Elastyczność na rynku pracy jest cechą bardzo pożądaną. Ludzie coraz częściej zmieniają ścieżki kariery zawodowej nie tylko dlatego, że muszą, ale również dlatego, że chcą. Również wtedy, gdy na koncie mają mnóstwo osiągnięć – bo sukces niejedno ma imię.
Gdy rozmawiałyśmy osiem lat temu, mieszkałaś w Warszawie, miałaś własną firmę i odnosiłaś sukcesy w branży PR i marketingu. Dziś jesteś pielęgniarką. Co tu się wydarzyło?
Życie się wydarzyło. To był splot kilku okoliczności. Po pierwsze, moi rodzice zaczęli się starzeć. Tak wyszło, że nie mam męża ani dzieci, rodzice to najbliżsi mi ludzie. Są super, dali mi wspaniałe podstawy do bycia porządnym człowiekiem, bezwarunkową miłość i wsparcie, zawsze byliśmy blisko. Jeszcze w Warszawie, widząc ich postępującą starość, zadawałam sobie pytanie, czy będę potrafiła żyć w stolicy, wiedząc, że oni są na drugim końcu Polski, coraz bardziej bezbronni.
Po drugie, byłam świeżo po usunięciu nowotworu i to też rodziło we mnie pytania, jak chcę spędzić kolejne lata życia. Doszłam do wniosku, że pora coś zmienić, a jeśli zmieniać, to teraz, po czterdziestce, bo po pięćdziesiątce będę już za stara na rynku pracy.
Czułaś się wypalona zawodowo?
Absolutnie nie. Kochałam swoją pracę i się w niej spełniałam. Miałam malusieńką firmę, ale obsługiwałam zagraniczne rynki turystyczne. To pozwalało mi bardzo dobrze żyć. Jednak zawodowo znalazłam się trochę na rozdrożu: gdybym została w miejscu, to już bym pewnie tę firmę straciła. Czułam, że muszę się mocno rozwinąć, a nie byłam przekonana, czy chcę, żeby przez kolejne lata moje życie kręciło się wokół rozwoju firmy. Poza tym, że chciałam zająć się rodzicami, nie do końca wiedziałam, co ze sobą zrobić. Rodzice byli w Stargardzie, więc spakowałam się w cztery duże samochody i opuściłam stolicę.
Bez żalu?
Z żalem. W sercu jestem warszawianką. To jest miasto mojej młodości, a młodość miałam piękną. Kocham Warszawę i wciąż uważam ją za swoje miasto.
Zatrzasnęłaś warszawskie drzwi?
Z początku nie. Zawiesiłam, a potem zamknęłam firmę, oddałam wszystkie swoje kontrakty. Bez strachu – PR i turystyka to takie branże, że zawsze gdzieś się wkręcisz. Jako furtkę zostawiłam sobie w Warszawie mieszkanie. Uznałam, że będę je wynajmować, a jeśli w ciągu roku zdecyduję, że nie wracam do stolicy, to je sprzedam. Taka nieprzekraczalna granica. Rok zamienił się w cztery lata, ale już je sprzedałam.
W Stargardzie czekała na ciebie praca?
Miała na mnie czekać praca w marketingu, którą znalazłam, jeszcze gdy mieszkałam w Warszawie. I tu wyszły realia małego miasteczka: na miejscu okazało się, że to już nie żaden marketing, tylko sprzedaż reklam za najniższą krajową. Wstrząsnęła mną ta informacja, powiedziałam, że nie będę tego robić. Nie zdążyłam podpisać umowy. Wylądowałam więc w mieście, które znałam jako nastolatka, bez pracy. I tak się skończyło moje życie numer jeden, z którym dziś nie mam nic wspólnego.
Jak się zaczęło życie numer dwa?
Wprowadziłam się do domu rodziców. Ich sytuacja zdrowotna była jeszcze niezła, co się potem diametralnie zmieniło. Miałam oszczędności, więc mogłam przez jakiś czas pomyśleć nad swoją sytuacją. Żyłam sobie wtedy jak 70-latka – chodziłam z mamą na kawusie do jej przyjaciółek albo one wpadały do nas na ciasteczka. Pewnego razu przyszła moja przyszywana ciocia. Odebrała telefon. Usłyszałam tylko: "Nie, ja teraz nie mogę jechać, ale poczekaj chwilę". A dalej: "Gośka, ty znasz niemiecki?". (śmiech)
Ciocia jeździła do Niemiec opiekować się starszymi osobami, ale akurat nie mogła. Uznała za rzecz oczywistą, że ja pojadę. Powiedziałam, że nie znam niemieckiego. "To sobie kupisz płytkę, co za problem?" Tak zrobiłam, kupiłam płytę do nauki języka, jakiś słownik dla opiekunek i dwa tygodnie później zajmowałam się pod Stuttgartem prawie stuletnią panią Adelajdą z alzheimerem.
