ja chciałabym wrócić. Tam był ich dom. My zawsze będziemy traktowani trochę tak, jakbyśmy byli współwinni temu, że są w domu dziecka. Po tylu latach wiem, że ta złość w nich jest. I zawsze będzie.
Myślę, że byłyby szczęśliwe, gdyby miały mamę i tatę na wyłączność. Choćby zastępczych rodziców, ale własnych. Jak siedzimy wieczorami z młodszymi dziećmi, rozmawiamy, to padają takie słowa. "Moja mama", "mój tata", "tak bym chciała mieć mamę". Żadne z tych dzieci nigdy nie powinno tutaj trafić. Nigdy nie powinno zaznać takiej krzywdy. Nigdy nie powinno doznać takiego zawodu ze strony dorosłych. Widzę, że się uśmiechają, że mają rolki, rowery, że opiekę. Ale to nie jest ich miejsce. Ich miejsce jest w domu. W kochającym domu.
Beata Danielczuk. Od 24 lat wychowawczyni w domu dziecka w Krasnymstawie, od 11 lat mama zastępcza. Ma dwójkę biologicznych dzieci. Była kuratorka społeczna.
Jan Rybicki. Laureat pierwszej edycji programu Polska Stories. Obecnie współpracuje z redakcją Weekend.gazeta.pl. Wcześniej publikował swoje reportaże m.in. w "Dużym Formacie" i "Tygodniku Powszechnym". Lubi słuchać, jak ludzie mówią.

