Przez kilka dni cała Polska żyła zaginięciem 37-letniej Izabeli, która ostatecznie się odnalazła. Informacje o osobach, które zniknęły bez śladu, zawsze przerażają. Przywodzą na myśl scenariusze rodem z thrillerów.
Kiedy w moim biurze pojawiają się bliscy osób zaginionych, najczęściej są na skraju załamania nerwowego. Płaczą i błagają o pomoc. Bywa, że – szczególnie mężczyźni – działają pod wpływem tak silnej adrenaliny, że nie są w stanie usiedzieć i podczas rozmowy nieustannie krążą po pokoju. A kiedy osoby zaginione udaje się odnaleźć, to historie, które wychodzą na jaw, bywają tak szokujące, że nie wymyśliłby ich żaden scenarzysta.
W ciągu 14 lat pracy jako detektyw ilu zaginionych pan szukał?
Kilkudziesięciu. Zdecydowana większość to kobiety. Ich losy łączy miłość: niespełniona, zakończona rozczarowaniem i odrzuceniem, czasem nadzieja na przeżycie ekscytacji życia.
W ubiegłym roku zaginęła 17-letnia Beata z Mińska Mazowieckiego. Wyszła z domu z plecakiem, ale nigdy nie dotarła do szkoły. Pół roku później odnalazłem ją w Berlinie.
Ciarki przeszły mi po plecach. Doskonale pamiętam historie z lat 90. – jak ta opowiedziana w filmie "Masz na imię Justine" z Anną Cieślak – o Polkach porywanych i sprzedawanych do domów publicznych na Zachodzie Europy.
Takie dramaty nadal się dzieją, ale ofiarami są raczej kobiety ze Wschodu, m.in. z Ukrainy oraz Azji. W Unii Europejskiej ten proceder udało się niemal całkowicie ukrócić.
Wróćmy do Beaty. Jak udało się panu ją odnaleźć?
Będąc policjantem, pracowałem w wydziałach techniki operacyjnej oraz obserwacji, dzięki czemu mam kontakty z funkcjonariuszami z niemal całego świata. Poprosiłem kolegów o pomoc. Z Berlina dostałem informację, że Polka o tym imieniu i nazwisku podjęła legalną pracę.
Wezwano ją na komisariat, ale ponieważ wtedy była już pełnoletnia, miała prawo zakazać przekazania rodzinie w Polsce danych kontaktowych. Rodzice dostali jedynie informację, że córka żyje. Na ich prośbę pojechałem do Berlina, a ona zgodziła się ze mną spotkać.
Dlaczego uciekła, zacierając za sobą ślady?
Chciała zacząć zupełnie nowe życie. Wierzyła, że będzie wspaniałe. Na portalu randkowym poznała mężczyznę podającego się za zamożnego 22-latka. Na miejscu spotkała pana starszego od jej ojca, przeszło 50-letniego. Robotnika.
Związała się z nim?
Tak. I sama również zatrudniła się w fabryce. Było jej bardzo wstyd, że sprawy przybrały taki obrót.
Nie ona jedna nacięła się na portalu randkowym! To w ogóle nie uzasadnia całkowitego odcięcia się od rodziny.
Ze szczegółów mi się nie zwierzała, ale wiem, że jej kontakty z rodzicami nie były dobre, miała do nich dużo żalu. Udało mi się ją namówić, żeby zadzwoniła do rodziców i powiedziała im o powodach swojej ucieczki z domu. W kilka tygodni po naszym spotkaniu zrobiła to i na tym mój udział w tej historii się zakończył.
Sprawa 27-letniej Katarzyny z Siedlec, którą odnalazłem w Paryżu, była jeszcze bardziej wstrząsająca, ponieważ okazało się, że przez dwa miesiące była jedną z bezdomnych koczujących w okolicach wieży Eiffla. Ona również uciekła do mężczyzny poznanego przez internet. By zatrzeć za sobą wszelkie ślady, do Francji nie poleciała samolotem – wiedziała, że w przypadku zaginięć sprawdza się monitoring na dworcach i lotniskach oraz listy pasażerów – ale pojechała stopem.
Od czego uciekała? Jak wyglądało jej życie w Polsce?