To się nazywa skok na głęboką wodę.
Tak, a do tego chwilę później nastąpił pandemiczny 2020 rok, wszyscy go pamiętamy. Wyjechałam 2 lutego na osiem tygodni, a wróciłam siedem miesięcy później. Zatrudniała mnie bardzo fajna niemiecka firma pośrednicząca w opiece, ale faktycznie to był skok na głębinę. Po niemiecku znałam parę słów. Dziś porozumiewam się już swobodnie. Jedna z moich podopiecznych – sparaliżowana po udarze – traktowała mnie nieco z góry. Dopiero kiedy zorientowała się, że możemy płynnie rozmawiać po angielsku, skończyłam kilka kierunków studiów, znam się na literaturze i sztuce, stałam się dla niej człowiekiem.
Zresztą nie tylko ona na mnie krzywo patrzyła. Spotkał mnie też wtedy ostracyzm ze strony niektórych znajomych, a nawet rodziny. Za moimi plecami mówili: "Brylowała na salonach, spotykała się z prezydentami, aktorami, a teraz podciera d**y". Część ludzi uznała, że to mój upadek.
To cię zabolało?
Ja jestem starą panną z kotami, już się w życiu na swój temat nasłuchałam. Jeśli komuś moje życie teraz odpowiada mniej niż wcześniej, to on ma problem, nie ja. Do tej pory wszystkim powtarzam, że to była najlepsza praca w moim życiu. W Niemczech zarabiałam praktycznie te same pieniądze co w marketingu w Warszawie, a co osiem tygodni miałam dwa miesiące wolnego. Poza tym ja to naprawdę lubiłam, odnalazłam w tej pracy sens. I zen – weszłam w taki uporządkowany rytm dnia. Płacono mi za to, żebym żyła w przyjemnym mieszkaniu, wstała rano, zjadła z kimś śniadanie, zrobiła obiad, zakupy, obejrzała film w telewizji, poczytała, wyszła na spacer. Żyła spokojnym, prostym i powolnym życiem. To było przepiękne. Ta rutyna pozwoliła mi uporządkować myśli.
Chyba pierwszy raz w życiu byłam tu i teraz. W marketingu wszystko jest na przedwczoraj. Porzuciłam zajęcie, które było fajne i prestiżowe, a zaczęłam się zajmować rzeczami, które były po prostu ważne dla konkretnego człowieka. I poczułam, że mi to odpowiada.
Rozmawiałam w życiu z kilkoma opiekunkami starszych osób w Niemczech. Wszystkie stwierdziły, że to potwornie ciężka i niewdzięczna praca.
Na pewno ta praca nie jest łatwa ani ładna, bo starość i fizjologia nie są ładne. Podopieczni też bywają różni, bo różne są stany starości. Ale ja się na tym nigdy nie skupiałam. Zmienianie komuś pieluch czy podmycie uznawałam za niewielką część większego obrazu, który mi się podobał. Ta praca jest ciężka, ale daje dużo satysfakcji. Możliwe też, że miałam trochę więcej szczęścia niż rozumu, bo każda rodzina, której bliska osoba była dłużej pod moją opieką, utrzymuje ze mną kontakt do dziś. Dzieci i wnuki, a nawet dawni sąsiedzi informują mnie, jeśli ktoś odszedł, ktoś się urodził, składamy sobie życzenia świąteczne.
Natomiast to w Niemczech zrozumiałam, że niespecjalnie jestem przygotowana do opieki nad pacjentami geriatrycznymi pod kątem medycznym. Wiem, że w niejednej pracy Google jest najlepszym przyjacielem, ale jeśli nigdy nie miałaś do czynienia z opieką nad starszym i chorym człowiekiem, to Google ci nie wystarczy. Potrzebujesz konkretnej dawki wiedzy.
