Rozmowa
Paweł Raszewski (archiwum prywatne)
Paweł Raszewski (archiwum prywatne)

Potrafi pan mówić o tym spokojnie?

Teraz już tak.

Uderzył w pana pijany kierowca. Jak do tego doszło?

To się stało 15 lat temu. W 2006 roku byłem 26-letnim chłopakiem świeżo po studiach, skończyłem informatykę. Kolega zaproponował, żebym przyjechał do pracy na Słowację. Oddział IBM akurat robił nabór. To świetny pomysł – stwierdziłem. Myślałem, że się tam zaaklimatyzuję, popracuję parę lat, a potem wrócę do Polski.

Przepracowałem pół roku i wydarzył się ten wypadek. Była niedziela po południu, 10 września. Z dwiema koleżankami szedłem poboczem drogi, prawidłową stroną. Samochód prowadzony przez pijanego kierowcę wypadł z drogi i w nas wjechał.

Nic z tego momentu nie pamiętam. Szczegóły znam z relacji koleżanek. Podobno chwilę po wypadku wstałem, coś powiedziałem i zemdlałem. Gdy karetka zabierała mnie do szpitala, byłem nieprzytomny. Lekarze, którzy przyjechali na miejsce, byli przekonani, że nie przeżyję. Taką też wiadomość przekazali rodzinie.

Jakie miał pan obrażenia?

Miałem poważny uraz mózgowo-czaszkowy. Lekarze musieli mi przeciąć czaszkę i na nowo ułożyć w niej mózg, bo wytworzył się spory obrzęk. Do tego wiele innych obrażeń. Przez sześć tygodni byłem w śpiączce. Z całej trójki najbardziej oberwałem ja, bo pijany kierowca uderzył autem w naszą grupę od mojej strony. Jedna koleżanka miała uraz mózgu, ale okazał się nie tak poważny jak mój. Druga wyszła z tego ze złamaną ręką. Obie szybko wróciły do pracy.

A pan?

Ja kolejnych osiem miesięcy spędziłem w szpitalu. Miałem tracheotomię, jedzenie podawano mi przez rurkę podłączoną do szyi. Trwało to jakieś pół roku. Lekarze musieli mi też wyciąć uszkodzoną nerkę, naprawić płuca i serce. W sumie przez jakiś rok od wypadku nie chodziłem i nie mówiłem. Jeśli już wydobywałem z siebie jakieś słowa, to tylko "tak" albo "nie". To była afazja. Nawet teraz, po 15 latach, czasem wiem, co chcę powiedzieć, ale nie potrafię znaleźć w głowie odpowiedniego słowa.

W Pawła Raszewskiego wjechał pijany kierowca (Michał Lepecki / Agencja Gazeta)

Co się działo, kiedy wyszedł pan ze szpitala?

Gdy zaczynałem dochodzić o siebie, dowiedziałem się, że w Krakowie działa fundacja, która pomaga takim osobom jak ja. Pojechałem do nich i dostałem wsparcie fizjoterapeuty, logopedy oraz psychiatry. Codziennie miałem jakieś zajęcia: albo parę godzin rehabilitacji, albo psychoterapia. Pomogli mi wrócić do świata. Bo ja musiałem się wszystkiego nauczyć od nowa.

Przeszedłem też operację prawego kolana, którego nie potrafiłem do końca wyprostować. W tej chwili mam jeszcze trochę krzywą stopę, ale kompletnie mi to nie przeszkadza. Daję radę.

Nie ma pan problemów z poruszaniem się?

Chodzę już bez kul, prawie dobrze. Tuż po wypadku najpierw mogłem poruszać się tylko na wózku, potem przy chodziku. Asekurowałem się nim, kiedy ćwiczyłem chodzenie do drzwi i z powrotem. Jak zaczynałem, to stawiałem samodzielnie 24 kroki i byłem tak zmęczony, że musiałem usiąść. Moje mięśnie były bardzo słabe, musiałem je trenować i wzmacniać.

