Rozmowa
Anna z Branickich Wolska (fot. archiwum prywatne)
Anna z Branickich Wolska (fot. archiwum prywatne)

Kiedy ostatnio była pani w pałacu w Wilanowie?

- Nie jeżdżę tam. Serce mnie boli, przejmuję się. Zaczynam wspominać, a trzeba myśleć do przodu, nie żyć wspominkami.

W książce "Miałam szczęśliwe życie. Ostatnia z Branickich" przywołuje pani bardzo smutną wizytę w pałacu, jeszcze z mamą.

- To było okropne. W późnych latach 50., albo na początku 60. pojechałyśmy do Wilanowa, kupiłyśmy bilety i weszłyśmy do pałacu jak inni zwiedzający. Mama bardzo przeżywała tę wizytę. - Popatrz, ten obraz tu powiesili, o, a tam stoi nasza lampa z sypialni - mówiła. W pewnym momencie źle się poczuła i na chwilę przysiadła na krześle pracownicy muzeum, która oprowadzała wycieczki czy pilnowała porządku. Takim zwyczajnym, żadnym zabytkowym. Pracownica się zdenerwowała i zaczęła na mamę krzyczeć. - Nie wolno tu siadać! To muzeum! Proszę wyjść .

Wie pani, wszystko można powiedzieć, tylko jakoś grzecznie, kulturalnie. Zwłaszcza w wyjątkowej sytuacji, kiedy mama po latach odwiedza miejsce, które straciła. Na szczęście była dzielna, za to ja się przejęłam okropnie. Właściwie bardziej niż ona. Wściekłam się, bo ta oprowadzająca była taka bezczelna, czuła się jak u siebie. Tymczasem moja mama zawsze była serdeczna dla innych ludzi. My w pałacu mieszkaliśmy w jednym, prawym skrzydle, a resztę od początku stanowiło muzeum i galeria obrazów. Jak ktoś ze zwiedzających pomylił się i zaszedł do nas, mama mu tłumaczyła, że zwiedzanie jest w innej części. Ale jak pan chce u nas odpocząć, to zapraszam - mówiła.

I dlatego było mi tak przykro, że już więcej z mamą do pałacu nie poszłyśmy.

Pałac w Wilanowie (fot. Waldek Gorlewski / Agencja Gazeta)

Ale po latach odwiedziła pani Wilanów z synem.

- Tak, tęskniłam do tego miejsca. Mikołaj miał wtedy niecałe pięć lat. Opowiadałam mu, że tu się wychowałam. Nie chciał wierzyć. - Mamo, przecież w muzeum się nie mieszka - protestował. Nagle usiadł na trawie w parku i oznajmił: - Ja tu zostaję. To było z jego strony bezczelne, ale po prostu kombinował, jak to dziecko. Mama się tu urodziła i mieszkała, więc jest to nasz dom.

Myśli pani, że jeszcze kiedyś to będzie wasz dom?

- Nie. Rzeka zawsze płynie do przodu. Nie chciałabym tam wrócić, i mówię to bez histerii. Nie chcę się już tak wzruszać i rozczulać nad sobą.

Ma pani w domu coś z Wilanowa, jaką pamiątkę?

- Pojedyncze rzeczy. Ta komódka w salonie, taca srebrna. Talerze, które wiszą na ścianach w salonie. Biżuteria się rozeszła...

Podczas wizyt w Wilanowie towarzyszyły pani takie same odczucia jak wtedy, kiedy odwiedziła pani rodzinę przechowującą część rzeczy rodu Branickich?

- Podobne. Kiedy drzwi otworzyła mi ta dziewczynka w złoto-purpurowej sukience uszytej z kontusza mojego ojca, zrobiło mi się strasznie przykro. W tym kontuszu mój ojciec brał ślub z mamą... Ale wie pani, to są wszystko takie powroty do przeszłości, takie oglądanie się do tyłu... Trzeba się przed tym chronić, wyrobić w sobie hart ducha.