W Stargardzie znalazłam roczną szkołę policealną na kierunku opiekun medyczny. Jeździłam w tę i z powrotem między Polską i Niemcami. Jedną z moich nauczycielek była Ewa, pielęgniarka ze szczecińskiego szpitala. I Ewa mi powiedziała: "Wiesz co, Gośka, ja ciebie widzę jako pigułę". (śmiech)
"Piguła" to potoczne określenie pielęgniarki. Jak się poczułaś?
Surrealistycznie! To było trzy lata temu. Gdyby pięć lat temu ktoś mi powiedział, że pójdę na studia pielęgniarskie na PUM [Pomorski Uniwersytet Medyczny w Szczecinie – przyp. red.], jedną z najlepszych uczelni medycznych w Polsce, kazałabym mu się puknąć w głowę. A poszłam i mam licencjat, w kwietniu odebrałam dyplom. Zaczynałam te studia, mając 45 lat.
Byłaś najstarsza na roku?
Nie. Były i sporo starsze studentki. Średnia wieku na moim roku wynosiła trzydzieści kilka lat. Tylko że z tego, co widziałam, ludzie nie przebranżawiali się tak drastycznie jak ja. Mieliśmy np. sporo opiekunek pracujących w szpitalach, ratowników medycznych, rehabilitantów czy kosmetyczek chcących robić zastrzyki w gabinetach. Jednym słowem, ludzi z branży.
Nim poszłam na te studia, nie miałam pojęcia, jaki ogrom wiedzy i umiejętności musi posiąść pielęgniarka. Studia na PUM to były trzy najcięższe lata mojego życia. Zawsze chodziłam na jakieś kursy, rozwijałam się. Ale to? Totalna jazda bez trzymanki. Ta uczelnia zabrała mi wolny czas i życie prywatne. Musiałam zrezygnować z pracy w Niemczech, mimo że zmieniłam poprzednią, wyjazdową, na pracę w pobliskim domu opieki pod Berlinem. Trzy lata nie byłam na urlopie, wszystko zjadały praktyki. Do dziś nie wierzę, że dałam radę w tym wieku opanować tyle pamięciówki. A byłam jedną z lepszych studentek, sama nie wiem, jak to się stało, że znalazłam jeszcze czas na Studenckie Koło Naukowe przy Katedrze Pielęgniarstwa Specjalistycznego i Ratownictwa Medycznego. I do tego byłam jego przewodniczącą. Czy żałuję? Nie, ale możliwe, że gdybym miała świadomość, na co się piszę, nie poszłabym na te studia, bojąc się, że nie podołam. Miałam też szczęście do świetnych mentorów – mobilizujących do dawania z siebie jak najwięcej, mimo że uczyli starszą panią, (śmiech) a nie kogoś młodego.
Gdzie dziś pracujesz?
Od tego roku jestem pielęgniarką z dyplomem i prawem do wykonywania zawodu, z którego korzystam od samego początku.
Pracuję w dwóch szpitalach w Szczecinie. W jednym mam etat, a w drugim biorę dyżury. Spełniam swoje marzenia, ale dla mnie to olbrzymia zmiana. Wcześniej byłam w pracy liderką, osobą dominującą, kreatywną, mocą sprawczą, a teraz jestem szeregowym pracownikiem, wykonuję polecenia i jestem na samym dole bardzo hierarchicznej struktury. Przez brak doświadczenia jestem też najsłabszym ogniwem w teamie, co czasem mocno mnie uwiera. Trudno jest się przeobrazić z kogoś dobrego w swojej dziedzinie w "tego najgorszego", ale to sprawia, że jestem bardzo zdeterminowana, żeby jak najszybciej się nauczyć.
Etatowo jestem instrumentariuszką na okulistycznym bloku operacyjnym. Wciąż jestem w trakcie uczenia się, ale staram się jak najlepiej wykonywać swoje obowiązki. Pracę w tym szpitalu rozpoczęłam na pierwszym roku studiów jako rejestratorka medyczna na bloku operacyjnym. W tym samym szpitalu od drugiego roku studiów pracowałam również dodatkowo jako pomoc pielęgniarska na oddziale wewnętrznym. Czułam, że nie mam czasu do stracenia, muszę zdobywać praktykę, zanim skończę studia. Chciałam się nauczyć szybciej, więcej, bo ja nie będę pielęgniarką z 30-letnim stażem. Na blok trafiłam przypadkiem, bo akurat kogoś szukali. I tak okulistyka stała się moją pasją.
