Rozmowa
Wypadek na Trasie Łazienkowskiej w Warszawie (Dariusz Borowicz / Agencja Wyborcza.pl)
Wypadek na Trasie Łazienkowskiej w Warszawie (Dariusz Borowicz / Agencja Wyborcza.pl)

Nawet do 160 km/godz. mógł jechać Łukasz Ż., sprawca wypadku na warszawskiej Trasie Łazienkowskiej. Moja znajoma jechała tamtędy chwilę wcześniej. "To mogłam być ja" – stwierdziła. Czy powinniśmy się bać wsiadać za kierownicę?

Bać się nie ma sensu, bo idąc tym tropem, trzeba by siedzieć w domu, w fotelu przed telewizorem. A wtedy może nam sufit spaść na głowę. Trzeba jednak być rozważnym i przewidywać to, co może przyjść do głowy innemu kierowcy. Niestety, w sytuacji na Trasie Łazienkowskiej kierowca drugiego samochodu nie miał żadnych szans. Gdy widzimy, że na autostradzie ktoś zaczyna szaleć, to dobrze jest go puścić przodem, zamiast się z nim ścigać czy zajeżdżać mu drogę. Niech sobie jedzie, byle daleko od nas.

Dobrze jest też powiadomić służby, że kierowca takiego czy innego samochodu stanowi zagrożenie dla innych.

Co jeszcze pan rekomenduje?

Założenie w samochodzie kamery. Korzystam z tej możliwości, od kiedy tylko się pojawiła. Jest to doskonały dowód w razie nieszczęścia, czarno na białym widać, jak wyglądało zdarzenie.

To kierowca, a służby i władze? Po wypadku na Trasie Łazienkowskiej prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski zapowiedział, że przekaże dodatkowe środki na policjantów, którzy będą ścigać uczestników rajdów po mieście. Ma też powstać projekt ustawy, dzięki której zarządzający drogami w mieście będą mogli montować radary.

Uważam, że radary mogłyby zwiększyć bezpieczeństwo na drogach, ale musiałyby się zmienić przepisy tak, żeby były one nieoznakowane. Żeby każdy spodziewał się radarów wszędzie, a wtedy będzie jeździł zgodnie z przepisami i zwalniał na ograniczeniach prędkości. Mam jednak mieszane uczucia co do uprawnień. Gdy radary były w gestii straży miejskiej, dochodziło do różnych nadużyć, np. ustawiano tolerancję do jednego kilometra, mimo że miało być do 10, żeby polepszyć statystyki.

Znam przypadki, gdy kierowca nie mógł wyhamować, bo znak ograniczenia był zasłonięty przez krzaki. Czasem znaki są zasłonięte np. przez samochód ciężarowy jadący równolegle. Byłbym za tym, żeby radary pozostały w gestii policji i Inspekcji Transportu Drogowego. Przy czym oczywiście potrzebne są na to dodatkowe etaty, bo jak się dociąży policję ściganiem kierowców, to znów będzie mniej patroli na ulicach.

Obecnie mamy w drogówce 25 proc. wakatów, więc nie wiem, skąd wezmą się szybko dodatkowe patrole. Za moich czasów wakaty wynosiły kilka procent, niestety, poprzednia władza zrobiła dużo złego w policji. Wielu doświadczonych policjantów odeszło, a chętnych na ich miejsce nie ma.

Znicze dla ofiar wypadku na autostradzie (Maciek Jaźwiecki / Agencja Wyborcza.pl)

Tymczasem w stolicy na ulicy Czerniakowskiej i Puławskiej regularnie odbywają się wyścigi samochodowe. Naprawdę nie da się z nimi nic zrobić?

Gdy byłem w służbie, mieliśmy specjalną grupę pościgową, która się tym zajmowała. Ale to było niezwykle trudne. Dostawaliśmy sygnał, że ktoś ściga się np. na Marszałkowskiej. Patrol jechał na Marszałkowską, a gdy dotarł na miejsce, wyścig odbywał się już w innej części miasta. Ten problem mają też inne kraje i jak dotąd nikt nie potrafi z nim skutecznie walczyć.

W nocy z niedzieli na poniedziałek w wypadku na Podlasiu zginęła 19-latka w ciąży. Pijany kierowca miał zakaz prowadzenia aut. Uważa pan, że należy podnieść kary za spowodowanie wypadku ze skutkiem śmiertelnym?

Od zeszłego roku za spowodowanie wypadku, w którym prowadzący pod wpływem alkoholu czy narkotyków sprawca ucieka z miejsca zdarzenia, grozi do 16 lat więzienia. Moim zdaniem jest to bardzo surowa kara, pod warunkiem że sądy będą takie wyroki orzekały i nie decydowały o wcześniejszym wyjściu na wolność sprawców śmiertelnych wypadków. Czy będą? To już pytanie do sędziów, a nie do mnie. Niedawno widziałem statystyki, z których wynikało, że z ponad 50 tys. zatrzymanych nietrzeźwych kierowców tylko 6 proc. poszło do więzienia.