Tak sobie pani radziła z tym smutkiem, z tą złością?

- Wtedy, przed laty, taki miałam sposób. Poza tym, że straciło się Wilanów, który się kochało, tę przystań, zaznałam też dużo wrogości. Komuniści mówili ludziom: - Patrzcie, oni tylko jedli i pili, a wyście wszyscy ciężko pracowali . Tymczasem wielu ludzi prosiło mamę, żeby trzymała ich dzieci do chrztu i ona trzymała do chrztu pół Wilanowa. Bo z tym się wiązały prezenty i przyjęcie, które wyprawiała dla rodziny dziecka.

Beata Branicka z córkami (fot. archiwum prywatne)

Myśmy żyli z tymi ludźmi. Nie było tak, że oni nam służyli i patrzyli, co mają dla nas zrobić. Jak ktoś zachorował, mama załatwiała mu miejsce w szpitalu. Nie mówię, że tak było we wszystkich rodach, ale u nas akurat tak. Moja mama pochodziła z licznej rodziny Potockich, miała cztery siostry i brata. Wszyscy byli otwarci, serdeczni w stosunku do innych. Podobnie zresztą jak mój ojciec. Gdy zabrano nam konie, ojciec jeździł do Warszawy tramwajem. To trwało godzinami, tramwaje się psuły, stawały. Pewnego zimnego dnia ojciec zobaczył w tramwaju staruszka bez czapki, więc oddał mu swoją. A to była czapka, którą rano dostał od mamy, zamówiona u Chowańczaka, ręcznie robiona! Mój ojciec był bardzo dobrym człowiekiem, co miał, to oddał. Taki był. Do dziś się śmieję z tej historyjki.

Jak wychowywał panią i siostry?

- Skromnie. Kiedy ekscytowałyśmy się, że na bal włożymy sukienki z tafty, o których wtedy marzyłyśmy, strasznie się na nas złościł. Że to takie próżne, że to w ogóle nieważne. Uczył nas patrzenia na innych, a nie zapatrzenia w siebie. Nie chciał, żebyśmy się uważały za lepsze. - A czy ty zrobiłaś coś, żeby zostać hrabianeczką? Nie zadzieraj nosa - powtarzał. Uczył nas, że trzeba pomagać tym, którym jest źle. Nie chcę robić Branickim reklamy, po prostu tak było.

Ale byłyście też rozpieszczane. Mieszkałyście w pałacu, miałyście nianie i własne kucyki.

- Rozpieszczane? Przede wszystkim szalenie kochane, co nie było normą, bo w domach ziemiańskich trzymano młodzież krótko.

Jak zatem rozumieć burę, którą dostała pani od ciotek po tym, gdy próbowała pani odzyskać kosztowności powierzone na czas wojny niejakiemu panu W.?

- Pan W. twierdził, że nasze kosztowności komuś przekazał i ich nie ma. Tymczasem ja mu nie wierzyłam i po wojnie próbowałam go zmusić, by nam je oddał. Gdy spotykałam go w restauracji, w której akurat zamawiał drogie danie, robiłam scenę i przypominałam mu o zwrocie naszej biżuterii. Ba, poszłam nawet kiedyś do niego do domu! Ciotki, gdy się o tym dowiedziały, nakrzyczały na mnie. Mówiły, że Branickim takie zachowanie nie przystoi. Poza tym - jak dałeś się okraść, to jesteś gapa.

Miała pani poczucie, że nie wypadało?

- Nie. Ja miałam poczucie, że wypada. Poszłabym do niego jeszcze raz. Byłam niezwykle stanowcza, taka inna Branicka.

Ciążyło pani czasem to nazwisko?