Drugą pracę mam na oddziale neurologicznym udarowym. To oddział, na którym dwa razy – po dwóch udarach – leżał mój tata. Bo dzięki temu, że wyprowadziłam się z Warszawy i poszłam na pielęgniarstwo, prawdopodobnie uratowałam życie mojemu tacie. Udało mi się bardzo szybko dostrzec, że ma udar. Udar, im później zdiagnozowany, tym większe sieje spustoszenie. A mój tata trafił na leczenie w momencie, gdy jeszcze w dużym stopniu udało się odwrócić skutki. Jest sprawny i mimo sporej początkowej afazji dziś całkiem dobrze mówi. Właśnie jest na działce i pieli ogródek. Jakość jego życia jest na dobrym poziomie i to sprawia, że uważam, że nie ma przypadku, ja po prostu miałam tu wrócić i się czegoś nauczyć, aby tak było. Ciągle się słyszy o szpitalnej znieczulicy, a ja widziałam, z jakim zaangażowaniem zajmuje się nim personel, jak wysokie są standardy na tym oddziale. Dziś pracuję z tymi pielęgniarkami. To jest wielki zaszczyt i odpowiedzialność.
To wzruszające. Która z tych prac jest dla ciebie trudniejsza?
Każda jest całkiem inna. Blok operacyjny nie jest łatwy. Instrumentariuszka musi znać przebieg każdego zabiegu, być myślami o krok przed operatorem i trzymać w ręku odpowiednie nici czy narzędzia. Dużo się dzieje, operujemy oczy, a ze statystyk wynika, że to utraty wzroku pacjenci boją się bardziej niż utraty ręki czy możliwości chodzenia. Często trafiają na blok skrajnie przerażeni. Trudno jest, gdy na stole leży dziecko. Ale jest dużo zabiegów krótkich, rutyny, a pacjenci spędzają z nami krótki czas i zwykle już nie wracają.
Oddział neurologiczny jest dla mnie bardzo ciężki, bo tu mocno zderzam się z tym, jak wiele nie wiem, jak długa droga przede mną. Ostatnio miałam porozkładać leki do kubeczków. Zwątpiłam. Stanęłam przed szafą i prawie dostałam ataku paniki. Rozkładałam te leki całą wieczność. Bałam się, żeby się nie pomylić, bo każdy ma kilka odpowiedników. Patrz, tu są moje notatki z leków. (Gosia pokazuje 20 stron zapisanych maczkiem) Na tym oddziale niestety zdarza się, że pacjenci umierają. Trudno to porównać nawet z najgorszym dniem w marketingu.
A dziś co robiłaś w pracy?
Dziś na bloku były głównie zabiegi operacyjne usunięcia zaćmy, ale na sam koniec dnia wszedł bardzo trudny zabieg – wstawienie zastawki Ahmeda [chirurgia jaskry opornej na leczenie – przyp. red.]. Śmieję się, że kiedyś pracowałam z "Ahmedami", czyli krajami arabskimi, a dziś podaję operatorowi zastawki Ahmeda. No po prostu w życiu nie ma przypadków.
Jakbyś podsumowała pielęgniarstwo jednym zdaniem?
To ono nauczyło mnie pokory.
Kiedyś byłam zupełnie inna. Na przykład za grosz nie miałam cierpliwości do ludzi. I choć prywatnie nadal jestem szybką, przebojową Gośką, trochę taką fiu-bździu, to znalazłam w sobie pokłady opanowania. Wyjeżdżając z Warszawy, obiecałam sobie, że już nigdy nie będę pracoholiczką, i widzisz, gdzie trafiłam – do kolejnej branży, w której pracuje się bardzo dużo. Ale ta praca jest dla mnie bardzo ważna. W marketingu wymyślałam ludziom potrzeby. W pielęgniarstwie je zaspokajam na najbardziej podstawowym poziomie. Informacja zwrotna jest tu natychmiastowa – albo pomogłam, albo nie, nie muszę czekać na podsumowanie kampanii reklamowej.
Pielęgniarstwo to jest konkretny fach, a praca w tym zawodzie jest dziś gwarantowana nie tylko w naszym kraju. Ja znam bardzo dobrze język angielski, komunikatywnie niemiecki i kilka innych w stopniu ponadpodstawowym. Już się nie boję, że po pięćdziesiątce wypadnę z rynku pracy. Niestety, nadal odnoszę wrażenie, w Polsce jeszcze sporo czasu minie, nim ludzie przestaną myśleć, że pielęgniarka to ta od wymiany basenu czy popijania kawki w trakcie pracy. Ludzie na pewno dużo bardziej mnie szanowali, gdy byłam panią od marketingu.