Jeśli ktoś w rażący sposób przekracza samochodem dozwoloną prędkość, to  jakby szedł z maczetą w tłum i zaczynał nią wymachiwać. Samochód, który jedzie 50-60 km/godz., ma kilkaset razy większą energię kinetyczną niż pocisk wystrzelony z pistoletu, którego każdy się boi. Niewiele osób zdaje sobie z tego sprawę. Pociskiem można zabić kilka osób, a samochodem nawet kilkadziesiąt, gdy uderzy się w autobus, który np. się przewróci czy wpadnie do wody.

Na bieżąco śledzę doniesienia o wypadkach i mam smutną refleksję, że praktycznie nie ma dnia, żeby gdzieś nie wydarzyło się coś złego. A to ktoś wjechał w drzewo, a to jakiś samochód dachuje. Prognozowano, że gdy wzrosną mandaty, spadnie liczba wypadków, bo ludzie będą jeździli bezpiecznie. Okazało się jednak, że może to zadziałało, ale przez chwilę. W pierwszym roku było nieco bezpieczniej, ale w następnym statystyki wypadków wróciły do niechlubnej normy.

Wojciech Pasieczny, legenda stołecznej drogówki (Wojciech Surdziel / Agencja Wyborcza.pl)

W 2023 roku na polskich drogach zginęło prawie 2 tys. osób, a tylko w tym roku w sierpniu – 149.

Polska ma wciąż jeden z najwyższych w Europie wskaźnik ofiar śmiertelnych w przeliczeniu na sto wypadków.

W dodatku zdarzają się bulwersujące ucieczki sprawców. Łukasz Ż. uciekł do Niemiec, a Sebastian M., sprawca wypadku na autostradzie A1, który zabił całą rodzinę, schronił się w Dubaju. Jak to możliwe?

Ta sytuacja od początku budzi wiele moich wątpliwości. Dotyczą one głównie działania policjantów. Proszę zwrócić uwagę, że na trasie są dwa rozbite samochody, a policja mówi początkowo, że jeden z nich nie uczestniczył w zdarzeniu. Przecież można było to od razu dokładnie sprawdzić, zbadać ślady kół czy wycieków z auta. Po drugie, od kiedy prokurator chwali się, że będzie stawiał zarzuty sprawcy wypadku, zanim on je usłyszy? Przecież to absurd, a właściwie jasny sygnał dla tego człowieka, że jeśli ma pieniądze, to powinien uciekać z kraju. I tak się stało. Za moich czasów zapraszało się sprawcę wypadku do komendy, stawiało mu się zarzut, a dopiero potem informowało się dziennikarzy.

Sprawcy zwrócono kaucję, dostał nawet złotą kartę rezydenta w Dubaju.

A postępowanie wyjaśniające w sprawie policjantów zakończyło się stwierdzeniem, że nie doszło do niedopełnienia przez nich obowiązków służbowych. Prokuratura umorzyła sprawę.

Mam wrażenie, że policja na początku nie podeszła do sprawy tak, jak powinna. Zaczęto dokładnie sprawdzać przebieg wypadku dopiero wtedy, kiedy jakiś kierowca udostępnił nagranie z kamery.

W czasach, kiedy był pan policjantem drogówki, nie było takich historii?

Oczywiście zdarzały się ucieczki z miejsca zdarzenia, ale nie za granicę. Pamiętam, że sprawca jednego ze śmiertelnych wypadków w Warszawie chciał uciec z kraju, o czym powiedział swojej byłej dziewczynie. Ta dziewczyna powiedziała o wszystkim mamie, a mama przyprowadziła ją do nas, do wydziału ruchu drogowego. Od razu ją przesłuchaliśmy i szybko udało nam się namierzyć sprawcę. Następnego dnia już był przez nas przesłuchiwany.

Często słyszałem tłumaczenie kierowców, którzy uciekli z miejsca wypadku, że byli w szoku. Mówiłem wtedy, że w szoku to jest rodzina, której bliski zginął albo jest ciężko ranny, ale nie sprawca. Kiedyś sprawcę wypadku, który ukrył się w mieszkaniu swojej siostry, wyciągaliśmy z szafy. Został zatrzymany jeszcze tego samego wieczoru, w którym doszło do zdarzenia.

Jestem na emeryturze od 12 lat, ale nie potrafię się odciąć i nie śledzić tego, co się dzieje na polskich drogach. Po pierwsze, dlatego że w dalszym ciągu jako biegły sądowy piszę opinie w sprawie różnych zdarzeń. Po drugie, działam społecznie w fundacji zapobiegania wypadkom drogowym. A po trzecie – i najważniejsze – wciąż jeżdżę samochodem.

Karambol na autostradzie, 2017 rok (Marcin Stępień / Agencja Wyborcza.pl)

Sporo? Co pan widzi jako kierowca?