Kiedy pan po raz pierwszy pewnie stanął na nogi?

To mi zajęło niecałe dwa lata, licząc od dnia wypadku. Dokładnie pamiętam ten moment, to było w Krakowie. Jestem pewien, że tylko dzięki wsparciu rehabilitantów stanąłem na nogi. Teraz mogę chodzić, ile chcę, jak chcę i gdzie chcę.

To świetnie!

Wciąż robię postępy. Niedawno zacząłem biegać. Czasem pięć, czasem nawet dziesięć kilometrów dziennie. To całkiem niezły wynik, prawda?

Paweł Raszewski chętnie jeździ rowerem (Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta)

Bardzo dobry, jestem pod wrażeniem.

Przed wypadkiem sporo biegałem, grałem też w piłkę. Po tym poważnym urazie głowy do piłki już nie wrócę, więc pozostaje mi bieganie. Raz, dwa razy w tygodniu. Podoba mi się. Jeżdżę też rowerem.

Czuje się pan bezpiecznie na drodze? Z takimi doświadczeniami jak pańskie można mieć lęk przed poruszaniem się ulicami.

Kiedy jadę rowerem, wybieram te boczne, one są spokojniejsze. Na ruchliwe trasy się nie wypuszczam.

Jak tak pana słucham, to odnoszę wrażenie, że musi pan być bardzo silny psychicznie.

Po wypadku kompletnie się załamałem, nie chciałem żyć. Ten najcięższy stan trwał jakiś miesiąc po tym, jak się obudziłem. Gdy jeździłem na wózku, początkowo było mi wszystko jedno, czy z niego wstanę, czy nie. Właściwie to rehabilitanci mnie zmobilizowali do pracy. Z czasem obudziła się we mnie chęć, żeby jak najszybciej wrócić do normalności sprzed tamtego wrześniowego dnia. Dziś już czuję się silny psychicznie, więc dobrze się pani wydaje.

Pomogło mi też to, że zawsze byli przy mnie bliscy. Kiedy uległem wypadkowi, mój ojciec już nie żył, ale miałem silne wsparcie mamy, brata i siostry. I moich kolegów ze studiów, którzy przyjechali do szpitala w Bratysławie, żeby podtrzymać mnie na duchu.

Czym z perspektywy czasu jest dla pana ten wypadek? On zmienił pańskie życie.

Przez kolejne lata próbowałem znaleźć sens w tym, co mnie spotkało. Ale nie znalazłem.

Sprawdzał pan, kim był ten pijany kierowca?

Nigdy. Chciałem zapomnieć. Wiem tylko, że miał we krwi ponad promil alkoholu, ale nie wiem, jak się nazywa, kim jest.

Choć wtedy, gdy już wybudzili mnie ze śpiączki i zrozumiałem, że zniszczył mi życie, miałem ochotę go zabić. A potem mi przeszło. Nie żywię do niego nienawiści. Ale każdemu, kto wsiada za kierownicę po pijaku, chcę powiedzieć, żeby się zastanowił i żeby tego nie robił. Bo może kogoś zabić albo zmarnować mu całe życie.

A komuś, kto ma poczucie, że jego całe życie zostało zmarnowane, co by pan powiedział?

Wie pani, ja się nie znam na mowach motywacyjnych. Człowiekowi po ciężkim wypadku czy innym trudnym przeżyciu, który znalazł się w podobnej sytuacji jak ja, powiedziałbym, żeby się nie poddawał. Próbuj, mimo wszystko. Może się nie podniesiesz za pierwszym, drugim czy trzecim razem, ale uda ci się za czwartym albo piątym.

'Każdemu, kto wsiada za kierownicę po pijaku, chcę powiedzieć, żeby się zastanowił i żeby tego nie robił' (Piotr Skórnicki / Agencja Gazeta)

Kierowca, który w pana wjechał, stanął przed sądem.