W mediach obraz pielęgniarstwa jest pesymistyczny. Czytam, że pielęgniarek brakuje, że to głównie sfrustrowane panie w wieku okołoemerytalnym, że zarobki są fatalne. Jak to widzisz?
Zespół pielęgniarek, które wprowadzają mnie w arkana pracy na bloku okulistycznym, to rzeczywiście same dziewczyny w wieku okołoemerytalnym – mam teraz 48 lat i jestem tam jedną z najmłodszych. Na neurologii mam wiele rówieśniczek, tylko one mają inny staż niż ja. A co do pensji, powiem tak: zarabiam dobrze, ale też bardzo dużo pracuję. Sporo osób z mojego otoczenia pracuje w więcej niż jednym miejscu, część z nich dorabia też w niemieckich szpitalach przygranicznych.
Jesteś dumna z tego, co osiągnęłaś?
Nie jestem. Bywają dni, kiedy bardzo mocno w siebie wątpię.
A co by się musiało stać, żebyś była dumna?
Musiałabym być tak dobra jak osoby, które mnie szkolą. One robią z zamkniętymi oczami rzeczy, które dla mnie są wyzwaniem, gdy mam oczy szeroko otwarte.
Zostaniesz w Polsce?
Poszłam na studia pielęgniarskie z myślą, że zaraz po nich wyjadę do szpitala do Niemiec. Sytuacja rodzinna się zmieniła, nie chcę zostawiać mamy i taty. Poza tym już wiem, że jestem dopiero na początku drogi i jeszcze dużo muszę się nauczyć. Na pewno nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa. Właśnie dostałam się na pielęgniarskie studia magisterskie w Koszalinie. Codziennie przypominam sobie zdanie: "Nie musisz być wielki, żeby zacząć, ale musisz zacząć, żeby być wielki". Ja to jestem jak Kowalska, czyli kobieta pracująca z "Czterdziestolatka": kręciłam lody, pracowałam w budowlance, sekretariacie, importowałam maszyny produkcyjne, sprzedawałam krawaty, miałam kiosk i firmę marketingową. Żadnej pracy się nie boję, ale w tej medycynie chyba już zostanę. I chcę być w tym jak najlepsza. Pogadamy za 10 lat, dobrze?
***
Czy przybywa pielęgniarek?
Według danych z Centralnego Rejestru Pielęgniarek i Położnych (stan na styczeń 2023 r.) w Polsce zarejestrowanych jest 315 670 pielęgniarek i 41 719 położnych, ale ponad 25 proc. pielęgniarek i 30 proc. położnych nie pracuje w zawodzie. Powody rezygnacji to przejście na emeryturę (prawie 50 proc.), a w młodszych grupach wiekowych: zbyt niskie wynagrodzenie (17,9 proc.) lub poszukiwanie innej pracy (15,3 proc.). Średni wiek polskiej pielęgniarki to ponad 54 lata, a położnej 51,4 (stan na koniec 2022 r.). Według prognoz przedstawionych w raporcie NIPiP z kwietnia 2022 do 2030 r. aż 65 proc. obecnie zatrudnionych pielęgniarek i 60 proc. położnych będzie w wieku uprawniającym do świadczeń emerytalnych.
W polskiej ochronie zdrowia szybko przybywa lekarzy – według Ministerstwa Zdrowia już w 2028 możliwe jest uzyskanie nadwyżki kadry. Z pielęgniarkami sytuacja jest gorsza. Starsze kończą karierę, a młode – mimo wzrostu pensji – odchodzą z zawodu. Wyjeżdżają za granicę, a jeśli decydują się zostać w kraju, wolą pracować w przychodniach prywatnych albo klinikach medycyny estetycznej. Prognozuje się, że w 2030 r. w Polsce zabraknie 3,7 tys. pielęgniarek. Sytuację może poprawić fakt, że od 2014 r. liczba przyznawanych praw wykonywania tego zawodu stale rośnie.
Rozmowa została pierwotnie opublikowana 31 lipca 2024 roku.
Paulina Dudek. Dziennikarka, redaktorka, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Twórczyni cyklu mikroreportaży wideo "Zwykli Niezwykli" i współautorka "Pomocnika dla rodziców i opiekunów nastolatków". Nagrodzona Grand Video Awards, nominowana do Grand Press. Kontakt do autorki: paulina.dudek@agora.pl