O pomoc poprosili mnie jej siostra i brat. Opowiedzieli, że skończyła studia wyższe, ale nie udało jej się znaleźć posady na miarę swoich aspiracji. Pracowała na umowę-zlecenie w piekarni. Jednak to nie zawiedzione ambicje, ale złamane serce popchnęło ją do poszukiwania radykalnych rozwiązań. Została zdradzona i porzucona przez ukochanego. Nowej miłości szukała poza granicami. Chciała całkowicie zmienić życie. Francuz, do którego pojechała, wykorzystał ją i zostawił na pastwę losu. Załamała się. Kiedy mi opowiadała, jak tułała się po paryskich ulicach, nie mogła przestać płakać.
Dlaczego dorosła, a w dodatku wykształcona kobieta znalazła się w tak tragicznym położeniu?
Do wyjaśnienia tego, co się działo w jej głowie, potrzebny byłby psycholog. Ja znam fakty. Po trudnym początku stanęła na nogi. Jako że znała niemiecki i francuski, dostała pracę w hotelu. Wynajęła lokum w suterenie.
Ona również nie chciała kontaktu z rodziną?
Nie chciała, natomiast jej rodzice i rodzeństwo nawet nie brali pod uwagę, że do Paryża polecę sam. W ślad za mną zjawiła się tam cała jej rodzina. Kiedy ich zobaczyła, zaczęła uciekać, ale brat i siostra pobiegli za nią, przytulili. Wszyscy rozmawiali wiele godzin.
Nie wtajemniczono mnie w meandry rodzinnych stosunków. Nie mam wiedzy, co się wydarzyło między nimi w przeszłości, wiem natomiast, że teraz mają kontakt. Zawsze składam byłym klientom świąteczno-noworoczne życzenia, dzięki czemu wiem, że rodzina pani Katarzyny ostatniego sylwestra spędziła u niej. W Paryżu.
Wciąż się zastanawiam, jak mocno skrzywdzone musiały się czuć obie kobiety, że postanowiły porzucić rodziny. Mimo że się odnalazły, w ich historiach jest wiele niewiadomych.
Jedną z najbardziej zagadkowych historii – która po rozwiązaniu okazała się niczym z filmu – było zaginięcie niespełna 40-letniego mężczyzny ze stolicy. Któregoś dnia wyszedł do pracy i zniknął. Od żony usłyszałem, że byli bardzo szczęśliwym małżeństwem, niczego im w życiu nie brakowało. Okazało się, że pan poznał inną kobietę, a ponieważ nie miał odwagi powiedzieć żonie, że w jego życiu pojawił się ktoś nowy, postanowił zniknąć.
Nie miał odwagi się rozwieść, ale miał odwagę porzucić rodzinę, co więcej, skazać bliskich na życie w domysłach, co strasznego mogło go spotkać?! Przecież to okrucieństwo!
Zanim jego żona poprosiła mnie o pomoc, minęło sześć lat. Przetrząsała niebo i ziemię, żeby go odnaleźć! Poszukiwania były jednak bezskuteczne, ponieważ przez cały ten czas mężczyzna... nie pracował, tylko siedział spokojnie w domu – co ciekawe, również w Warszawie – i prowadził sielskie życie z nową partnerką, która była w nim totalnie zakochana i czuła się szczęśliwa, mając go na wyłączność. Kiedy go odnalazłem, żona umówiła się na spotkanie nie tylko z nim, ale też z jego nową partnerką. Na tym kończy się moja wiedza na ten temat.
Innego razu ojciec zlecił mi poszukiwanie syna, młodego mężczyzny. Odnalazłem go na Mazurach. Wydawał się funkcjonować w innej rzeczywistości. Dużo mówił o kosmosie i kosmitach, ale co jakiś czas w jego opowieści pojawiał się również wątek, że był przez owych kosmitów gwałcony. Trafił do szpitala psychiatrycznego. Lekarze orzekli, że jest straumatyzowany, ale nie stwarza zagrożenia ani dla siebie, ani dla innych. Nie wiem, co się działo w jego rodzinnym domu. Czy tak naprawdę gwałcił go ojciec, a może wujek? Kategorycznie nie zgodził się, bym przekazał rodzinie jego nowy adres. Jedyne, czego się ode mnie dowiedzieli, to że żyje.
W takiej sytuacji ucieczka oznacza uwolnienie się od cierpienia, wolność. Powiedział pan, że najczęściej poszukiwał pan zaginionych kobiet. Wróćmy, proszę, do nich.
