Rozmowa
Ewa Szykulska, 2013 r. (Fot. Agata Grzybowska / Agencja Wyborcza.pl)
Ewa Szykulska, 2013 r. (Fot. Agata Grzybowska / Agencja Wyborcza.pl)

Za kilka dni, 11 września będzie świętować 76. urodziny. O dojrzałości, samotności  i młodości opowiadała aktorka Ewa Szykulska.

Co porabia jedna z najznakomitszych polskich aktorek?

To ja? Siedzę sobie tutaj, daleko od Centrum [w podwarszawskim Aninie – przyp. red.] z moją Szarusią [Sarusia vel Szarusia to suczka aktorki – przyp. red.].

W domu z ogródkiem?

Ogródek jest, ale śmiechu wart. Przesadziłam w nasadzaniu drzew i po kilkudziesięciu latach zrobił się busz. Jako kobieta posadziłam drzewo, i to niejedno.

Jakie na przykład?

Świerki, brzozy, klony i bzy fantastyczne. Teraz drzewa muszą sobie radzić same. Ewentualnie dostarczam im wody, gdy potrzebują. Kocham łażenie na bosaka, żeby była trawa pod nogami mokra. Gdy byłam młodsza i trochę bardziej szalona, łaziłam na bosaka. Nie cierpię obcasów, a parę lat temu pozwoliłam sobie dokumentnie zerwać ścięgno Achillesa, w związku z tym chodzę na płaskich podeszwach. Nie wywyższam się. 

Już pani nie jest szalona?

Jestem, ale inaczej. Choć ostatnio jakbym weszła do jakiegoś namiotu. Świat się zmienia z powodu tego, co nas spotyka w życiu, lata biegną. Na przykład wolniej się chodzi, ale to nawet lepiej, bo się więcej widzi. W dalszym ciągu jestem zmuszona być samodzielna i to dobrze, bo nie jestem wtedy w stanie się poddać. Chociaż są momenty, że ma się dosyć. Poza tym trudno mówi się o swoich dorosłych ułomnościach, jeśli chciałoby się jeszcze trochę popracować. Środowisko mówi: aha, to nie można jego czy jej angażować, może nawet jest to znośny aktor czy aktorka, ale stare to takie.

Oczywiście z przyjemnością przytulamy przez ekran Danusię Szaflarską czy Baśkę Krafftównę, dwie niezwykłe osoby. Żeby było śmieszniej, jedną i drugą trzymałam na kolanach. Obie delikatne, filigranowe, maleńkie. Zrobiłam to z zaskoczenia, a one się uśmiechały, to znaczy, że trafił swój na swego. Bardzo lubię tzw. wtulactwo, ale nie z byle kim.

Narzeka pani czasem na swoją dojrzałość?

Noszę w sobie dojrzałość i niedojrzałość. Jestem starczym analogiem, a to wstydliwe. Kiedyś korzystałam z pomocy męża, teraz przyjaciół. I nie ma w tym nic zabawnego, raczej kompromitacja. Pięcioletnie dziecko jest w technologiach lepsze ode mnie.

Ewa Szykulska w Teatrze Syrena, 2013 rok (Agata Grzybowska / Agencja Wyborcza.pl)

Nie podoba mi się taka autokrytyka.

Ośmielę się powiedzieć, że jestem stara. I to wcale nie boli, bo to nie jest brzydkie słowo. Nie oznacza to dla mnie niczego złego czy nieestetycznego. Bo przecież młodość też może być rozchorowana, rozkapryszona, zgorzkniała. Trochę przeżyłam, 75 lat to niemało. Kiedy byłam szczęśliwa, miałam swoich bliskich, nielicznych, ale miałam, nie zwracałam uwagi na wiek. Opiekowałam się swoją fantastyczną siostrą czy równie fantastycznym mężem. Wiedziałam, po co wstaję z łóżka, chciało mi się. Jak zostałam sama, bo tak się zdarzyło – nie mnie jednej – nie użalam się nad sobą, ale zmieniło się moje patrzenie na świat. Nie jestem w stanie już tak bezwarunkowo kochać świata, bo mnie odtrącił. A może wystawił na próbę, zabierając mi bliskich. Wszyscy w życiu przechodzimy trudne momenty. Do pewnego momentu byłam silna, radziłam sobie, pomagałam innym. A teraz, gdy zostałam sama i gadam do siebie tak jak przedtem, okazało się, że to jest strasznie nudne. I smutne.

Do mojego nieżyjącego męża też mówię bez przerwy. Nie opieprzam go, że mnie zostawił, mówię, że może zbyt mało się starałam.