- Zarówno mnie, jak i siostry peszyło nasze pochodzenie. To była nasza bolączka, czasem wręcz problem. Najpierw uczyłyśmy się w domu, a jak poszłyśmy do szkoły, bałyśmy się, że inne dzieci będą nas wytykać palcami, że czegoś nie umiemy. - A my nie jesteśmy panny hrabianki - mówiły do nas z przekąsem. Żartowały z nas, czasem trochę złośliwie. Zaprosiłyśmy więc je wszystkie do Wilanowa, te, które nam dokuczały, też. Zobaczyły jak mieszkamy, że nie gryziemy i nasze relacje stały się normalne.

Anna Branicka z siostrami. Od lewej: Marysia, Anna i Beata nazywana

Bycie trochę innym od reszty ma swoje dobre i złe strony. Męczyło mnie ciągłe udowadnianie, że nie jestem inna. A ludzie patrzyli i podśmiewali się: - A widziałaś, jaką ona miała torebkę? Ciągle obserwowali, ciągle oceniali. Ale bywało i tak, że zabiegano o nas, bo byłyśmy Branickie. Jak jechałyśmy na zakupy do domu towarowego Jabłkowskich, ekspedientki biegały wokół nas i przynosiły nam stosy balowych sukienek. Mówiłyśmy: - My balowych nie potrzebujemy . A one się dziwiły: - Jak to? Musicie mieć balowe, bo wy jesteście z Wilanowa.

A w dorosłym życiu?

- Bardzo nieprzyjemnie jest być obywatelem, którego nikt nie chce, choć z drugiej strony wtedy byłam młoda, a młodość przedziera się do życia. Na przykład studia w tamtym czasie były mocno upolitycznione, a mnie jako "bezet" [bez ziemi - przyp. red.] różnie traktowano. Miałam swoje grono znajomych, w podobnej sytuacji jak ja. Bez grosza, bez domu...

Po powrocie do Warszawy życie zaczęło się jakoś stabilizować. Udało się sprzedać część ruin kamienicy na Smolnej, gdzie mieściło się biuro mojego ojca, i jakoś urządzaliśmy się w Warszawie. Wiosną 1953 roku trafiła mi się okazja ciekawej pracy. Dostałam wiadomość, że Jarosław Iwaszkiewicz szuka sekretarki - kogoś, kto zna języki obce, umie się zachować, najlepiej z ziemiaństwa, bo to gwarantowało przedwojenną kindersztubę. Zostałam umówiona przez znajomego z Iwaszkiewiczem w kawiarni MDM. Było bardzo miło, choć siedzieliśmy tyłem do sali, by nikt nas nie widział. Zaakceptował mnie i wszystko wskazywało, że mam tę posadę. Niestety, wkrótce otrzymałam od niego odmowny list z suchym zawiadomieniem, że sprawa jest nieaktualna.

Zaraz, zaraz... Czy ja nie powinnam się do pani zwracać "pani hrabino"?

- Bron Boże! Tak mówiono do mojej babki czy do mojej mamy. My z siostrami byłyśmy dla służby "panny hrabianki". Ale teraz nie, teraz nikt już tak do mnie nie mówi. Kiedyś, jak jeszcze żył ktoś z naszej dawnej służby, pozdrawiali mnie na ulicy: - Dzień dobry pani hrabianko. Bo myśmy ze służbą bardzo dobrze żyli... Do tej pory często przychodzi do mnie córka naszego szofera, Basia. Mieszkała z rodziną w pałacowej oficynie i takie były z siostrą w nas zapatrzone... Kiedyś przechodziłyśmy z moją siostrą w pobliżu, one się śmiały. - Co się stało? - zapytałyśmy. - A bo my się bawimy w hrabianeczki - odparły. Powiedziałyśmy to mamie i ona mówi: - Widzicie jak to inni was naśladują? Pamiętajcie, że jesteście przykładem . Myśmy się wtedy zafrasowały, że to taka trudna rola.

A jak to jest być dziś dawną hrabianeczką, hrabiną?