Na wsi w okolicach Elbląga zaginęła kobieta mająca dorosłe już dzieci. To one poprosiły mnie o odnalezienie matki. Na wstępie powiedziały, że ojciec jest alkoholikiem, który maltretował żonę. Syn i córka namawiali kobietę, żeby się rozwiodła, jednak odrzucała taką ewentualność, argumentując, że to się kłóci z nakazami jej wiary, że w rodzinie nigdy nie było rozwodów. Kiedy zniknęła, bali się, że nie była w stanie tego dłużej znosić i odebrała sobie życie.
Trop urywał się w okolicach przystanku autobusowego. Wiedzieliśmy, że pojechała na zakupy do miasta i że wróciła do wsi, jednak psy policyjne gubiły trop. Dopiero sprowadzenie kolegi, który pracuje z psem tropiącym turystów, którzy giną na szlakach, okazało się strzałem w dziesiątkę. Pies zaprowadził nas do bagna, w którym utonęła.
Kobieta miała ciężkie siatki z zakupami i chciała skrócić sobie drogę do domu, dlatego wybrała polną ścieżkę. Była wydreptana. Przed nią chodziły inne osoby, jednak to ona się utopiła. Sekcja zwłok wykazała, że to był nieszczęśliwy wypadek, a dla dzieci, które jej poszukiwały, bardzo ważne było to, że mogły pochować matkę.
Wszystkie te historie niosą ze sobą ogromny ładunek emocjonalny. Która wstrząsnęła panem najbardziej?
Być może ta sprzed pół roku? Zgłosił się do mnie bardzo zamożny człowiek ze stolicy, który po rozwodzie wychowywał córkę sam. Któregoś dnia ta 21-letnia kobieta powiedziała, że idzie na imprezę, i ślad po niej zaginął. Mężczyzna miał najczarniejsze myśli. "Może zamordowali ją członkowie jakiejś sekty!" – powtarzał.
Tego się właśnie spodziewam: że w głowach bliskich rodzą się najgorsze scenariusze.
Niestety, rozwikłanie zagadki nie przyniosło ojcu ukojenia. Jego córkę udało mi się odnaleźć m.in. dzięki informacjom od jej przyjaciółki. Okazało się, że ukrywa się w stolicy. Wszystko wskazywało na to, że świadczy usługi seksualne. "Widocznie w naszym domu zabrakło miłości i takie są tego efekty" – usłyszałem od jej ojca. Refleksja przyszła dla nich obojga o wiele za późno.
A czy którakolwiek z zaginionych osób została porwana?
W karierze detektywistycznej miałem jeden taki przypadek, a porwanie okazało się ukartowane. Natomiast wcześniej, kiedy pracowałem jako policjant, owszem, prowadziliśmy wiele spraw, w których osoby, również dzieci, były porywane.
Zaraz wrócę do dzieci, ale najpierw proszę opowiedzieć o sfingowanym porwaniu.
Pan prowadził bardzo dużą firmę. Bez przesady mogę powiedzieć, że był tak bogaty, że mógł dosłownie stracić miarę, ile aktualnie posiada samochodów. Potężny majątek! Dobiegał osiemdziesiątki, kiedy zgłosił się do mnie z prośbą, żebym odnalazł jego trzydziestokilkuletnią żonę. Tuż po jej zaginięciu otrzymał list z żądaniem okupu. Rzekomi porywacze domagali się 2 mln dolarów.
Od Krzysztofa Balcera, który był policyjnym negocjatorem, wiem, że nigdy nie należy się na żądania godzić, bo jeśli się tak zrobi, porywacze uznają, że "zaśpiewali" za małą kwotę, nie uwolnią osoby porwanej, tylko zaczną podbijać stawkę.
Pan od razu odpowiedział, że owszem, zapłaci, ale nie w dolarach, tylko w złotówkach i nie dwa miliony, tylko kilkaset tysięcy, natomiast ja – wspólnie z policją – namierzyłem "porywaczy". Nadawcami listu okazali się ojciec i brat "porwanej", którzy postanowili się wzbogacić. Bardziej to było komiczne, groteskowe niż straszne.
Pański klient rozwiódł się z żoną?