Według mnie jest pani niezwykle ciekawą rozmówczynią.

Nie chcę z siebie robić smutasa nad smutasy, nie w tym rzecz. Gdy się rodzimy, odcinają nam pępowinę i ruszamy w podróż po życiu, które bywa różne. Tylko z jakiegoś powodu nikt z nas nie chce pierwszy dobiec do mety, czyli do końca. Nie chcę rozsiewać smutnych min dokoluśka, ale nieprawda, że ziemia jest krainą szczęśliwości. Różne rzeczy mogą nas spotkać.

Uważam, że trudne momenty to zaliczka dobrych, które też nadejdą.

I widzę w pani oczach, w pani uśmiechu, że pani nie łże.

Pani też nie łże.

Nie, bo i po co?

Powiem pani, że farbuję sobie pasemka we włosach, ale kiedyś z pokory dla wieku zostawiłam sobie jedno pasmo siwe. Zobaczyłam, że bardzo ładnie w tym wyglądam, ale brakło ostatecznej decyzji, żeby ostatecznie odpuścić i obnosić tę siwiznę. Kochałam i kocham grać w siwych perukach dużo wcześniej, już 20 lat temu. Aktorstwo to taki cudowny zawód, który przyzwyczaja człowieka do zmian radykalnych. Łatwiej się wtedy znosi to prawdziwe życie, jak ono troszkę dokopuje.

Ewa Szykulska odciska dłoń w Alei Gwiazd w Międzyzdrojach (Cezary Aszkiełowicz / Agencja Wyborcza.pl)

Moja młodsza siostra umierała w szpitalu w Austrii, mieszkała tam dziesiątki lat. Była wspaniałą konserwatorką sztuki, przywracała życie obrazom. Wiedziałam, że przestała farbować włosy, i jadąc do niej, zabrałam ze sobą zdjęcia ze spektaklu, w którym grałam w siwej peruce. Pożyczyła mi ją Krysia Janda. Chciałam pokazać siostrze, że ja też jestem siwa. Popatrzyłam na nią, wyglądała w tych siwych włosach fantastycznie, ale nie odważyłam się pokazać jej moich zdjęć. To żadna pociecha. Moja siostra zrezygnowała z uporczywego leczenia. Czy to słabość, czy odwaga niezwykła? Dla mnie raczej to drugie.

Już się uśmiecham, ale jak pani pozwala mi gadać, to dlaczego mam kłamać? Jestem przy zdrowych zmysłach, ale energii mniej, ładnego patrzenia na świat mniej i samotności więcej. Niedawno zdecydowałam się pójść do fantastycznej pani doktor psychiatry i chcę spróbować na własnym organizmie, czy w takich sytuacjach jak moja medycyna pomoże. Przekonałam się, że nie jestem w stanie poradzić sobie sama. Tak, ja także poprosiłam o pomoc psychiatrę. Chociaż czuję się bardzo niehisterycznie, aktorzy bywają histerykami. Podchodzę do tego bardzo spokojnie i bardzo logicznie. Sprawdzam sama siebie.

Co się zmieniło?

Bywało, że do czwartej nad ranem wyrzucałam wszystko z szaf, żeby starannie ułożyć na nowo. Czy pani wie, że w tej chwili mój dom zszarzał, jest niedopieszczony w sensie porządku? Tu jest totalny burdel i w ogóle mi to nie przeszkadza. Jestem koszem na śmieci, zbieram wszystkie odpady. Dotyczy to nie tylko rzeczy materialnych – starych butów czy filiżanek – ale także opowieści o dawnych znajomościach, przyjaźniach, sytuacjach.

Nie nazwałabym tego zbieraniem śmieci, tylko kolekcjonowaniem wspomnień.

To bardzo piękne, ale ja się boję przesłodzenia. Mnie to w odniesieniu do siebie nie drażni. Mogę powiedzieć, co chcę. Mogę sobie sama dokopać, ponieważ mogę. Czy mniej boli? Być może w stosunku do znajomej takie określenie by mi zgrzytało, ale wobec mnie samej – wcale nie.

Mam cukrzycę, więc jestem słodką staruszką. Słodzizną taką.

Ewa Szykulska, 2008 rok (Marcin Onufryjuk / Agencja Wyborcza.pl)

I trzpiotowatość wciąż też w pani jest.