- Dziś to jest śmiechu warte. Tragikomiczne wręcz. Tytułów przecież już nie ma. I tyle. Mieszkam w willi na Mokotowie, moi sąsiedzi to zwykłe rodziny, wspaniali ludzie, nie arystokracja. Wie pani, wiele osób pytało mnie po wojnie, jak to jest mieszkać w muzeum. Otóż nie mieszkaliśmy w muzeum, choć było ono naszą własnością. Część muzealna była ściśle oddzielona od tej mieszkalnej, w tak zwanej dobudówce w prawym skrzydle, i choć mogłyśmy do niej wchodzić, to nie mogłyśmy niczego dotykać i wkładałyśmy specjalne kapcie dla zwiedzających, tak jak inni goście.

Pałac w Wilanowie na przełomie XIX i XX wieku (fot. autor nieznany / domena publiczna / wikimedia.org)

Tych gości było wielu. I to znamienitych.

- Tak... Bywali u nas przedstawiciele ambasad, zagraniczni politycy, a raz nawet para królewska z Rumunii. Pamiętam, jak kiedyś, gdy byłam jeszcze dzieckiem, po parku w Wilanowie spacerował Józef Piłsudski z córką. Ojciec mnie zawołał i przedstawił marszałkowi. Zaprosił go nawet na kawę, ale ten odmówił, bo goniły go terminy. Porozmawiali chwilę i pojechał. Wielki człowiek.

Poznałam też prezydenta Ignacego Mościckiego - spotkanie z nim wiąże się z jedną z moich ulubionych anegdot. Otóż od dziecka miałam bzika na punkcie koni. Gdy jeździliśmy do Warszawy Traktem Królewskim, czyli obecną ulicą Belwederską, obserwowałam wozy załadowane węglem, które pięły się pod górę. Ciągnące je konie ledwo przestawiały nogi, tak były wyczerpane, a ja bardzo to przeżywałam. Napisałam więc petycję w tej sprawie i na koniec wizyty wręczyłam ją Mościckiemu. - Panie prezydencie, ja pana błagam, żeby pan pomógł tym biednym koniom - powiedziałam. Oj, mama nie była zadowolona.

W czasie wojny pałac z miejsca spotkań zamienił się w szpital.

- Wojna była straszna. Front przesuwał się też przez Wilanów, widziałam tysiące rannych. Cały dół pałacu zamienił się w szpital polowy. Z siostrami pracowałyśmy w nim od rana do nocy, a właściwie w nocy też. Oddałyśmy rannym swoje łóżka, leżeli całymi szeregami. Co my 14-, 15-letnie dziewczynki mogłyśmy wiedzieć o pomocy medycznej? Potrafiłyśmy robić tylko najprostsze opatrunki... Pamiętam, jak musiałam zrywać bandaże przyklejone do ciała. Potworne... Ja się bardziej bałam niż ci ludzie. Oni mówili często: - No pociągnij i już, mocno i szybko . A ja po prostu nie byłam w stanie.

Oswoiła się pani z tym?

- Nie mogłam. Za każdym razem zdawało mi się, że zemdleję, że nie wytrzymam. Natomiast moja siostra Marysia radziła sobie z opatrywaniem rannych świetnie. Taka cichutka była, poważna, z warkoczem. Nie to co ja i Atka [Beata, siostra - przyp. red.]. Ciągle sobie nowe kokardy wiązałyśmy, wszędzie było nas pełno.

Ten potworny czas wojny przyniósł pani pierwszą miłość.

- Jak się ma 19 lat, to człowiekowi wydaje się, że to miłość na całe życie... Janusz... To było tak. Jedliśmy śniadanie i mama mówi nagle: - Słuchajcie, dzisiaj przyjedzie do nas taki młody człowiek. Siedział w niemieckim więzieniu, zamordowali mu tam ojca, sam był ciężko ranny. Na szczęście jakaś rodzina go wykupiła i będzie u nas przez pewien czas mieszkał. Jest bardzo zmęczony, zachowujcie się dobrze i miejcie go na oku .