Pomimo że przedstawiłem mu dowody na to, co się wydarzyło – nie. Po jakimś czasie spotkałem go na Starówce, jak przechadzał się z żoną pod rękę. Ludzie nie zawsze chcą znać prawdę.
W ubiegłym roku rodzice błagali, żebym sprowadził do domu ich nastoletniego syna. Kiedy zdobyłem nagranie z tramwaju, na którym było widać, jak wysiada na przystanku zlokalizowanym na moście, i zasugerowałem, że powinniśmy rozważyć wrzucenie do wody manekina z podwodnym GPS-em, by ustalić, które konkretnie rejony rzeki powinni przeszukać nurkowie, odmówili. "Syn na pewno by nie skoczył" – powiedziała jego mama. Na tym moja rola się zakończyła.
Wróćmy do czasów, kiedy pracował pan w policji. Czy mam rację, że dzieci najczęściej porywa jedno z rodziców, z reguły ojciec, który po rozwodzie nie ma kontaktu z synem czy córką?
Porwań rodzicielskich w mojej karierze policyjnej było bardzo wiele – ostrożnie licząc kilkadziesiąt – natomiast kiedy ginęły dzieci bardzo zamożnych ludzi, wtedy w pierwszej kolejności pod lupę braliśmy ochroniarzy.
Ludzi zatrudnianych przez rodziców tychże dzieci do ochrony prywatnego majątku?
Zgadza się. Najbardziej podejrzani byli ci, którym z różnych względów podziękowano za pracę. Takie osoby mają dość duże pojęcie o tym, jakim majątkiem dysponuje rodzina, co więcej, znają rozkład dnia, wiedzą, kiedy uprowadzenie będzie najłatwiejsze, jaki jest układ kamer itd.
Zdarzyło się również, że czteroletnie dziecko zostało porwane przez dalszą rodzinę, którą zatruwała zazdrość, że rodzicom chłopca powodzi się tak dobrze. Dziecko się nie bało, wpuściło ciocię do środka. Odnaleźliśmy je po kilku dniach. Porywacze, jak zawsze w takich przypadkach, mieli sprawę karną.
Nie każdą osobę udaje się odnaleźć. Myślę o Iwonie Wieczorek, której od lat szuka mama, czy o Madeleine McCann, o której zniknięciu usłyszał chyba cały świat. Taka nierozwiązana sprawa to musi być niewyobrażalne cierpienie dla bliskich.
Bywa, że na jakimś etapie poszukiwań ślad za człowiekiem się urywa i jesteśmy bezradni. Rodziny, z którymi przez wszystkie lata miałem kontakt, najczęściej nie przestawały szukać, wierzyć, że osoba odnajdzie się żywa. Kiedy widzieli, że policjanci nie są już w stanie zrobić nic, zatrudniali kolejnych detektywów.
Rozumiem i współodczuwam ich ból. Dla mnie zawsze najważniejsze było ludzkie życie, a w tych sprawach zawsze chodzi o życie. Nieraz nawet mnie zdarzały się trzęsące ręce, a nawet łzy. Tak było w przypadku ostatniej sprawy, którą prowadziłem, a tak naprawdę wciąż prowadzę, ale już nie na rzecz zleceniodawcy.
W czerwcu tego roku zgłosił się do mnie mąż 40-letniej kobiety. Kiedy ją odnalazłem, opowiedziała mi, że uciekła od piekła na ziemi. Mąż jest sadystą. Bił ją. Kilkukrotnie zamknął w pokoju na klucz, rzucając opakowanie z tabletkami nasennymi i krzycząc: "Chyba wiesz, co masz z tym zrobić?".
Panu powiedziałem, że nie potrafię odnaleźć jego żony, i podziękowałem za współpracę, a pani – już prywatnie, pro bono – poradziłem, co powinna zrobić, żeby zniknąć skutecznie. Czasem to jest najszczęśliwsze zakończenie.
Weekend może być codziennie - najlepsze reportaże, rozmowy, inspiracje >>
Wojciech Niemyjski. Były policjant. Właściciel biura detektywistycznego Wykrywacz oraz – co jak podkreśla, pozwala mu się oderwać od trudnych emocji, jakie niesie ze sobą jego praca – kempingu Wygoda w Rowach.
Anna Kalita. Fascynują ją ludzie i ich historie oraz praca, która pozwala jej te historie opowiadać. Kontakt do autorki: anna.kalita@agora.pl.