Ale oczywiście, że tak! I to dlatego, że naprzeciwko mnie siedzi drugi człowiek, to strasznie ważne. Układa pani talerz do śniadania, sztućce, filiżankę na herbatę i kawę i widzi pani błysk w oku tych, którzy siadają do tego śniadania z panią. Ale jeśli pani je to śniadanie sama, jest inaczej. I tak dobrze, że sięgam po tę filiżankę, że nie jem na kolanach, byle jak, staram się celebrować. Zawsze byłam osobą, która potrafi się cieszyć z byle drobiazgu – i to polecam. Nazbiera się wtedy tak duży wór dobrych rzeczy, że nie sposób go udźwignąć.

Teraz nie ma obok mnie kogoś, kto zwróciłby uwagę na tę filiżankę, nie ma dziecka, które trzeba by tego nauczyć. Staram się jednak zachować w tej swojej oddzielności wrażenie dla samej siebie, że nie jestem sama. Oczywiście mam psa swojego uroczego. Mówię do Szarusi, że jesteśmy dwie cudowne siwe stare dupeczki.

To prawda!

A jaki to miły dzień, gdy jest praca! Nigdy nie cierpiałam nawału pracy i gdy miałam jej za dużo, rezygnowałam. Przychodzi czasem taki moment nasycenia.

Janusz Kondratiuk, mój pierwszy mąż, mówił, żebym tylko nie odmawiała pracy z ludźmi młodymi, ze studentami, którzy jeszcze niczego nie osiągnęli, ale mają marzenia i bardzo im się chce. Robię to od czasu, kiedy jeszcze nie było to modne. W zeszłym roku pracowałam ze studentami szkoły katowickiej, warszawskiej i łódzkiej. Jak już się zaangażują, to nie zwracają uwagi na to, że jest się zmęczonym, tylko mówią: dalej, do roboty. Ale to też zmusza do tego, żeby być w dyspozycji, następuje mobilizacja sama z siebie. 

Myślę sobie: Szykulska, może to jednak dobrze, że wykonujesz zawód nie dla wszystkich. Chcę być potrzebna. Jak mnie nie będzie, to chcę, żeby ludzie pamiętali o mnie w jakichś mgnieniach. Jak ja pamiętam o Baśce Krafftównie czy Danusi Szaflarskiej.

Ewa Szykulska w Kazimierzu, 2004 rok (Iwona Burdzanowska / Agencja Wyborcza.pl)

A pani wie, że jestem z pokolenia Pana Samochodzika?

Ileż pokoleń go oglądało i ogląda? Ten film nie zgasł. Gdy go puszczali w telewizji, na nowo zaczynało się zapraszanie Karen i Pana Samochodzika, czyli mnie i Staśka Mikulskiego. Nawet kiedyś tu, w Aninie, zorganizowano ogromny ekran dla młodzieży i dzieci, a przyszły tłumy! Przyszły dzieci, ich mamy i ojcowie, i jeszcze dziadkowie i babki…

Lubię łazić po ulicach, bo tu spotykam się z sympatią. Ludzie w różnym wieku podchodzą do mnie z uśmiechem, żeby pogadać. Nigdy nie odmawiam. Gadam, gadam i to mnie wzmacnia.

Wciąż ma pani ten niesamowicie seksowny głos…

Ale cyrk! Wciąż jeszcze słyszę, że magiczny. A był moją zmorą i utrapieniem w pierwszych latach aktorstwa. Z jego powodu nie zagrałam na przykład Marii w "Komu bije dzwon". To naprawdę klęska dla młodej dziewczyny, ale Andrzejowi Kondratiukowi i innym mądrym ludziom zawdzięczam to, że ten głos stał się moim znakiem rozpoznawczym. Obaj z bratem byli tacy kolorowi, utalentowani, niezwykli. Ale bardzo trudni, jeżeli chodzi o życie. Często tak bywa, ale… z jakimi fantastycznymi facetami ja byłam.

Zobacz wideo Były myśliwy uratował potrąconego wilka. "Rozjeździliby go na miazgę". Kim jest Marcin z Lasu?

Fantastyczni faceci trafiają się fantastycznym kobietom.

Aż mi się płakać chce… I Janusz, i mój drugi mąż [Zbigniew Pernej – przyp. red.] byli niezwykli. Ze Zbyszkiem byłam 44 lata, a z Januszem około ośmiu lat. Ze Zbyszkiem przez 17 lat ociągaliśmy się z ożenkiem, ale w końcu Gogol [chodzi o sztukę Gogola pt. "Ożenek" - przyp. red.] nam podpowiedział.

Ewa Szykulska i Leon Charewicz na próbie spektaklu w Teatrze Polonia w Warszawie, 2018 rok (Fot. Maciek Jaźwiecki / Agencja Wyborcza.pl)

Z Januszem Kondratiukiem połączył panią film, a z drugim mężem? Nie znam tej historii.