Tak, ale proces toczył się na Słowacji, bez mojego udziału. Miałem prawnika, który mnie reprezentował, ja wolałem zostać w Polsce. Kierowca usłyszał wyrok dwóch lat pozbawienia wolności, w dodatku w zawieszeniu. Czyli nic. Zabrano mu też prawo jazdy.  

Ja otrzymałem po wypadku 40 tys. złotych odszkodowania z ubezpieczenia. Dziś uważam, że należało mi się co najmniej dwa razy tyle, ale za późno się odwołałem i już machnąłem na to ręką. Wszystkie pieniądze przekazałem fundacji, która stawiała mnie na nogi.

Z czego się pan utrzymuje?

Mam rentę, przyznaną do 2026 roku, w drodze wyjątku. Oznacza to, że nie mogę podjąć pracy, a gdybym to zrobił, stracę świadczenie. W sumie, z dodatkiem 500 plus dla osób niepełnosprawnych i 200 zł zasiłku, dostaję miesięcznie 1,8 tys. złotych. Nie udaje mi się z tego nic odłożyć. Mieszkam z mamą, która ma 75 lat. Nie pracuję, ale chciałbym. Potrafię obsługiwać komputer, mogę pracować w biurze. Jeśli zarobiłbym jakieś 3 tys. złotych, to zrezygnowałbym z renty.

Wie pani, wtedy, gdy miałem 26 lat, wyobrażałem sobie, że moje życie potoczy się zupełnie inaczej.

Czyli jak?

Zwyczajnie po prostu. Zamierzałem parę lat popracować za granicą jako informatyk, zarobić trochę grosza, a później wrócić do Polski i tu się zatrudnić. W jakiejś dużej firmie we Wrocławiu albo w Warszawie. Marzyłem, że poznam jakąś fajną dziewczynę, zakocham się w niej, weźmiemy ślub i będziemy mieli dzieci.

Paweł Raszewski marzy o założeniu rodziny (shutterstock)

A jak jest?

Moja prawa ręka w 80 proc. jest już sprawna, choć wciąż muszę ją ćwiczyć. Ale radzę sobie. Wszystko potrafię zrobić przy sobie sam. Nie wymagam opieki w codziennym życiu. Jestem podopiecznym Fundacji "Nadzieja" Osób Poszkodowanych w Wypadkach Drogowych. Ona zbiera pieniądze na moje dalsze leczenie. Jeżdżę na rehabilitację raz na rok, przeważnie na cały miesiąc, do różnych szpitali czy ośrodków. Właśnie się pakuję, bo najbliższe cztery tygodnie spędzę w szpitalu w Kaliszu. Będą mi ćwiczyć nogę i rękę, żeby były jeszcze sprawniejsze. I wzmacniać mięśnie.

Chodzę też na warsztaty terapeutyczne dla osób z niepełnosprawnościami. Uczę się gotowania, rozmawiam z ludźmi, którzy są w podobnej sytuacji jak ja. Spędzam tam zwykle czas dwa–trzy razy w tygodniu. Na przykład dziś po południu umówiłem się na spotkanie z koleżanką, którą poznałem na warsztatach. Bardzo ją lubię. 

Panie Pawle, a o czym pan marzy?

Żeby podeszła do mnie jakaś ładna dziewczyna i mnie pocałowała. Tak mocno. A potem, żeby została moją narzeczoną, no i w końcu żoną.

A potem, żebyście żyli razem długo i szczęśliwie?

Dokładnie tak.

Pijani kierowcy spowodowali w 2020 roku w Polsce ponad 2,5 tys. wypadków. Zginęło w nich 216 osób. Rok wcześniej ofiar pijanych kierowców było 192. Przez pierwsze sześć miesięcy tego roku policja zanotowała 684 wypadki, których sprawcami byli nietrzeźwi kierowcy. Zginęło 68 osób, a 841 zostało rannych.

Paweł Raszewski. Skończył informatykę na Uniwersytecie Zielonogórskim. Mieszka w Wielkopolsce. Ma 41 lat.