Pamiętam, jak przyjechał, taki był poważny. Patrzył na nas, ale myślami był gdzie indziej. Zjadał coś i uciekał do swojego pokoju. Otwierał się tylko przed mamą, z nikim innym nie chciał rozmawiać. Jak chciałyśmy go zagadać, wstawał, rzucał do widzenia i szedł w swoją stronę. Z czasem zaczęliśmy jednak rozmawiać, opowiedział mi o sobie i tak się zakochaliśmy... Pewnie byśmy się pobrali, gdyby nie wojna. On mówił: - Nie jestem tak zamożny jak ty, moja rodzina mieszka i żyje inaczej. Odpowiadałam, że wszystko mi jedno, że to nieważne.

Jak w 1947 roku wróciłam do Polski po zesłaniu z Rosji, dowiedziałam się, że Janusz się ożenił. To był dla mnie ogromny cios. Przez trzy lata w Rosji żyłam tylko myślą, że się spotkamy, pisałam do niego listy. To była wielka miłość...

Wybaczyła mu pani?

- Tak, choć to nie było łatwe. Janusz myślał, że ja nie żyję... Zresztą z moich listów do Janusza powstała książka "Listy niewysłane". Bez przerwy się modliłam, żebyśmy znów byli z Januszem razem. Jakieś nowenny, jakieś poświęcenia sobie znajdowałam, żeby pan Bóg mi Janusza zachował. Głodziłam się, klęczałam na czymś ostrym, żeby pan Bóg go ocalił. No i ocalił. Tylko mi go nie dał.

Dał pani jednak spore powodzenie, prawda?

- Trochę tych adoratorów miałam, ale każdy wydawał mi się nie taki jak Janusz. On był szalenie odważny. Widziałam, jak chodził na powstańcze akcje, z których mógł już nie wrócić. Którejś nocy przyszedł ze swoim oddziałem odbić nas z pałacu, gdy Niemcy nas więzili. Stał po oknem i krzyczał: - Anna, Anna, przyszliśmy po was, skacz! A ja nie mogłam, bo Niemiec trzymał mnie na muszce. Potem wojenna zawierucha rzuciła go za granicę i tam się ożenił. Wyjechał z żoną do Australii.

Do dziś mam jego listy. Najpierw myślałam, żeby je opublikować, ale potem uznałam, że to zbyt osobiste. Listy schowane i koniec. Jak nas zwolnili z obozu w Rosji, to jego synek miał już dwa latka...

Te listy od niego takie smutne. Pisał, że czuje się winny, zwłaszcza że ja jestem w tak ciężkiej sytuacji, w biedzie.

Zaznała pani głodu?

- Wiem, co to głód. Nie spodziewałam się, że będę z zazdrością patrzyła na cudzą kromkę chleba. I wiem, co to bieda. W obozie jadaliśmy ziemniaki przyrządzane na najróżniejsze sposoby, a suknie szyłyśmy sobie z majtek. Po zsyłce nie mieliśmy gdzie wrócić, gdzie się podziać. Każdy z nas spał w innym miejscu. Ja chodziłam na dworzec, bo z parków wyrzucali. A jeździłam do Warszawy, bo czyniłam starania, żeby nam dali jakieś lokum. Gdy nie miałam na bilet powrotny, szłam na dworzec z walizeczką. Pustą. Kładłam się na niej, przykrywałam jakimś kocem i zasypiałam. Strażnicy z kolei podchodzili i pytali: - Panienko, a jakim ty pociągiem jedziesz? - Dziękuję bardzo, ja już niedługo będę mieć swój - mówiłam im, żeby tylko dospać do rana.