Zbyszek to był szalony facet. Kochał samochody. Najpierw skończył politechnikę, a po studiach pracował we Francji. Gdy wrócił, był jednym z młodszych w Polsce dyrektorów w Polmozbycie, czyli ogromnym przedsiębiorstwie, które zajmowało się stacjami sprzedaży i naprawy samochodów. Potem wszystko rzucił, jak mu już dokopali, i wybudował w Aninie, gdzie się spotkałyśmy, warsztat samochodowy. Cudownie się tą pracą bawił.

Pani też miała epizod z samochodami?

Razem z żoną przyjaciela mojego męża założyłyśmy firmę, która sprowadzała z zagranicy samochody. W tamtych czasach auto było marzeniem każdego Polaka i niekoniecznie, żeby to był maluch. Chociaż malucha kocham i złego słowa na tego gówniarza nie powiem. Śmigałam nim na przykład po Berlinie Zachodnim.

Mój mąż zawsze chciał, żebym jeździła dobrym, bezpiecznym samochodem, i wynajdywał dla mnie najlepsze auta, choć rzadko nowe. Zwykle były to mercedesy. Z jednym z ostatnich zostałam i muszę teraz załatwiać pozwolenie na wjazd do Centrum, bo marnie chodzę, ale mój samochód jest cudownie stary. Dlatego pasujemy do siebie. Teraz nikt mnie w tym względzie nie dopieszcza i będę sama musiała pomyśleć, czy zmienić auto. Ale nigdy w życiu, nawet gdy byłam młoda, nie marzyłam o tym, żeby jeździć czymś efekciarskim. Pamiętam, jak Janusz dostał nagrodę za jeden z pierwszych filmów i kupił w Niemczech fiata 1100. Miał rozsuwany dach, więc można było się opalać w czasie jazdy. Szał.

Ale rozwiodła się pani z Januszem i wyszła za Zbigniewa.

Po prostu stanął na mojej drodze i nie zszedł. Ale chciejstwo było oczywiście z obu stron.

Opowie pani więcej?

Kiedyś pojechaliśmy z Kondratiukiem naszym maluchem do stacji Polmozbytu. Janunio usiadł na kawie i mówi: "Idź, załatw, może się uda wejść bez kolejki". No i znalazł się facet na tyle bezczelny, że powiedział, że powinnam chodzić w spódnicach, nie w spodniach, bo nie widać moich nóg. I cudem wyjechaliśmy z Januszem błyskawicznie naprawionym samochodem i tyle. Po jakichś dwóch latach przypadkiem spotkaliśmy się ze Zbyszkiem w mieście, a po kolejnych dwóch zaczęliśmy się ze sobą spotykać. Janusz był moim fantastycznym mistrzem. On mnie wprowadzał w zawód, bez niego pewnie byłabym w innym miejscu. Zresztą nigdy nie potrafiłam mówić źle o moich mężczyznach. Byli wspaniali. A ja czułam się przez nich bardzo kochana.

Czasem tylko mój drugi mąż był smutny i zazdrosny, gdy za dużo mówiłam o Januszu. A mówiłam, bo pytali mnie dziennikarze. Z kolei moi koledzy adorowali Zbyszka i mizdrzyli się do niego, żeby im załatwiał części do samochodu.

Ewa Szykulska jest ceniona za talent, charyzmę i charakterystyczny głos (Cezary Aszkiełowicz / Agencja Wyborcza.pl)

Ciekawe, bo miała pani szczęście do Zbigniewów, prawda?

Wie pani, że do mojego męża nigdy nie mówiłam Zbyszek? Ponieważ Zbyszek to był mój tata, Pan Słoneczko. Najukochańszy. Zawsze wewnętrznie uśmiechnięty i ubóstwiający swoje trzy kobiety, czyli mamę, siostrę i mnie. Czasem mu się od mamy obrywało, bo była bardzo silna i chwilami zaborcza. Jak się ma takie dzieciństwo, a później życie wśród fantastycznych ludzi, to, cholera, marnie jest, gdy już ich nie ma. Już nie wtulałam się w kochany siwy łeb mojego męża i chociaż po latach znacznie wolniej chodziliśmy, zawsze czułam się bezpieczna, bo kochana. Bo kochałam.

Tak pusto, jak ich nie ma… Powtarzam się, wiem i wcale się nie wstydzę.

Pani mąż doznał rozległego zawału. Odszedł w Boże Narodzenie 2021 roku.