Podróżuję sporo, bo co roku wyjeżdżam samochodem za granicę na łódkę. To moja pasja. Najpierw jadę więc łódkę przygotować, a potem wybieram się na kilka tygodni za granicę, już z rodziną. Oczywiście mamy teraz w Polsce drogi ekspresowe i nowe autostrady, więc jeździ się lepiej niż wiele lat temu. Do Giżycka jadę ekspresówką z Warszawy nie pięć godzin, ale trzy z kawałkiem. Niestety, przeraża mnie to, co widzę. Mam na myśli bardzo agresywne, wręcz bandyckie zachowania kierowców. Tak jakby niedawne zdarzenia nic ich nie nauczyły.

Jazda po alkoholu, po środkach odurzających, ucieczka z miejsca zdarzenia, nawet poza granice kraju.

Nie rozumiem też ogromnej agresji kierowców. Mam inną wyobraźnię niż większość z nich, bo w swoim życiu byłem jako policjant na setkach wypadków, także śmiertelnych. Kierowcy nie zdają sobie sprawy, że tragedia może im się przytrafić w każdej chwili. Wciąż wiele do życzenia pozostawia szkolenie kierowców, bo na kursach prawa jazdy przygotowuje się do zdania egzaminów, a nie do jeżdżenia po drogach. W tej kwestii nic się nie zmienia.

Mimo że samochody są bezpieczniejsze…

Samochody są coraz lepsze i coraz lepiej wyposażone, ale myślenie, że "elektronika mnie uratuje", bywa zgubne. Zresztą nie trzeba daleko szukać. Niedawno w wypadku uczestniczył komendant główny policji. Samochód, którym go wieziono, miał wszystkie możliwe zabezpieczenia, a doszło do dachowania. Jak to możliwe?

Zobacz wideo Kasia założyła "babską" szkołę jazdy. Prowadzi ją już 15 lat

No właśnie: jak to możliwe?

Proszę pani, praw fizyki się nie oszuka. Jak mówił Jan Kobuszewski w pewnym skeczu: "Praw fizyki pan nie zmienisz i nie bądź pan głąb". Tymczasem wielu kierowców bezgranicznie ufa elektronice, którą są naszpikowane dzisiejsze samochody. A to usypia czujność.

Jadę ostatnio drogą ekspresową i widzę, że samochód będzie za chwilę wyjeżdżał z pasa rozbiegowego. Grzecznie zjeżdżam na lewy pas, żeby mógł sobie przejechać na prawy, a on mi przed samym nosem zajeżdża drogę tak, że muszę nagle gwałtownie hamować. Na szczęście wyhamowałem i nie doszło do kolizji. Albo jadę autostradą i widzę, że jakiś kierowca kica między pasami. Ja utrzymuję bezpieczny dystans od samochodu przede mną, ale tamten kica. Jak nie udaje mu się lewym, to wyprzedza prawym. Kilka razy musiałem przez niego ostro hamować.

Na szczęście jeżdżę z kamerą, więc wszystko jest udokumentowane.

Liczba wypadków śmiertelnych w Polsce nie spada (Mikołaj Kuras / Agencja Wyborcza.pl)

Przydaje się?

Dwa razy przekazałem policji nagrania z innych zdarzeń, podczas których doszło do kolizji. Za jednym razem kierowca twierdził, że samochód uprzywilejowany nie miał włączonych sygnałów błyskowych, a na moim nagraniu doskonale widać, że to nieprawda. Drugim razem jeden z kierowców nagle zmienił pas i twierdził przed policją, że tego nie zrobił, ale moje nagranie pokazało, że kłamie. W obu przypadkach czekałem na policję i pokazałem jej nagrania, żeby nie było wątpliwości, kto spowodował kolizję.

Naprawdę pan wszystko nagrywa?

Nagrywam głównie po to, żeby siebie ochronić, gdyby okazało się, że ktoś na mnie wymusił pierwszeństwo czy wjechał na czerwonym. Trudno to udowodnić. Jeśli przy okazji mogę wykorzystać nagranie, żeby komuś pomóc, to dlaczego miałbym tego nie zrobić?

Przecież mógłby pan odpuścić?

Nie potrafię! Nie mógłbym spokojnie spać ze świadomością, że puszczono kolejnego bandytę drogowego, że jest bezkarny, a ktoś, kto został pokrzywdzony, przez dwa lata będzie się włóczył po sądach, żeby udowodnić swoją wersję zdarzenia.

Mł. inspektor Wojciech Pasieczny. Od stycznia 2012 roku na emeryturze. Zanim trafił do policji, był zawodowym żołnierzem. W drogówce przepracował ponad 21 lat, był przy ponad 600 śmiertelnych wypadkach. Działa w Fundacji Zapobieganie Wypadkom Drogowym. Jest biegłym sądowym. Podróżuje i żegluje. Był na Spitsbergenie, Antarktydzie i Grenlandii. Czterokrotnie opłynął przylądek Horn. Ma troje wnucząt.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Prowadzi też własny talk-show "Domowy kryminał" w telewizji Active Family. Specjalizuje się w niebanalnych rozmowach z fascynującymi ludźmi. Pasjonatka Włoch, kawy i słoni.