W Krakowie jadałam posiłki w jadłodajni dla ubogich. Często spotykałam tam pewnego starszego mężczyznę, który, jak podejrzewałam, był w takiej samej sytuacji jak ja. Po posiłku zawieszał sobie na specjalnych tasiemkach koszyczek, w którym miał jakieś tandetne grzebyki i świecidełka. W ten sposób zarabiał na życie.

Adam Branicki, ojciec Anny - rok 1934 (fot. Willem Van de Poll / wikimedia.org / CC BY-SA 3.0)

Potrafi pani zliczyć, ile razy śmierć zajrzała pani w oczy?

- W Wilanowie Niemcy wiele razy stawiali nas pod murem. Mama mówiła im wtedy nienaganną niemczyzną, że jak włos nam spadnie z głowy, to będą mieli poważne problemy. W Rosji z kolei, gdzie wywieźli nas razem z rodzinami Krasickich, Radziwiłłów i Zamoyskich, salwy rozlegały się co parę minut. Rozstrzeliwali ludzi niemal bez przerwy. Byliśmy gotowi na śmierć właściwie przez cały czas. Była blisko.

Mieliśmy w obozie księdza, Niemca w mundurze. Odrzucało nas od tego munduru, ale to był dobry człowiek. Chodziłam się do niego spowiadać po francusku. On był naszym ratunkiem.

Jak pani mama radziła sobie w tej sytuacji?

- Dużo gorzej niż my. My, młode dziewczyny, po prostu przyjmowałyśmy tę sytuację i tyle. Mama doskonale zdawała sobie sprawę, że to już jest nasz koniec. Że nawet jak nas wypuszczą z obozu w Krasnogorsku, to będziemy w Polsce niechciani.

Zresztą w obozie przychodziły nas oglądać wycieczki. Rosyjskie nauczycielki przyprowadzały dzieci, pokazywały nas i mówiły, że tak wyglądają krwiopijcy. W ogóle w tym obozie było okropnie. Małe pokoje, piętrowe łóżka. Obok nas mieszkała wielodzietna rosyjska rodzina Lepatowych. Gdy pani Lepatowa zaszła w kolejną ciążę, bała się, że mąż ją zatłucze. Poprosiła mnie o pomoc. - Słuchaj, dzisiaj do mnie przychodzi babuszka, zrobi mi skrobankę. Weź moich trzech chłopców do siebie - powiedziała. Wzięłam jej trzech synków, ale i tak docierał do nas jej krzyk i płacz. Tej chwili nigdy nie zapomnę. Ta babuszka była taka brudna, a dzieci chciały biec do mamy... Jakby ją zobaczyły w tej krwi...

Ciężkim przeżyciem było też wyprowadzenie szpiega.

- Tak. Ja czasami słyszę ten strzał. Gdy żołnierze z AK - był nim także mój Janusz - dowiedzieli się, że jeden z naszych znajomych donosi Niemcom, wydali na niego wyrok śmierci. Zgodziłam się im pomóc. Zaproponowałam mu, żeby poszedł ze mną na spacer z psem. Dotarliśmy do lasu i wtedy Janusz z kolegą wyszli zza drzew... Szpieg został zastrzelony. Ja wiedziałam, że go zabiją, ale wiedziałam też, że tak musi być.

Spodziewała się pani, że powrót do Polski będzie tak trudny?

- W ogóle sobie nie wyobrażałam, jak to będzie. Ale nie spodziewałam się, że ludzie, którzy nas dobrze znali, przestaną nas poznawać na ulicy. Odwracali się i przechodzili na drugą stronę.

Mój ojciec umarł zaraz po naszym powrocie do Polski. Początkowo trafił do szpitala nad Wisłą. Była tam taka ogromna sala dla umierających, prycza przy pryczy. Okropne miejsce. Wilgoć w powietrzu i szum wody. Potem został umieszczony w szpitalu w Otwocku i tam zmarł.