Całe życie błagał, żebym nie paliła. Sam rzucił palenie po przypadkach kardiologicznych, a ja, totalna nikotynistka… Jak odszedł, wszystko się zawaliło. Nie wiem dlaczego, właśnie wtedy  postanowiłam spełnić jego prośbę. Powiedziałam sobie: od dzisiaj nie palisz, Ewka. Nie mogłam sobie wybrać gorszego momentu. Ale nie palę już od paru miesięcy. Mało tego, mam papierosy w torbie albo w domu. Gdy byłam w szpitalu, też miałam je przy sobie. Nie zapaliłam. Ostatnio dostałam propozycję do produkcji za granicą i okazało się, że moja bohaterka pali. Pierwsza rzecz, o jaką poprosiłam agenta, to żeby przygotowali mi papierosy z jakimiś ziołami. I nie chcę, żeby to była maryśka.

Nie palę i za to się lubię. A tak pięknie śmierdziało u nas w domu... Zresztą Pan Słoneczko robił takie durnoty, że kupował swoim babom, bo wszystkie paliłyśmy co innego, papierosy kartonami. Jeździł z przyjacielem na wszelakie ryneczki i przywoził nam papierosy. Czy on był przy zdrowych zmysłach? Co najważniejsze, sam nie wypalił w życiu ani jednego papierosa.

Z kolei pani pierwszy mąż Janusz Kondratiuk palił sporo. To prawda, że mówił o pani tak: "Ona ma najgładsze ciałko na świecie"?

Bo moje ciało było nie najgorsze. Janusz mówił o tym z czułością, dotykając mnie i przytulając. A widzi pani, co sprawiło życie? Papierosy, które paliłam, i słoneczko, które kochałam, bo opalałam się na zjawiskowy złocień, zrobiły swoje. Dawniej nie mogłam spokojnie przejść ulicą, a Janusz nieraz musiał się lać z jakimiś facetami, którzy mnie zaczepiali. Raz nawet na placu Zamkowym nakręciła nas amerykańska telewizja. Nie wiem, czy to pokazała.

Ewa Szykulska na planie filmowym, 2004 rok (Małgorzata Kujawka / Agencja Wyborcza.pl)

Miała pani poczucie swojej wyjątkowości?

Nie byłam idiotką, nie obnosiłam się z tym, nie pokazywałam, że wiem, ale wiedziałam. Każda z nas potrafi dostrzec zainteresowanie w oczach facetów. Widziałam też ogromną niechęć ze strony pań, do czego byłam przyzwyczajona. Asystentki reżyserów mówiły: "Boże, jakie ty masz zmarszczki!". Pytałam: gdzie? "Na czole!" A ja na przykład byłam wtedy w czepku kąpielowym i siłą rzeczy coś mi się marszczyło. Wie pani, jak ja się dzisiaj odbieram?

Jak?

Widzę, że czas pracowicie wykonał swoją robótkę, a ja mu zgrabnie dopomogłam, paląc papierosy, pijąc alkohol i opalając się. Do tego cukrzyca, która niszczy ciało, a także oczy. No i co? Jajco! Próbuję siebie taką zaakceptować, bo na poprawki urody nie umiem się zdecydować.

Dziś patrzę na siebie i nie chce mi się kłaść płatków na oczy. Od dzieciństwa mama na chwilę przed przebudzeniem kładła mi na powieki watę nasączoną herbatą, bo zawsze miałam podkrążone oczy. Teraz już prawie oczu nie mam, ale widzę na tyle wyraźnie, że jestem w stanie odróżnić dobrych ludzi od marnych.

Choć łapczywie pożerałam życie, dalej cierpliwie oczekuję na jeszcze kilka dań. Bo lubię to życie chrzanione.

Rozmowa została pierwotnie opublikowana 2 lipca 2024.

Ewa Szykulska. Aktorka telewizyjna, filmowa i teatralna. Popularność przyniosły jej role w filmach i serialach takich jak m.in. "Hydrozagadka", "Samochodzik i templariusze", "Dziewczyny do wzięcia", "Kariera Nikodema Dyzmy", "Vabank" i "Jan Serce". Wielokrotnie nagradzana, odznaczona Srebrnym Krzyżem Zasługi. Odcisnęła swoją dłoń na Promenadzie Gwiazd w Międzyzdrojach.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Specjalizuje się w niebanalnych rozmowach z fascynującymi ludźmi. Pasjonatka Włoch, kawy i słoni. Prowadzi talk-show "Domowy kryminał" w telewizji Active Family.