Zobacz wideo Tak powstaje tajemniczy „Zamek w Stobnicy". Byliśmy na miejscu

Pogrzeb pani ojca miał się z woli komunistów odbyć po cichu, a przyszły na niego tłumy ludzi.

- Przyszły tłumy. A ja byłam taka otumaniona, jakby we śnie jakimś. To stało się tak szybko... Ojciec prosił, żeby go pochować w Wilanowie, jako ostatniego właściciela. Władze początkowo nie chciały się zgodzić, ale wreszcie pozwoliły.

Ojciec uczył panią szacunku dla innych. A czego uczyła pani swoich dwóch synów?

- Tego samego. Przekazałam im na pewno wiarę w Boga, szacunek dla ludzi i to, że trzeba pomagać innym. Czy się do tego stosują? Nie przysięgnę. Ja się w każdym razie starałam.

Mój mąż też był bardzo wierzący. I był maniakiem pracy. Ja prowadziłam samochód, a on, gdy tylko zobaczył łan zboża, kazał mi się zatrzymać. Wysiadał i oglądał. - Wiesz, ja zobaczyłem takie kłosy... - wzdychał. Tworzył nowe gatunki zbóż, stworzył ich co najmniej kilkadziesiąt. Mądry, prawy i uczciwy człowiek.

Od lewej: 1. Mąż Anny Branickiej, profesor Tadeusz Wolski, członek PAN, jeden z najwybitniejszych hodowców roślin w Polsce, 2. Anna Branicka w swoim domu na warszawskim Mokotowie (fot. Jacek Sasin) 3. Młodszy syn - Xawery Aleksander Wolski, malarz (fot. archiwum prywatne)

Mawia pani, że miała szczęśliwe życie...

- Moje życie było szalenie ciekawe. Owszem, trudne, ale i szczęśliwe. Spotkałam wielu dobrych ludzi. Miałam wspaniałe siostry i cudownego męża. Wszystko, wie pani, da się przeżyć. Dziś, jak mi ktoś opowiada o więzieniu, to ja mogę je sobie łatwo wyobrazić. Te cele, ten krążek otwierający się w drzwiach, te oczy, które nas przez niego obserwowały, jak się rozbierałyśmy przed snem. Jedna z nas stawała i zasłaniała widok głową. Poniżające to było.

A poza tym miałam ten piękny Wilanów. Codziennie budziłam się, patrząc na niego. Szłam nad staw i uczyłam się angielskich słówek czy czytałam książki. Łacha wiślana mnie huśtała... Ja to naprawdę doceniałam. To było moje ukochane miejsce.

Chciałaby pani, żeby Wilanów wrócił do pani synów?

- Chciałabym, ale uważam, że nie ma na to szans. Nie chcę się łudzić. Cieszę się, że pierwsze osiemnaście lat życia spędziłam w tak niepowtarzalnym miejscu.

Poznałam w swoim życiu i bogactwo, i biedę. Niczego bym nie zmieniała. Najważniejsze w życiu są nie pieniądze czy dobra materialne, ale to, by trafić na uczciwych ludzi.

(fot. archiwum prywatne / materiały prasowe)

Anna Branicka-Wolska (ur. 1924). Córka Adama Branickiego herbu Korczak i Marii Beaty Antoniny Potockiej herbu Pilawa. W 1944 roku przeniosła się z rodziną z pałacu w Wilanowie do Nieborowa, skąd rok później została wywieziona przez NKWD na Łubiankę, a potem do obozu internowania w Krasnogorsku. W 1947 roku Braniccy wrócili do Warszawy i byli przez pewien czas przetrzymywani przez Urząd Bezpieczeństwa Publicznego. Anna Branicka pracowała w Bibliotece Instytutu Badań Literackich. Jej mężem był Tadeusz Wolski. Ma dwóch synów: Mikołaja Władysława i Xawerego Aleksandra.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka mądrych ludzi, z którymi rozmawia także w Radiu Pogoda, kawy i sportowych samochodów.